Frustraci
Frustraci to powieść-pamiętnik oparty na prawdziwych wydarzeniach. Intymna opowieść o poświęceniu okupionym rozczarowaniem, kłamstwem i niesprawiedliwością. Opowiada o młodej dziewczynie, która po skończeniu szkoły nie może znaleźć pracy. Zatrudnieni
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
FRUSTRACI
Dziękuję za poświęcony czas: Pani G.N., przyjaciołom D.F, Ż.G oraz J.Z. – wasze rady są bezcenne. Pozostałym dziękuję za cierpliwość oraz wiarę we mnie. Z dedykacją dla tych wszystkich, którzy nigdy nie pozwolili mi się poddać.
Był słoneczny dzień drugiej połowy kwietnia. Od jakichś czterech miesięcy bezskutecznie usiłowałam znaleźć pracę. Co prawda, przykładałam się do tego raz mniej a raz bardziej, jednak faktem było to, iż pracy nie miałam. W grudniu skończyłam staż w jednej z najbardziej zakłamanych instytucji budżetowych, o której jest od czasu do czasu głośno. Szumi o niej telewizja. Wśród obecnych emerytów i w niedługim czasie przyszłych wzbudza negatywne uczucia. Po stażu, będąc młodą osobą, mającą dwadzieścia jeden lat, czułam się jak dziecko. Wcale nie chciałam pracować. Pragnęłam się uczyć. Może też z tego powodu tak ciężko było mi znaleźć pracę. Miałam marzenia i aspiracje, jednak żyłam złudzeniami. Wierzyłam w lepsze jutro. Myślałam, że potrafię zdziałać naprawdę dużo. Miałam głupie wyobrażenie, że przed studentką pedagogiki wszystkie drzwi instytucji pedagogicznych stoją otworem. Nic bardziej mylnego. Podania, listy motywacyjne, cv składałam, wysyłałam, roznosiłam i nic. Nikt się nie odzywał. Nikt nie dzwonił, nikt na rozmowy nie prosił. Pracę potrzebowałam na już. Nie mogłam już dłużej zwlekać, bo musiałabym zrezygnować z nauki albo wziąć urlop dziekański. Mama nie była w stanie opłacać mi już czesnego. Ze stażu dostawałam marne czterysta parę złotych, to nie starczało na cały koszt związany z nauką. Mama pomagała jak mogła, ale pieniądze się skończyły. Dlatego też musiałam znaleźć coś na już. Obojętnie co, byleby tylko było to coś, z czego będę w stanie opłacić czesne. Moja nauka była najważniejsza, nie chciałam z niej zrezygnować. Byłam za bogata na stypendia dlatego musiałam radzić sobie sama - dochód w rodzinie na osobę zawsze był przekroczony. Byłam naprawdę w kropce. Mama wróciła z zakupów z wiadomością, że w sklepie szukają pracowników. Wiedziałam o tym, bo dokładnie chwilę wcześniej znalazłam ogłoszenie w internecie. Chyba nawet tego samego dnia tam zadzwoniłam, wiem że na pewno pytałam czy ogłoszenie w sprawie pracy jest nadal aktualne oraz na jakie stanowisko jest zapotrzebowanie, jakie są działy i kiedy można przyjść. Poszłam następnego dnia, z wielką niechęcią. Nastał ten dzień, w którym poszłam złożyć podanie. Droga była krótka, szłam powoli specjalnie się ociągając, żeby tylko za szybko nie dotrzeć do sklepu. Próbowałam grać na czasie, jakby mi miało to coś pomóc. Pomimo mego powolnego dreptania odcinek około trzystu metrów przemierzyłam w niemal ekspresowym tempie. Oblewały mnie zimne poty, miałam dylemat. Bardzo się bałam i chyba po raz pierwszy w życiu odczuwałam strach. Broniłam się jak tylko mogłam, jak tylko potrafiłam. Bałam się pracy w sklepie jak jasna cholera. To było jak koszmar. Chciałam się obudzić, ale to nie był sen. Ja naprawdę tam szłam. Kroczyłam żwirowaną alejką tuż obok kościoła. Sklep było widać na horyzoncie. Paskudny niski biały budynek wyraźnie odcinał się od zieleni traw pobliskich łąk i błękitnego bezchmurnego nieba, oszpecając krajobraz. Gdyby to był rysunek, na pewno bym z niego wymazała obskurny widok kanciastej budowli. *** Walczyłam sama z sobą. Wiedziałam, że muszę się przełamać i pokonać strach, bo w końcu nic innego mi nie pozostało. Jak się zachciało uczyć to trzeba było jeszcze za tę naukę płacić. Co prawda ma artystyczna dusza absolutnie nie była zgodna z kierunkiem studiów, który wybrałam. Chciałam projektować, szkicować i szyć odzież. Co noc marzyłam, że zostaję sławnym kreatorem mody. O błędzie w wyborze kierunku studiów przekonałam się po odbyciu praktyk studenckich, które miałam w świetlicy. Niestety wyszło to po pewnym czasie. Gdy było już za późno na zmianę kierunku, gdy rezygnacja z nauki była bezsensowna i nie opłacalna. Głupotą byłoby zrezygnować z nauki na drugim roku, wiedząc że do obrony pozostaje jeszcze jeden. Byłam na samym półmetku, gdy zdałam sobie sprawę z tego, że pedagogika nie jest spełnieniem moich marzeń. Pierwszą praktykę miałam na drugim semestrze pierwszego roku, a drugą w ostatnim miesiącu czwartego semestru. Po pierwszej praktyce byłam trochę zdezorientowana, bo nie szłam na resocjalizację po to, aby zajmować się cudzymi dziećmi. W ogóle o dzieciach nie myślałam, nie brałam ich nawet pod uwagę. Praca w świetlica nie była tym, co chciałam robić, czemu pragnęłam się poświęcić. Lubię dzieci, ale tak jakoś nigdy nie wyobrażałam siebie w roli wychowawcy, nigdy nie śniłam o pracy z dziećmi. Interesowały mnie zbrodnie, morderstwa, przestępstwa. Chciałam oddać się pogłębieniu wiedzy o profilach morderców, łączyć i zbierać dowody oraz ślady zbrodni. Tylko z tego powodu wybrałam pedagogikę. Przy poszukiwaniu praktyk studenckich okazało się, że nie ma mowy o odbyciu jej na policji czy w więziennictwie. Za dużo zachodu byłoby z przyjęciem dwóch praktykantek, bo nikt nie poświęciłby im czasu na przedstawienie systemu pracy w instytucjach resocjalizujących. Nawet w AA był problem. Tak że z kilku placówek w moim mieście pozostała tylko świetlica, która dziś kojarzy mi się z horrorem, z mozolną i syzyfową pracą. *** Paskudny widok z horyzontu przybliżał się do mnie z każdym krokiem. Jakże wtedy pragnęłam, aby były to kroki w tył. Kroki oddalające się, a nie przybliżające. Wstrętny kanciasty budynek miałam w całej okazałości przed oczami. Weszłam do środka. Zrobiło mi się słabo. Chciałam stamtąd uciec. Sklep był mi znany, może nie za dobrze, ale był. Nie robiłam tam zakupów ani codziennie, ani raz w tygodniu, ani w miesiącu. Po prostu raz na jakiś czas tam byłam. Zaczęłam się rozglądać. Nie pamiętam komu, ale komuś powiedziałam, że przyszłam w sprawie pracy. Ten ktoś zaprowadził mnie tam gdzie trzeba. Chyba była to ruda kobieta – Magda. Wydawała się dość sympatyczna. Nie wiem czemu tak pomyślałam, ale chyba przez to, że mam słabość do tego koloru włosów. Choć wiadomo, że kolor włosów nie decyduje o czyimś zachowaniu. Ruda przyniosła mi formularz do wypełnienia. Musiałam na nim wpisać imię, nazwisko, adres zamieszkania. Były również pytania dotyczące posiadanego rodzeństwa, jak daleko mam do pracy, czy uczę się, gdzie i co, gdzie pracują moi rodzice i wiele innych pytań, które jak uważam były raczej niepotrzebne. To tylko praca w supermarkecie i sądzę, że nie był potrzebny aż tak szczegółowy wywiad. Teraz oczywiście nie pamiętam tych wszystkich pytań, ale było ich całkiem sporo, w szczególności dotyczyły rodziny i spraw osobistych. Po co im było wiedzieć, czy mam rodzeństwo i czym zajmuje się mój brat? Jak na złość zapomniałam długopisu. Aby odpowiedzieć na szczegółowe pytania, zawarte w formularzu musiałam pożyczyć od kogoś coś do pisania. Nie wiem jak to się stało,że zostałam bez długopisu. Wydawało mi się, że przed wyjściem z domu sprawdzałam, czy mam go w torbie. Pewnie tak sprawdzałam, że go z niej wyciągnęłam. Nie ma co ukrywać, byłam zestresowana i czułam olbrzymią presję. W domu nie dawali mi spokoju. Nie było dnia, aby nie truto i nie ponaglano mnie w szukaniu pracy. Co ja miałam robić, skoro nikt nie dzwonił, ani nie odpowiadał na moje podania? Przecież nie chciałam pracować w sklepie. Z tego całego chaosu, zamieszania i roztrzepania włożyłam do torebki długopis, a później go wyciągnęłam. Postanowiłam poprosić pracownika sklepu o coś do pisania. Mogłam się oczywiście wrócić do domu i spokojnie wypełnić podanie, ale zależało mi, aby tę sprawę załatwić za jednym zamachem, a nie chodzić tam i z powrotem. Chciałam też aby, było szybko, wiedziałam że nie będzie mi się chciało iść do sklepu kolejny raz w ciągu godziny, a następnego dnia nie byłoby to możliwe. Miałam zjazd na uczelni. Mym oczom ukazała się ruda kobieta - Ruda. O jej dobroduszności i pomocy byłam przekonana właśnie w tym momencie, w którym poprosiłam ją o długopis. Bezczelnie i chamsko przewróciła oczami, z litościwą pogardą mi go podała. Niemiłe to było. Z jednej strony nie dziwię się, bo przeszkodziłam jej w pracy, a z drugiej strony powinnam była mieć ten długopis przy sobie. Ale przecież wcale nie musiała mi go pożyczać. Mogła powiedzieć, że przy sobie nie ma nic do pisania. Mogła darować sobie nieuprzejmość. Gotowe podanie wypełniłam na miejscu, tuż przy wejściu do biur. Pamiętam, że nie mogłam się skoncentrować na odpowiadaniu na pytania. Nieustannie obok mnie kręcił się dziadek - woźny i ochroniarz. Dziadek później stał się moim jedynym obiektywnym i trzeźwo myślącym kumplem. Następnie czekała mnie rozmowa z szefową. Jak do niej doszło? Chyba poszłam oddać Rudej długopis i powiedziałam jej, że wypełniłam podanie i zapytałam, gdzie mam je teraz zostawić. To ona zaprowadziła mnie do Starej. Szefowa sprawiała wrażenie osoby konkretnej. Mówiła po cichu, albo tak mi się wydawało, ale wyraźnie słyszałam, jakby trochę kaleczyła język. Mówiła po polsku, ale jakby niezbyt czysto. Musiałam ostro natężyć słuch, żeby ją usłyszeć. Dość skwapliwie analizowała moje podanie. Skrupulatnie wypytując o każdy punkt z formularza, jakby sprawdzała czy to co mówię, zgadza się z tym, co napisałam. Albo może po prostu miała problem z rozczytaniem moich hieroglifów. Za starannego pisma to ja nie mam. Nawet w szkole zwracano mi uwagę, że mam pisać czytelnie. Kiedyś w podstawówce nauczycielka historii wyrwała mi kartki z zeszytu, do szału doprowadzało ją rozszyfrowywanie tematów zajęć. Siedziałam w pierwszej ławce naprzeciw jej biurka, więc miałam przerąbane. Jej kara i tak nie podziałała, bo w zeszycie nadal bazgrałam. Zresztą do dziś brzydko piszę, czasem mam problem z rozczytaniem swoich notatek. Na sesję uczyłam się z kserówek pochodzących z zeszytu koleżanki, bo nad swoimi pewnie do dziś bym siedziała i się uczyła. Podanie starałam się wypełnić możliwie czytelnie. Z wrażenia oczywiście zapomniałam przewrócić kartkę na drugą stronę. Po prostu o tym zapomniałam. Tak samo jak można zapomnieć o nie wyłączeniu żelazka, tak samo zapomniałam przewrócić kartkę. Byłam w takim szoku, że naprawdę nie pomyślałam, aby formularz obrócić na drugą stronę. Nie pomyślałam, że na odwrocie też mogą być pytania. Co usłyszałam? – „Pani studentka? To z Panią coś nie tak, skoro nie potrafi Pani przewrócić kartki na drugą stronę!” Zrobiło mi się trochę głupio, bo faktycznie należałoby tę kartkę obrócić. Już nie tłumaczyłam jej, że jestem zestresowana. Powiedziałam, że to z wrażenia, bo to moja pierwsza rozmowa o pracę. Później zapytała, na którym dziale chciałabym pracować. Odpowiedziałam, że wolałbym na przemysłówce lub na cukierni. Pytała dalej: „Czemu na cukierni, lubisz piec? Pieczesz?” Odparowałam: „Nie.” Stwierdziła, że lubię jeść ciasta. No to całkowita prawda… Przyjemność potrafi sprawić wiele rzeczy, ale nie ma absolutnie większej przyjemności dla smakosza niż słodkości. Po chwili mnie zatkało. Bałam się usłyszeć właśnie to: „Widzę Panią na kasie.” Poczułam jak krew w żyłach mi się mrozi. Zwaliło mnie z nóg, całkowicie, zupełnie i totalnie. Jak to dobrze, że właśnie wtedy siedziałam, bo chyba bym się przewróciła. Z trudem przełknęłam ślinę. Zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno dobrze usłyszałam. Popatrzyłam się na nią. Oczekiwała odpowiedzi. To wszystko trwało sekundy. Tak bardzo chciałam stamtąd uciec. A ona nadal wymownie patrzyła się na mnie. Powiedziałam, że spróbuję, z trudem przeszło mi to przez gardło. Nic chciałam pracować na kasie, ale się zgodziłam. Stara musiała wyczytać z mojej twarzy obawę, bo zaraz zapewniła mnie, że zostanę przeszkolona. Wyszłam z biura z mieszanymi uczuciami. Jak nic… byłam umówiona na poniedziałek, doskonale to pamiętam, bo był to poniedziałek zaraz po zjeździe na uczelni. Zdaje się, że do sklepu miałam przyjść na dwunastą godzinę. Cały weekend przesiedziałam jak na szpilkach. Starałam się nie myśleć o mym fatalnym losie jako przyszła kasjerka… usilnie próbowałam zająć myśli czymś innym, lecz to nie wychodziło. W głowie odbywało się nieustanne odliczanie. Pojutrze tam idę. Jutro o tej porze już tam będę. Jeszcze dziesięć godzin. Jeszcze pół godziny i wychodzę. Tak w kółko, tyle że czas za każdym razem stawał się przerażająco bliski spełnienia. Do sklepu poszłam z mamą, ale tylko z tego powodu, bo chciała coś kupić. Po wejściu do środka ona zajęła się zakupami, a ja udałam się do pomieszczeń służbowych czyli do biur. Pukałam i stukałam w drzwi biura szefowej, a tam cisza. Nie zastałam nikogo. Byłam wkurzona. Czułam się wystawiona, nie mogłam zrozumieć, jak można umawiać się i nie stawiać na spotkaniu zaproponowanym przez samego siebie. To było pierwsze zlekceważenie przez szefową. Stałam jak ta sierota na środku korytarza. Zdenerwowana i rozdrażniona. Nagle pojawiła się Ruda i zapytała: „Czy przyszłaś do pracy?” Następnie zaprowadziła mnie do kadrowej, a ta do głównej kasjerki. Tam poznałam jedną z najbardziej fałszywych osób. Na całe szczęście pracowałam z nią przez jakiś miesiąc. Na imię jej było Gośka. Gośka B. Od samego początku starała się, aby psychicznie uprzykrzyć mi życie. Niby nie robiła nic specjalnego, ale było po niej widać jaki ma stosunek do innych ludzi, a zwłaszcza do mnie. Nie lubiła mnie. Wyraźnie to czułam, jawnie było to widać. Nie wiem dlaczego tak mnie traktowała, bo przecież nic jej nie zrobiłam. Zaczęło się moje szkolenie. Najpierw zostałam oprowadzona po sklepie, niby w celu zaznajomienia się z nim. Tak żebym wiedziała, gdzie czego szukać. Gośka B. poinformowała mnie o niektórych krótkich kodach w szczególności tych z piekarni, pokazała naklejki - chipy znajdujące się na butelkach alkoholu, których nie zerwanie powodowało piszczenie bramek. Później przypatrywałam się kasowaniu. Dominika pokazywała mi jak się to robi. Które przyciski na klawiaturze wciskać, w jakiej kolejności. Po chwili kasjerki główne stwierdziły, że obserwacją się nie nauczę i posadziły mnie na kasie. Racja, żeby się czegoś nauczyć, trzeba ćwiczyć. Pierwszą rzecz, którą kasowałam nabiłam dwa razy. Pracowałam wolno, dopiero się uczyłam. Byłam przestraszona, nie chciałam pracować na kasie. Obsługiwanie ludzi szło opornie, bo skaner kasy nie odczytywał kodów kreskowych z towarów i większość musiałam wbijać ręcznie. Po wbiciu kilku takich, każde następne wprowadzanie kodów sprawiało trudności, bo cyfry zlewały się. Tak w tamtym okresie było na trzech pierwszych kasach. Dlatego też każda kasjerka, która przychodziła do pracy, wolała pracować na dalszych kasach. Tam skanery bez trudu odczytywały kody kreskowe. Po długim czasie doczekałyśmy się wymiany szybek w skanerach. Przy czterech godzinach pracy z kasy schodziło się jak po dziewięciu czy nawet dziesięciu godzinach. Zmęczenie było ogromne. I ktoś mógłby powiedzieć, że my tylko siedzimy i nic nie robimy. Jakim cudem możemy być zmęczone? Tak naprawdę siedzenie okrutnie męczy, ciągłe i wręcz nieustające ręczne wbijanie kodów z towarów potrafiło wykończyć nawet psychicznie. Niemiły klient dobijał. Częste bieganie na półki sklepowe za kodami towarów, który nie wchodził, wycieńczało. W liceum z w-f byłam zwolniona, a w pracy musiałam biegać. Ktoś musiał zasuwać za kodami. Za każdym razem była to kasjerka, bo to ona przy kasie miała rozżalonych klientów. Pierwszy dzień szkolenia ciągnął się niemiłosiernie. Cztery godziny stawały się wiekiem. Byłam oszołomiona i miałam dość. Wszystko wydawało się być czarną magią. Na drugi dzień siedziałam już na swoim własnym wydanym mi saldzie. Tylko od czasu do czasu podchodziła do mnie Gośka B., by sprawdzić jak mi idzie. Tego dnia przydzielono mi szafkę, dostałam swój czerwony fartuszek – kamizelkę, otrzymałam kartę pracy do odbijania przy czytniku, nawet dostałam umowę o zlecenie. Drugi dzień szkolenia miałam już liczony do wypłaty. Trzeciego dnia wstawiono mnie na grafik, do pracy wyszłam na zmianę Dominiki, która cieszyła się z dnia wolnego. Chyba tak rozpaczliwie potrzebowali kasjerki, że musieli zdecydować o zatrzymaniu mnie. Musiałam jak najszybciej się wdrożyć do pracy, nie miałam nawet szansy na normalne szkolenie, które zwykle trwa dwa dni, a czasem nawet trzy, bo tego drugiego praktycznie kasowałam sama na swoim saldzie. Bałam się jak cholera. Od czasu do czasu podchodziła do mnie Gośka B. Wytrącało mnie to z równowagi, a jej obecność strasznie mnie stresowała. Sprawiała, że trzęsły mi się ręce, nie mogłam wydobyć z siebie głosu i nie wiedziałam jak się nazywam. Pierwszą umowę o zlecenie dostałam na trzy i pół miesiąca. Gorąco liczyłam, że moja praca po tych trzech miesiącach się skończy. Niestety, dostałam drugą umowę, ale obiecałam sobie wtedy, że nie będę czekać do jej końca. Była to umowa o pracę, na trzy czwarte etatu. Przynajmniej miałam płacone za chorobowe, miałam urlop, dochodził ekwiwalent za pranie odzieży. Umowę dostałam na przyszłe dwa lata. Po raz kolejny pojawiła się nadzieja na znalezienie innej pracy i uwolnienie się od tego miejsca. Byleby szybko, aby tylko nie spędzić tu dwóch lat. Po tej umowie przyszła następna, aż na rok. Obowiązywały mnie te same warunki, tyle że moja wypłata na pasku wynagrodzeń wzrosła aż o czterdzieści złotych. *** W mej pamięci na długo pozostanie Gośka B. Nie mogę o niej zapomnieć. Wyczułam jej charakter. Nie powiem, abym wyczuwała charaktery wszystkich ludzi, których poznaję, ale większość moich odczuć co do pewnych osób się sprawdziło. Nigdy nie starałam się oceniać ludzi, jednak zawsze później okazywało się, że miałam rację. Przez pierwsze trzy dni zachowywała się wobec mnie nawet w porządku. Później zauważyłam, że dziwnie mi się przypatruje, niechętnie podchodzi do mnie z kluczem, aby wycofać błędnie nabite towary na kasę. Takie rzeczy widać i czuć… nie wiedziałam z jakiego powodu tak się zachowuje wobec mnie. Przecież oczywiste było, że byłam nowa i miałam prawo się mylić. To normalne! Nikt takim fenomenem nie jest, żeby od razu wszystko wiedzieć i umieć. Nie miałam wcześniej