Gadający las
Jest to próba połączenia fantasy z powieścią historyczną. Przy czym rzeczywistość historyczna jest w znacznym stopniu przemieniona.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
GADAJĄCY LAS
Krasnolud Durand miał poważny problem. On, który uchodził za najsprytniejszego w swoim plemieniu, wpadł w ręce człowieka. I to we własnym domu! Durand zamieszkiwał Ciemny Las jeszcze w czasach, kiedy przemierzał go swoim człapiącym krokiem mag Merlin. Durand kilka razy z własnej woli rozmawiał wtedy z człowiekiem, choć jak na prawdziwego krasnoluda przystało, nie darzył ludzi specjalną sympatią. Na szczęście nie odwiedzali oni zbyt często, a ostatnimi czasy praktycznie wcale, Krasnoludowego Jaru, gdzie pod kilkoma spróchniałymi korzeniami Durand wymościł sobie całkiem wygodną norę, którą bardzo niechętnie opuszczał. Praktycznie robił to tylko w okresach rui – raz na jakieś pół wieku, kiedy to niepohamowana żądza kazała mu podkradać się pod ludzkie sadyby i czynić szalone złośliwości, dzięki czemu ulegał zapłodnieniu, by po niecałym tygodniu wypączkować małym krasnoludem. Przemyślność Duranda w wywoływaniu wybuchów ludzkiego gniewu stała się wśród krasnoludów wręcz legendarna. A to udało mu się umiejętnie zawalić chałupę jakiegoś wieśniaka, a to zaprawił wilczą jagodą polewkę dla całej rodziny wijącej się później w strasznych boleściach na jego maleńkich oczkach. Czasem podpiłował przęsła drewnianego mostku, gdy przejeżdżał tamtędy zaprzęg wyładowany zebranym ziarnem i w tak wymyślny sposób niweczył owoc całorocznej pracy wieśniaka. Ludzie z reguły doskonale wiedzieli, komu zawdzięczali swoje nagłe wypadki i w bezsilnej złości wygrażali koronom drzew, wśród których krył się złośliwy krasnolud, wywołując w ten sposób u niego okrzyki zachwytu. Jednak od dłuższego już czasu Durand zaprzestał swoich wypraw, twierdząc że już wystarczająco dużo potomstwa pozostawił po sobie. Od tego momentu jego kontakty z ludźmi ustały zupełnie. Zresztą nawet z innymi krasnoludami Durand spotykał się nader rzadko. Jedyną istotą, z którą utrzymywał ostatnio stosunki był młody wij, który zagnieździł się w pobliskim potoczku. Durand natrafił na niego pewnego poranka zgoła przez zupełny przypadek. Jak każdy krasnolud Durand bardzo dbał o wygląd swojej twarzy. Codziennie zaczesywał w misterne fałdy długą brodę, a wydatny bulwiasty nos znaczył odpowiednio nasączonymi krostami. Właśnie w czasie takich czynności został zaskoczony przez wija, który usiłował pochwycić go swymi długimi mackami, by następnie wciągnąć go pod wodę. Krasnolud sprawił wówczas młodemu odmieńcowi tęgie lanie, które stało się początkiem pięknej przyjaźni. To wij przekazywał mu najświeższe informacje dotyczące wydarzeń dziejących się w Starym Borze i jego okolicach. Dzisiejszego dnia Durand również opuścił swą przytulnie wilgotną norę i wygrzebał się z wolna spod wygiętego w kabłąk korzenia. W tym momencie jego wspaniały krościaty nos całkowicie go zawiódł. Co prawda poczuł jakąś dziwną woń, ale już tak dawno zetknął się po raz ostatni z człowiekiem, że nie rozpoznał tego zapachu. Nagle z kępy krzaków wilczo-mlecza wyskoczyła ogromna postać, która zarzuciła na niego sieć zrobioną z konopi i niezwykle sprawnie skrępowała nią krępego krasnoluda tak, że nie mógł zrobić ruchu żadną częścią ciała. Spętawszy tak stwora mężczyzna przysiadł na pniaku i drwiąco spoglądał na krasnoluda, szarpiąc za ledwo sypiący się zarost na brodzie. - I co, mości krasnoludzie? – zaśmiał się triumfalnie. – Są jeszcze ludzie sprytniejsi od ciebie! Krasnolud nie odezwał się, udając, iż nie rozumie ludzkiego języka. - Cóż to, mości krasnoludzie? – mężczyzna podniósł się i mocno przeciągnął, trzeszcząc potężnymi ramionami. – Zapomniałeś języka w gębie? A może ci za ciasno w tych sznureczkach? Na te słowa Durand poruszył się gwałtownie. - A więc jednak – zaśmiał się olbrzym – rozumiesz ludzką mowę! To dobrze! Od dwóch dni nie miałem okazji otworzyć do kogoś gęby, to teraz sobie pofolguję. Mężczyzna znowu przysiadł na pniaczku, zaś Durand dalej w duchu przeklinał swoją nieostrożność, zastanawiając się nad sposobami uwolnienia. Na razie jednak nic nie przychodziło mu do głowy. - Cóż mości skrzacie? – olbrzym uniósł rękę w górę. – Jam jest Isaac Hayes, brat i rycerz Zakonu Strażników Świątyni! Rycerz przerwał i mierząc uważnym wzrokiem odmieńca, powiedział po chwili: - Pewnie nic ci te nazwy nie mówią. Siedzisz tu w tym swoim cichym leśnym zakątku i ani nie wyściubisz z niego swego pięknego nochala! - Zostaw mój nos w spokoju! – warknął poruszony do żywego krasnolud, który nienawidził wręcz jakichkolwiek przytyków dotyczących najwspanialszej ozdoby swego