Wróć do katalogu

Globalne Zaduszki

Felieton na temat nas, obywateli, w dniu dość szczególnym.

dominik, opublikowano , 20 min czytania, 4,6 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Zaduszki 2007. Dzień, w którym wielu z nas ambitnie postanawia „wyciszyć się”, „pomyśleć”, „zwolnić tempo”. Lubię ten moment w roku, kiedy wszystko przybiera obowiązkowe szare barwy, jakby jesień, jakkolwiek pogodna, przypominała sobie w pokorze, że tego dnia wypadałoby dobrać nieco bardziej stonowaną garderobę. Cmentarna monotonia ma w sobie coś z wieczności, nie religijnej czy kościelnej, lecz tej międzypokoleniowej. Z odwiecznej ciągłości cmentarzy. Zawsze jest chłodno i co roku wieje. Zapałka trzęsie się w zmarzniętych, zaczerwienionych palcach, co chwile gaśnie, nigdy nie wiadomo, co zrobić ze zużytą, bo przecież nie rzuci się jej na cmentarną ziemię, tuż obok grobów bliskich. Więc pokornie chowa się patyczek z czarną główka do kieszeni lub do pudełka, by potem znów wyjąć ten zużyty, gdy potrzebujemy nowej zapałki. I tak dalej. Potem powrót do domu, kawa, herbata, zajadanie się ciastem i, w razie braku pomysłu, błogi telewizyjny trans. Cenię ten dzień, bo odnoszę wrażenie, że ludzie rzeczywiście na tę krótką chwilę nieco pokornieją, w obliczu nieuchronności pewnych procesów determinujących nasze życie jakby łagodnieją. A może po prostu ja pokorniej patrzę wtedy na otaczającą mnie rzeczywistość. Trudno mi to ocenić, bo nie potrzebuję tego dnia innych ludzi. Ktoś powiedział, że człowiek zawsze umiera sam. To niepokojące stwierdzenie można poszerzyć. Człowiek zawsze przeżywa śmierć sam, analizuje ją i pamięta o niej w kontekście swojego, jednostkowego bytu. Gdy ktoś odchodzi, ostrzeżenie odbieramy osobiście. Przekaz jest jasny, moment nieuchronny, a Koniec jakby przez chwilę namacalny poprzez jasne ostrzeżenie chłodnej, cmentarnej ziemi, czytelne świadectwo nagrobków. Szkoda tylko, że najprostsze prawdy, na których doświadczenie mamy tak mało czasu w roku, tak często przysłania mi uczucie niesmaku. Niekiedy jest to rezygnacja, czasem pogarda, zawsze jednak gniew. Niesmak odczuwam, kiedy przy największym z poznańskich cmentarzy kwitnie biznes parówkowo-bigosowy, pogardę, gdy widzę, jak ludzie ukradkiem przekładają kwiaty z grobów cudzych na „swoje”. Rezygnacja ogarnia mnie w tramwaju, kiedy ludzie jadący na cmentarz kłócą się o miejsca w zatłoczonym wagonie by potem w pokorze oddać się wzniosłej kontemplacji, wyliczonej tak, by zdążyć na obiad. Ludzie są jacy są. W grupie nigdy nie prezentują się dobrze. Przyglądając się im z bliska, widząc ich najbardziej oczywiste wady i słabości, widzę jednak te cechy, które sam też w sobie noszę. Może nie tego dnia, może nie w tym nastroju, ale kiedy za tydzień mój poranek zacznie się od serii przypadkowych niepowodzeń, zabraknie mleka, spóźnię się na tramwaj i na domiar złego pogoda będzie gorsza od zapowiadanej, będę taki sam. Ktoś wczoraj kopnął mi błotnik, bo nie zatrzymałem się mu na przejściu dla pieszych. Miałem ochotę wyjść i pobić go, oddać mu, zrobić cokolwiek. Dzisiaj wyspałem się, pisząc to słucham jednej z ulubionych płyt i przypominają mi się liczne momenty, kiedy sam miałem ochotę rzucić komuś cegłą w szybę. Bilans wydaje się zawsze taki sam. W tym momencie uspokojenia, w szare, lecz rześkie niedzielne przedpołudnie, jestem ciut lepszy niż na co dzień. „I take a few steps back and put on a wider lens”. W tym momencie potrafię napisać kilka zdań, ruszyć do przodu, naprawić coś. Skomentować. Ludzie na ulicy, w biurach, gotując obiad i stojąc w korkach nie zawsze mają czas być lepsi. Nie zawsze mają czas i ochotę zastanawiać się nad czymkolwiek, co leży ponad horyzontem dnia, tygodnia, nadchodzącego weekendu. Na co dzień słowo „wieczność” kojarzy nam się ze słowem „kredyt”, „miłosierdzie” z ulgą podatkową, „miłość” z czasem wolnym, a o ideałach i zasadach mówi już tylko polityka. I przez to tym bardziej nie wiemy, czym ideały i zasady są. Płyniemy z dnia w dzień jakby z jednej fali w drugą i trudno z tym odwiecznym porządkiem podjąć walkę czy chociażby dyskusję. Tym bardziej takie dni jak Pierwszy czy Drugi listopada są nam potrzebne. Chcąc nie chcąc oddajemy się, czasem opornie lub zupełnie nieświadomie, refleksji. Dlaczego jednak wszystko trzeba sprowadzać do banału? Mam na myśli telewizję, media w ogóle, wszystkie te podmioty, kierowane z założenia przez ludzi wykształconych, które idą rok w rok po najmniejszej linii oporu. Podsumowanie roku 2007. Wiem, że w tym roku odszedł Kapuściński, wiem, że zmarła Krystyna Feldman, pamiętam ich i wszystkich pozostałych. Wszyscy ich szanujemy, nawet, jeśli zupełnie ich nie znaliśmy, to telewizja nauczyła nas cenić ich, prześcigając