do czynienia z kasami fiskalnymi. Bałam się posługiwać środkami pieniężnymi. Wystarczyło, że dobiłam jedno zero więcej i zamiast z dziesięciu złotych wydawałam ze stu. To co w tej chwili pamiętam, a w tamtym czasie mnie zirytowało jest to, że czepiła się mojego sposobu liczenia. Nie wiem co ją to w ogóle obchodziło, ale prawda jest taka, że jak ktoś nie ma się czego czepić, to czepi się byle czego. Nie spodobał jej się sposób, w którym zliczałam bilon (przy zamknięciu zmiany kasjerskiej). Żeby było mi wygodniej pieniądze wyciągałam z szufladki kasetki i trzymałam je w ręce. Każdą przeliczoną sztukę z powrotem wrzucałam do kasetki. Gosi B. nie podobała się moja metoda, bo wszystkie dziewczyny wysypywały drobne na specjalne podstawki do pieniędzy, a ja nie. Gośka nie rozumiała jednej istotnej rzeczy, nie byłam taka jak pozostałe kasjerki! I pomyśleć, że osoba z tak ewidentnie ograniczonym polem myślenia studiuje pedagogikę. Sądzę, że ona chyba też pomyliła się z powołaniem, jak ja. Tylko w tym różnica, że ja potrafię zrozumieć problemy i potrzeby innych ludzi. Nieraz próbowałam nawiązać z nią kontakt, porozmawiać, poplotkować. Nie chciałam, aby stosunki w pracy były złe, moje starania jednak poszły na marne. Później w ogóle już się nie starałam. Gdy widziałam ją przez okno, zaczynałam modlić się w myślach, aby tylko jej zmiana dobiegała końca. Żebym tylko nie była skazana siedzieć z nią do zamknięcia sklepu. Pamiętam też, że gdy miałam razem z nią popołudniową zmianę, to wielokrotnie słyszałam od niej, że mam się nie mylić i szybko liczyć. Jakby to było uzależnione ode mnie, jakby to była moja wina. Co prawda trochę czasu zajmowało mi podliczanie utargu z kasy, bo zawsze miałam kasetkę pełną drobnych. Rano kasjerki główne zawsze mnie chwaliły, bo nie musiały mi rozmieniać pieniędzy w kasetce, a wieczorem narzekały, że mam dużo drobnych. Późno wychodziłyśmy, ponieważ sklep zamykany był zawsze po czasie. Pamiętam, że czasami zamkniecie zmiany następowało dwadzieścia, dwadzieścia pięć po dwudziestej pierwszej, a sklep otwarty był do dwudziestej pierwszej. Zanim policzyłam wszystkie drobne, zanim kasjerka główna przyjęła utarg, to wychodziło się z pracy za piętnaście, albo za dziesięć dziesiąta. Im mniejszy kontakt z Gośką B., tym lepsze było moje samopoczucie. Tak sobie teraz myślę, że może ona mi zazdrościła. Byłam znacznie od niej chudsza, choć szczupła w ogóle nie jestem i na pewno zdecydowanie ładniejsza. Nie napracowałam się z nią długo. Po ponad dwóch – trzech tygodniach sama się rzekomo zwolniła. Jak było naprawdę, nie wiem? Być może szefowie wypowiedzieli jej umowę. Tak było ze zdecydowaną większością pracowników. Osobiście byłam świadkiem kłótni pomiędzy Gośką a Dominiką. Gdy tylko Dominika przyszła do pracy na popołudniową zmianę, Gośka od razu na nią naskoczyła. Zaczęła ją obrażać i obwiniać. Często słyszałam wypowiadane przez nią słowa: „Dominika to twoja wina.” Pewnie Dominika powiedziała coś szefowej, co z pewnością obciążyło Gośkę. ... być może było to związane z brakiem czterech tysięcy w kasie głównej. Gośka B. była fałszywa i nie zdziwiłabym się, gdyby celowo naskoczyła na Dominikę. Wątpię też, żeby sama wypowiedziała umowę. Sądzę że szefowie to zrobili. Parę dni wcześniej słyszałam, że z kasy głównej zginęły pieniądze. Wychodziło na to, że Gośka B. wzięła cztery tysiące przelewu (utargu) od jednej z kasjerek, a później wyszedł brak tej kwoty w rozliczeniach kasjerskich i w szafie. Oskarżenia padły na Gośkę, bo stało się to na jej zmianie. Ta winę zrzuciła na zwykłą kasjerkę, od której zabierała przelew. Dziewczynę przeniesiono na inny dział, ale po paru dniach zwolniła się. Nie dziwię się jej. Powinna była od razu się zwolnić. Chociaż, gdyby to zrobiła, byłoby oczywiste, że to ona jest odpowiedzialna za brak pieniędzy w kasie. Wszyscy w sklepie mówili, że to raczej Gośka zabrała pieniądze. Ponoć narzekała na ich brak, a właśnie kupiła sobie meble. Tyle wiedziałam na ten temat. Nie drążyłam sprawy. Byłam wtedy nową kasjerką, więc kto by nową w takie afery wprowadzał? Dziś minął ponad rok od tych wydarzeń i nikt do tego już nie chce wracać. Nikt o tym nie pamięta. *** Powoli, monotonnie i żmudnie mijały dni. Skończyła się wiosna, skończyło się lato i kończyła się umowa. Minęło już trochę czasu, a ja nadal czułam się zagubiona. Byłam rozdrażniona i poniekąd sfrustrowana. Życie kasjerki, a raczej jej praca dostarcza zdecydowanie nieprzyjemnych wrażeń. Ciągła nieustanna monotonia. Pikanie skanerów odczytujących kody kreskowe „wrzyna” się w pamięć, a potem śni po nocach. Koszmar! Sama już nie wiem, czy wolę słyszeć gdzieś w swoim śnie pikanie skanerów, czy mieć bliższe, senne spotkanie z Freddym Kruegerem. Łącznie z otrzymaniem umowy o pracę otrzymałam propozycję szkolenia się na informatyka. W sklepie był jeden informatyk (Gośka B. kolejna Gośka B!), na zastępstwo za niego, a raczej za nią wchodziła Dominika. Szefowa chciała jeszcze jedną osobę do informatyki i wybrała mnie. Cieszyłam się z tego powodu. Myślałam, że może nie będzie tak źle. Dostałam umowę, a tu szefowa chce mnie na informatyka. Takie wyróżnienie akurat mnie spotkało... no jak się tu nie cieszyć? Wyróżnienie świadczyło o zaufaniu, docenieniu moich możliwości, że na pewno poradzę sobie z postawionymi mi nowymi zadaniami. Przecież stanowisko informatyka jest odpowiedzialne. Wyróżnienie stało się moim przekleństwem. Długo tym informatykiem nie byłam. Pamiętam, że zaraz od nominacji, czyli od następnego dnia chodziłam przyuczać się do informatyczki. Ciężko mi szło. Nie dlatego, że nie umiałam się nauczyć, tylko po prostu cały czas ktoś wchodził i coś chciał, albo byłam wołana na kasę. Bo oczywiście moje szkolenie odbywało się dokładnie wtedy, kiedy przypadała moja zmiana pracy na kasach. Stąd też bardziej odczułam całe zamieszanie związane z moim przemieszczaniem się na odcinku biuro informatyka – kasy, niż na przekazywanej mi wiedzy. Z informatyczką ciężko się pracowało. Chyba jak z każdą Gośką – tak zawsze wypadało, przynajmniej mnie. Gośka nie miała chyba do mnie cierpliwości. Wyraźnie czułam też niechęć. Od samego początku nie przypadła mi do gustu i ja jej też. Dlatego nasza praca nie najlepiej się układała. Całe to jej okazywanie niecierpliwości tylko mnie denerwowało i rozpraszało. Przy niej nie byłam w stanie skupić się na pracy, a co dopiero mówić o jakimś tempie. Nie mogłam go mieć, bo nie miałam czasu go sobie wyrobić tym bardziej, że dopiero drugi dzień szkoliłam się u niej, a większość tego czasu spędziłam pracując na kasie (wołano mnie co chwilę, bo przecież były kolejki). Wtedy bardziej ćwiczyłam bieganie do kas – więc co to za szkolenie? Kolejne dwa dni spędziłam tylko i wyłącznie na szkoleniu u informatyka. W tym czasie nie musiałam chodzić na kasy, bo przydzielono mnie do Gośki. Spokoju i tak nie miałam. Na okrągło ktoś wchodził do biura i coś chciał, a to cenę produktu, krótki kod, likwidację jakiegoś towaru, fakturki. Można było oszaleć. Za dużo tego wszystkiego naraz. Nie miałam nawet czasu wyjść do ubikacji. Prawie że z sikałabym się w majtki. Na trzeci dzień zostawiła mnie samą, samiuteńką i zieloną. Z odsieczą potajemnie, po namowie Pani Joli, przyszła do mnie Dominika. Przecież z tych dwóch dni szkolenia wiedziałam tylko, jak mam rano wprowadzić do systemu komputerowego gazety. Najgorzej było z fakturami, a dokładnie z wprowadzeniem widniejących na nich towarów. Przychodziły produkty jednej marki pakowane w kartony i trzeba było wprowadzić sztuki z tych kartonów, to jeszcze nie było tragiczne. Najwięcej problemu sprawiały mi produkty na wagę, takie jak sery czy wędliny, gdzie trzeba było wprowadzić odpowiednią gramaturę. To była dla mnie czarna magia i do dzisiaj nie wiem o co w tym chodziło. Gośka jakoś za specjalnie nie chciała mi tego tłumaczyć, a ja za specjalnie nie byłam w stanie się skupić na tym, co mówi. Później byłam chora, a jeszcze później słoneczny i ciepły październik zamienił się na listopad, byłam bardziej potrzebna na kasach. Był to już okres przedświąteczny, więc i ruch był większy. Pierwszego roku, którego zaczęłam pracować, po sklepie kręciło się jeszcze trochę ludzi. Potem z roku na rok było ich coraz mniej. Był to też okres chłodniejszy, więc dziewczyny chorowały i musiał je ktoś zastąpić. Boże Narodzenie minęło, ale w styczniu znów chorowałyśmy, więc nie poszłam do Gośki. A później były kolejne święta i też nie poszłam. I w ogóle już nie wróciłam. Nie chciałam tam pracować. Wiedziałam jak wygląda praca u informatyka, wiedziałam jak pracuje się z Gośką i stwierdziłam, że lepiej będzie jak zostanę przy pracy na kasie. Praca kasjerki też jest stresująca, ale nie w takim stopniu, jak bycie informatykiem. *** Jak zwykle do pracy szłam z wielką niechęcią. Szczerze nie pamiętam dnia, w którym wykazywałabym ochotę do pracy i do spędzenia czasu w sklepie. Jednak było parę takich przypadków, ale to tylko wtedy, gdy na zmianie był woźny Eugeniusz. To był i jest dziadek pierwsza klasa. Z nim się zawsze fajnie pracowało. Między nami była ogromna różnica wieku, ale rozumieliśmy się bez słów. Nieraz mnie pocieszał, podnosił na duchu, czy w ogóle humor poprawiał. Z nim zawsze było wesoło i przyjemnie. Był naprawdę dobrym kumplem, a ja byłam jego dziewczyną – tak zawsze na mnie mówił, a wtedy w jego oczach widać było radość. Podobałam mu się. Zawsze narzekał na to, że jest taki stary, i że ach, gdyby był tylko młodszy... Eugeniusz był bajerantem, uwielbiał dziewczyny, ale to mnie darzył szczególnym względem. Przypuszczam, że w młodości musiał być szalenie przystojny, bo ślady młodzieńczej urody pozostały. Pamiętam, że nie było z nim takiej zmiany, która nie byłaby wesoła. Zawsze był ubaw po pachy. Cały sklep się śmiał. Po paru miesiącach zwolnili go, bo rozmawiał z pracownikami i z klientami. Najlepsze, że zwolnili go jako ochroniarza, a według umowy był woźnym. Po przyjściu do pracy, przeliczeniu woreczka i włożeniu pieniędzy do kasetki, zasiadłam przy jednej z mniej zdezelowanych kas i zaczęłam pracować. Jednak zanim to zrobiłam, musiałam przypomnieć Pani Joli (układa kasjerkom grafiki) o swojej wolnej sobocie. Parę dni wcześniej dzwoniłam, żeby powiedzieć kasjerce głównej czyli Pani Joli (którą zwolnili dokładnie pół roku po Eugeniuszu), że koniecznie potrzebuję wolną sobotę. Oczywiście zaraz usłyszałam tekst: „Grafik jest u szefowej, gdy tylko go odda, to zobaczę, co da się zrobić w twojej sprawie. Może nowa za ciebie wejdzie, bo akurat się szkoli.” Pomyślałam – „Aha, nowa się szkoli… cały czas szkolą się nowe” - bo wcześniejsze nowe odchodzą. Tylko ja jestem tak nienormalna i chyba mało ambitna, ponieważ jeszcze tam pracuję. Na dodatek przełożeni wykorzystują z każdej strony, jak tylko mogą i kogo mogą. Ja zostałam wykorzystana na bycie informatyczką na zastępstwo, a Katarzyna całkiem spokojna i fajna dziewczyna, jak nie na pseudokadrową (miała się zajmować fakturami, które należały do obowiązku kadrowej), to na kasjerkę główną. Oj, biedna ta Kasica. Współczuję jej. My kasjerki zgrane nie jesteśmy, spokojna Kasia nie będzie mieć z nami lekko. Bo gdy jest ktoś dobry, to zwykle ma przerąbane. Jak w tym przysłowiu daj palec, a wezmą całą rękę. Mogę się założyć, że za parę dni napiszę o jakiejś aferze związanej z dziewczynami kontra Kasia, albo szefowie kontra Kasia. Nie żebym życzyła Kasi źle. Nie. Absolutnie nie. Jednak czuję, że coś będzie nie tak. W staraniach o moją wolną sobotę postanowiłam uciec się do podstępu. Wkrótce przyjeżdża moja koleżanka i przyjaciółka. Śmiało mogę o niej napisać, że przyjeżdża moja siostra. Będziemy miały zaledwie jeden dzień, żeby się spotkać i na dodatek, ten jeden dzień miałabym spędzić w pracy? O nie, nie! Kto nie kombinuje, ten nie żyje i kto nie ryzykuje, ten nie żyje. Właściwie w dobie dzisiejszego kultu moherowych beretów można by rzec, kto nie „rydzykuje”, ten nie żyje. Aby wyszło tak jak ja chcę musiałam, Pani Joli powiedzieć, że jadę w tę sobotę na szkolenie. Och, trzeba było widzieć jej minę, uwielbiam takie sytuacje. Wręcz kocham je! To była mina rozpaczy, dobicia i sama nie wiem czego jeszcze, ale na pewno wiele osób porównałoby ją do srającego kota na pustyni. Aczkolwiek muszę nadmienić, iż kota mam i nie widziałam, żeby kiedykolwiek taką minę robił przy załatwianiu się… ale może to z tego powodu, że na pustyni nie był? Najważniejsze że Pani Jola wierzy w to szkolenie. W poniedziałek mam się jeszcze jej przypomnieć. Przecież nie mogę zaprzepaścić swojej szansy rozwoju i kariery, prawda? Absolutnie nie mam zamiaru siedzieć w tym sklepie do końca życia. O Boże… o ile będę żyć w miarę długo. Jakby się tak zastanawiać, to sądzę że ten sklep, aż tak długo nie pociągnie, no chyba że coś się zmieni, ale na to się nie zapowiada. Jednak jak przypuszczam, prędzej czy później ten sklep splajtuje. Wszystko dzieje się tam nie tak, jak trzeba. Raczyłam Pani Joli nadmienić również to, iż czeka mnie jeszcze jedno szkolenie, dwudniowe za dwa tygodnie. Odpowiedziała mi: – „Marysia, jesteś piątą osobą, która chciała mieć tą sobotę wolną.” Odparłam jej: – „To szkolenie mam obowiązkowe, jestem na nie zapisana, mam za nie zapłacone. Nie zwrócą mi pieniędzy, gdy zrezygnuję.” To szkolenie akurat było prawdziwe, bardzo żałuję, że na nie pojechałam. Strata nie tylko czasu, ale i również pieniędzy. Przyznaję, że jakiś czas temu również musiałam Panią Jolę oszukać. Nie lubię kłamać, ale tak jak napisałam wcześniej, żeby coś osiągnąć, to trzeba się posunąć do pewnych rzeczy. Na grafiku wystawiona byłam przez dwa dni pod rząd na rano, a trzeciego dnia miałam mieć wolne. Gdy przyszłam do pracy pierwszego dnia okazało się, że popołudnia nie mam wolnego, bo ktoś zrobił mi łamańca. Tak więc w pracy musiałam być nie tylko rano, ale i również popołudniem. Z przerwą trzygodzinną pomiędzy zejściem z kasy, a ponownym wejściem. Za to następny dzień miałam mieć wolny. Ktoś mógłby sobie pomyśleć, że ten jeden dzień w pracy szybko minie, można się pomęczyć i mieć dodatkowy dzień wolny. Jednak tak pięknie to się nie przedstawiało. Mieć łamańca to nie mieć dnia. Trzeba przyjść na otwarcie sklepu i wyjść na zamknięcie. Naprawdę lepiej jest siedzieć po osiem, czy nawet dziewięć godzin i mieć popołudnie lub ranek wolny, przynajmniej można się wyspać. Pewnie nie oburzyłabym się tym łamańcem tak bardzo, gdybym tylko o nim wcześniej wiedziała. No jak tak może być, że jednego dnia przed wyjściem z pracy patrzę na grafik, spisuję swoje zmiany, a drugiego dnia po przyjściu okazuje się, że są znaczne zmiany dotyczące dzisiejszego dnia. O zmianie na grafiku powinnam była być poinformowana, przecież mają telefony. Nawet nie zapytali, czy ja mogę, czy będę mogła wyjść. Jestem tylko człowiekiem, mam swoje plany, dlaczego mam je odwoływać, rezygnować z nich, przecież po to jest grafik, żeby wiedzieć jak się pracuje i zaplanować swoje potrzeby wedle niego. Wkurzyłam się wtedy i powiedziałam sobie: – „Nie będzie więcej wykorzystywania głupiej Marysi.” Marysia była dobra, Marysia zawsze się zamieniała jak ktoś potrzebował, a jak Marysia była w potrzebie wszyscy, ją olewali. Zawsze tak było: „Grafik jest już ułożony. Dziewczyny będą się złościć. Dziewczyny nie zgadzają się na żadne zmiany.” Dlatego ja też postanowiłam nie wyrażać zgody na żadne zamiany w harmonogramie pracy. Nie pasowała mi ta zamiana i poinformowałam Panią Jolę, że popołudniem idę do okulisty. Skoro miałam mieć w ten dzień wolne, to jak najbardziej miałam prawo zapisać się do lekarza. ... wolne popołudnie dostałam. *** Dzień jak dzień. Nieustająca monotonia kasjerki, wstrętne i niekończące się kasowanie. Gdyby ta rudera była otwarta w nocy, to te wieśniaki – klienci i w nocy by się tu szwendali. Wieśniakami są dla mnie ci klienci, którzy przychodzą do sklepu prawie na samo zamknięcie i godzinę zastanawiają się nad tym, co mają kupić. W efekcie wychodzą ze sklepu z pustymi rękoma. Rzadko kiedy wyjdą z batonikiem, chipsami, alkoholem, bądź gumą do żucia, a na zakup tego asortymentu potrzebują sporo czasu. Czasem, aby umilić sobie te kilka godzin spędzonych w sklepie, snułam plany, marzyłam i fantazjowałam. Po zwolnieniu Eugeniusza była to moja jedyna rozrywka, której starałam się jak najczęściej oddawać. Przyznaję się, nieraz przy kasie były prowadzone wręcz zadziwiające, pikantne rozmowy. Rozmowy, które niejedną osobę wprowadziłyby w zakłopotanie, o zawrót głowy lub po prostu o rumieńce. Rozmawiałam o wszystkim, o czym tylko można było rozmawiać. Absolutnie nie zważając na to, czy coś wypadało mówić, czy nie. Czasami porozumiewaliśmy się umówionymi hasłami, skrótami, a wszystkie rozmowy odbywały się przy kasowaniu klientów. Czy myliłam się wtedy przy pracy? Nie więcej niż wtedy, kiedy nie rozmawiałam i gdy nie było kolejek. Dobrze bawiłam się, gdy na zmianie byli Eugeniusz i ochroniarz Miro. Kasjerki zmieniają i zmieniały się jak rękawiczki, w taki sam sposób zmieniała się ochrona. Ochroniarzy w tym sklepie było tylu, że naprawdę nie przypomnę sobie wszystkich. Kiedyś z jedną kasjerką, Agatą liczyłyśmy ich. Wtedy wyszło nam koło piętnastu chłopaków, ale tych których pamiętałyśmy, a byli też tacy, którzy po jednym dniu już więcej nie przychodzili. Wymienię tych, których dobrze będę wspominać i tych, z którymi dobrze mi się pracowało, byli to: Piotrek, Marek, Mirek, Paweł, Krystian, Tomek M., Tomek , Adam, jeden taki pyzaty, nie pamiętam imienia. Był też Borys, który samochodem potrącił kobietę wymuszającą pierwszeństwo na skrzyżowaniu. Mateusz, przeniesiony z wędlin i Wojtek. Gdzieś jeszcze pomiędzy nimi wszystkimi był Darek, którego oskarżono o kradzież pieniędzy. To nie wszyscy, z młodych pamiętam jeszcze Rudego, a na pewno znalazłby się jeszcze ktoś. Ze starszych był jeszcze mój Eugeniusz, Stanisław, Rysiu, dwóch dziadków, których już nawet z twarzy nie pamiętam i emerytowany kolega mojego ojca. Tylu ochroniarzy przewinęło się przez jakieś dwa lata. Całkiem sporo. Wracając do monotonii dnia kasjerskiej pracy, którą ewidentnie wykonuję i której szczerzę nienawidzę, muszę dać kolejny dowód głupoty ludzkiej. W sobotę ręce do pewnej klientki opadły mi do samej podłogi. Średnio licząc głupie teksty, słyszę za każdym razem, czyli generalnie