oblicza, a Isaac w duchu podziękował swemu nauczycielowi, mistrzowi Anzelmowi, że nie ograniczał się tylko do wiedzy czysto książkowej. - Umiesz też mówić, mości krasnoludzie! – stwierdził wesoło templariusz. - Nazywam się Durand! – krasnolud westchnął ciężko, bo dalsze milczenie nie miało już większego sensu. – Co chcesz ze mną zrobić, człowieku? Czy zabierzesz mnie jak nieszczęsnego Belmonda do Mnisiego Grodu? – niespokojnie zapytał. - Nie martw się! – uspokoił go rycerz. – Mam zamiar cię wypuścić, jeśli zgodzisz się tylko odpowiedzieć na kilka moich pytań i przysięgniesz na swoją brodę, że nie będziesz mnie ścigał swoją złośliwością. - Zgoda! – bez wahania zakrzyknął krasnolud. – Pytaj! - Spokojnie krasnoludzie! Zdążymy! Moje pytania nie będą zbyt obszerne. - Pytaj! – wycharczał niecierpliwie krasnolud. - Mieszkasz w tym lesie pewnie już wystarczająco długo, by poznać wszystkie jego tajemnice. Chcę dotrzeć do Wielkiego Kręgu Graala! Co wiesz o tym miejscu? - Niespecjalnie obchodzi mnie, co się dzieje poza Jarem Krasnoluda! – obruszył się Durand, a krosty na jego nosie wyraźnie poczerwieniały. – Ale to miejsce akurat znam, gdyż bywałem w nim niejeden raz. W tym momencie krasnolud, o ile to możliwe, poprawił swą pozycję, przetaczając się na drugi bok i ciągnął dalej: - O ile dobrze zauważyłem, nie jesteś, panie, Celtem, a tym bardziej druidem. Wiesz chyba panie, że jest to zakazane miejsce dla każdego, kto nie jest celtyckim druidem. Tam od niepamiętnych czasów, których nie obejmuje nawet moja krasnoludowa pamięć, spotykali się przywódcy tutejszych klanów, by radzić o najważniejszych sprawach. Co prawda ludzkie sprawy mnie raczej nie interesują, ale mój przyjaciel wij twierdzi, że akurat takie spotkanie ma się właśnie odbyć! Templariusz pokiwał głową. Doskonale wiedział o Wielkiej Radzie. To był między innymi powód, dla którego śpieszył na to miejsce. Krasnolud spode łba przyglądał mu się uważnie. - Widzę, rycerzu Świątyni – rzekł Durand – że wiesz o tym tak samo dobrze, jak ja. Tak myślałem! – powiedział, widząc twierdzący gest Isaaca. – Czego więc chcesz jeszcze? - W kręgu tym druidzi mieli zwyczaj ukrywać swoje największe tajemnice. Czy słyszałeś coś o Kluczu Męstwa? – z napięciem w głosie pytał templariusz. - O żadnym Kluczu Męstwa nie słyszałem! – szybko odrzekł Durand. – Ale być może druidzi go tam również przechowują. Z całą pewnością zaś jest tam przetrzymywany w magicznej obręczy straszliwy Knar – Król Drzew, którego wężowy oddech zabija. W kręgu umieścił go sam wielki Merlin. Celtowie, by zyskać jego przychylność w czasie obrad Wielkiej Rady, składają mu krwawą ofiarę z obcego, którego podstępem zwabiają na miejsce. Bacz, człowieku, by ciebie taki los nie dotknął – chrapliwie roześmiał się Durand. - Śmierć jest tylko jedna! – filozoficznie zauważył Hayes. – Wskaż mi jeszcze drogę do tego miejsca! - Trzymać się musisz Zielonej Ścieżki! – głucho zaczął krasnolud. – Pójdziesz wzdłuż Bystrego Strumienia, uważając na fitłaki. To dość wstrętne stworzenia! – Durand mlasnął wielkim językiem jakby dając do zrozumienia, czym to spotkanie grozi rycerzowi. – Gdy zobaczysz trzy wielkie dęby, skręcisz na południe i dojdziesz w ten sposób do Wielkiej Polany. Tam znajdziesz Klatkę Duchołapa. Z duchołapem sprawa nie jest prosta i tylko prawdziwy mędrzec wyjdzie z tego cało. Kto zagadkę duchołapa zgadnie, ten do jego gara nie wpadnie! – nagle wierszem przemówił Durand lecz templariusz już zrozumiał sens przemowy krasnoluda. – Z łap duchołapa wyrwany bardzo łatwo trafisz już człeku do wioski druidów, gdzie w centralnym miejscu znajdziesz tajemny Krąg Graala, choć pewnie lepiej dla ciebie, człeku, byś go nie znalazł – zakończył. - To wszystko? – zapytał niepewnie Isaac. Krasnolud szybko dał znak głową, że nic więcej nie ma już do dodania. Kilka chwil później beztrosko pogwizdując Isaac Hayes szedł już pewnym krokiem wzdłuż niewielkiego strumyka, a uwolniony z więzów, ale cały obolały Durand odprowadzał go niechętnym wzrokiem i zaraz potem szybkim susem wskoczył pod wykrzywiony korzeń, by jak najszybciej zapomnieć o niemiłym zdarzeniu. Las był gęsty, pełen zwalonych dawno pni poprzetykanych rozrosłymi mocno kępami krzaków wilczomlecza, wśród których przemykały drobne zwierzątka, a czasem widać było cień królewskiego jelenia lub ciamkającego dzika. Gęstwina trochę prześwitywała tuż nad cieniutką strużką strumyczka i tędy właśnie przedzierał się Isaac Hayes, zważając, by nie natknąć się na macki wija, o którym wiedział, iż ma w pobliżu swoje żeremie. Nie przeszkadzało mu to specjalnie w rozmyślaniach, w których się pogrążył. Od momentu, kiedy cichcem opuścił Jarvis minęło już prawie dwa dni. Ciekaw był, czy szeryf Meilyr Gwent zdecydował się wszcząć za nim pościg i czy sam ruszył na obrady Wielkiej Rady. Wielce niepokoił się również losem swego młodziutkiego giermka – Nabila, który wmieszał się w grupę celtyckich pątników i ruszył w głąb Ciemnego Boru. Prawdę mówiąc, obawiał się, że słowa Duranda dotyczące zwabionego na ofiarę obcego mogą odnosić się właśnie do niego. Jednak poszukiwania zagadkowego Klucza Męstwa okazały się dużo bardziej niebezpieczne niż to zapowiadało się na samym początku. Skończyło się wertowanie starych ksiąg w poszukiwaniu słów-kluczy, które doprowadziłyby go do sukcesu. Teraz przyszedł czas na czyny, a Isaac czuł, że tropy odnalezione w Jarvis prowadzą we właściwym kierunku. Te rozmyślania templariusza zostały przerwane w sposób tak nagły jak i niebezpieczny. Zamyślony Isaac całkowicie zapomniał o ostrzeżeniach krasnoluda. Nie zauważył dziwnych niebieskawych kwiatków, które jakby nasłuchując jego kroków coraz bardziej przybliżały się do ścieżki. W momencie, kiedy rycerz wkroczył pomiędzy nie, kwiaty wystrzeliły nagle długimi czerwonymi jęzorami, które pojawiły się u ich nasady. Isaac poczuł ostre pieczenie, które zamieniło jego nogi w dwie bezwładne kłody. Kątem oka templariusz dostrzegł prawie ludzki kształt, jaki uniósł się z wolna z bagnistego podłoża. Fitłak był już pewien zdobyczy. Od dawna nie miał okazji pałaszować ludzi i teraz delektował się strachem, który czuł w powietrzu. Hayes już się jednak zebrał w sobie i wcale nie zamierzał się tak łatwo poddawać. Jego silne ręce zaczęły odrywać przywarte do nóg węże czerwonych języków, które – odrzucane – wiły się niczym kawałki gada. Fitłak zaniepokoił się. Czyżby ofiara miała ochotę wyrwać się z morderczych uścisków jego obezwładniaczy? Fitłak szybciej poczłapał ku walczącemu templariuszowi. Zamierzał użyć teraz swojej najgroźniejszej broni. Wyciągnął więc przed siebie wielki odwłok, przypominający olbrzymią rozwiniętą szyszkę, w środku którego widać było miliony skrzydlatych zarodników. Miał zamiar za chwilę wystrzelić je w ofiarę zamieniając ją w żywy kokon, wewnątrz którego przez kilka następnych tygodni zarodniki przygotowywałyby dla niego odpowiednie porcje wspaniałego, na poły już strawionego pokarmu. Na atak fitłakowego odwłoku nie było rady i Isaac doskonale wiedział, że lada chwila może skończyć jako przysmak dla odmieńca. W tym momencie miał jedną szansę na tysiąc, by uratować się z macek potwora. Najpierw jednak musiał odzyskać swobodę ruchów. Ostatnim wysiłkiem woli mocnym szarpnięciem wyrwał dwa pozostałe jęzory i z wyciem bólu zmusił swoje nogi do posłuszeństwa. Udało mu się nieco oddalić od człapiącego potwora, chociaż nadal odwłok lśnił niebezpiecznie blisko. Wystarczyło to jednak, by wyszarpnąć z pochwy miecz, a drugą ręką sięgnąć po rogowy nóż zatknięty za pasem. Teraz uzbrojony, już trochę spokojniej, chwiejąc się jednak na obolałych nogach, czekał na atak fitłaka, który małymi zielonkawymi oczkami mierzył rycerza, szukając najsposobniejszego miejsca, gdzie mógłby wbić ostrze odwłoku. Odchylał się przy tym, odsłaniając bok szyszkowatej odrośli. Isaac w tym postanowił poszukać swojej okazji. Nie słyszał, by komukolwiek udało się przebić odwłok fitłaka, ale z ciałem potwora łączył się on za pomocą pierścieniowatego mięśnia, który z natury rzeczy musiał być pozbawiony chitynowego pancerza. W tym momencie templariusz uczynił coś, co zupełnie zaskoczyło potwora. Zamiast dalej uciekać, Isaac niespodziewanie ruszył w jego kierunku z wzniesionym w górę mieczem i kiedy ten próbował zasłonić się przed ciosem pancernym ramieniem, spuścił na węźlasty mięsień kanciaste ostrze noża. Rozległ się przeraźliwy skrzek i odwłok z głośnym mlaśnięciem upadł w błoto, brocząc zielonkawą posoką. Fitłak, ciężko okaleczony, po utracie swej najgroźniejszej broni stracił ochotę do dalszej potyczki. Jak zraniony niedźwiedź, ściskając krwawiącą ranę zanurkował w błotnistą maź. Za chwilę tylko kilka bulgoczących baniek wskazywało miejsce, gdzie zniknął. Isaac odetchnął z widoczną ulgą. Wywinął się cudem śmierci spod ręki. Prawdę mówiąc miał rzeczywiście dużo szczęścia. Podszedł do szyszkowatego odwłoku, by się mu lepiej przyjrzeć. Odwłok pulsował jeszcze krwawą poświatą, ale większość zarodników już obumarła. Trochę przypominały nasiona klonu, które szukają odpowiedniej gleby. Chitynowa przeźroczysta powłoka stanowiła faktycznie zaporę nie do sforsowania i niejeden miecz zakończyłby pewnie na nim swój żywot. - Nie przypuszczałem, panie, że sobie poradzicie z tym potwornym stworem! Isaac aż podskoczył z zaskoczenia. Głos dochodził z pobliskich krzaków, spomiędzy których wychylała się kudłata głowa