zawsze, jak jestem na zmianie. W praktyce wygląda to tak, że czasami są fajne spokojne dni, ale zdarzy się taki dzień, że kilku klientów musi wyrazić swe zdanie. Niezależnie od tego czy rację ma, czy nie. A zasada pracy kasjerki w sklepie - Klient zawsze ma rację, nawet wtedy, gdy jej nie ma. Ludzie nie zastanawiają się nad tym, co mówią, ulegają chwili, emocjom. Wykłócają się, krzyczą, wylewają żale, czepiają się o byle co, nawet dokuczają. Traktują nas jak śmieci, tak jakbyśmy były, tylko bezwartościowymi, niewykształconymi maszynami. A mogliby chociaż raz pomyśleć o tym, że jesteśmy kasjerkami. Kasjerkami, które żyją, czują, uczą się, mają jakieś marzenia, pragnienia, aspiracje do których dążą, że wykonujemy ciężką i bezwartościową pracę. W sklepie odpowiedzialna jestem tylko za kasowanie towaru, koncentrację nad wydawaniem i przyjmowaniem pieniędzy. Moim obowiązkiem jest znać krótkie kody towarów, które kasuję, a przynajmniej te podstawowe rzeczy, lub mam posiadać umiejętność korzystania ze ściągi (z tablicy z kodami). Mam posprzątać kasę i odnieść zostawiony przez klientów towar przy kasie, na miejsce. Mam powyciągać poutykane przy swojej kasie różne przedmioty. Czasami po drodze zbieram różne rzeczy, np. kiedyś roztopione lody znalazłam w artykułach szkolnych, śledzie w artykułach gospodarstwa domowego, a dokładniej w wiadrach. Przy kasie można znaleźć wszystko. Dosłownie wszystko, od wędliny po papierki ze słodyczy. W tym sklepie chyba nic mnie już nie zadziwi. A w szczególności chamscy i bezczelni klienci. Już sami ludzie nie są w stanie mnie zadziwić swoją inteligencją, ale o Pani, która wprowadziła mnie w osłupienie, napiszę później. Najpierw muszę opisać chamskie zachowanie pewnej klientki i o jej zdecydowanym braku kultury osobistej. Niby każdy ją posiada… Jakiś czas temu siedziałam na mojej ulubionej kasie nr jeden. Nie pamiętam, czy była to ranna zmiana, środkowa czy popołudniowa, zresztą to akurat jest mało istotne. Podeszła do mnie kobieta z wózkiem, najpierw chciała, żebym sprawdziła jej cenę jakiegoś towaru. Pomimo tego, że my cen nie możemy sprawdzać (bo nie mamy tej możliwości), nabiłam jej ten produkt na kasę i w ten sposób podałam cenę towaru. Wszystko po to, żeby nie musiała chodzić do skanerów odczytujących cenę z kodu towaru. Poszła chyba produkt zanieść na półkę, bo po chwili wróciła z zakupami, wśród których nie było tego artykułu. Kupiła m.in. grzechotkę dla dziecka, która była zapakowana i zaklipsowana. Ściągnęłam klipsa i dałam jej tę grzechotkę. Dziecko zaczęło płakać. Dlatego rozerwała opakowanie zabawki i podała ją dziecku. Opakowanie rzuciła mi na kasę. Tak jakby nigdy nic. Zupełnie tak, jakby był to śmietnik. Po dokonaniu transakcji odeszła. Postanowiłam nie popuścić jej tego. Krzyknęłam lekko: – „A to Pani komu zostawiła?” Oczywiście mało obyta kulturalnie istota wielce się oburzyła za to, że jakaś kasjerka zwraca jej uwagę. Pozostawionego przez siebie śmiecia wzięła do ręki, demonstrując swoje niezadowolenie: – „Co może na kolanach mam jeszcze prosić”. Bezczelna! Zamiast posprzątać po sobie i uciekać ze sklepu, żeby jak najmniej osób wiedziało o wstydzie, to ta jeszcze stoi i dyskusję prowadzi. Usiłowała wysłużyć się dzieckiem. – „Przecież mam dziecko, Pani to chyba widzi?” – widzę, że ładny przykład daje latorośli od najmłodszych lat. Stwierdziłam, że przecież mogła się zapytać, czy to wyrzucę. Na pewno bym to zrobiła. Oznajmiła mi: – „A od czego Pani tutaj jest?”. Zaczęłam się śmiać. No fakt, mam sprzątać swoją kasę, ale przecież nie jestem sprzątaczką. A śmietniki były dookoła niej. Wystarczyłoby tylko, żeby podała mi opakowanie, nawet nie musiała nic mówić, ale widocznie to za dużo było dla takiej „pańci ęą”. W pokoju mam burdel na kółkach, ale w publicznych miejscach zawsze staram się tak zachowywać, aby nie śmiecić i nie dewastować środowiska. Oprócz opakowań klienci zostawiają również na kasach niehigieniczne rzeczy typu: usmarkane chusteczki, resztki jedzenia, pestki oraz papierki. Jakby ciężko było zapytać o kosz na śmieci. Lubię takich ludzi, naprawdę potrafią przerwać nudną i monotonną atmosferę sklepu. Jak dobrze, że takie sytuacje mnie teraz bawią. Jeszcze nie tak dawno temu, po takich incydentach, pewnie zrobiłoby mi się przykro. Na szczęście te czasy już minęły. To jeszcze nie był koniec dnia. Kasowałam pewnej starszej kobiecie wafle ryżowe. Po zakończonej transakcji dałam jej paragon. Stoi i sprawdza go. Zaraz słyszę głos pełen uniesienia, złości, gniewu i żalu, że cena się nie zgadza, bo na półce podana była inna. Oczywiście mniejsza niż mi na paragonie wybiło. Wkurzona poszłam zobaczyć etykietę z kodem towaru (wafli) na półce. Z doświadczenia wiem, że co niektórzy nie patrzą się na cenę produktu, który biorą. Dlatego też poszłam to sprawdzić. Kobieta dotrzymywała mi kroku. Może myślała, że ją oszukam i zamienię etykietę towaru. Każdy smak wafli miał inną cenę. Okazało się, że w tej cenie, którą kobieta zobaczyła na półce, były wafle o innym smaku, ale tego już ta Pani nie zauważyła. Oberwało mi się za bałagan na sklepie. Jak ja kocham dostawać po uszach za kogoś, za coś, co nie jest moją winą. Kocham to! Co ja zrobię, jak się stamtąd zwolnię? Będę zmuszona wynająć jakichś krzykaczy, którzy co jakiś czas będą na mnie krzyczeć, … abym czasem nie zapomniała jak to jest. Klientce tak dobrze poszło wyżywanie się na mojej osobie, że nawet nie zauważyła, kiedy zaczęła wrzeszczeć na kasjerkę główną. Ludzie przychodzą do sklepu powyżywać się na jego pracownikach. Nie ma nic lepszego od rozwrzeszczanych i sfrustrowanych klientów. To takie zabawne, jak swoje emocje wyładowują na innych. Mogliby czasem pomyśleć, jak oni by się czuli, gdybym to ja, np. wyładowała się na nich, ... ach, zapomniałam! Oczywiście zaraz dowiedziałabym się, że jestem nieuprzejma, że nie powinnam pracować w sklepie i moi przełożeni powinni coś zrobić w tej sprawie. Zresztą nie dalej jak kilka dni temu miałam przyjemność słyszeć takie właśnie słowa. Choć na żadnym kliencie się nie wyżywałam. Następne komentarze związane były z kartami płatniczymi. Akurat pech chciał, że zepsuły się terminale do ściągania należności z kart płatniczych - awaria. W związku z tym nie mogłyśmy przyjmować płatności za zakupy z kart. Starsza kobieta robiła przy mojej kasie zakupy. Szacuję, że miała koło sześćdziesięciu lat. Skasowałam ją, wymawiam kwotę do zapłaty, a kobieta do ręki podaje mi kartę. Mówię jej: „Mamy awarię i nie przyjmujemy w tej chwili kart płatniczych.” Naskoczyła na mnie. Zaczęła mówić coś o informowaniu klientów, że na sklepie powinna być informacja, przez radio powinniśmy ogłaszać o awarii terminali. Ręce opadły mi do samej ziemi – kobieta domagała się informacji o awariach! Zdenerwowałam się. Jak miałam nie być rozdrażniona, skoro przy każdej kasie wisiała informacja o awarii. Chyba żółta kartka na tle czerwonego zabudowania kasy wystarczająco się wyróżniała? Oprócz tego, że powiadomienia porozwieszane były na każdej kasie, to na dodatek znajdowały się również na drzwiach wejściowych, na szybach oraz na szafce, w której klienci mogli zostawiać zakupy zrobione w innym sklepie. Ręką wskazałam klientce miejsce, w którym wisiała informacja, zapytałam: – „A to, co niby jest?” Niepotrzebnie zwróciłam uwagę na te zawiadomienia, a już na pewno nie powinnam była mówić, że są one nieprzydatne, bo i tak nikt na nie uwagi nie zwraca. Tę uwagę mogłam zachować raczej dla siebie, ludzi i tak, to nie interesuje. ...ale informacji chcą, a potem i tak ich nie widzą. Klientka, nie potrafiąc powstrzymać się, stwierdziła, iż jestem bardzo nieuprzejmą kasjerką. Jeżeli nie było docinek z powodu terminali, to były z powodu błędnych cen, a te zdarzały się częściej. Czasami też ludzie zwracali uwagę na nieświeże i przeterminowane produkty, pognite owoce i pomarszczone warzywa. Siedziałam sobie jak zwykle przy kasie, gdy podeszła do mnie paskudna ropucha o wyglądzie wielce niemiłym dla mego oka. Ręką pokazując sok, zażądała ode mnie, abym skasowała go osobno. Odpowiedziałam: – „Nie ma problemu.” Skasowałam go. Podaję tej ropusze cenę. A ona do mnie z takim wrzaskiem, że o mało co nie ogłuchłam! Takiego krzyku dawno nie słyszałam. – „Co! Nie! Ja się pytałam, tam Pani powiedziała mi inną cenę! Niech Pani idzie i sprawdzi!” Poszłam, ale krew, aż się we mnie zagotowała. Myślę sobie: „Co taki Ropuch będzie mi tu rozkazywał i na mnie wrzeszczał? Co ona sobie w ogóle myśli.” Odchodząc od swojej kasy zwróciłam jej uwagę: – „Nie musi Pani na mnie wrzeszczeć. To nie jest moja wina, że cena się nie zgadza.” Ach, jej wrzask znów spowodował znaczne pogorszenie się mego słuchu. W odwecie na – nie moją winę – usłyszałam nic właśnie innego jak: – „To właśnie Pani wina.” W końcu w tym sklepie, wszystko jest winą kasjerki i kasjerka jest za wszystko odpowiedzialna. Poszłam sprawdzić cenę tego soku. Okazało się, że paniusia wykładająca napoje wprowadziła w błąd babę. Podała jej cenę soku o innym smaku, bo myślała, że wszystkie soki tej firmy mają tę samą cenę. Musiałam wrócić do tego babsztyla i powiedzieć, że koleżanka pomyliła się. Wolałabym, aby okazało się, że pracownik działu podał jej dobrą cenę, ale tak nie było. Wtedy nie musiałabym się tłumaczyć, zmieniłabym cenę i byłoby po problemie. Zastanawiałam się, czy przepraszać klientkę, czy nie. Doszłam jednak do wniosku, że tego nie zrobię. Ona na mnie wrzeszczy, a ja mam jeszcze za kogoś przepraszać? Po prostu przekazałam Ropusze, że koleżanka pomyliła się i podała jej cenę soku o innym smaku. Nie pamiętam czy wzięła ten sok, czy z niego zrezygnowała. Jednak sama zaraz zaczęła dyskusję, czemuż to na nią wrzeszczę: – „Ja na Panią nie wrzeszczałam.” – „Jak nie? „Przecież słyszałam, Pani się na mnie wydzierała.” – stwierdziłam. – „Ja się nie wydzierałam, ja tak mówię z taką tonacją.” – „Ja tak samo mówię” – odparłam jej krótko i pomyślałam, co mnie obchodzi jej tonacja? – „Czy ja Pani czymś ubliżyłam? Bo Pani mi ubliżyła.” Aż z ciekawości musiałam zapytać, czymże takim sprawiłam jej przykrość. – „Nieuprzejmością i krzykiem Pani mi ubliżyła.” Dowiedziałam się, że byłam niegrzeczna, i że owym wrzaskiem jej ubliżyłam. Zaśmiałam się i powiedziałam: – „Ubliżyłam Pani tym, że zwróciłam uwagę, aby Pani na mnie nie krzyczała?” – „Taka niekulturalna i nieuprzejma osoba nie powinna pracować z ludźmi, Pani przełożeni powinni coś z tym zrobić.” W tym samym czasie jeszcze dowiedziałam się, że nasza dyskusja jest zbędna. Przyznałam jej rację, bo faktycznie dyskusja była zbędna. W taki oto sposób zakończyła się polemika słowna między mną, a Ropuchą. Dziwne, ale tylko kobiety są tak sfrustrowane, żeby się na nas – kasjerkach – wyżywać. Takie sceny zaobserwowałam tylko w swoim sklepie. Robię zakupy w różnych miejscach, ale w jeszcze żadnym nie spotkałam się z krzykiem, żalem, czy pretensją do kasjerki. Nie przypominam sobie, żeby mężczyźni się tak zachowywali. Biorąc pod uwagę takie i podobne sytuacje, to spośród nich jeden procent przypada na scysję z udziałem klienta płci męskiej. Ten jeden klient bardzo był zdenerwowany, gdy terminal nie przyjął jego karty. Kto za to oberwał? … ja. Tak, właśnie ja. Facet zaczął mnie oskarżać o to, że terminal nie działa. Kazał zawołać szefa. Przy szefie mówił, że rozumie, że to nie wina kasjerki… aż się zagotowałam, cały czas na mnie wrzeszczał, obwiniał mnie, a teraz wielce gada, że to nie moja wina! Darł mordę tak głośno, że reszta klientów uciekła do innej kasy. Denerwowałam się trochę, bo odkąd zaczęłam pracować, była to pierwsza akcja z mężczyzną. A sytuacja miała miejsce w drugim miesiącu mojej pracy. Starałam się nie pozwolić klientowi wejść na swoją głowę. Trochę się z nim kłóciłam. Nie pamiętam dokładnego przebiegu rozmowy. Było to dawno temu. Jednak z tego, co sobie przypominam, to pieklił się o to, że transakcję zapłaty uważał za zakończoną, pomimo tego, że terminal nie przyjął jego karty. Sądził, że może wyjść ze sklepu z pełnym wózkiem zakupów, tylko dlatego, że nie znalazł informacji o nie przyjmowaniu przez terminale kart płatniczych. Na koniec donośnie oznajmił, że on już więcej tutaj zakupów nie zrobi! Bynajmniej ja nie będę płakać z tego powodu. Klient czuł się oszukany, bo wprowadzamy ludzi w błąd - niby przyjmujemy karty kredytowe, a terminale ich nie czytają. – „Na byle jakiej stacji benzynowej Pipidówy można bez problemu płacić kartą, a u was nie!” Klient czuł się oszukany, a ja jak się czułam? To już nikogo nie obchodzi. To był dopiero początek pracy w tym sklepie. Potrzebowałam czasu, żeby się przyzwyczaić i uodpornić na uwagi klientów. Z czasem już nie reagowałam na wrzaski i pretensje. W razie jakichś problemów kierowałam na kasę główną, bo większość tych problemów dotyczyła błędnych cen. Czy któregoś klienta przeprosiłam? Chyba nigdy. Chyba, bo może tylko wtedy raczyłam to zrobić, gdy nabiłam jakiś towar podwójnie i nie zauważyłam pomyłki. Takich przypadków jednak było mało. Musiało być mało, bo nie przypominam sobie, abym przepraszała. Z tym klientem, to była jedyna taka sytuacja. Wiele innych, które potem miały miejsce, było z udziałem zgryźliwych i zazdrosnych babsztyli. Najczęściej babsztyli, które utraciły już cały swój wdzięk i młodzieńczą witalność. Starały się przez to być nie tyle uszczypliwe, co pokazać, że tak naprawdę jestem nikim. Na początku wszystko brałam do siebie, zamartwiając się przy tym. Później doszłam do wniosku, że zdecydowanie lepiej będzie, jeśli będę czerpać przyjemność z komentarzy. Nie było to łatwe i proste, ale z czasem się udało. Po pewnym czasie nawet udawałam, że nie słyszę, tego co mówią. Bo ileż radości można czerpać z głupoty? Oczywiście tylko na początku mej pracy miałam scysje z klientami. Im dłużej pracowałam, tym takich sytuacji było mniej. Za to zauważyłam, że częściej obrywało się nowym koleżankom. Te stare pracownice miały wtedy spokój. Chciałabym się uwolnić od tego sklepu. Marzę o tym. Muszę jeszcze zaczekać, przynajmniej do tego momentu, w którym skończę studia. Bo mam czesne do zapłaty, jak się zwolnię, to nikt mi nie gwarantuje, że zaraz znajdę inną pracę. Nie mogę się doczekać obrony. Co prawda boję się jej, ale po obronie, jakby co, nie będę się martwić brakiem pracy. Tu aż prosi się zadać pytanie: Dlaczego ja, czegokolwiek bym się nie podjęła, skazana jestem na klęskę, wewnętrzne frustrację, na psychiczny niepokój, na wieczny niedosyt i na niekończące się niezadowolenie? Byłam zła, po wyborze liceum ekonomicznego, bo nie lubiłam żadnej ekonomi, bankowości i takich tam innych przedmiotów ekonomicznych. Szlag mnie trafiał po błędnym dokonaniu wyboru ze studiami w Legnicy. Później zdecydowałam się na pedagogikę w Opolu… kolejne bagno… przecież w ogóle się nie nadaję na pedagoga. Całkowite dno z pracą w sklepie. Na dodatek w pracy jestem jedną z trzech studentek (Iwona, Kaśka i ja), reszta jest po zawodówkach, szkołach średnich, była też jedna osoba, która nie ukończyła nawet gimnazjum... Pamiętam, że kiedyś Pani Jola miała problem z wystawieniem dziewczyn na sobotnią zmianę, bo akurat cała nasza trójca miała zjazd na uczelni i nie było komu wyjść do pracy. Dokładnie to pamiętam, bo w tym swój udział miała Stara. Powiedziała, że któraś z nas ma zrezygnować z nauki! Śmiałam się jak głupia. Nie przepadałam za swoim kierunkiem, ale na pewno nie zrezygnowałabym z nauki tylko dlatego, że szefowa boi się, że jej pracownicy będą mieć lepsze od niej wykształcenie. To przecież nie był mój problem, że w sobotę nie było komu pracować. Mogła zatrudnić jeszcze kogoś, albo po prostu nie zatrudniać studentek. Kocham swoje miasto. Jest ładne, kolorowe i nieduże. Takie idealne dla mnie. Jednak znalezienie tu pracy, dobrej pracy już nie mówię o wymarzonej, graniczy z cudem. Mam mierną i marną wizję swej przyszłości. Jak mam się rozwijać artystycznie, bo intelektualnie już raczej się nie da? Jak ma skoncentrować się na tworzeniu? Czasami mam ochotę wziąć do ręki ołówek i coś narysować, ale nie potrafię. Godzinami siedzę nad pustą białą kartką i nie umiem pociągnąć ani jednej kreski. Cała wizja mojego projektu, rysunku pryska jak bańka mydlana, bo jestem coraz częściej wypruta i znużona psychicznie. Jestem na siebie zła. Czuje się beznadziejna! Denerwuje mnie, to że nic mi nie wychodzi. A mój goły manekin, w milczeniu czeka, aż go ubiorę w coś, co własnoręcznie uszyję, na podstawie własnego projektu. *** Jakiś czas temu weszłam w interesy finansowe. Siedziałam sobie w pracy, jak prawie codziennie. Kasowałam pewnego faceta, na oko miał koło czterdziestki. Facet jakich wielu, choć ten był na swój sposób przystojny. Przypominał mi takiego młodego chłopca. Nie był i nie jest w moim typie, ale zwróciłam na niego uwagę, bo wyglądał sympatycznie. Tak dobrze i przyjacielsko patrzyło mu z oczu, że gdyby powiedział – chodź ze mną – to pewnie poszłabym za nim. Normalnie w życiu nie spotkałam jeszcze takiej osoby, za którą gdziekolwiek poszłabym. Gościu miał w sobie coś takiego, że od razu bezgranicznie mu zaufałam. Niepotrzebnie się na niego popatrzyłam podczas obsługiwania, szkoda że nie było za nim żadnego klienta. Może wtedy dałby mi spokój, a tak zaczął coś mówić o jakichś możliwościach awansu. Był tajemniczy, za nic nie chciał powiedzieć, cóż to za ofertę rozwoju miałby dla mnie. Chciał mój numer telefonu. Nie wiem dlaczego dałam mu. Żałowałam. Złamałam swoje zasady. Jeszcze nikomu nie podałam numeru telefonu. Sympatyczny mężczyzna był pierwszą osobą, która go dostała. Gdybym wtedy wiedziała, co mnie z nim czeka, to w życiu, tego bym nie zrobiła, ...a tak mu dobrze z oczu patrzyło. Czułam się bezpieczna i spokojna. To takie dziwne, niewyobrażalne uczucie, które nakazało dać mężczyźnie numer telefonu. W dalszej części rozwinę temat z sympatycznym mężczyzną, bo składa się z kilku fragmentów. A w tej chwili ciężko jest mi się skupić na myśleniu, ponieważ już drugi dzień boli mnie ząb. Tylko łykam i łykam tabletki przeciwbólowe, a ząb nie przestaje boleć. *** Byłam zła na siebie za ten numer telefonu. Gdy w ważniejszych sprawach był mi potrzebny, to go nie pamiętałam, a wtedy tak płynnie i szybciutko cyferki pojawiły się na karteczce. Nie ukrywając byłam strasznie ciekawa tych nowych finansowych