ze świdrującymi oczkami, które strzelały szybkimi błyskami w kierunku rycerza. - Wybaczcie, panie Isaacu! – głowa wyskoczyła nagle z krzaków, ciągnąc za sobą pękaty korpus ciała. Człowiek ten ubrany był w charakterystyczną dla walijskich wieśniaków kapotę i templariusz miał nieodparte wrażenie, iż zna tego człowieczka, na którego ospowatej twarzy gapiowatość była aż nadto widoczna. - Wybaczcie, dostojny panie! – powtórzył. – Nie poznajecie mnie? To ja, sługa opata Noaha! Harry! – człowieczek przybliżył się ostrożnie jakby w obawie, że rycerz może nie chcieć go wysłuchać, ale Hayes już go rozpoznał. - Co robisz w tej głuszy, Harry? – ze zdziwieniem zapytał templariusz, który gorączkowo przypominał sobie wszystko, co o tym człowieku wiedział. Rzeczywiście był on rękodajnym poprzedniego opata z Jarvis, ale – zastanawiał się Isaac – przecież Noah nie żyje. - Idę za wami, czcigodny panie! – przyznał się dość obcesowo pachołek. - Czyli śledzisz mnie? – ponownie zdziwił się templariusz, równocześnie ganiąc się ostro w duchu za niedostateczną czujność. - Tak, panie! – człowieczek skłonił się zamiatając zmierzwioną czupryną okoliczne krzaczki. – Śledzę was od samego Jarvis! - Muszę przyznać, że daleko udało ci się w ten sposób zawędrować! – w głosie Isaaca zabrzmiało pewne niedowierzanie. – O ile pamiętam, spotkałem cię w Londynie. Nie wyglądałeś tam na człowieka, który potrafi sobie poradzić jako tropiciel. - Ale ja jestem stąd, panie! – oburzył się Harry. – Wychowałem się w lesie i jeżeli chcę, najlepsze nawet oczy nie dostrzegą mnie w leśnej gęstwinie. To w mieście czułem się obcy! - Muszę przyznać, że miałem się za bardziej czujnego tropiciela! – roześmiał się Hayes. – No, ale chyba należy mi się od ciebie jakieś wyjaśnienie. - Oczywiście, czcigodny rycerzu! – chytre oczka Harryego zaświeciły wesoło. – Pamiętacie pewnie panie, że służyłem u opata Noaha. Dobry to był pan. Sprawiedliwy! – Harry otarł szybko łzę, jaka zaświeciła nagle na jego policzku. – Jakiś rok temu, kiedy wróciliśmy z dworu najjaśniejszego króla Edwarda, zaczęły się w Jarvis dziać dziwne rzeczy. W klasztorze pojawili się bardzo dziwni nowi bracia, których – acz niechętnie – mój opat przyjął do zgromadzenia, bo takie otrzymał polecenia od samego arcybiskupa Canterburry. Jednym z nowych braci był ten przeklęty Winkelried, który od samego początku począł podkopywać autorytet opata Noaha i tworzyć wrogą mu koterię. Praktycznie wkrótce mogliśmy liczyć już tylko na starego Brendana – bibliotekarza. Na dodatek Winkelried skumał się z szeryfem Gwentem i razem zaczęli prowadzić dziwne interesy. Mówiło się nawet, że sprowadzili do lasu apostatów. Mój opat próbował temu przeciwdziałać, nie chcąc, by miejsce poświęcone naszemu świętemu Bedzie zostało zbrukane przez nieczyste stworzenia. Chciał nawet zwołać Radę Wielkich Klanów, do czego miał prawo jako opat w Jarvis. I wtedy zdarzył się ten wypadek… - Słyszałem – wtrącił templariusz – że opat Noah nieszczęśliwie spadł z drabiny! - Może i nieszczęśliwie – zaśmiał się gorzko Harry. – Ktoś mu jednak w tym wydatnie pomógł! Widziałem tę drabinę. Ktoś tam się dobrze przy niej napracował, by pękła wtedy, kiedy trzeba. Natychmiast też pojawiło się pismo biskupa mianujące nowym opatem Winkelrieda. Zadziwiające! Nieprawdaż, panie? - Sądzisz więc, że opat Noah został zamordowany? – zastanowił się Isaac. - Tak, panie! – szybko zareagował pachołek. – Wiem, że lubiliście mojego pana. Nawet nie wiecie, panie, jaki byłem szczęśliwy, kiedy zobaczyłem was w opactwie. Zaraz sobie pomyślałem, że z waszą pomocą z pewnością uda się pomścić mojego opata. A jeszcze jak ujrzałem, co zrobiliście w zajeździe z tym odmieńcem, zdecydowałem, że najlepiej zrobię podążając za wami, by w razie konieczności służyć wam pomocą. Nim jednak pomknąłem waszym śladem panie, zobaczyłem dziwną kawalkadę, która Starym Traktem ruszyła do Ciemnego Lasu. Na jej czele na siwym rumaku jechał dumnie opat Winkelried, a za nim dwaj potężni dominikanie ciągnęli kucyka z osobliwie wyglądającym tłumokiem. Od razu wtedy sobie pomyślałem, że moje drogi i opata skrzyżują się prędzej czy później. I pojechałem za wami, panie. Nawet kiedy pozostawiliście swojego rumaka – bardzo słusznie zresztą – wasz ślad był wystarczająco wyraźny, bym was nie zgubił. Nie wiem, skąd dowiedzieliście się o Jarze Krasnoluda, ale było to bardzo sprytne z waszej strony. Schwytać krasnoluda i skłonić go do mówienia to zaiste dzieło nie lada. - Dlaczego postanowiłeś się ujawnić? – przerwał nagle wywód Harryego templariusz. - Wybaczcie, panie! – młody pachołek uśmiechnął się niewyraźnie. – Ta przygoda z fitłakiem uświadomiła mi, że pomimo iż radzicie sobie