horyzontów. Myślałam, że zaproponuje mi jakąś fajną pracę, w jakimś ciepłym miłym i przytulnym miejscu. Może z trzy tygodnie później, zadzwonił mój telefon. To był ten facet, któremu podałam swój numer. Miał dla mnie ofertę. Umówiłam się z nim na spotkanie. Niecierpliwiłam się i nie mogłam się doczekać. Taka byłam ciekawa, co to za oferta. Snułam już plany, marzyłam o tym, co będę robić, w jaki sposób wydam zarobione pieniądze. Szybko zarobione pieniądze! Potem było następne spotkanie, po nim jeszcze następne, a potem jeszcze kilka kolejnych. Mężczyzna tak mnie bajerował, tak pięknie opowiadał o swojej pracy, że aż grzechem byłoby nie uwierzyć w to, co mówił, a jeszcze większym nie skorzystać z propozycji. Tak cudownie przedstawiał moją przyszłość, zachwalał jaką to fajną pracę mi oferuje z lekkimi i łatwymi pieniędzmi. Jak więc miałam nie przyjąć takiej oferty? Przecież wypełnienie umów o ubezpieczenia, czy rejestracja w OFE to nic trudnego. Gościu wielokrotnie podkreślał, że dzisiejszy rynek ma przeogromne zapotrzebowanie na OFE i dlatego mam szansę zaistnieć. Mydlił mi oczy. Strasznie mydlił. Dopiero później wyszło, że agentów, przedstawicieli OFE i doradców finansowych jest całe mnóstwo. Tyle nazw, a wszystko i tak tylko jednego dotyczy – finansów, inwestycji i OFE. Dałam się nabrać na jego OFE i inwestycje. Nie było tak różowo, jak mówił. Najpierw namówił mnie na szkolenie, w którym absolutnie musiałam uczestniczyć. Naciągnął mnie na spore koszty. Musiałam zapłacić za nocleg w hotelu, który później okazał się noclegiem u Salezjanów. Nie pamiętam ile płaciłam za rzekomy hotel, może z dziewięćdziesiąt złotych. To był akurat najmniejszy koszt, jaki wtedy poniosłam. Nocleg oczywiście był z wyżywieniem, które w ogóle mi nie smakowało. (Na drugi dzień pobytu, obiadu w ogóle nie zjadłam, bo podano żurek, którego nie cierpię. Na śniadanie zaserwowano kiełbasę, a na samą myśl o niej robi mi się niedobrze.) Najwięcej zapłaciłam za wykłady, był to koszt około stu pięćdziesięciu złotych, za egzamin chyba sto sześć złotych. Oprócz tego, co najmniej siedemdziesiąt złotych poszło na załatwienie papierków o mojej niekaralności (w dwóch egzemplarzach), a do tego jeszcze z jakieś trzydzieści złotych na przejazd tam i z powrotem. Na wykładach czułam się dziwnie. Miałam wrażenie, że znów znalazłam się w złym miejscu, tam gdzie nie powinnam być. *** Dzisiejszy dzień będzie ciężki, nie powinnam liczyć na pocieszenie od klientów. Tak strasznie boli mnie ząb. Albo już mam halucynacje i omamy słuchowe przez tego zęba, albo słyszałam kruka. Chyba kruka. Nie jestem dokładnie pewna, bo tych ptaków nie rozróżniam. Kruk a wrona, różnicy nie widzę! To jedyne ptaszyska, z którymi mam problem. Krukanie sprawiło, że dziwnie się poczułam. Jakby lato miało się już kończyć. Zresztą już dzisiejszy powiew wiatru wśród drzew jest dziwny, taki jesienny. Gdy zamykam oczy mam wrażenie, że mamy już jesień, a dopiero zbliża się koniec lipca. Jesień w lipcu! Liście się złocą i opadają na chodniki. Teraz wszystko możliwe. Klimat tak bardzo się zmienia. Piękna ta lipcowa jesień. Drzewa mienią się różnymi kolorami brązu, żółci i czerwieni. Gdzieniegdzie widać jeszcze pozostałość po wiośnie w postaci rzucających się, w oczy zielonych liści drzew, podsycanych ostrym, jaskrawo złotym słońcem. Coś pięknego. Zastanawiającego, refleksyjnego i niepowtarzalnego. *** Patrzę przez okno w swoim pokoju, widzę drzewa bujające się pod wpływem wiatru i cholernie tęsknię za morzem. Za szumem fal, za tamtym wiatrem, za słońcem. I zazdroszczę niewyobrażalnie tym wszystkim, którzy teraz wylegują się na plaży. Chciałabym mieć choć jedno życzenie. Tylko jedno. W tej chwili więcej mi nie trzeba. Pragnę się zrelaksować, odpocząć i wyciszyć, naładować wyczerpane baterie. Chcę w spokoju pomyśleć. Cały ten stan potrafię osiągnąć nad morzem. Jestem taka sfrustrowana. Chyba zaraz się rozpłaczę. … i jeszcze ten ząb. Czekam na wypłatę, jak na zbawienie. Wtedy uda mi się pójść do dentysty. *** Wracając do nowych horyzontów finansowych – jestem wyszkolona na agenta ubezpieczeniowego w charakterze ubezpieczeń emerytalnych. I to czego mi brak, to klientów. Wiedziałam, że byłoby to za piękne, aby mogło być prawdziwe. Klientów mam sobie sama szukać w jakby się wydawało prosty sposób, poprzez umawianie się ze swoimi znajomymi. Już na samym początku powinnam wziąć pod uwagę to, że liczba moich znajomych jest zaskakująco ograniczona. Towarzystwo mam selektywnie dobrane. Reszta to tacy znajomi, z którymi nawet na cześć nie jestem. Znam, bo znam i już. Nie czuję wewnętrznej potrzeby spotykania się z takimi osobami, rozmawiania z nimi i przedstawiania im jakichkolwiek propozycji. To jest podstawowym błędem – agent musi rozmawiać. On ma się spotykać właśnie z takimi znajomymi, umawiać się poprzez znajomych z ich znajomymi. Taka zasada. Ma zawierać z nimi umowy i prosić o dalsze polecenia. Problem jest taki, że ludzi za bardzo nie interesuje to, co agent ma do przedstawienia. Ciężko mi wciskać ludziom kit, tym bardziej, że mój fundusz, który reprezentowałam rewelacyjny nie był. Zdarza mi się skłamać, ale nie potrafię lać wody i mydlić oczu. To nie dla mnie. Ludzie do zmiany funduszu nie są przekonani, nie wykazują zainteresowania odzyskaniem należnych składek od ZUS. Klienci twierdzą, że ich bajeruję. Sami sprawdzają w Internecie, nie wiem co ... bo przecież ja jestem specjalistą w tej dziedzinie. Bardziej są zainteresowani tym, ile ja będę z tego mieć. Pewnie z tego powodu, że mogę coś na nich zarobić, nie chcą w to wejść. ...bo, po co mam mieć z tego zysk? Facet chciał, żebym zmieniła swój fundusz na ten, który reprezentuję. Stwierdził, że łatwiej mi będzie prezentować produkt, jeśli będę go znać i mieć. Nie zmieniłam i nie żałuję swojej decyzji. Coś mi się zdawało, że tylko straciłabym na tym. Prezentowany przeze mnie fundusz emerytalny w rankingach Internetowych pod wieloma względami był gorszy od mojego, wybranego przy podjęciu pierwszej pracy. Dlatego też podchodziłam do tego niechętnie. Nie miałam przekonania do prezentowanej przez siebie marki i nigdy nie podobały mi się jej reklamy w telewizji. Pan Andrzej, bo tak nazywa się ten facet, niby ładuje mnie dodatnio na spotkaniach, bo po nich mam ochotę do działania. Ale już na drugi dzień budzę się w szarej rzeczywistości życia codziennego. Zupełnie odarta ze złudzeń i wiary w lepsze jutro. Nie mam ochoty na żadne działanie, bo w podświadomości mam ciągłe wrażenie, że to co robię nie ma żadnego sensu. Ludzie są ciekawscy i zamiast interesować się swoimi własnymi sprawami, interesują się moimi zyskami. Takie życie. Nigdy nie mogłam trafić na normalnych, życzliwych ludzi. Zawsze spotykałam fałszywych, obłudnych, zazdrosnych i źle życzących. Ciekawskich plotkarzy, nigdy nieinteresujących się swoimi sprawami tylko zawsze cudzymi. *** W pracy czekała mnie zaskakująca niespodzianka. W odwiedziny przyszedł Eugeniusz. Cóż za radość czułam, aż z wrażenia przestał boleć mnie ząb i wróciła ochota do życia. Przez chwilę czułam się tak, jak za starych dobrych czasów, kiedy Eugeniusz pracował ze mną. Jak dobrze było go znów zobaczyć. Długo nie widzieliśmy się. Szkoda, że już z nami nie pracuje. Z nim było fajnie. Czasami chciałabym cofnąć czas i zrobić coś żeby nie wyleciał ...choć to i tak pewnie nic by nie dało. Eugeniusz miał wylecieć. Bez różnicy, czy będzie to dziś, czy jutro. Ten los i tak go czekał, tak samo jak innych. *** Powoli zaczynam mieć dość wszystkiego. Pracy dość miałam już na samym początku, więc z tym nic nowego. Tak poza pracą mam dość swojego zęba, który usilnie stara się o sobie przypominać, nawet po wizycie u dentysty. Normalnie oszaleję. Zaraz chyba go sama wyrwę, nawet kombinerkami. Mój ból sięga już zenitu. Nie mogę pić, jeść i spać. Dość też mam brata, któremu akurat zawsze zbiera się na gadanie, jak nie mam ochoty. Ojciec też zachodzi mi za skórę. Nieustannie grozi mi zamieszkaniem w śmietniku, bo mam bałagan w pokoju. Nie potrafi zrozumieć tego, że nie posiadam czasu na sprzątanie. A jak już znajdę, to szybko się męczę. Sprzątanie zabiera mi siły i wykańcza psychicznie. Już po chwili czuję się jakbym przez kilka godzin ciężko pracowała. Nie mam głowy do porządków. Lepiej odnaleźć mi się w bałaganie. Szybciej znajduję to, czego szukam. Nie dość, że w pracy mnie denerwują to jeszcze w domu. Gdzie ja mam osiągnąć wewnętrzny spokój? I jeszcze ten ząb. Z nieustannie dokuczającej rozpaczy, jaką jest myślenie o mojej pracy i w ogóle udawanie się do niej, postanowiłam pouprawiać troszkę hazardu, mając nadzieję na jakąś pokaźniejszą wygraną. Jednak tuż po losowaniu dużego lotka (bo na tego czasem się skuszę), okazało się iż trafiłam tylko jedną cyfrę. I jak mam się nie załamać? Jak mam być bogata w takich warunkach? Jak przy tak sprzyjających mi wiatrach mam rzucić pracę, wybudować dom z basenem, kupić sobie garbuska? Od dawna marzę o samochodzie ciężarowym. Chciałabym mieć traktor i kombajn. Mam też słabość do czołgu... Chciałabym też mieć gospodarstwo. Kupiłabym krowy, miałabym mleko, kury, jajka. Marzenia... w erze ptasich i świńskich gryp – inwentarz domowy usypia się, aby nie rozprzestrzeniać choroby. Marzę o sadzie z jabłkami, mama robiłaby mi mój ulubiony jabłecznik. ... Chyba popadnę w nałóg, bo jest większe prawdopodobieństwo szybszej wygranej na grach liczbowych z totalizatora sportowego niż na zarobieniu pieniędzy z umów od Pana Andrzeja. *** Wnerwia mnie Pan Andrzej, wnerwia mnie sklep. Szału już dostaję. Nie można nawet pracować normalnie. Sklep jest otwierany od ósmej rano. Zamiast zrobić otwarcie punktualnie i pozwolić kasjerce przygotować się do pracy – policzyć pieniądze w woreczku, zalogować się na kasę – to nie! Trzeba otwierać, bo ludzie stoją! Bo jak się im otworzy pięć minut wcześniej, to akurat coś się zmieni. Będą częściej do sklepu przychodzić, więcej kupować, lubić właścicieli – czy co? Zawsze jak szef był rano, to otwarcie sklepu następowało prędzej. Trzeba było szybciej pracę zaczynać, bo jemu się tak chciało. Miałam płacone od ósmej, a nie od za pięć ósma. Tu pięć minut, a na zakończenie dziesięć czy piętnaście, jak dobrze poszło i nagle robiło się dwadzieścia minut. Dwadzieścia minut w plecy, bo liczone do normy miałyśmy dopiero przepracowane dwadzieścia pięć minut, które były zaokrąglane do połowy godziny. Takie naliczanie było stosowane przez jakieś dwa lata mojej pracy. Później zmieniła się kadrowa. Zrobiłyśmy szum w tej sprawie i zaczęto nam naliczać czas, tak jak trzeba. Raz miałam taką sytuację, że przyszłam trzydzieści minut wcześniej do pracy, bo miałam posprzątać kasy. Obtarłam z wierzchu trzy pierwsze, te trzy na których kasowałyśmy i poszłam wyprać ścierki – hard core’owo śmierdzące i brudne. Musiałyśmy je prać, bo tak było lepiej, po co nam nowe, skoro stare (czyli takie, które mają już parę tygodni i całkowicie straciły swój pierwotny kolor) można wyprać i dalej używać. Prałyśmy rękoma w gorącej albo lodowatej wodzie. Wróciłam na kasę z tymi ścierami, a Stary do mnie: – „Kasjerka jest, to można już otwierać.” Myślałam, że zaraz mnie coś trafi. Mówię mu: – „Jeszcze nie. Nie jestem jeszcze gotowa, mamy sporo czasu. Miałam sprzątać kasy, więc je sprzątam.” Nie pozwoliłam na otwarcie szybciej. Dlaczego mam się śpieszyć? Skoro otwieramy od ósmej, to od ósmej. Trzymajmy się reguł! Co jeszcze może miałam przychodzić tak, aby sklep można było wcześniej otworzyć? To mój czas! Oni za mój prywatny czas nie płacą. Stary dobrze wiedział, że przyszłam sprzątać i skoro sprzątam, to nie przygotowałam się jeszcze do kasowania. Wnerwiające też było zamykanie. Równiuteńko o godzinie dwudziestej bądź o dwudziestej pierwszej drzwi powinny zostać zamknięte. Jak była normalna zmiana, tzn. bez Starych na zakończenie dnia, to i drzwi były zamykane i klienci na sklepie byli ponaglani do podejścia do kas. Miałyśmy szansę wyjść o normalnej porze do domu. Gdy Starzy byli, to drzwi były otwarte tak długo, jak się tylko dało. Gdyby nie nasz bunt, to pewnie pracowałybyśmy do rana, bo za każdym razem ktoś by pod drzwi podchodził, no i trzeba byłoby go wpuścić. Czy dziękowano nam za to, że zostajemy w pracy dłużej? Nigdy. Stara sama mówiła, że pracownikom się nie dziękuje i ich nie chwali, bo później się psują. Po co nam dziękować! Jeśli nam nie pasuje, to możemy odejść, drzwi mamy otwarte. Nieraz ręka mnie swędziała, żeby z szuflady kasy wyciągnąć kasetkę, przy wszystkich klientach rzucić nią o podłogę, żeby się roztrzaskała, a pieniądze rozsypały po podłodze i odejść jak najdalej. Po prostu wyjść i mieć ten sklep głęboko gdzieś. ...ale byłam odpowiedzialna za pieniądze. Gdybym tak zrobiła musiałabym oddać saldo co do grosza, a wątpię, aby po zebraniu całej kasy z podłogi zgadzał się utarg. *** Mam dość cwaniaczków, pseudopańci oraz jegomości, którzy przychodzą do sklepu, biorą towar na wagę, idą do kasy i jeszcze głupio się dziwią, gdy pytam się ich: – „Czy towar był ważony?” Pamiętam trzy charakterystyczne sytuacje związane z wagami. Obrazy owych zdarzeń mam jeszcze żywo przed oczyma. Pewnego dnia przyszedł sobie do sklepu taki jegomość. Robił – wielkie zakupy – a dokładnie miał tylko arbuza. Nie zważył go, bo po co oczywiście. Gdyby robił faktycznie duże zakupy, to nie zdziwiłabym się, że zapomniał zważyć. Skleroza rzecz ludzka. Pytam się go: – „Czy arbuz był ważony?” Pytam, bo czasami okazuje się, że naklejka z kodem kreskowym przykleiła się do koszyka, wózka, albo innego produktu, a wtedy można ją odkleić i nikt nie musi specjalnie chodzić ważyć. Jegomość totalnie zdziwiony odpowiedział: – „Nie, nie był”. W związku z tym, iż był tak szalenie zdziwiony postanowiłam poinformować klienta: – „U nas towar trzeba zważyć ponieważ inaczej go nie odbiję”. Na to mój klient głupkowato zapytał: – „A waży się? ...bo w innych sklepach przy kasie”, – tak jakbym poinformowała go w obcym języku. Postanowiłam przekazać mu informację jeszcze raz. Powoli i spokojnie mówię do niego: – „W naszym sklepie od początku waży się przy warzywach – bo tam są wagi.” Facet stoi i nic. Po chwili słyszę. – „A Pani może to jakoś załatwić?” Poczułam się osłabiona. Gdyby to był jakiś dziadek, który popatrzyłby się na mnie z litością, to pewnie bym się zgodziła i zważyła, ale chamskiemu typowi nie pójdę. Zdecydowanie odpowiadam mu: – „Nie. Jestem kasjerką i nie mogę schodzić z kasy. Nie będę Panu chodzić i ważyć. Pan chce to kupić. Pan jest w supermarkecie...” Facet wziął arbuza i odszedł od kasy. Odchodząc powiedział, że robię problem. – Tak problem, bo ja mam kasować, a nie ważyć. Jestem kasjerką. No, ale jak widać, niektórzy od kasjerki chcą za dużo. Ja nie mogę schodzić z kasy. Nikt mi za dodatkowe latanie nie płaci, a i podziękować też nie ma komu. Większość ludzi myśli, że mam taki obowiązek, bo oni są klientami, a pracownik ma zrobić wszystko, żeby oni wyszli ze sklepu zadowoleni. Generalnie klient ma wyjść zadowolony, ale są pewne granice. Sklep, w którym pracuję jest duży i przede wszystkim samoobsługowy. Nikt nie będzie lecieć przez pół sklepu, bo ktoś czegoś nie zważył. W pierwszych miesiącach pracy kasowałam pewną kobietę, która nie zważyła produktu. Poprosiłam ją o wykonanie tej czynności. A ona do mnie: – „Ja nie mogę chodzić, jestem po operacji nogi”. Gdyby mnie przeprosiła za to, że zapomniała i poprosiła, bądź zapytała: „Czy mogłaby Pani to zważyć, bo jestem po operacji nogi i dużo czasu zajęłoby mi dokuśtykanie do wagi.” Wstałabym i poszłabym bez żadnej dyskusji. Pani jednak wolała powiedzieć: – „Dlaczego wy zawsze robicie problem?” Dodam, że widziałam ją przez okno, zaledwie parę minut wcześniej i szła normalnie, zwyczajnie, tak jak każdy zdrowy człowiek. Nie czułam obowiązku ważenia tej Pani czegokolwiek. Gdybym to zrobiła, to pewnie później musiałabym ważyć innym, bo kogoś boli głowa, bo ktoś jest przeziębiony. Bo przecież jestem pracownikiem sklepu i chory klient nie musi pamiętać o istotnym ważeniu produktów. Najbardziej problemowy klient (był z żoną) stwierdził, iż nie znam się na zasadach handlu. Zrobił raban na cały sklep, bo nie chciałam zważyć mu ogórków. Jak zwykle w przypadku braku etykietki poprosiłam o zważenie dodając, że w tym czasie będę kasować resztę produktów. Klient był uparty i zawzięty. Naskoczył na mnie, zażądał pracownika działu, bo skoro ja nie mogę tego zrobić, to niech zrobi to ktoś, kto jest za to odpowiedzialny. Żona mu wtórowała. Całkowicie nie brali pod uwagę tego, że to jest właśnie ich sprawa. A był to wieczór, więc na dziale nie było nikogo. Poszłam zważyć te nieszczęsne ogórki, nie chciałam, żeby robili jeszcze większe zamieszanie. Ponieważ parę dni wcześniej miałam akcję w sprawie grafiku i byłam z tym u szefowej. Po prostu nie chciałam znów się znaleźć u niej w biurze. Wyszło by na to, że ze mną są same problemy. Byłam wnerwiona, bo ci klienci strasznie się wywyższali. Chcieli mnie poniżyć. Nie mieli do mnie szacunku, a ja bardzo nie lubię takich osób. Stwierdzili, że jestem pracownikiem i mam zrobić wszystko, aby klient wyszedł ze sklepu zadowolony, bo taki mam obowiązek. Właśnie wtedy dowiedziałam się, że o zasadach handlu nie mam pojęcia i że powinnam się z nimi zaznajomić... Na odchodne pożegnali się ze mną wyrażając nadzieję, że na następny raz będę już zaznajomiona z tymi zasadami. Byli tacy wyniośli i aroganccy, że aż karykaturalni. *** Jak ja nie lubię, gdy coś idzie nie po mojej myśli. A ostatnio wszystko idzie nie tak jak trzeba. Zdecydowanie nie tak. Myślałam, że jestem z tych osób, co bardziej biorą się do roboty, a przynajmniej z tych co kombinują, ale coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że jestem marudą do nieskończoności. Mnie chyba nigdy nie będzie dobrze. Moje całkiem optymistyczne nastawienie do świata jest szalenie budujące i dodające chęci do dalszego działania. Uwaliłabym się na łóżku i zbijała bąki lub marzyła o niebieskich migdałach. Być może zatopiłabym się w marzeniach o przewidzianym mi w horoskopie mężczyźnie rybie, bądź skorpionie. Pomarzyć można, bo w rzeczywistym świecie chyba się nie doczekam. No normalnie się nie doczekam. Zawsze jak coś złego w horoskopie jest, to mi się sprawdza, ale jak coś dobrego, to ni cholery nie. Z radości mam ochotę obeżreć się słodyczami do mdłości, ale tu znów szkoda mi swych małych ograniczeń na rzecz wagi. I tak źle i tak nie dobrze. Założyłam sobie pas Vibroaction, przyspieszacz odchudzania dla wyjątkowo leniwych i biernych osób, czyli dla mnie. Dla osoby, która chciałaby się pozbyć trochę nadmiaru tkanki tłuszczowej, ale nie lubiącej się w ogóle wysilać. Pas trzepie mi sadło na brzuchu i zamiast rozbudzić mój usypiający mózg, sprawia że za chwilę prawdopodobnie zasnę. Mam brak weny twórczej. I strasznie mi się chce pić. Wypiłabym hektolitry. Jedyne co mam pod ręką to pustą szklankę po kakao i pustą butelkę po wodzie mineralnej. Chyba sięgnę z pragnienia po zmywacz do paznokci albo po odświeżacz do ciała w sprayu. Chyba, że dźwignę dupsko do szafki, ale tam stoi tylko Malibu kokosowe, które bez mleka ciężko wypić. Zresztą na suszę alkohol nie najlepszy, a po słodkich trunkach podobno jeszcze bardziej suszy. Nie najlepszy dzień mam do twórczego działania. Ostatnio coraz więcej takich ...szarych, nostalgicznych i za bardzo melancholijnych dni. Przez cały dzień zastanawiałam się nad kwintesencją swojego życia. Dochodzę do wniosku, że sama nie wiem, czego chcę, choć tak naprawdę wiem. To zakręcone jest i chyba zrozumieć mnie może tylko i wyłącznie znaczna mniejszość, podzielająca takie wewnętrzne zagubienie jak ja. W głowie mam sieczkę. Znów zostałam bez perspektyw na życie. Boże jaką ja mam monotonię. Gdyby ktoś nakręcił film na podstawie tego co piszę, musiałaby to być niezwykła klapa roku. …choć jak sobie przypominam to szczególne wyróżnienia i dobre opinie otrzymują zwykle denne filmy. Więc może nie byłoby tak źle? Jednak zdecydowanie więcej akcji dzieje się u mnie w głowie. Tam byłoby na co popatrzeć. Istny psychologiczny horror. *** Cóż za okrutny dzień. Nic mi się nie chce, i nie byłoby w tym nic dziwnego, bo cały czas nic mi się nie chce robić. Tak mi jakoś smutno jest. Jest niedziela, mój dzień wolny od pracy. Powinnam się cieszyć wolnym dniem, a chce mi się wyć. Może zwyczajnie dopadła mnie zimowa chandra – ale litości, jest sierpień! Albo wychodzą skutki zerwania z chłopakiem, albo sama już nie wiem co. Za oknem pada. Wieje wietrzysko i jest zimno. Może tak dosłownie tego zimna nie należy brać pod uwagę, bo od ponad dwóch lat odczuwam zimno, nawet wtedy, gdy jest ciepło. Tylko w upalne, parne dni odczuwam ciepło atmosferyczne. Tak źle i tak niedobrze. Czuję się fatalnie zmęczona, ale to pewnie po sprzątaniu i na pewno trochę przez pogodę. Jestem okropnie śpiąca. Pomimo wypitej kawy, łamie mnie sen. I tak codziennie piję kawę i zasypiam. Generalnie można zwariować. Siedzenie w domu dobija, ale naprawdę nie mam ochoty nigdzie wychodzić. Zresztą samej się nie chce, bo teraz jestem sama. I w ogóle jakoś tak za zimno jest. Aura nie sprzyja do spacerów. Mój brat odłączył mi Internet, bo mu nie płaciłam. Czy on nie potrafi zrozumieć tego, że nie mam pieniędzy? Moja wypłata poszła na dentystę, a reszta pójdzie na czesne. Nawet w domu nie spotykam się ze zrozumieniem i wsparciem. Wszyscy chcą pieniędzy, a skąd ja je mam wziąć, no skąd? Nawet w głupiego totolotka nie mogę wygrać. Tak ciężko trafić sześć głupich cyfr. No cóż, kocham pieniądze. Każdy je kocha. Bez nich tak trudno żyć. Zajęłabym się czymś przyjemnym, ale nie mam czym. Filmu nie ma żadnego. A przynajmniej żadnego dobrego. Wczoraj oglądałam „REC’a” – co za masakra! Oni już nie mają o czym kręcić filmów. Normalnie nie mają. Można się załamać. Ja już naprawdę nie pamiętam, kiedy oglądałam dobry film. A jeśli nawet, to nie był to horror. Horrorów nie ma teraz dobrych. Co ja mam oglądać? Na czytanie nie mam teraz ochoty. Chyba zasnęłabym przy składaniu liter. O pracy wolę nie myśleć. W dzień wolny należy się odprężyć i zrelaksować, a mi to na opak idzie. Czas usiłuję zabić oglądając TV. Oglądam losowanie totolotka. Jego wyniki wprawiają mnie w skrajną rozpacz. Chce mi się płakać, znów nie zostałam milionerką. Nadal nie mogę pojąc, jak to tak może być, żeby tak proste kombinacje liczbowe (moje kombinacje), nie mogły ułożyć się w wylosowaną szóstkę. Zwariuję. Chcę być bogata i absolutnie nic nie robić! Absolutnie. Będąc bogatą ile bym zatrudnienia dała? Na pewno potrzebowałabym gosposi, ogrodnika może nawet osobistego trenera na wszelki wypadek, jakby mi się ćwiczyć zachciało, a i później niani dla moich dzieci. *** Dzisiejszy dzień jest znacznie lepszy od wczorajszego. Choćby z tego powodu, że świeci słońce. W domu można zwariować, ale oczywiście już za dwie godzinny zaczną się nieodzowne frustracje przy kasie. Mój trzepnięty brat chce kupić dom i nie robi nic innego, jak tylko na Internecie wyszukuje konkretne oferty. On to ma wszystko zaplanowane, a ja z jego planów jestem jak zwykle wydziedziczona. Wydziedzicza mnie z każdej możliwej transakcji. Z mieszkania. Z domu na wsi oraz z domu, którego jeszcze nie kupił. Czas w domu tak szybko biegnie. Szkoda, że nie leci tak szybko jak siedzę w pracy. Tam wyjątkowo się dłuży. Godzina staje się wiekiem. Aż strach pomyśleć, co dziś będzie. Może lepiej nie myśleć, bo sobie coś nieprzyjemnego wykraczę. Szkoda, że nie mogę znaleźć pracy idealnej dla siebie. Pracy, która polegałaby na robieniu niczego. W tym byłabym zdecydowanie najlepsza. Chociaż, gdyby tak pod uwagę wziąć dziewczynę ode mnie z pracy, Dominikę, to zdecydowanie robiłaby mi konkurencję. Ona tak jak ja świetnie nadawałaby się do obijania. Nam wiecznie nic nie chce się robić. Jesteśmy leniami do nieskończoności. A rynek pracy rzekomo taki szeroki. Niby każdy może znaleźć coś dla siebie. Ale to – każdy – jest wielce naciągnięte. Bo nie każdy może znaleźć to, co mu odpowiada. Ja jeszcze nie znalazłam i chyba nie znajdę. Jedyna moja nadzieja, żeby wygrać w totka. Ale tu znów mogę się nie doczekać i w ostateczności umrę ze starości jako biedna stetryczała babka. *** W domu mam remont... kuchni, a przez to sparaliżowane jest całe mieszkanie. Aż żałuję, że nie mam teraz urlopu, bo gdy moi rodzice robią remont, to należy uciekać z domu. Już nie chodzi o te hałasy charakterystyczne dla remontów, ale o to, że jak znam życie i swoich rodziców, to będą się kłócić, że hej! Będę więc mieć wojnę domową. Kupili dziś kafelki, co prawda za bardzo mi się nie podobają, ale to przecież nie moja kuchnia. Mama zrobi sobie ją, jak będzie chciała. Zrobi źle, to będzie tak mieć. Powiedziałam jej zresztą dziś, że to jej piwo i ona będzie je pić. Ojciec kupił wyrzynarkę do kafelek i tak ją rozpracowywał, że pogubił jakieś śrubki, a później nie mógł którejś odkręcić. Brak słów, ręce opadają. Mój ojciec i jego zabaweczki. Najpierw chodzi dumny i się podnieca, a później słychać niecenzuralne słowa, najczęściej zaczynające się na literę k…, a później na: ja p… Dziś znów miałam wolny dzień. Taki miesiąc, że należy się aż jedenaście dni wolnych i w miesiącu muszą być wybrane. Nie wiem, kiedy godziny wyrobię, ale co tam, przecież lubię się męczyć. Nic nie sprawia większej przyjemności niż męka. A wolny dzień dostałam akurat dziś, bo szłam do dentysty. Jak zwykle zestresowałam się, całkiem niepotrzebnie. Oczywiście dentystka poznała mnie po zębie. Musiał być to w jej oczach szczególnie wybitny ząb. Idę spać, zmęczyłam się i zdenerwowałam. Znów nie wygrałam w totolotka. Ale coraz lepiej mi idzie. Teraz miałam aż dwie trafione cyfry! W totka raz lepiej, a raz gorzej idzie. Po dwóch trafionych cyfrach, przyszła kolej na trzy trafienia, ale po trzech przyszło całkowite pudło. Zero trafień. W ten sposób nie doczekam się wygranej. Tak więc muszę się nadal męczyć. Mam tylko nadzieję, że gdy w końcu uda mi się zasnąć, to nie przyśni mi się charakterystyczny odgłos wykładania na taśmę jogurtów przez jedną z moich klientek. Chybabym w szał wpadła. Wystarczy, że co parę dni słyszę ten dźwięk w sklepie. Jest to doprawdy charakterystyczne brzmienie. Odkąd tam pracuję, jeszcze nie słyszałam, aby ktoś w podobny sposób wykładał towar. Ta klientka pojedynczo w totalnym skupieniu wyciąga jogurciki, deserki i dokładnie, równiuteńko jeden koło drugiego układa. Tą kobietę jestem w stanie rozpoznać nawet z zamkniętymi oczyma. Oczywiście po sposobie, w którym wykłada towar na taśmę. W iście irytujący sposób działa mi to na nerwy. Rozprasza. Dekoncentruje. Nienawidzę tego dźwięku! *** Przez poprzedni tydzień w sklepie choć nie wydarzyło się nic specjalnego, to jednak wydarzyło się wiele. Generalnie wszystko toczyło się po staremu, jak co dzień. Jak zwykle był problem z dziesięciozłotówkami i dwudziestozłotówkami, ale to już taki mały standard, który ciągnie się od ponad miesiąca. Tego problemu mam już serdecznie dosyć. Nie mogę się denerwować, a to tak wnerwia, że aż czuję jak mi włosy z głowy wychodzą. Jak tak dalej pójdzie, będę musiała kupić sobie perukę, a z pensji kasjerskiej nie stać mnie na nią. Kiedyś próbowałam się dowiedzieć kto odpowiedzialny jest za zamawianie pieniędzy. Dowiedziałam się niewiele. Wyszło na to, że pani Jola ma je zamawiać. Później pytałam się innej osoby i ta osoba powiedziała, że szef się tym zajmuje. W kółko to samo, ciągłe kręcenie. Ja nie wiem, jak można tego nie dopilnować. A oni cały czas myślą, że my mamy zbierać. Prawda jest taka, że kiedy da się zbierać to i się uzbiera. Jednak nie zawsze jest to możliwe. Kiedy mamy drobne, to klienci przychodzą z bilonem i nas zasypują, a kiedy mamy ich brak, to przychodzą i płacą banknotami stu i dwustuzłotowymi. Co prawda w przypadku dużych zakupów to normalne, ale szczyt wszystkiego, jeśli kupuje się produkty na pięć złotych i płaci się takim dużym banknotem. Szczyt bezczelności! A totalny szczyt bezczelności jest wtedy, kiedy mówią: „To duży sklep powinniście mieć. Ja potrzebuję rozmienić” lub „To Pani problem skąd pani pieniądze weźmie. Ja jestem klientem, ja płacę.” – No tak w tym przypadku racja, to mój problem, tylko tyle, że za każdym razem, to mój problem. A tak naprawdę to klient ma mieć odpowiednie pieniądze na zakupy. Sklep to nie bank, tu się kupuje a nie rozmienia. *** Jaki piękny sen miałam… aż żal było wstawać do pracy. Wiele bym oddała, aby znów się w nim znaleźć. Ni stąd ni zowąd znalazłam się nad morzem. Niebo było błękitne, woda lazurowa. Od morza wiała lekka bryza, słońce ostro świeciło. Szłam plażą, stopy topiły mi się w piachu. Byłam z mamą. Tak szłam i szłam, aż ujrzałam … mężczyznę swojego życia. Siadłam sobie na piachu obok tego zdumiewającego mężczyzny. Był przystojny i taki wspaniały, choć zwykły, normalny i przeciętny. Miał ciemne oczy i brązowe włosy, lekko odrośnięte i pokręcone. Niedbały zarost. Choć nie cierpię zarostu, jemu można było go wybaczyć, był przecież taki wspaniały. Zaczął mnie całować. Pomimo tego, że siedziałam na piachu, czułam jak uginają mi się kolana. Ach, nie wiem jakim cudem tak mogło być, ale tak właśnie było. Fantastyczne przeżycie. Czułam jak leciały iskry. Było cudownie, przecudownie, genialnie i … zadzwonił budzik! Jak bardzo nienawidzę budzików! Budzikom śmierć! Niestety cuda techniki nie chcą ginąć. Po tym śnie znów obudziła się we mnie tęsknota za miłością, uczuciami, czułością i tymi wszystkimi miłosnymi bzdetami. A było już tak dobrze. Chyba do chandry przedzimowej dojdzie mi jeszcze gehenna miłosna. Dlaczego to był tylko sen? Dlaczego? Chcę do niego z powrotem. Tam było przyjemnie, ciepło i bezpiecznie. Mając u boku takiego mężczyznę, musiało być bezpiecznie. Dawno mnie tak nikt nie rozpalił. Dawno się tak nie rozmarzyłam. Z tak przyjemnego snu wcale nie chciałam się obudzić. I znów szara rzeczywistość, sklepowa oczywiście. Jak jestem w sklepie, to mam wrażenie, że wszyscy mnie obgadują, każdy szepcze coś za moimi plecami. Może się mylę, ale z jakiegoś powodu czuję, że tak właśnie jest. Z drugiej strony jestem osobą kontrowersyjną ( przynajmniej tak uważam), może nie w dosłownym znaczeniu tego słowa, ale wyróżniam się z tłumu. Być może niektórym to przeszkadza. Wszak ludzie są zazdrośni. Czasem wystarczy być ładniej pomalowanym, a czasem po prostu wymienić okulary na szkła kontaktowe, i już komuś coś się nie będzie podobać. Kiedyś nosiłam okulary. W sumie dziś je założyłam. Niby na chwilę, ale czułam się tak dziwnie. Tak kosmicznie kręciło mi się w głowie i czułam się jak sierota. Inaczej mówiąc, czułam się gorzej. Ale nie gorzej, bo noszę okulary, tylko po prostu niekomfortowo. Wzrok niestety mi się psuje. Nieustannie psuje. Wada w szybkim tempie posuwa się do przodu. Jak tak dalej pójdzie to nici będą z moich soczewek, bo nie będzie aż tak dużych dioptrii. W związku z posuwającą się wadą wzroku zdecydowałam się na soczewki kontaktowe. Nie chciałam nosić grubych szkieł. Przeciw okularom nic złego nie mam, ale nie chciałam nosić grubych szkieł. Wyglądają po prostu nieestetycznie, a jestem osobą, która stara się dbać o swój wygląd. Z soczewek jestem zadowolona, bo gdy teraz świeci słońce, to mogę założyć okulary przeciwsłoneczne. A nie chodzić jak jakiś świr i mrużyć oczy. To, co usłyszałam, gdy przyszłam do pracy, sprawiło mi przykrość. Zdenerwowałam się, bo słyszałam, jak ktoś mnie obgadywał. Osoby te w ogóle nawet nie kryły się i chyba miały gdzieś, czy ja to słyszę. Może nawet celowo chcieli, żebym to słyszała. Ochroniarz, (nigdy go nie lubiłam) stwierdził w rozmowie z Eweliną (która wtedy była na piekarni, a teraz jest na nabiale), że przecież on też ma okulary i ich nie wymieniał na soczewki. Wkurzyłam się. Co go obchodziły moje soczewki? Denerwuje mnie to, gdy mówi o mnie ktoś, kto w ogóle mnie nie zna. I wypowiada się w danej kwestii jak znawca. Może mi zazdrościł. Tylko czego? – Tego, że teraz mogę założyć okulary przeciwsłoneczne i nie mrużyć oczu? A może zazdrości mi tego, że mam takie ładne, duże oczy? W pracy stosunek pozostałych pracowników do mnie jest dziwny. Sądzę, że większość mnie nie lubi. Zapewne z różnych powodów. Ja ich dociekać nie będę, bo po co mi to. Faktem jednak jest to, że nie wszyscy za mną przepadają. Jak chcą nie muszą mnie lubić, nikt im nie każe, a zwłaszcza ja. Nie potrzebuję tego. Dla mnie nie ma znaczenia nawet to, co mówią, choć w niektórych sytuacjach można się zdenerwować. Nie przejmuję się innymi. Dla mnie najważniejsza jest moja osoba i jeśli mam się liczyć z czyjąś opinią to tylko, i wyłącznie z opinią bardzo bliskich mi osób. To, że ktoś mi powie, że ubrałam się jak ta z Gotartowa (w tej miejscowości powstał dom uciech) – bo założyłam żółtą bluzkę, spodnie przed kolana, a pod nie legginsy – może mnie tylko rozśmieszyć. Niby na jakiej podstawie tak może stwierdzić? Bo lubię żółty i czerwony? Bo mam ubranie w takim kolorze? Bo łączę czerwień z zielenią? Bo założę buty na obcasie, bo mam grzywkę? Bo potrafię się ubrać? I tak można w nieskończoność owe „bo” wymieniać. Ludzie mają różne problemy i z różnych przyczyn są zazdrośni. Gdy przefarbujesz włosy, masz ciekawszy i ładniejszy kolor, wtedy oczywiście powiedzą: „Jaki dziwny kolor, czym farbowałaś?” *** Któregoś dnia w pracy wyszła całkiem niezła afera. Jak się dowiedziałam o co chodziło, to aż głupio mi było i przede wszystkim wstyd. Wstyd za miejsce, w którym pracuję. Wstyd za taki krok, za takie posunięcie, wstyd za kierownictwo sklepu. W jeden z dni wolnych, który miałam, w sklepie rozdawano gratisy. Bodajże były to pianki do włosów. W takich małych buteleczkach, bo były to próbki produktów (aż dziwne, że w ogóle nie były wystawione do sprzedaży!). Gdy się o tym dowiedziałam, byłam zła na dziewczyny, że mi jednej pianki nie zostawiły. Jednak złość na dziewczyny szybko minęła, bo niedługo po moim przyjściu do pracy, do sklepu wpadła szalenie wściekła klientka. Ledwo przekroczyła próg, już nas wszystkich wyzywała od oszustów. Od samego wejścia zażądała widzieć się z szefem. Jak się później okazało te pianki do włosów były przeterminowane i wcale nie jeden dzień po terminie, nawet nie tydzień, tylko znacznie dłużej. Nie jestem pewna, ale chyba nawet z rok były po terminie. Nie dziwię się, że kobieta była zdenerwowana i krzyczała. Czuła się oszukana. Ludzie przychodzą do sklepu, robią zakupy, znają właścicieli i pracowników, ufają im, a tu takie oszustwo. Klientka była bardzo rozczarowana i zawiedziona. Przypuszczalnie gratisy leżały zawalone innymi produktami w koncie magazynu, tak że wszyscy o nich zapomnieli. Gdy je znaleziono postanowiono rozdać ludziom. Pewnie też tylko z tego powodu nie trafiły one do sprzedaży. Po tym incydencie nadal nikt uwagi nie zwracał na daty przydatności produktów. W dalszym ciągu na półkach można było znaleźć towary po terminie, wystawione jako produkty promocyjne. Kiedyś przy kasach w koszu wyłożono kawę – znalazłam parę opakować, które były pięć dni po terminie. Takie coś w ogóle nie powinno być dopuszczone do sprzedaży. Oprócz kawy podobnie sprzedawana była guma do żucia. W ostatnim czasie do wielu produktów były gratisy. Pamiętam, że raz w gazetce sklepowej informowano, że przy zakupie firmowej karmy dla kota klient otrzyma kalendarz, oczywiście karma w promocji była, ale kalendarza nie było. Rzekomo nie przyszedł w dostawie. Nie zdziwiłabym się gdyby później je sprzedawano. Takie rzeczy miały już miejsce, np. przy gratisowych szklankach, kubkach, pucharkach, kuflach do napoi czy piw. Podobnie było z torbami gratisowymi wydawanymi przy zakupie produktów mlecznych firmy Muller. Trzeba było kupić odpowiednią ilość jogurtów tej marki i otrzymywało się firmową torbę na zakupy. Ani jedna torba Muller’a nie była wydana jako gratis do zakupionych jogurtów. Swego czasu była jeszcze inna promocja, przy zakupie dwóch puszek Bonduelle klient otrzymywał wielką ekologiczną torbę na zakupy. Ile tych toreb zostało wydanych jako gratis? – Niewiele! Co się stało z resztą? Zamiast je dalej wydawać jako gratis, szefostwo postanowiło wywiesić je w sklepie do sprzedaży. Zysk na wszystkim! Nawet na tym, co należy się klientowi. Często w koszu „za darmo” (kosz, wózek z przyklejoną kartką, na której pisało – za darmo) lądowały jabłka, pomidory i papryka, absolutnie nie nadająca się do spożycia. Tak pognite, poobijane i pomarszczone warzywa powinny być wyrzucone na śmietnik. Przecież to wstyd pokazywać i oferować klientom nawet za darmo coś takiego. Przeglądałam te cuda natury i ani jednego owocu nie wybrałabym dla siebie. Czasami miałam ochotę wziąć ten wózek i postawić go w jakimś ciemnym kącie tak, aby nikt go nie widział. Dlaczego miałam słuchać kąśliwych komentarzy klientów? „Boże, co to tutaj jest w tym koszyku?”, „Co to za sklep?”, „Jak tak można, przecież wszystko jest pognite?!”, „Normalnie sanepidu tu trzeba!”, „Czy oni nie widzą, co tu jest?”