nadspodziewanie dobrze to doszliście do takiego miejsca, gdzie lepiej już mieć przewodnika. Ciemny Las, do którego za chwilę wejdziemy, nie należy do miejsc, po których można się poruszać bez odpowiedniej wiedzy. Ja tę wiedzę wyssałem z mlekiem matki. Beze mnie, panie, nigdy nie dotrzecie do Wielkiego Kamiennego Kręgu! – pachołek chytrze uśmiechnął się do rycerza, który z zadumą pokiwał głową. - No cóż Harry, prowadź! – templariusz wskazał kierunek, zastanawiając się równocześnie, czy ta niespodziewana i nieproszona pomoc okaże się szczęśliwa w skutkach. Zagłębili się na powrót w las. Harry prowadził ich trochę z dala od świetlistej strugi, chociaż do wyczulonego ponad miarę nosa Isaaca cały czas docierała czysta woń leśnego strumyka. Pachołek to oddalenie tłumaczył możliwością powtórnego ataku ze strony fitłaków i wijów. Templariusz wiedział, że tam z kolei groziły im świetliste elfy, które na ofiarę spadały z nagła, wisząc jak nietoperze na olbrzymich drzewach. Uznał jednak, że przynajmniej na razie udzieli kredytu zaufania młodemu pachołkowi. A musiał przyznać, że młodzieniec czuł się w lesie jak ryba w wodzie. Z dala Harry wydawał się dość ciężkawy, ale wśród drzew poruszał się z gracją godną leśnego zwierzęcia. Isaac, zwolniony przez młodego przewodnika od pilnowania szlaku, mógł teraz lepiej przyjrzeć się okolicy. Ciemny Las był zaiste dziewiczym terytorium. Jedyne szlaki, jakie wiodły przez niego, zostały wydeptane przez stada jeleni i dzików. Najwspanialsze jednak w Ciemnym Lesie były drzewa – olbrzymie dęby, czarne cieniste buki, a zdarzały się też wiekowe modrzewie. Niektóre z nich pamiętały pewnie jeszcze czasy wojen toczonych z rzymskimi legionistami przez dzikich Piktów, którzy – jako jedyni ludzie – nie obawiali się mieszkać wśród drzew. Po małych karłowatych Piktach pozostało wiele tajemnych i przeklętych miejsc, gdzie do dzisiaj niektóre z celtyckich klanów odprawiały zakazane obrzędy ku czci Umarłego Boga. Isaac miał nadzieję, że z powodu zwołania Wielkiej Rady Starszych nikomu nie przyjdzie do głowy wznawiać pradawne obyczaje. Zapytany o nie Harry zakłopotał się najwyraźniej i dopiero po chwili odrzekł z lekka drżącym głosem: - Nie jest miłe dla Celta mówić o rzeczach wstydliwych dla wielu klanów. Jeśli pozwolicie, panie, zamilknę na temat tych haniebnych praktyk! Templariusz milcząco zgodził się, a młody pachołek szybko dodał: - Tym jednak, panie, nie musicie się specjalnie kłopotać. Starsi klanów wydali całkowity zakaz wstępu do Wewnętrznego Kręgu dla każdego, kto nie będzie uczestniczyć w naradzie i towarzyszących jej obrzędach. Nikt nie zaryzykuje mając na karku Klątwę Balora! Isaac już miał ochotę zapytać o tajemniczego Balora, o którym znalazł informacje w hermetycznej „Historii Brytów”, udostępnionej mu w tajemnicy przez nobliwego bibliotekarza z Jarvis. W ostatniej jednak chwili powstrzymał się, zdecydowawszy, że znajdzie na to jeszcze bardziej stosowny moment. Zresztą młody przewodnik nagle przystanął, dając gestem znak rycerzowi, by zrobił to samo. - Cicho, panie! – szepnął w samo ucho templariusza. – Jacyś ludzie przed nami! Tam za tą kępą drzew! – wskazał na gromadę ciemnych buków. – Lepiej ukryjmy się pod tym spróchniałym pniem! Szybko uskoczyli w bok, gdzie leżał olbrzymi, wydrążony w środku przez duże czarne mrówki, pień, który ongiś był dumnym modrzewiem. W jego cieniu czekali na niespodziewanych gości i Isaac nie mógł wyjść z podziwu nad sprawnością zmysłów młodego Celta. On sam dopiero, gdy grupa jeźdźców wysunęła się z kępy buków, dostrzegł ją. Jeźdźców było czterech. Isaac, obserwując ich, zrozumiał dlaczego pomysł pozostawienia konia okazał się nad wyraz szczęśliwy. Każdy, kto chciał przemknąć przez puszczę niepostrzeżenie, nie mógł zrobić tego konno. Trzask suchych gałęzi, jakich mnóstwo poniewierało się wśród runa leśnego, słychać było daleko. Jadąc konno nie sposób było tego uniknąć. Brak jakichkolwiek bitych szlaków, plątanina drobnych krzaków i zwalonych pni również powodowały znaczne utrudnienia. Widać to było po zbliżających się konnych, którzy z niezwykłym trudem przedzierali się w ich kierunku, nie dbając specjalnie o to, aby nie zostali zauważeni. Na czele jechał potężny rycerz z czarną brodą powiązaną w misterne węzełki. Isaac od razu go rozpoznał. To był ten sam awanturniczy olbrzym, który w Jarvis próbował sprowokować przy nim bójkę z kilkoma Celtami. Za nim jechało dwóch podobnych mu brodaczy, a orszak zamykał chuderlawy pachołek z monstrualnie wielkim toporzyskiem. Olbrzym na czele klął rozgłośnie przy każdym stąpnięciu swego gigantycznego rumaka. Niektóre ze słów stały się wkrótce całkowicie zrozumiałe dla uszu