. – Widzą, widzą! –odpowiadałam w myślach. Co ja zrobić mogłam jak, szefostwo to tam postawiło. Gdy kręcili się po sklepie, nie chciałam tego ruszać, bo później miałabym starcie ze Starymi. A przecież oni dobrze widzieli, co kazali dać do wózka. Jak im nie wstyd było? *** Moje pierwsze święta Bożego Narodzenia w sklepie były koszmarne. Już od mikołajek, czyli od szóstego grudnia w sklepie zaczęły się niekończące kolejki. Z dziewczynami kasowałyśmy na sześciu kasach, a czasami jak się dało wskrzesić tę zepsutą, to i na siedmiu. Kolejki prawie się nie zmniejszały. O przerwie mogłyśmy pomarzyć. Jeśli już w ogóle udało nam się na nią wyjść, to musiałyśmy zjeść szybko i zaraz wracać. Podobnie było z wyjściem do toalety, jeśli nie przyszła i nie zastąpiła nas na chwilę kasjerka główna, to nie było mowy o wyjściu. Najlepiej założyć pampersa i nie zawracać głowy! Kolejki były aż do samej wigilii. To niewiarygodne, ale tak właśnie było. Pomimo niedzieli handlowej, pomimo tego, że sklep był otwarty dużej, to spore kolejki były nawet w wigilię i to do ostatniej chwili. Dzień przed wigilią kolejki nikogo nie dziwiły, ale w wigilię byłam zszokowana. Myślałam, że jeśli ludzie będą przychodzić, to tylko po prezenty, bądź po jakieś drobne zakupy. W ogóle myślałam, że w wigilię spóźnialscy i zapracowani mogą szukać tylko prezentów. Jak się okazało niezupełnie tak było, bowiem wózki w ten dzień były wypełnione po same brzegi najróżniejszymi produktami. Nie wiem dlaczego tak pomyślałam, może z tego powodu, że u mnie w domu w wigilię wszyscy przygotowują kolację. Lepienie uszek, gotowanie barszczu, pieczenie ciast, ubieranie choinki, jakieś ostatnie porządki, nakrywanie do stołu. Nie każda rodzina ma taką tradycję, ale żeby chodzić po sklepach do samego zamknięcia? Jak ci ludzie przygotowują się do świąt, skoro do ostatniej chwili są w sklepie? Pamiętam też, że w pierwsze mikołajki siedziałyśmy z dziewczynami na kasach, ubrane w mikołajkowe czapeczki. Wszystko byłoby w porządku i jak najbardziej mikołajkowo, gdyby wszyscy pracownicy w ten dzień mieli założone na głowach czapeczki. ... ale tylko my musiałyśmy je mieć. Siedziałyśmy z założonymi czapkami zdecydowanie z przymusu niż z ochoty. Czapeczki miały duże rozmiary, także po założeniu opadały na twarz, zasłaniając oczy. Nijak nie chciały się utrzymać na czubku głowy. Mało tego, były one brudne i śmierdzące. Brzydziłam się założyć czapkę, którą ktoś kiedyś miał na głowie. Co innego, gdyby były one przeprane, odświeżone, ale te... z kurzu straciły swój pierwotny kolor. Następnych mikołajek nie pamiętam. Przed tymi pierwszymi świętami miałam jeszcze niesłychaną przyjemność chodzić przebrana za jednego z muszkieterów. Padło na mnie, bo akurat moja fizyczna budowa odpowiadała wielkości kostiumu. Jako jedna z nielicznych kasjerek byłam wysoka. Dlatego też nie topiłam się w kostiumie. Dostałam wielką pelerynę. Jakąś białą koszulę, atrapę muszkieterek , którą można było sobie darować (nakładało się ją na buty) – oraz kapelusz z piórem. Po pstryknięciu mi kilku fotek przez Starego, musiałam wziąć się do roboty. Moim zadaniem było chodzenie po sklepie i sprzedawanie świątecznych kartek malowanych przez niepełnosprawne dzieci. Wszystkie kartki były takie same. Dochód z ich sprzedaży przeznaczony był na dzieci z miejscowej parafii. Jedna kosztowała złotówkę i pomimo tej nieszczęsnej złotówki, ludzie mieli problem z jej zakupieniem. Jedni uciekali ode mnie jak od ognia piekielnego, inni znów rzucali jakieś nieprzyjemne komentarze, w stylu: – „Na poczcie kupię ładniejsze”, „Zostaw te kartki i siadaj na kasę, bo stoję w kolejce.” Ludzie mieli gdzieś czyny dobroczynne, ciężko im było wysupłać jedną złotówkę. Ubliżali dzieciom i to w dodatku niepełnosprawnym. Czepiali się mnie... a mnie wcale nie było przyjemnie chodzić po całym sklepie i prosić o wsparcie akcji. Większość ludzi i tak nie wierzyła w akcję charytatywną. Uważam, że jeśli ktoś chciałby wesprzeć działania dobroczynne, to i tak by je wsparł. Kartki również były do nabycia przy każdej kasie. Informacje o akcji humanitarnej, porozwieszane były po sklepie. Mało tego w radio non-stop leciały audycje o zbieraniu pieniędzy i przekazaniu ich do parafii. Na szczęście wraz z końcem zmiany, kończyłam zabawę w przebieranie za muszkietera. Szybko zrzuciłam z siebie kostium i popędziłam ile sił w nogach do domu. Tuż przed moimi pierwszymi świętami Stara przywiozła najprawdopodobniej z Chin pseudobiżuterię. Chciała i wystawiła ją do sprzedaży. Stara wybrała sobie mnie jako ekspedientkę. Ucieszyłam się wtedy, bo było to dla mnie szczególne wyróżnienie. Z pośród tylu kasjerek szefowa wybrała akurat mnie. Powiedziała, że mam prezencję i jestem ładna oraz, że mam się tą biżuterią poobwieszać, aby było ją widać. Byłam zachwycona, dopóki tej biżuterii nie zobaczyłam. Musiałam sobie przygotować stoisko, na którym siedziałabym i sprzedawałabym tę biżuterię. Miałam miejsce przy oknie, gdzie prawie zamarzałam. Siedziałam tam całymi dniami. Były to badziewne, choć ładnie prezentujące się pierścionki z cyrkoniami, które sobie kupiłam. Jeszcze dobrze ich nie ponosiłam, a już oczka mi wypadły. Były też jakieś paskudne metalowe obrączki i plastikowe pierścionki, których nawet za złotówkę bym nie kupiła. Sprzedawały się jako tako tylko te z cyrkoniami. Nie ma też się co dziwić, cena była dość duża. W pierwszy dzień, o ile się nie mylę, były po piętnaście złotych, później jak Stara sama je wyceniła, to były po dziesięć złotych, a tuż przed sylwestrem cena spadła do pięciu złotych i też wtedy je kupiłam. W pierwszym dniu, w którym siedziałam na stoisku, ceny biżuterii ustalała Aureliee córka szefowej. Były one trochę zawyżone, bo jak się później dowiedziałam, Aureliee nie wiedziała, jakie ceny ma dać. W składzie biżuterii były również wisiorki z cyrkoniami na nieestetycznych łańcuchach. Tandetne korale, które można kupić w sklepie po dwa pięćdziesiąt. Gumki do włosów z dużymi ozdobami. Gumki były nawet ładne. Ozdoby były w kształcie kwiatu lilii, wysadzane kolorowymi cyrkoniami. Nierozplątane wyglądały jak broszki. Robiły wrażenie. Ale sprzedałam tylko jedną, a ogólnie zeszły trzy. Piszę ogólnie, bo „moje” koleżanki z pracy tak pozazdrościły mi nowego zajęcia, że przez nie musiałam przed świętami pracować na kasie. Zazdrość je zżerała, że siedziałam po osiem godzin i nic nie robiłam, a one musiały pracować dłużej ode mnie. Później było tak, że z biżuterią przesiedziałam swój czas i musiałam jeszcze iść na kasę główną pokasować, bo kasjerka główna robiła paczkę do banku. Albo w ogóle musiałam siąść na zwykłą kasę, bo kasjerka główna widziała urojone kolejki i nie chciała mnie puścić do domu. Nie było takiej potrzeby. To było z zazdrości rudej Gośki M., która specjalnie kazała mi zostać w pracy i kasować. Przecież nie mogło być tak, że dziewczyny kasują, a ja nie! Przez całą godzinę, na którą mnie zatrzymała, skasowałam cztery osoby. ...rzeczywiście byłam jej niezbędna. Były jeszcze spinki, klamerki i igły do włosów oraz kolczyki. Naprawdę brzydkie kolczyki. Pierwszą klientką, którą zmusiłam do zakupu, była moja mama. Kupiła kolczyki, które z całego zestawu biżuterii były najtańsze. Wybrałam wtedy najładniejsze kolczyki, jakie tylko mogłam wybrać. Chciałam, żeby coś poszło, dlatego namówiłam mamę na symboliczny zakup. Biżuteria nie schodziła, a Aureliee tylko wypytywała się mnie, czy ludziom się to podoba. Wiele razy mówiłam jej, że cena jest za wysoka, i że ludzie na razie się rozglądają. Przez następne dwa lata ze świecidełek sprzedawały się tylko pojedyncze sztuki, które już wystawione były na półce w sklepie. W tym okresie, w którym koleżanki serdecznie pozazdrościły mi sprzedaży biżuterii, na moim stoisku siedziała Beata z przemysłówki. To nie był jedyny okaz „sympatii” koleżanek w moją stronę. Przed świętami w sklepie była promocja i przy zakupach na pięćdziesiąt złotych każdy klient otrzymywał naklejkę i przy uzbieraniu odpowiedniej ilości naklejek, można było je wymienić na bon o wartości dziesięciu, dwudziestu lub pięćdziesięciu złotych. Można było z tego skorzystać i trochę zarobić. Nie wszyscy klienci zbierali to, niektórzy nam potem oddawali, a byli też tacy, którym się dawało, a oni nie brali, bo zapominali. Z całego dnia trochę takich naklejek się uzbierało. Później trzeba było się nimi z dziewczynami powymieniać, aby wszystkie naklejki nie były od jednej kasjerki. Następnie można je było wymienić na bon. Każda naklejka miała nr seryjny i gdy przychodziłyśmy do pracy wydawano nam je. Na specjalnym formularzu zapisywano, że otrzymałyśmy naklejki od tego nr do tego, a gdy kończyłyśmy zmianę wpisywano, że oddajemy od tego nr. To miało zabezpieczyć przed kradzieżą. My miałyśmy swój sposób. Nie kradłyśmy, ale brałyśmy to, co klienci nam zostawili bądź dawali. Zabawa z naklejkami była co roku i co roku miałyśmy ten sam plan. Tyle, że w pierwszym roku musiałam radzić sobie zdecydowanie sama. Od dziewczyn miałam tylko tyle naklejek, ile zdążyłam wymienić w sklepie. A one poza moimi plecami spotykały się u którejś w domu i wymieniały się. Dowiedziałam się o tym całkiem przez przypadek. Jedna z nich się wygadała. Dziwnie się poczułam dowiadując się o tym. Nie wiedziałam, z jakiego powodu postanowiły mnie wykluczyć. Długo się tym nie przejmowałam. Działałam sama i tylko na sklepie. Przed następnymi świętami punktem wymiany naklejek była małpka- maskotka na mojej szafce w przebieralni. Na drugie święta w sklepie miała miejsce dziwna sytuacja, która wstrząsnęła wszystkimi. Miałam wtedy popołudniową zmianę, na ochronie stał Darek, gościu po trzydziestce. Był nowy. Pracował dopiero z dwa tygodnie. Był początek grudnia, bo nie było jeszcze w sklepie takiego ruchu. Ochroniarz chodził po sklepie, krążył koło kas, robił obchód pomiędzy regałami, stał przed wejściem – robił wszystko, to co należało do jego obowiązku. W pewnym momencie do sklepu przyjechał Stary. Normalnie wszedł do środka tak, jak każdy klient. Czasami szefostwo wchodziło przez magazyn, a czasami przez jakieś boczne wejście, do którego mieli klucz. Często tak robili tylko po to, żeby pracownicy nie wiedzieli, czy oni są w sklepie. W swoim biurze patrzyli na kamery. Obserwowali, co takiego robimy, jak się zachowujemy, gdy myślimy, że ich nie ma. Stary poszedł do biura i zaraz z niego wyleciał. Rzucał się, miotał, po czym wezwał do siebie pracownicę piekarni Panią Elę, która była czasami przerzucana z tradycji (wędlin i serów) na piekarnię lub na warzywa. Gdy się tylko pojawiła, zaczął oskarżać ją o kradzież pieniędzy. Nie tyle wypytywał, czy widziała, czy znalazła jakieś pieniądze, tylko po prostu z miejsca została oskarżona o kradzież. Dlaczego ją? Bo była najbliżej wejścia. Pani Ela nie przyznała się do żadnej kradzieży. Nic przy niej nie znaleziono. Następny był Darek. Stary chciał go przeszukać. Kazał mu się rozebrać i pokazać co ma w kieszeniach. Oczywiście wszystko to odbywało się bez udziału policji. Darek nie zrobił tego, co Stary chciał. Powiedział, że jeśli ma jakieś podejrzenia to niech wezwie policję. Przyjechał radiowóz. Policja przesłuchała Panią Elę i Darka. Nic nie znaleźli ani przy jednym, ani przy drugim. Obszukali szafki, sprawdzili jadalnię, ubikację, stoiska pracy, biuro szefa i nic nie znaleźli, ale i tak zwolniono ochroniarza. Ktoś musiał polecieć za głupotę Starego, który do sklepu przyszedł z kieszeniami wypchanymi pieniędzmi. Jakby portfela nie miał! Musiał pchać pieniądze do kieszeni? Jakoś nie wierzę, żeby ktoś mu je ukradł. Pewnie zostawił je gdzieś i zapomniał. Może w samochodzie mu wypadły? Może przed sklepem. A może tylko tak powiedział, bo chciał się ochroniarza pozbyć. Winy jednak Darkowi nie udowodniono. *** Był to jeden dzień z rewolucji jednorazówkowej w sklepie. Szefowa już od dłuższego czasu chodziła i cały czas nam powtarzała, że mamy nie wykładać jednorazówek, tylko pojedynczo wydawać, gdy klient o nie poprosi. Miało to być w ramach akcji ochrony środowiska. Nic nie mam przeciw takiej akcji. A wręcz przeciwnie. Chciałam być kiedyś ekologiem dumnie przykuwającym się do drzew. Tak więc ową akcję wzięłam sobie głęboko do serca. Akcję tę też miała w sercu Kaśka. Bolało ją to, że ludzie biorą całkiem niepotrzebnie tyle jednorazówek. A później wywalają je byle gdzie. Ile ich plątało się po sklepowym parkingu, ile takich woreczków jednorazowych musiał się nazbierać Eugeniusz ze Stanisławem? Mnóstwo, całe mnóstwo! A przecież takie woreczki rozkładają się miliony lat. My dwie bardzo dobrze to wiemy, ale niestety większość naszego społeczeństwa jest wielce ograniczona i nie dostrzega cichego zagrożenia. Ludzie absolutnie mają gdzieś, to że ich potomkowie będą odnosić skutki ich własnej głupoty. Przecież tak długo rozkładające się jednorazówki niszczą przyrodę. Ale co to kogo obchodzi. Ludzie niszczą środowisko naturalne. Wyrzucają papierki gdzie popadnie. Każdy myśli, że to tylko jeden papierek, przecież nic się nie stanie, bo jutro przyjdzie pani sprzątaczka i posprząta. Tylko, że miliardy osób tak właśnie myśli... A sprzątaczki po lasach nie chodzą Najgorsze jest to, że o torbach na zakupy zapominają stali klienci. I to tacy klienci, którzy w sklepie potrafili być kilka razy dziennie. Niektórzy brali nawet woreczki z warzyw i w nie pakowali ile weszło. Były to cieniutkie woreczki, tylko raczej do owinięcia, a nie do spakowania. Pomimo tego ludzie i tak w nie pakowali, a te pod wpływem ciężaru rozrywały się. Później tylko z pretensjami do nas: „Co to są za woreczki?” – No woreczki, jak sama nazwa wskazuje. Wo-re-czki! Jakby woreczki miały być zrobione z nie wiadomo czego i nie wiadomo ile unieść. Bo ciężko było wziąć torbę z domu. Bo jedenaście groszy, czy siedem groszy to za dużo, żeby wydać i móc się normalnie zapakować... Wnerwia mnie, gdy ludziom żal ściska ... portfel. Skoro szkoda tych paru groszy na torbę, to czemu nie biorą swojej z domu? Oczywiście każdy ma prawo zapomnieć, ale co to kasjerkę interesuje? Dlaczego lepiej później jej marudzić, ją obwiniać, od niej oczekiwać torby. To zdarza się bardzo często. Są ludzie, którzy przychodzą do sklepu i nagle po skasowaniu okazuje się: – „A torba?; A daj Pani jakąś jednorazówkę; A w co ja mam się zapakować?; I co w garści to mamy wziąć?” – niemal zawsze na usta cisnęło mi się: – „Nie, w zęby!”, bo to wina kasjerek, że torby nie są już za darmo! Pamiętam taką jedną sytuację, która miała miejsce w tych pierwszych dniach, w których szefowa nas uczulała na punkcie jednorazówek. Do kasy podeszła żona piekarza, od którego mieliśmy w sprzedaży chleb. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to żona piekarza, co nie oznacza, że inaczej bym się zachowała. Bo nie. Swojemu zachowaniu nie mam nic do zarzucenia. Skasowałam kobietę. Powiedziała, że chce jednorazówki. Podałam jej z dwie lub trzy, spokojnie by się w nie spakowała. Wielkich zakupów nie miała. Kilka rzeczy, więc bez problemu starczyłyby jej dwie. A ona do mnie: – „Co to za wydzielanie jednorazówek.” Całkiem grzecznie, kulturalnie i przede wszystkim spokojnie mówię: – „Jesteśmy przy akcji ochrony środowiska i w związku z tym nie będziemy teraz tak szalenie wydawać jednorazówek. Klient musi zadbać teraz o własną ekologiczną torbę na zakupy. W razie potrzeby będziemy jeszcze wydawać foliówki, ale za jakiś czas zostaną wprowadzone płatne jednorazówki.” A ona do mnie, trochę agresywnie i z całkowitym zarzutem: – „Ale klientów stracicie”, a ja: – „No to pech... ale wszędzie zwykłe jednorazówki będą wycofane i wprowadzone płatne. Akcja dotyczy sklepów w całej Polsce, a nie tylko tego.” – „To, że Pani ma zielone oczy, to nie oznacza, że może Pani podskakiwać!” Zamurowało mnie. Przyznaję, że gdy to usłyszałam, to z wrażenia siadłam. Przez jakiś czas nie mogłam uwierzyć w tę wypowiedź. Byłam zszokowana i dopiero później zaczęłam się śmiać. Długo w głowę zachodziłam, co mają wspólnego moje na zielono pomalowane oczy z akcją ochrony środowiska, z jednorazówkami i ekologicznymi torbami? – Może tylko tyle, że pisemne informacje o akcji drukowane były na zielonych kartach. Mało tego, rozczarowana informacją klientka poszła naskarżyć na mnie Pani Joli. Wychodząc ze sklepu natknęła się na Starą i pożaliła się jej. Może była pewna, że Stara mnie ukarze, zwróci uwagę, zabierze premię albo zrobi cokolwiek w mojej sprawie. Jednak szefowa do mnie nawet nie podeszła. Nie miała, żadnych obiekcji – przecież sama nam kazała nie wydawać jednorazówek i informować klientów o akcji. Przez długi okres czasu śmialiśmy się z tej akcji. Całkowitym szczytem jest, był i będzie zakup dużej reklamówki, i żebranie o jednorazówki: „bo muszę się spakować”. W tym wypadku czuję się tak osłabiona, że nie mam nawet sił skomentować: „przecież wzięła już Pani duże reklamówki.” Miałam taki przypadek, pewna Pani kupiła co najmniej trzy duże torby. Zakupów zrobiła tyle co kot napłakał, czyli spakowałaby się w jedną torbę i jeszcze dwie by jej zostały. Na jej tekst: – „Poproszę jednorazówki” – osłupiałam! Jak się dowiedziałam, dużej torby nie brała dla siebie. Pogratulować wytłumaczenia! Ojej, niektórzy są elokwentni. Przecież mogła się zapakować do tych trzech dużych reklamówek, na cóż jej jeszcze jednorazówki? A już na pewno nie musiała mi mówić, że to nie dla niej te torby. Przecież mnie to nie interesuje. Brawo! Coraz bliżej jestem szóstki w totka. Właśnie trafiłam drugą trójkę. *** Mamy jesień w stadium początkowym. Jest deszczowo i intensywniej opadają liście z drzew. Przez ten jeden miesiąc tyle się wydarzyło. Właściwie zawsze się coś dzieje, a najczęściej wtedy, kiedy mnie nie ma. W tym czasie na pewno zwolnili Panią Jolę. Co konkretnie się stało, nie wiem, bo byłam chora, a gdy próbowałam się dowiedzieć, to każdy mówił swoje. Więc nijak prawdy się nie dowiedziałam. Z pewnością w zwolnienie Jolki zamieszana była Ewka. Przypuszczam, że musiała się ostro wkurzyć na Jolkę i z tego powodu