Isaaca. - Pożałują tego ci przeklęci kumotrzy, wielbiciele drzew! – brodacz dorzucił kilka nieartykułowanych przekleństw. – Jak te kozie wyrzutki mogły wypędzić mnie, potomka celtyckich królów. Ich psie klany śmierdzą gnojem i kozimi bobkami! Znowu wybuchnął wyzwiskami, a templariusz przestraszył się, że ten wybuch gniewu doprowadzi do przypadkowego odkrycia ich tymczasowej kryjówki, gdyż zagniewany olbrzym jakby dodając sobie tym animuszu uderzał potężną pięścią w spróchniały pień modrzewia, o mało nie wybijając w nim dziury. Na szczęście dla Isaaca i jego towarzysza do brodacza odezwał się jeden z jeźdźców: - A co na to dostojny Meilyr? - Ten pies nie odezwał się ani słowem! – wrzasnął brodacz. – Dostojny szeryf chyba zapomniał, kogo powinien w tym wszystkim popierać. Dobrze, że Winkelried tak szybko się zorientował. On im zada bobu, ani się spodzieją! – zaśmiał się chrapliwie. - Czyżby sam wielebny opat wyruszył do Ciemnego Lasu? – wtrącił się drugi z jeźdźców. - Tak, bracie! Dołączymy do niego, gdy przyjdzie stosowna pora! A wtedy nie ochroni ich ani Kamienny Krąg, ani nie pomogą im te druidzkie wywłoki! – zazgrzytał w bezsilnej złości olbrzym i tłukąc bez opamiętania nieszczęśliwego konia, którego dosiadał, zawrzasnął: - Pogońcie swoje szkapy, bracia! Pośpieszajmy! Z tym okrzykiem popędził na złamanie karku przez niewielką polankę, jaka się przed nimi otworzyła. Jeszcze przez dłuższą chwilę słychać było odgłosy ich szaleńczej jazdy, które niezwykle powoli zostały wyparte przez muzykę lasu. - Pędzą, jakby ich Zły gonił! – zaśmiał się Harry, gramoląc się spod pnia. – To ten renegat Mervyn! – dodał, patrząc uważnie na rycerza. Isaac nie miał ochoty na rozmowę. - Wielka Rada już się zaczęła! – powiedział jednak po chwili. Młody przewodnik pokiwał kudłatą głową: - Dla nas to dobrze, panie! Oznacza to, że raczej nikt nie powinien nam przeszkadzać w dalszym marszu. Od Wielkiego Kręgu dzieli nas niecały dzień drogi. Jeżeli oczywiście nie zdarzy się nic nieprzewidzianego – dodał natychmiast. - Chodźmy więc! – zakomenderował templariusz, popychając dość bezceremonialnie młodzieńca. Las był coraz gęstszy. Najwyraźniej wchodzili w samo serce prastarej puszczy, gdzie od wieków rządziły tylko drzewa. Harry szedł teraz niezwykle powoli, zważając na każdy swój krok. Rycerz starał się dokładnie podążać jego śladami. W pewnej chwili zauważył dziwnie wyglądające drzewa, które zdawały się im kłaniać. Harry odwrócił się i wskazując na nie rzekł z cicha: - Widzicie, panie! To lotne bagna. Kto w nie wejdzie, zginie na wieki. Gdybyście dalej szli wzdłuż strumienia, niechybnie byście w nich ugrzęźli! Młody Celt pokazał teraz na rozciągającą się przed nimi gęstwinę: - Uważajcie panie na gałęzie. Wchodzimy teraz do Elfowego Gaju. Isaac z niepokojem spojrzał w górę. Plątanina gałęzi nad nimi była tak wielka, że praktycznie nie było widać nieba. A templariusz nie miał wcale ochoty na spotkanie z elfem krwiopijcą. Poza terenem pradawnych borów elfy nie występowały i Isaac uważał je dotąd za bohaterów legend, którymi zapełnia się puste wieczory. Od kiedy jednak przekroczył barierę Ciemnego Lasu, uwierzył we wszystkie bajki, jakie mu kiedykolwiek opowiadano i teraz aż do bólu oczu patrzył przed siebie, by dojrzeć wystarczająco wcześnie świetliste stworzenia. Marsz był od tego momentu jeszcze trudniejszy. Isaac co chwilę potykał się o wyłażące spod ziemi korzenie i obruszone gałęzie, ale nie odrywał wzroku od górnych partii lasu. Na szczęście dla obu wędrowców elfów nie spotkali. Albo zaniepokojone niespotykanym wrzeniem w lesie ukryły się w jakichś jego zakamarkach, albo rzeczywiście były już tylko wytworem fantazji. Na duchołapa natknęli się zupełnie niespodziewanie. Leżał pod rozłożystym, omszałym dębem i podśpiewywał sobie wesoło. Wcale nie wyglądał na duchołapa. Raczej na opasłego wieśniaka niezwykle zadowolonego z dnia, który się właśnie kończył. - Bywajcie, wędrowcy! – powitał ich, śmiejąc się rzęsiście. – Tak rzadko widujemy tutaj gości! Przysiądźcie obok mnie, czcigodni wędrowcy! – duchołap gościnnie podsunął dwa potężne kloce, oczyściwszy je z grubsza z mchów i liści. - Chodźmy, panie! - szepnął Harry. – Duchołapowi się nie odmawia! Usiedli. Duchołap podciągnął kraciasty kilt do góry i sapnąwszy, rozsiadł się jeszcze wygodniej, uważnie patrząc na swoich gości. - Lubię wiedzieć, z kim mam do czynienia! – duchołap wyprężył się wyczekująco i Isaac stwierdził u siebie nieprzepartą ochotę, by natychmiast udzielić odpowiedzi miłemu gospodarzowi. - Jestem rycerzem Zakonu Świątyni, który potocznie zwie się zakonem templariuszy. Nazywam się Isaac Hayes. Zmierzam ze swoim towarzyszem do Wielkiego Kamiennego Kręgu Graala, gdzie mam nadzieję odnaleźć przedmiot zwany Kluczem Męstwa. Obawiam się również o swego giermka, który w tajemnicy wyruszył do tego miejsca – Isaac przerwał i dopiero wtedy zrozumiał, że bez żadnego widocznego powodu zdradził temu opasłemu jak beczka człowiekowi najskrytsze tajemnice, których w innych warunkach nie wyjawiłby nawet wówczas, gdyby poddano go najwymyślniejszym torturom. Duchołap dyskretnie uśmiechnął się pod sumiastym wąsem. - Mówisz wędrowcze, że jesteś jakowymś templariuszem – duchołap poskrobał się po obsypanej suchymi liśćmi czuprynie. – Nigdy nie słyszałem tej nazwy. Czeka cię niezwykle trudne zadanie. Masz przed sobą Pana Drzew, w którego mocy znajduje się Klucz Męstwa. Wyczuwam jednak, że twoje intencje są czyste. Moja klatka nie stanie się więc twoim mieszkaniem, choć chętnie posłuchałbym długich opowieści, którymi raczyłbyś mnie w deszczowe jesienne wieczory. Twoja droga prowadzi cię jednak do miejsc, których nawet ja nie mogę zobaczyć oczyma duszy – na grubym czole duchołapa pojawił się wyraz zamyślenia, ale widać było, że grubas nie lubił zbyt długo pozbawiać swego brzucha zajęcia. Znowu roześmiał się rozgłośnie, a olbrzymie brzuszysko zafalowało z radością. - Co ma być to będzie! Najważniejsze, że twoja dusza wędrowcze, nie zdążyła się jeszcze zbrukać brudem świata. To zaprawdę rzadkość! Duchołap obrócił się teraz w stronę młodego Celta i uważnie zajrzał pod jego gęste kędziory. Chwilę później jakby zadowolony z wyniku oględzin rzekł krótko: - Z tobą nie mam o czym rozmawiać, młodzieńcze! Czeka cię trudny wybór, ale ja nie będę mógł ci w nim pomóc. Pamiętaj tylko, że dobro drzew jest najważniejsze! Duchołap podniósł się ze swojego siedziska i zaczął się przechadzać, ciężko kiwając włochatą głową. Mruczał coś z cicha, by wreszcie głośniej powiedzieć: - W lesie aż huczy od kroków wielu osób. Tego nie widziano w Starym Borze od czasów ludzi w wielkich grzebieniach. Isaac dopiero po chwili zrozumiał, że duchołap takim dziwacznym określeniem nazwał po prostu rzymskich legionistów, a tymczasem on kontynuował dalej: - My, starzy mieszkańcy puszczy niepokoimy się tym nagłym zainteresowaniem ludzi Ciemnym Lasem. Najgorsze, że dotarli tu również niszczyciele drzew, których spokój został zakłócony. Pan Drzew się obudził! – zahuczał głucho duchołap. – Jego gniew wstrząśnie lasem! Nagle grubas poderwał się i strzygąc wielkim pokancerowanym uchem, wrzasnął: - Musicie już odejść, wędrowcy! Słyszę dziwne odgłosy dochodzące z serca puszczy. Słyszę głos Umarłego Boga! Ruszajcie! Obaj wędrowcy wstali, a gruby duchołap, jakby poganiając ich, szybkimi ruchami ramion popędzał do drogi. Isaac, nim zagłębił się w gęstwinę, obejrzał się za siebie. Duchołap stał, kiwając się jak potężny niedźwiedź i machał wielką ręką. - A wspomnijcie kiedy starego Dębowego Toma! – głos duchołapa zginął w gąszczu drzew. Templariusz poczuł się w tym momencie tak, jakby wyszedł z łaźni. Tym razem Harry podążał przez las dość szybko, popędzając jeszcze gestami Isaaca, który zdziwiony nie pytał jednak o nic, chociaż pytania same mu się cisnęły na usta. W lesie już się powoli mroczyło. Dzień się kończył, a w środku puszczy ciemności zapadały niezwykle szybko. Wkrótce jelenia ścieżka całkiem znikła z ich oczu i już tylko wyczulone ponad miarę zmysły pozwalały im dalej wędrować. Raz i drugi w oddali usłyszeli nagły łopot skrzydeł, który niebezpiecznie się przybliżał. Rycerz w pewnym momencie poczuł, że o jego ciało ociera się miękkie, rozgrzane futro. Jakieś zwierzę, pewnie jeleń, o mało na niego nie wpadło! Ale przewodnik nie miał najwyraźniej zmiłowania dla swego podopiecznego. Dopiero koło północy, kiedy oddalili się od polany duchołapa na dobrych kilka stajań, Harry nagle zatrzymał się i zarządził odpoczynek. Rzeczywiście nie było specjalnego sensu w tym, by dotrzeć do Kamiennego Kręgu – gdzie będą na nich czekały prawdziwe niebezpieczeństwa – krańcowo wyczerpanymi. Noc była dość zimna, ale szybki posiłek, złożony z podpłomyków i suszonego mięsa zagryzanego od czasu do czasu ziarenkami bobu, trochę ich rozgrzał. Rozłożyli się w cieniu kilku modrzewi tworzących wokół nich coś na kształt obręczy, dzięki czemu mogli czuć się w miarę bezpiecznie. Isaac otulił się mocniej opończą i po raz pierwszy tego dnia pozwolił rozluźnić się swoim mięśniom. Popatrzył teraz na młodego Celta, którego zarys postaci widział na tle potężnego drzewa, o jakie się opierał. Ten młodzieniec, wyglądający z pozoru na niedorajdę, zadziwiał go coraz bardziej. - Powiedz mi, Harry – zagaił templariusz. – Spotkaliśmy dzisiaj duchołapa… Ze wszystkiego, co słyszałem na temat tych stworzeń, wiało grozą. Nawet krasnolud