ją podkablowała. Jolka najprawdopodobniej wyleciała za przekręty z kasą i z reklamacjami. Często wychodziły braki gotówki w kasie głównej. Oprócz tego, co się dowiedziałam, to rzekomo Jolka płaciła pieniędzmi z kasy głównej za swoje zakupy, robiła fikcyjne reklamacje i zabierała pieniądze. Ile w tym prawdy, nie mam pojęcia. Nie chcę Jolki oczerniać, ani też jej bronić. Jednak z nią pracowało mi się dobrze, na tyle dobrze, że nie omijam jej szerokim łukiem na ulicy. Sporym zaskoczeniem było dla mnie jej zwolnienie. Wszystko odbywało się po cichu i szybko. W pracy nie było mnie około tygodnia – przyszłam, a Jolka z grafiku wykreślona. Myślałam, że sama się zwolniła. Nieraz z nią rozmawiałam i dobrze wiedziałam, że ona tego sklepu nienawidzi i trafia ją szlag jak tu przychodzi. Byłam pewna, że znalazła inną pracę. Wszyscy tak dziwnie milczeli, a zwłaszcza Ewka. Wtedy domyśliłam się, że coś tu nie tak. Jolka była starym pracownikiem i w sklepie była prawie od samego początku. Po moim powrocie z chorobowego rozpoczęła się całkowita rewolucja jednorazówkowa. Ich wycofanie stawało się już realną częścią życia sklepowego. Wszyscy uparcie czekali na dzień, w którym ze sklepu zniknąć miały foliówki. Zaraz idę do pracy, więc przekonam się jak przedstawia się ta cała sytuacja. Dam sobie uciąć rękę, nawet głowę, że dziś nasłucham się przeróżnych komentarzy, bo wiadomo nie wszyscy są w stanie pogodzić się z brakiem jednorazówek. *** Jak przewidziałam tak było. A nawet jeszcze lepiej, bo jednorazówki w dniu dzisiejszym jeszcze były. Co więcej, te rozrywające się foliówki kosztowały sześć groszy! Szczyt wszystkiego. W sprzedaży nie były przez cały dzień. Później szefostwo zaniechało tego haniebnego czynu i nadal były one bezpłatne. Jutro okaże się, co będzie dalej. *** Właśnie dostarczyli nowe jednorazówki. Duże zielone i solidne w cenie jedenastu groszy za sztukę. Cena trochę za wysoka, ale przynajmniej jest to porządna jednorazówka, pakowna i wytrzymała. W tym czasie w sklepie mieliśmy promocję. Przy dużych zakupach na kwotę pięćdziesięciu złotych wydawaliśmy duże ekologiczne torby w cenie promocyjnej za jeden grosz. Do kasy podszedł klient. Ładnie i kulturalnie się przywitał. Robił spore zakupy, więc żeby miał w co się spakować, zaproponowałam mu tę nieszczęsną torbę za jedyny grosz. Na co on powiedział: – „Chcę jednorazówki”. Było to jeszcze wtedy, gdy w sprzedaży nie było płatnych reklamówek jednorazowych. Myślę sobie: „Chyba facet nie dosłyszał, albo źle usłyszał.” Powtarzam mu: – „Mamy duże torby za jeden grosz”, silnie akcent stawiając na jednym groszu. A facet dalej uparcie twierdzi, że chce jednorazówki. Ręce mi opadły do samej ziemi. Oj, jak ciężko mi było obsługiwać tego gościa. Pozytywnym aspektem tej sytuacji było to, że przynajmniej miałam się z kogo ponabijać. Niektóre sytuacje stresowe, w późniejszym czasie mają takie oddziaływanie, np. można by wziąć pod uwagę takiego faceta, który przychodzi do sklepu na zakupy i jeździ po jego pracownikach. Śmieszne i żałosne. Jak można wziąć banany ... zaraz będzie, że się uczepiłam bananów, więc napiszę jakikolwiek owoc, bądź jakiekolwiek warzywo, nie zważyć go i jeszcze bezczelnie się zachowywać. Insynuując i uparcie wmawiając, że kasjerka nie zna się na zasadach handlu, czy jak to się też kiedyś dowiedziałam – na zasadach bankowych. Zaskakujący fakt, że osoby które prawie w ogóle nie mają pojęcia o pewnych rzeczach domagają się wiedzy (w danej sprawie) od pracowników sklepu. Jednak jeśli zrobisz komuś wyjątek i z własnej głupiej uprzejmości pójdziesz zważyć warzywa czy owoce, to później odwraca się to przeciw tobie, bo przecież czym się martwić, Pani kasjerka pójdzie i zważy, jak nie, to postraszymy ją szefową. A co niech się boi. Jedni straszą, inni się dziwią: – „A co Pani nie pójdzie zważyć?” – „Nie”, odpowiedziałam. – „Dziwne!” Co dziwne? Przecież to nie mój obowiązek. … ręce czasami opadają jeszcze bardziej, o ile to możliwe, bo już dawno opadły i to kosmicznie. Awantury są często i to z byle jakiego powodu. No cóż temat pyskówek jest tematem rzeką, nigdy się nie kończy. Ostatnimi czasy głównym przedmiotem wrzasków przy kasach są jednorazówki. Chcę zwrócić uwagę na jedną istotną rzecz. Jeśli idziesz do sklepu, to weź swoją torbę! Jeśli zapomnisz jej wziąć, to kup sobie i nie marudź. Co to kogo obchodzi, że Ty nie masz swojej torby i nie masz głupich siedmiu groszy na jej zakup? Na prawdę nie mogę zrozumieć, co to za głupota, przyjść do sklepu i zrzędzić tak jak jedna bardzo Brzydka Pani: – „A w co my się zapakujemy, w garści mamy to wziąć?” – Mogłabym być chamska i odpowiedzieć: – „W zęby, jak nie chcesz w garści”, ale czasami trafiona sugestia może odbić się na mnie. Wiele osób tak robi, jakby oczekiwało od kasjerki nie wiadomo czego. Mam sama płacić za jednorazówki dla klientów, tylko po to, aby mieli je za darmo? Gdyby nosili własne torby, to nie musieliby za każdym razem za nie płacić. Nie obchodzi mnie w co zapakuje się Brzydka Pani. To nie mój problem. Nigdy nie było to moją sprawą oraz nigdy nią nie będzie. Żal ci dupę ściska, jak masz kupić torbę, to pakuj się w te swoje garści! Cholera jasna trafia mnie, gdy słyszę tekst: – „Nie mam się w co spakować”, „Teraz nie ma już jednorazówek”, - jak nie ma, jak są. A nie ma, bo trzeba dać za nie głupie siedem groszy. No, niestety środowisko kosztuje. Pewnie nie kosztowałoby aż siedmiu groszy, gdyby niektórzy się nim wcześniej zainteresowali i nie rzucali bezmyślnie jednorazówek, gdzie popadnie. Uważam, że ekologiczna jednorazówka powinna kosztować jeden złotych. Wtedy na pewno nie dochodziłoby do zaśmiecania i z całą pewnością każdy pamiętałby o swojej torbie. Muszę jeszcze dodać, że jest spore grono ludzi, które popiera akcje ochrony środowiska i jest za płatnymi jednorazówkami. Są też tacy, którzy domagają się papierowych toreb i tacy, którzy koniecznie chcą darmowych jednorazówek, uparcie wpajając wszystkim dookoła, że są one wliczone w cenę towaru. Pewnie niektórych rozczaruję, ponieważ zdementuję pogłoskę o jednorazówkach wliczanych w cenę towaru: tak więc one wcale nie są wliczane w cenę produktów oferowanych w sklepie. Jednorazówki są tak samo towarem, jak każdy inny asortyment oferowany do nabycia przez sklepy. Skoro płacisz za batonika czy bułkę, to dlaczego masz nie płacić za reklamówkę? Przecież jednorazówki, tak samo, jak każdy inny towar, są zamawiane i sklep musi za nie zapłacić. Przez długi czas po wprowadzeniu płatnych jednorazówek, ludzie stali przy kasach, rozkładali ręce i wyrażali swoje opinie, często przy tym ubliżając nam – kasjerkom, tak jakby to była nasza wina, że za jednorazówki trzeba płacić. Większość ludzi, jakby na siłę chciała udowodnić kasjerkom, że poradzą sobie i zabiorą się ze wszystkimi zakupami do samochodu. Produkty upychali wszędzie, gdzie się tylko dało. Po kieszeniach, po rękawach. Zakupy układali piętrowo i nieśli na rękach. Chwila nieuwagi i wszystko lądowało na podłodze, gorzej gdy w zakupach były jakieś słoiki lub szklane butelki. A wszystko przez to, że trzeba było pokazać kasjerce, kim to się nie jest. Taka forma protestu wobec pracowników sklepu, tylko że najgorzej na tym wychodzili klienci, bo to oni zbierali produkty z podłogi. To oni mieli potłuczone butelki. Wszystko przez upór i własną głupotę, bo szkoda było dać parę grosików na jednorazówkę i zapakować zakupy, jak normalny człowiek. Niektórzy klienci brali cieniutkie foliówki z warzyw. Pakowali się w nie, w ogóle uwagi nie zwracając, że są to cieniutkie i delikatne woreczki, które nie wytrzymają ciężaru napakowanego w nie towaru. Czasami wystarczyło włożyć coś, co miało ostre boki lub rogi i już było po jednorazówce. Zabawny to był widok, gdy ludzie brali woreczki z warzyw i próbowali się w nie zapakować, a one rozrywały się. Wszystkie zakupy rozsypywały się po podłodze, o ile klientowi udało się podnieść jednorazówkę. Jeśli nie, to zakupy z powrotem lądowały na kasie. Wtedy klienci naskakiwali na kasjerki z pretensjami: – „Co za jednorazówki macie! Nie idzie się nawet w nie spakować!” Nawet nie komentowałam tego, przecież było widać, że nie są to torby do pakowania. Służyły one do zapakowania cieknących tacek z mięsem, do mrożonek, do lodów. Do świeżych i ciętych przypraw takich jak pietruszka, koperek czy szczypiorek, żeby nie pomoczyć i nie ubrudzić innych produktów. Po licznych aferach, związanych z rozdzierającymi się woreczkami szefostwo zadbało o mocniejsze torby przy warzywach. Mieli już dość skarg klientów, ponieważ przy pakowaniu ziemniaków, jabłek czy innych owoców foliówki pękały i ludzie zbierali z kas, a czasami i z podłogi porozrzucane produkty. Nie dziwię się im, że byli zdenerwowani, sama też bym była. Jednak mogli włożyć towar w jeszcze jedną czy nawet dwie jednorazówki. Mogli też zapakować w nie mniejsze ilości, ale po co, przecież lepiej jest wydzierać się na kasjerkę. Mocniejsze jednorazówki na warzywach znikały w oszałamiającym tempie. Ludzie brali je garściami, nie tylko do pakowania, ale i również do kieszeni. Starej nie spodobało się to, dlatego też w niedługim czasie wywiesiła przy wagach karteczkę informującą, iż te jednorazówki służą tylko i wyłącznie do zapakowania warzyw i owoców oraz wszelkie większe ilości tych foliówek będą przy kasie naliczane, tak jak te ekologiczne jednorazówki. Czy miała prawo tak zrobić? Chyba tak, przecież za nie też trzeba było zapłacić. W efekcie znikały te darmowe z warzyw, a nie te płatne z kas. Przyznaję, że ten sposób poskutkował. Ludzie zaczęli wracać się z paragonem do kas i pytać: – „Co Pani mi tutaj policzyła... jednorazówki? Ja nie kupowałam żadnych jednorazówek!”, zawsze grzecznie informowałam: – „Jednorazówki z warzyw, używane do pakowania pozostałego towaru są naliczane.” Odchodzili wtedy zdezorientowani od kas i już więcej ich stamtąd nie brali. Nieraz zastanawiałam się nad tym, dlaczego wielu ludzi sądzi, iż wszystko należy się im za darmo. Dziwne, ale ludzie dostawali małpiego rozumu przy akcji z jednorazówkami. Zupełnie tak, jakby wycofywano ze sprzedaży piwo albo chleb. Było to śmieszne widowisko. Czasami miałam wrażenie, jakby ludzie nie potrafili żyć bez kawałka folii. Jakby brak jednorazówki utrudniał im życie, burzył harmonogram dnia, plany, marzenia, nadzieje, jakby bez tych jednorazówek nie potrafili oddychać. Szokujące, ale prawdziwe. Nie wiem, jak to było w innych sklepach w innych miastach, bo aż taką zakupoholiczką nie jestem. Jednak robiąc zakupy w sklepach w swoim mieście, nigdy nie spotkałam się z takim zachowaniem, z jakim miałam do czynienia u siebie w pracy. *** Nigdy nie lubiłam chodzić do pracy. Nigdy nie chciałam jednać się ani z tym miejscem, ani z ludźmi tam pracującymi. Nie chciałam, aby mnie ludzie na ulicy rozpoznawali, bo miałam poczucie wstydu. Przeogromnego wstydu, czułam się nikim. Nieraz zostałam wymieszana z błotem za coś, za co w ogóle nie byłam odpowiedzialna. Klienci traktowali nas jak zupełne zera, jak nieudaczników, jak skazańców losowych którym przypadł los pracy w sklepie, tak jakby nie było nas stać na lepszą pracę. Tak jakby się naśmiewali i szydzili z nas. Nie podobała mi się polityka w sklepie, traktowanie klientów, własnych pracowników, oszukiwanie z gratisami. Nigdy nie lubiłam słuchać uwag kupujących o tym, że zimno tu mamy, gdzieś tam w rogu przecieka dach, data na krojonych serach jest jutrzejsza, półki są brudne i zakurzone, bułki niedopieczone, śmierdzi spalonymi kurczakami, pełno dymu na sklepie, przez niego nic nie widać. Ale oni wchodzili tylko na chwilę, a my musiałyśmy siedzieć w takich warunkach kilka godzin... *** Znów tak dużo czasu upłynęło. Nie jestem w stanie na bieżąco nadążyć z nowościami, a już tyle tych starych informacji się zebrało, nie wiem, jak to wszystko ogarnąć. Tak wiele się pozmieniało i coraz bardziej się zmienia, i to na gorsze. Po jaką ja cholerę jeszcze tam siedzę. Tak bardzo mnie tam doceniają, tylko siąść i płakać. Pod koniec kwietnia miną już dwa lata. Boże, jak ten czas szybko leci. Pomyśleć, że miałam tam zostać tylko na okres umowy zlecenia, a już drugi rok idzie. Ale spokojnie czuję, że nie popracuję do końca umowy, czyli do końca września. Myślę, że mnie sami zwolnią, bo im podpadnę, choć grzeczna jestem. Albo ktoś pomoże w zwolnieniu mnie. Mamy taką jedną osobę, która pomaga szybciej się wydostać z tego bagna. Nie wiem, w jakim celu ta osoba to robi, może ma z tego jakieś korzyści, ale za jej kadencji wyleciało już parę osób m.in. Pani Jola, Dorota, pewnie też Anka (za chorobowe). Osoba ta lubi mówić głupoty i podpuszczać. Zmyśla takie farmazony, a Stara jej wierzy. Złą osobę wybrała sobie na kapusia. Ewka lubiła koloryzować pewne sprawy. Czy Stara tego nie widzi? Choć Ewka dobrze się maskuje. Kłamczucha urodzona! Wystarczy się na nią popatrzeć. Gra mistrzowsko! Naprawdę wiarygodnie. Tylko się od niej uczyć! Po co komu szkoła filmowa ? – chcesz być aktorem zatrudnij się w moim sklepie! Tam jest najlepszy nauczyciel. Skąd wiedziałyśmy, że Ewka donosi? Po prostu później było widać, czego czepia się Stara, co do nas mówi, na co zwraca uwagę, za co zabiera premię, za co grozi. Tak grozi, osobiście mi pogroziła. Powiedziała, że jeszcze raz takie coś i zabierze premię, napisze upomnienie w papierach, bo zapomniałam wypisać wniosek urlopowy. Wiem, że mam taki obowiązek, ale przecież mogłam zapomnieć. To był mój pierwszy urlop i wszyscy dobrze wiedzieli, że jestem na wakacjach. – „Bo zabiorę ci godzinę za to, że dłużej zostajesz”. Groźby nie były tylko wystosowane do mojej osoby, ale także i do wielu innych. Stara potrafiła nawet dać po głowie zeszytem lub kartą do odbijania, zależy co pod ręką miała! Tylko po to, aby poniżyć i pokazać, że jest się nikim Szefowa lubiła mieć donosicieli. Fakt oczywisty, jak to, że rankiem wschodzi słońce. Stara za donosicielstwo oferowała pieniądze, żeby to były duże pieniądze, to można by zrozumieć co niektórych. Wiadomo, ludzie mają różne sytuacje, czasami dodatkowe pieniądze ratują. Pozwalają choćby przetrwać do końca miesiąca. ...ale na Boga zeszmacić się dla pięćdziesięciu złotych, czy stu złotych, bo te osoby więcej nie dostawały. Skąd o tym wiem? Sama Ewka chwaliła się, że za Jolkę do wypłaty dostała stówkę więcej. Osobiście to słyszałam, byłam przy tym, gdy to mówiła. Czy opłaciło się Ewce kablować na Jolkę? Patrząc z perspektywy upływającego czasu, to na pewno się nie opłacało, ponieważ Ewka wyleciała z ponad pół roku po Jolce. Co więcej, do każdej wypłaty nie dostawała (owej dodatkowej) premii, bo kasjerka główna często była karana za to, że zwykłe kasjerki jej nie słuchają, robią co chcą oraz chodzą po sklepie. Premię miała też zabieraną za braki w kasie. Zbytniego zysku na pozbyciu się Jolki nie miała. Szokujące, wybieranie kapusiów i mierne ich opłacanie. To nienormalne zachowanie. Pierwszy raz się z czymś takim spotkałam. Oczywiste, że w co niektórych zakładach ludzie chodzą i skarżą na swoich współpracowników, ale raczej nikt im nie płaci za skarżenie. Wydaje mi się raczej, że takie zachowania są eliminowane, a już na pewno niepropagowane. ...a u mnie w sklepie proponuje się wybranym pracownikom donoszenie, kusi się ich do tego czynu marnym groszem. Marnym, bo co to jest sto złotych więcej, dla kobiety, która ma rodzinę i ciężko jej wyżyć do końca miesiąca... Nic! To po prostu nic. Po co Starej byli potrzebni donosiciele? Na pewno po to, aby wiedzieć, co się dzieje na sklepie, co kto zrobił, co kto mówił. Być może, gdyby była na sklepie, tak jak wypada być szefowej w pracy, to pewnie wiedziałaby wszystko i nie musiałaby szukać ludzi do donoszenia. ...ale jak ona w ciągu całego dnia wpadała na chwilę, to nie ma co się dziwić. Oczywiście groźby i poszukiwania konfidentów, to nie wszystko na co stać moją szefową. Śmiało mogę jej zarzucić czynne i absolutnie nie kończące się psucie relacji, i stosunków pomiędzy pracownikami. Zarówno ona, jak i jej mąż, i córcia są za to odpowiedzialni. Przez cały okres mojej pracy w sklepie nie słyszałam z jej ust pochwały. Ani pochwały mojej osoby, ani pochwały kogokolwiek. Kiedyś sama powiedziała, że ona nie chwali pracowników: „bo oni później się psują.” Wiecznie czepiała się, zawsze coś było nie tak. Wiecznie narzekała, że w sklepie dochodzi do kradzieży, oskarżała pracowników o to. Wszyscy mówili, że ona, Stary i Aureliee uważają Polaków za złodziei. Choć ona sama Polka... Może myślała, że bycie z obcokrajowcem czyni ją lepszą? ...chyba tylko lepszą francuską francą, bo wyszła za Francuza. Czasami zaciągała lekko po francusku. Największy ubaw miałam, gdy w obecności pracowników do córki albo do męża mówiła po francusku. Według mnie totalny brak szacunku i całkowite zlekceważenie pracowników. Patrzyła na ręce, czy czasem ktoś czegoś nie wynosi. Sprawdzała nam (jak ochroniarz) torby, kazała pokazywać zawartość torebek, kieszeni nie tylko tych na odzieży, ale i także tych w torebkach, tym samym naruszając naszą godność osobistą. Pokazywałam dla świętego spokoju, choć tak naprawdę do takiej rewizji powinna być wezwana policja. Ja jednak nic do ukrycia nie miałam, towaru po kieszeniach nie upychałam, więc nie mam czego się obawiać. Z jednej strony rozumiem, że czuła się oszukiwana, ale z drugiej strony ma kamery, przecież widzi, co robią pracownicy. Pomimo tego obmacywała po kieszeniach. Nie wiem, czy ręką po tyłku jeździła wszystkim pracownikom, ale mi tak i to nieraz. Czego ona tam szukała? Cokolwiek by tam nie było i tak byłoby widoczne. Co można wsadzić do kieszeni w spodniach? Wodę toaletową, napój, piwo, parówki, lizaka? Kieszenie na spodniach miałam małe i ciasne, więc wiadome byłoby, że coś w nich mam, nawet jakikolwiek papierek. Nigdy nic przy mnie nie znalazła, ani ona, ani jej córcia. W pewnym okresie było też tak, że Stara nie miała do nas żadnego zaufania. Nie wiem, co się wtedy stało, bo byłam na urlopie, a gdy wróciłam, to nikt o tym nie mówił. Za to wszyscy wychodząc ze sklepu wpisywali się do zeszytu. Podpis z datą i godziną był obowiązkiem każdego pracownika. Pomimo kamer, pomimo karty obecności, którą każdy wychodząc z pracy odbijał, musieliśmy robić wpis do zeszytu. Mało tego, gdy po skończonej pracy robiłyśmy zakupy, ochroniarz sprawdzał nam