Durand ostrzegał mnie przed straszliwym duchołapem. A tymczasem Dębowy Tom wydawał się dobrotliwym grubasem, który uwielbia się śmiać. Coś tu się nie zgadza! – zastanowił się Hayes. - Bo widzicie, panie! – w głosie Harryego Isaac wyczuł pewne wahanie. – Nie widzieliście ciemnej twarzy duchołapa! A wierzcie mi, jest ona straszna! Słyszałem od mego przyjaciela, który zna się na tym jak mało kto, jakim straszliwym katuszom poddaje dusze porwanych przez siebie ludzi. Trzyma je w drewnianych klatkach we wnętrzu spróchniałych drzew, zamęczając je pytaniami. A ciała tych ludzi spacerują bez celu po puszczy dopóki nie staną się żerem dla dzikich zwierząt. Sam kiedyś na własne oczy widziałem takiego żywego trupa. - Dlaczego więc ten duchołap obszedł się z nami tak miło? – zastanawiał się templariusz. - Wydaje mi się, panie, że duchołapy są swoistymi lustrami, w których odbija się ludzka dusza. Ten, czyja dusza jest czysta, bez złych intencji, nie ma się czego obawiać. Ale kto podszyty jest fałszem, musi się liczyć z tym, że wyląduje w klatce duchołapa. - Teraz rozumiem – zaśmiał się Isaac – dlaczego, kiedy ten grubas patrzył na mnie to czułem, że muszę mu wszystko powiedzieć. - Nie musieliście, panie, nic mówić! – zauważył młody przewodnik. – Duchołap bada duszę człowieka i żadne słowa nie są potrzebne. - Dużo wiesz o duchołapach – stwierdził z ciemności templariusz, który żałował w tej chwili, iż nie może zobaczyć twarzy Harryego. – Tak jakbyś się wśród nich wychował – dodał. - To w pewnym sensie prawda! – potwierdził niespodziewanie młodzieniec. – Kto tak jak ja wychował się na samym skraju puszczy, poznał na pewno wszystkie legendy Ciemnego Lasu i traktuje je jak coś najzupełniej oczywistego. - Pytam cię więc jako eksperta – próbował wykorzystać moment Isaac. – Parę razy usłyszałem dzisiejszego dnia imię Balora! – templariusz poczuł mimo mroku, że cała sylwetka Celta wręcz zastygła w pozie przerażenia. - Panie! – wyszeptał. – Nie wymawiaj głośno jego imienia! Szczególnie nocą! Jego Oko może być na nas zwrócone, a wtedy biada nam! - Czy nie sądzisz – zapytał z nagła rycerz – że większe niebezpieczeństwo grozi mi z powodu nieznajomości tego, z czym będę się musiał i tak spotkać. Słyszałeś przecie, że poszukiwany przeze mnie przedmiot znajduje się w jego mocy. - Słuchajcie więc panie – po dłuższym wahaniu rzekł Harry. – Balor jest najstarszym mieszkańcem Ciemnego Lasu. Stworzył go Dagda, którego, panie, znacie pewnie pod imieniem Cery, czyli Stwórcy lub Eochaid Ollathair – Ojciec Wszystkiego. Ale nawet żarłoczny Dagda był przerażony grozą jednookiego Balora i kiedy ten spał Dagda go pożarł. Jednak pod wpływem swego brata Govannona, który często – jako mistrz wiedzy tajemnej – zaglądał na Ciemną Stronę i tam patrzył w przyszłość, wypluł go ze swych trzewi. Nakazał mu jednak zamieszkać w bezludnym wówczas Ciemnym Lesie, by nie mógł on wykorzystywać mocy. Ale gdy siła Dagdy poczęła słabnąć w czasie walk z synami Danu, Balor począł wykradać się ze swego więzienia, dokonując straszliwych spustoszeń. Dopiero świetlisty Argentlam, czyli Srebrnoręki swoim łukiem zapędził go na powrót do Ciemnego Lasu. Z jego rozkazu „malowani ludzie” pod wodzą legendarnego bohatera Cruithne, syna Cingi zbudowali z magicznych menhirrów Wielki Krąg. Od tej pory Balor - na szczęście dla okolicznej ludności – przez wiele wieków pozostawał uśpiony mocą magicznych kamieni. Jednak jakieś tysiąc lat temu potwór przebudził się dzięki pomocy szkockiego króla Bana, który chciał go wykorzystać do walki z saskim Aethelfridem. Wiele mu to nie pomogło, gdyż poległ w starciu z zagonem wikingów, który niespodziewanie pojawił się w Northumbrii. Demon jednak został uwolniony, a zniszczenia, jakie siał w owym czasie, zgasiły potęgę ludu Piktów. Jego Oko bez powieki uderzało znienacka, znosząc z powierzchni ziemi całe osady, a nienasycona żądza krwi potwora budziła grozę na terenie całej Brytanii. W tym czasie Brytami rządził wspaniały król Artur, który przeciwko Knarowi, jak go zwali przy Okrągłym Stole, wysłał czarodzieja Merlina i Lancelota du Lac, który miał zresztą osobiste powody, by uczestniczyć w wyprawie przeciwko Balorowi. Był on bowiem synem nieszczęśliwego Bana, z którego to powodu zaczęły się te wszystkie nieszczęścia. Artur dał Lancelotowi na tę wyprawę swój miecz – Excalibur, o którym pewnie wiele słyszeliście, panie. O walce obu bohaterów z Balorem układano później wśród celtyckiego ludu wspaniałe pieśni, które śpiewa się do dzisiaj, ale tylko w otoczeniu ludzi pewnego pochodzenia. Od uderzeń Balora…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Winrich
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…