paragony, czy aby na pewno kasjerka wszystko skasowała, czy czasami czegoś nie przepuściła koleżance. Temat dotyczący ekscesów sklepowych szefowej jest niekończący się tak, jak i narzekanie klientów. Do pracy chodziło się z pewnym poczuciem niepewności, bo może dzisiaj wylecę. *** Nic mi się nie chce. Zresztą jak zwykle, z tym że z każdym dniem coraz bardziej odechciewa mi się wszystkiego. Już nie wiem co robić, być grzeczną, walczyć o swoje, iść na zwolnienie lekarskie i odpocząć, dać się zwolnić, czy co? Jestem zmęczona. Najzwyczajniej w świecie zmęczona. Tak jakbym po kilku dniach i nocach w gorączce, zbierała siły, aby wstać z łóżka. Żebym miała jeszcze jakąś perspektywę podnoszącą mnie na duchu, to nie. Wstaję rano i wiem, że znów muszę tam iść... Chce mi się płakać. Czasami miałam paniczne przeczucie, że będą po mnie dzwonić. Wyciszam telefon. Nie potrafię powiedzieć, jak to możliwe, ale naprawdę nieraz czułam, że będzie po mnie telefon, abym wyszła do pracy. I to nie wtedy, kiedy wiedziałam, że może być taka sytuacja (w przypadku choroby którejś kasjerki), tylko właśnie wtedy, kiedy wszystko było w porządku, gdy nic nie zapowiadało, że będę potrzebna. Z początku wychodziłam, gdy po mnie wydzwaniali, później już nie. Wnerwiałam się, bo gdy ja potrzebowałam wyjść szybciej z pracy, później przyjść, bądź zamienić się zmianą, to nie było komu zostać, ani z kim się zamienić. Pomyślałam sobie wtedy – skoro wy tak robicie, to i z mojej strony będzie tak samo, przysłowiowo: „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”. *** Usiłowałam trochę przyśpieszyć swoje zwolnienie. Wyraziłam zgodę na bycie główną kasjerką po tym, jak Kasica wypowiedziała umowę. Zrobiła to, bo niby mocno się zdenerwowała. Ja też bym tak chciała, ale jakoś jeszcze nie wydarzyło się nic tak strasznego, abym miała odchodzić. Chyba zawsze czekałam, aż złe dni miną. Fakt faktem, nerwy mam mocne i potrafię wiele przetrzymać. Dlatego może zawsze wracałam do tego sklepu. Zgodę na bycie kasjerką główną wyraziłam niechętnie. Namawiała mnie Ewka. Mówiła do mnie: – „No Marysia taka okazja już może się nie nadarzyć, patrz jak tu się namachasz, a tam nie.” Wiedziałam, że coś jest nie tak, ale przyznałam jej rację. Powiedziałam, że mogę nią być, ale tylko i wyłącznie wtedy, gdy Stara uraczy mnie umową na cały etat, większą premią lub większą stawką na godzinę. Może niepotrzebnie to jej mówiłam, bo z nią nigdy nie wiadomo. Może komuś powiedziała coś na ten temat, np., Aureliee, kadrowej, księgowej, a to na pewno drogą pantoflową trafiło do uszu Starej. Sądzę, że jeśli szefowie coś nam proponują, oferują, czy przyznają, to powinniśmy czuć się zaszczyceni, nie marudzić, nie upominać się oraz nie rościć sobie praw do czegoś. Na kasę główną były tylko trzy kandydatki. Ja, Agata i Kornelia. Agata z Kornelią od razu zrezygnowały, więc zostałam tylko ja. Dlaczego miałam się nie zgodzić? Miałabym więcej luzu, choć i tym samym większą odpowiedzialność. Mniejszy kontakt z klientem, ale za to bardziej nieprzyjemny. Z drugiej strony miałam nadzieję na szybsze odejście, zwolnienie mnie, wyrzucenie mnie, bowiem kasjerki główne długo swojego miejsca nie grzały. Była sobota, gdy mnie dręczono na kasę główną i gdy wymuszono na mnie jako taką zgodę. W poniedziałek miałam się oficjalnie dowiedzieć czy będę na kasie głównej. Jednak po przyjściu… cisza na ten temat od ścian odbijała się z wielkim echem. Pomyślałam, że nie będę w tej sprawie pytać się Ewki, jak mam być główną kasjerką, to mnie o tym poinformują. Poszłam do kadrowej załatwić sprawy związane z grafikiem. Wcześniej Jolka układała grafiki, ale po jej zwolnieniu zaszczyt ten przypadł Ewce, która co drugi tydzień zamieniała się układaniem harmonogramu z Dominiką. Odkąd Ewka namieszała z dniami wolnymi, które wzięła wszystkie ciągiem, to od tamtej pory grafik układała nam kadrowa. Przyznaję, że od kiedy kadrowa zajmuje się grafikiem, to nie jest w nim aż tak namieszane. Chcę przez to powiedzieć, że z dnia na dzień nie ma w nim zmian, jakie były za czasów Jolki, czy Ewki. To jedyny plus. I kadrowa przynajmniej nie marudzi tak jak Jolka. Jeszcze nie słyszałam od niej: „Marysia, ale to twoja kolejna wolna sobota”, jak to nieraz mówiła Jolka. Dziwnie było słyszeć coś takiego, tym bardziej, że wolną sobotę potrzebowałam na zjazd do szkoły. Z tego wynikało, że mam przyjść w sobotę do pracy, nie jechać na uczelnię, bo komuś nie pasuje to, że się uczę. Jak można było powiedzieć, że któraś z nas musi z nauki zrezygnować, bo nie ma kto pracować. Śmieszne i idiotyczne. Jeśli zrezygnowałabym ze studiów, to na pewno nie gniłabym w tej „zapiździałej spelunie”. Bo po jaką cholerę miałabym się tam męczyć. Nie miałabym obciążenia finansowego w postaci nauki, więc nie musiałabym płacić za szkołę. Nie śpieszyłoby mi się z pracą. Pamiętam, że sklep zawsze ogłaszał się elastycznym grafikiem pracy. Grafik wcale nie był elastyczny i odkąd pamiętam zawsze były problemy z potrzebnymi konkretnymi dniami wolnymi. Jakoś wtedy zawsze było się wystawionym na grafik, nawet pomimo wcześniejszych dwu, trzytygodniowych zgłoszeń. Od pani Joli usłyszałam jeszcze kiedyś coś takiego: – „Marysia nie rób nam tego, nie zostawiaj nas”. Byłam wtedy chora, źle się czułam, miałam gorączkę, zawalone gardło, ledwo mówiłam. Zadzwoniłam wieczorem do pracy i zgłosiłam, że nie będzie mnie jutro, bo jestem chora i idę do lekarza. Miałam przyjść do pracy z gorączką, bo Pani Jola miała problem? Irytujące. Nawet chorym być nie można i leczyć się w spokoju. Ale o tym, że w tym miejscu nie można chorować, przekonałam się w późniejszym czasie. Poszłam do kadrowej, zgłosić jej dni wolne i przy okazji zapytać się o swój urlop, bo pojutrze miałam mieć dzień urlopowy, a w tym czasie ma odbyć się szkolenie głównych kasjerek. Chciałam dowiedzieć się, co w takim przypadku będzie z moim urlopem. Nie chciałabym przychodzić do pracy (na szkolenie) podczas urlopu. Pani kadrowa powiedziała, że słyszała iż to ja mam być na głównej i że jeśli informacja się potwierdzi, to urlop zostanie wycofany. Zapytała się jeszcze, czy zgadzam się na bycie kasjerką główną. Powiedziałam jej, że tak, ale zobaczymy co będzie. Ogólnie po sklepie krążyły wiadomości i informacje, że to ja mam tam być. W poniedziałek, tak jak wcześniej pisałam, na kasie głównej była cisza. We wtorek to samo. Nie wytrzymałam, więc pytam Ewki: – „Co z ta główną, czy już kogoś wybrali, czy co? Bo żeby nie było, że jutro będą po mnie dzwonić o ósmej rano, żebym na dziewiątą przyszła, bo na pewno nie przyjdę”. Ewka coś tam bąknęła, że jeszcze nie wie kto będzie i, że dadzą znać. Pytam się jej: – „Kto da znać, Aureliee, Stara, kadrowa?” Odpowiedziała, że nie wie, ale ktoś przekaże jej wiadomość i na pewno jeszcze dziś da znać, bo dziś musi się wyjaśnić kto będzie na głównej. Zapytałam: – „A kto jeszcze ma być?” Nie wymieniła mi konkretnych osób, ale powiedziała, że albo dziewczyny przez nas nominowane, czyli przez kasjerki, a więc: ja, Agata i Kornelia, które stanowczo odmówiły. Gdzieś tam jeszcze plątała się propozycja jednej kandydatury – Anki W., za którą Ewka obstawała, ale ona kandydować mogła, a Stara i tak by jej nie wybrała. Albo szefowa wybierze sobie kogoś innego z kas. Po jakimś czasie zadzwonił telefon. W ogóle we wtorek miałam przeczucie, że jednak nie wybiorą mnie na kasę główną. Jak szłam rano, spotkałam się z kadrową. Zagadała do mnie: – „Fajnie iść do pracy, jak się wie, że to ostatni dzień”. Wystraszyłam się. Myślę sobie zwalniają mnie, czy co? Dlaczego kadrowa o tym wie, a ja nie? Z toku rozmowy wyszło, że chodziło jej o urlop. Wtedy po raz pierwszy poczułam, że jednak to nie będę ja wybrana. Drugi raz poczułam to samo, gdy zapytałam się Ewki, czy już coś wie. Takie to dziwne było dla mnie, takie śmierdzące. A trzeci raz poczułam właśnie wtedy, gdy zadzwonił telefon. Miałam przeczucie, że to właśnie ten telefon, z tą informacją. Popatrzyłam się z ukosa na Ewkę, gdy rozmawiała przez słuchawkę telefonu. Namierzyła mnie takim dziwnym wzrokiem, wszystko było już dla mnie jasne. O godzinie dziesiątej przyszła Baśka i usłyszałam, jak Ewka do niej mówi, że ona będzie na głównej, i że ma się zalogować, i do niej przyjść. Byłam zła. Poczułam się tak, jakbym dostała w twarz. Nie dlatego, że wybrano Baśkę, choć za nią nie przepadam, tylko dlatego, że poczułam się znów niedoceniona. Pracuję tam już prawie dwa lata, a wybrano dziewczynę ze stażem znacznie krótszym. Stara ma mnie za idiotkę, a może znów chciała mnie ukarać, bo przecież sama powiedziała, że „Obrosłam w piórka i trzeba mi je ukrócić.” *** Na święta też nie zostałam doceniona. Dostałam taki bon, że tylko siąść i płakać. Normalnie ludzie dostawali po sto pięćdziesiąt, dwieście złotych nawet po dwieście pięćdziesiąt złotych w bonie, ja dostałam pięćdziesiąt złotych. Byłam cholernie zła. Na zmianę wściekałam się i ironicznie śmiałam. Oczywiście, dostałam aż tyle, bo w październiku byłam chora. Tylko, że osoby które też w tym czasie były chore, nie dostały takiej kary jak ja. W ogóle jej nie dostały. Chciałam iść z tym do szefowej, ale odpuściłam sobie, ponieważ parę tygodni wcześniej byłam na rozmowie u Starego. Ktoś odradzał mi zaczynanie wojny z nimi, bo jestem tylko kolejnym „pionkiem”, który tam pracuje i nic nie wskóram. Racja nic nie wskórałam, a po wizycie u Starego było mi niezwykle przykro. Zostałam totalnie olana i zlekceważona. On nie widział żadnego problemu. A mnie sprawa z wizytami w ubikacji wydała się nienormalna i chciałam zwrócić uwagę, że tak być nie może. Stary powiedział, że to nie jego problem, on się tym nie interesuje. Po takiej rozmowie pięknie się pracowało. Chciałam być twarda, a w efekcie prawie się popłakałam. Boże, rozmowa z nim wiała takim fałszem, że to aż niemożliwe. Po raz pierwszy w życiu podczas rozmowy czułam unoszący się w powietrzu fałsz. Chciałam się wtedy zemścić. Tak aby, to odczuli. Nie wiedziałam co zrobić. Postanowiłam obsmarować ich w lokalnej gazecie. Nie wytrzymałam nerwowo. Chciałam żeby ludzie dowiedzieli się, jak w sklepie traktuje się pracowników. Byłam zdenerwowana, ponieważ kadrowa zwracała uwagę pracownikom i groziła konsekwencjami za chodzenie do ubikacji. Sprawa była dla mnie dziwna i szokująca. Wychodziło na to, że kasjerka nie ma prawa chodzić do ubikacji (najlepiej wcale, a na pewno nie więcej razy niż raz), jak będzie chodzić, to szefowie zabiorą jej premię. Gdy kasjerka musi już iść do toalety, to ma szybko załatwić swoją potrzebę i wracać na kasę. Idąc na przerwę miałyśmy się od razu odbijać kartą pracy na czytniku. Najlepiej nie kupować nic do jedzenia, bo przecież wtedy tylko spacerujemy po sklepie w tę i z powrotem – zamiast śpieszyć się i wracać szybko do pracy. Nie możemy nastawić sobie wody na herbatę, bo trzeba czekać aż ta się zagotuje – dopiero wtedy idziemy się odbić. Tak więc, jeśli chciałyśmy coś pić albo jeść, to trzeba było to zrobić po odbiciu karty na czytniku. Czy ktoś tak robił? Nie. Bo nierealne było kupienie bułki, zaparzenie herbaty i załatwienie się w ciągu piętnastominutowej przerwy. Z tego też powodu na przerwie piłam zimną wodę, bo zanim herbata by mi ostygła, to przerwa dawno by minęła. Tak czy owak pomimo, iż herbatek sobie nie robiłam, oberwało mi się za ich parzenie. Ciśnienie podniosła mi uwaga z toaletami. Kadrowej łatwo było się wymądrzać, ona siedziała w ciepłym pomieszczeniu, a my... Nie dość, że przy nieszczelnych oknach, to na dodatek bez odpowiedniej odzieży. Nie ważne czy zima, czy lato i tak do dyspozycji miałyśmy kamizelki (tylko nieliczne miały jeszcze marynarki – z rękawem trzy czwarte.) Ależ byłam zła. Najlepsze jest to, że sprawa toalet w dużej mierze dotyczyła kremowania rąk. Co wydało mi się sprawą totalnie absurdalną, bo po skorzystaniu z toalety, nie powinnyśmy myć rąk, ponieważ później je kremujemy. Tak więc albo powinnyśmy wracać z brudnymi dłońmi, albo nie smarować ich kremem i pozwolić, żeby skóra była sucha, i spierzchnięta. Tym samym najwyraźniej nie możemy ochronić skóry przed zimnem. Może to wydaje się dziwne, ale naprawdę w tym sklepie było tak zimno, że gdyby nie kremy do rąk, to nie wiem, co dziś by było z moimi dłońmi i jak by wyglądały? Oczywiście zebrało się tylko kasjerkom, ponieważ pracownicy działu mogli sobie łazić po sklepie do woli. Oni nawet na przerwie mogą być dłużej niż piętnaście minut, bez problemu kilka razy mogą iść pić kawy, jeść jogurty, jabłka, ciasta. My nie! Stara miała na to zwróconą uwagę i nic z tym nie zrobiła. Pracownicy działu punktualnie o piętnastej robili zakupy (gdzie powinni być w szatani i się przebierać), oni mogli wyjść z pracy o normalnej godzinie, a my? – nie. My w tym czasie musiałyśmy jeszcze kasować, o zamknięciu zmiany nie było mowy, bo kolejki... Postanowiłam nie odpuścić tej sprawy. Dlaczego miało być tak, że inni mogli, a my nie? Chciałam się dowiedzieć, dlaczego tak jest. Poszłam do szefa, bo Starej nie było. Poinformowałam go o wczorajszej rozmowie z kadrową, na co on stwierdził: – „To nie mój problem. Problemu nie ma.” Poczułam się zrezygnowana, bezsilna i załamana. Kasjerki „serce sklepu”, a dostają najniższą wypłatę. Przecież odpowiedzialne jesteśmy za tak wiele. To my mamy wpływ na to, czy klient będzie chciał do nas wrócić czy nie. Tylko jeśli to od nas zależne (a jest), to dlaczego mamy najniższe wynagrodzenie? – Bo jesteśmy pańciami, wystroimy się i siedzimy na tych swoich czterech literach?. – Tak przeważnie o nas, kasjerkach, mówią pracownice innych działów. Tylko tyle, że po głowie za nie nie dostaje nikt inny, jak właśnie pańcie – kasjerki. Nie można nawet trochę opuścić rolety z okna, bo szefowa nie pozwala. Więc jak świeci słońce, mamy ślepnąć. Kto tu jest ważny? Na pewno nie my! Okulary przeciwsłoneczne to może i mogę mieć przy sobie, ale na pewno nie na nosie. Nie, żebym chciała je założyć i w nich pracować. Choć w ramach pewnego buntu może i bym to zrobiła, bo dlaczego ma mnie razić słońce? Tak więc w planach pozostaje oślepnięcie, ponieważ nawet, gdyby można było się przesiąść (a nie można, bo szefowa chce, abyśmy siedziały bliżej kasy głównej), to nie jest to możliwe z tego względu, że większość kas jest zepsutych. Pewnego czasu miałyśmy tylko dwie jako tako sprawne kasy i jedną z szarpiącą taśmą – na siedem kas! Gazeta opublikowała tylko jedną trzecią mojego artykułu, oczywiście idealnie pomijając najważniejsze fakty. Choć, gdyby gazeta je opublikowała, mogłabym mieć spore problemy, bo pisałam o dość znaczących faktach. Obowiązywała mnie umowa, a w umowie jeden punkt wyraźnie wiązał nam języki: „...zobowiązuję się do zachowania w tajemnicy informacje, które mogłyby narazić pracodawcę na szkodę”. Jednak po ukazaniu się artykułu w sklepie panowała cisza, nikt nic nie mówił. Może nikt nie chciał poruszać tej sprawy? Może żaden pracownik nie czytał tego artykułu? ...ale nie pisałam tego dla pracowników, tylko dla klientów. Po jakimś miesiącu od opublikowania mojego listu, siostra Kasicy zapytała mnie: – „Czy znasz taką gazetę …” wymieniła nazwę gazety, w której opublikowano mój artykuł. Udałam, że nie wiem, o czym mówi. Ale po jakimś czasie jej siostra, czyli Kasica, też się mnie o to zapytała. Powiedziałam jej wtedy prawdę. Nikt więcej nic na ten temat nie mówił. Nie słyszałam, aby w ogóle ktokolwiek, cokolwiek mówił o tym artykule, o tej gazecie, o tej sprawie. Nic kompletnie, nic, cisza. Może Stara się jakoś o tym dowiedziała, może uznała, że nie ma wystarczających dowodów na to, żeby udowodnić mi, iż to moja sprawka. Być może uznała, że aż takiej krzywdy im nie zrobiłam. A może to właśnie było nieoficjalnym powodem mniejszego bonu? Może z tego powodu uznała, że nie mogę być na kasie głównej, bo dostarczyłabym sobie nowego i ciekawszego materiału do opisania. Kto ją wie? Stara wbrew temu, co o niej mówią, nie jest taka głupia, ale za to strasznie cwana. Sądzę, że na pewno wiedziałabym, że ona wie o moim artykule. Artykuł ukazał się anonimowo, nie podawałam w nim żadnych imion, nawet nie wymieniłam nazwy sklepu. ... ale redaktor, któremu to wysyłałam, wiedział o jakim sklepie piszę. Uświadomiło mnie to w przekonaniu, że problem faktycznie dotyczy tylko tego sklepu oraz, że to co się tu dzieje jest rzeczywiście nienormalne. Gdyby było tam wszystko w porządku, to redaktor nie wiedziałby, o jakim sklepie piszę. *** Ależ miałam piękny sen! Kolejny piękny sen, jakich w życiu mam bez liku. I jak zwykle chciałabym bardzo, aby był prawdziwy, a tu... nic. Śniło mi się, że zostałam zwolniona z pracy. Nie pamiętam za co. Nie pamiętam również tego, czy coś zrobiłam, czy nie, ale faktem było, to iż wyleciałam. Zwolnili mnie. Najpiękniejsze, że już nie musiałam się tam ani męczyć, ani użerać z tymi wszystkimi ludźmi, z pracownikami i klientami. Byłam szczęśliwa, choć przede mną wyrósł olbrzymi problem, bo w tym śnie nadal byłam studentką. Na tym samym etapie, na którym jestem teraz, a więc na VI semestrze, czyli z obroną licencjatu na karku. Pamiętam, że we śnie byłam zestresowana z tego powodu oraz zaniepokojona, ponieważ nie miałabym z czego zapłacić za czesne, a w tym semestrze miałam dużo wydatków związanych z uczelnią. Sprawa związana z moją kasą główną już mi minęła. Nie odczuwam złości na Starą za to, że mnie nie ceni. Choć po pewnym czasie, po którym moje emocje opadły, mogę śmiało stwierdzić, że jednak mnie doceniła. Chyba wiedziała, co robi. Może dlatego mnie nie wybrała, bo przypuszczała, że nieuczciwość i kantowanie jej, rozszerzyłoby się na maksymalną skalę. Kto wie, może faktyczne by tak było? Ona w końcu kłamie i oszukuje, bo myśli, że wszyscy tak robią, więc dlaczego ja nie mogę pograć jej na nosie? Choć z drugiej strony, ja tylko umiejętnie wykorzystuję sytuację. A parę takich sytuacji było, np. braki w saldzie. Kiedyś miałam manko na ponad siedemdziesiąt złotych. Oczywiście mogłam się pomylić i miałam do tego prawo. Każdy ma prawo się pomylić. Jednak sytuacja była dziwna, bo w jeden dzień zrobiło mi się manko na jakieś dziesięć złotych, a drugiego dnia, po szkoleniu nowej kasjerki, na minusie przybyło mi kolejne dziesięć złotych. Cały
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Marija
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…