się w programach wspominkowych. Nie byłoby w tym nic dziwnego, pomijając oczywistą hipokryzję wpisaną w definicję mediów komercyjnych i publicznych, które przypominają sobie o zmarłej aktorce w dniu jej śmierci, mimo, że widz pamięta ją tylko z żenującego serialu komediowego. Gdybym nie był Poznaniakiem, to też nie kojarzyłbym Krystyny Feldman z niczym innym. Kiedy jednak w szanowanych przeze mnie stacjach, mniej lub bardziej intelektualnych, w Dzień Refleksji widzę znów te same czarno-białe slajdy, przeplatane zdjęciami płonących świec, powoli przesuwające się na ekranie w rytm zawodzących w tle skrzypiec, to niesmak, rezygnacja i gniew wracają z całą mocą. I zastanawiam się, czym kierowali się redaktorzy, tak a nie inaczej układając program na ów dzień Wysokiej Oglądalności. Można powiedzieć: a co innego pokazywać tego dnia? Są „nasi” zmarli, jest refleksja, świece są i skrzypce obowiązkowo też. Nic tylko kontemplować. Co kontemplować? Oczywiste prawdy, że ktoś wielki odszedł? Że możemy być z niego dumni, a teraz jest coraz gorzej, bo już go nie ma? Że świat zubożał o wybitną jednostkę, tak pogodną, tak prawdziwą i tak niezłomną w tych trudnych czasach. Z tą świadomością, doskonale wpisującą się w najprostszą refleksję zasypiamy, kończymy długi weekend i wracamy do codzienności. I znów świat zamyka się nad nami granicą miasta, kraju, ewentualnie wstęgami abstrakcyjnego rurociągu, który na dalszym planie wielkiej polityki niepokoi nas za pośrednictwem mediów. Świat pozbawiony kilku jednostek, niby inny, ale w zasadzie taki sam. Zaduszki 2007 są takie same jak te rok wcześniej, można robić zakłady o to, kto odejdzie w 2008, ale generalnie raczej bez rewelacji. Poczet wybitnych zmarłych, dla których media stają na głowie żeby powiedzieć o nich coś, czego widz jeszcze nie słyszał, pozostaje niemy. Byli wielkimi ludźmi, ale nasz świat pozostał mały, zamknięty i hermetyczny. I całe dzieło Kapuścińskiego, tego, który „nie ogarniał świata” pozostaje poddane pod wątpliwość w melancholii czarno-białych obrazów, które ów nieogarnięty świat zawężają w sposób haniebny, gdzie zmarli, czyli ludzie, czyli globalne społeczeństwo, którego jesteśmy integralną częścią, stanowi kilku Wielkich plus ci, którzy tego dnia zginęli na drogach. Kapuściński pisał o świecie zróżnicowanym, niepojętym, jednakowo istotnym w metropoliach jak i na antypodach cywilizacji, przez to właśnie niemożliwym do ogarnięcia. Widział szerzej, z ogromnym powodzeniem potrafił zainteresować tym czytelnika. Okazywało się to nie aż tak trudne, bo ludzi jak widać interesowało to, co dzieje się poza polską polityką, poza UE i ewentualnie za oceanem. Ludzie chłonęli książki, w których ukazane były peryferie Imperium, świat, w którym nasi wschodni sąsiedzi istnieli nie tylko w kontekście embarga na polskie mięso. Kapuściński udowodnił, że można pisać o konflikcie między plemionami, które nie mają wpływu na tarczę antyrakietową i ludzie, ci sami, którzy spędzą Zaduszki przed telewizorami i wydawałoby się, interesują się tylko wyborami i cenami paliwa, chętnie dowiedzą się gdzie leży Rwanda. I, co najważniejsze, zrozumieją, że żyją na tej samej planecie co Tutsi i Czeczeni, że obowiązkowe wizy do USA to nie najgorszy rodzaj upokorzenia, jakiego może doznać społeczeństwo od społeczeństwa. W Dzień Zaduszny naszła mnie smutna refleksja, że tego wyzwania nie potrafi dziś lub nie chce podjąć nikt. W racjonalnej telewizji świeckiej czas wypełnia dyskusja na temat tego, czy cud był, czy cudu nie było, a potem już tylko wspomnienia Tegorocznej Listy Zmarłych plus gościnny występ hitu ostatnich lat, czyli odejścia Jana Pawła II. Proszę, nie dajcie się zwieść skrajnie cynicznemu tonowi mojej wypowiedzi. To nie ja jestem cyniczny, cyniczne jest pokazywanie nam ciągle tych samych obrazów, jakby na świecie poza dwoma „naszymi” kontynentami nie działo się nic. W kraju, który walczył z wrogim społeczeństwu systemem przez czterdzieści lat, nikogo nie interesuje, co dzieje się w Birmie. A nawet, jeśli interesowało, to przez tydzień. Kilka pierwszych stron gazet, potem cisza. Bo wybory, bo zmiana przynależności partyjnej, bo zdrada. Premier Mazowiecki apelujący do mediów o powściągliwość spotkał się z zupełnym niezrozumieniem Pani Olejnik. Prosił tylko o selekcję informacji zamiast bezmyślnego rzucania się na to, co jeden czy drugi polityk nazwie „sensacją”, „kompromitacją” czy „największym skandalem” tej czy innej Rzeczpospolitej. Bez echa. I tak oto okazuje się, że świat to Europa plus Rosja, Stany Zjednoczone i miejsca, w które można wyjechać na wakacje. Okazuję się również, że tegoroczne tragedie można zamknąć w bilansie ofiar wypadków na polskich drogach oraz we wzruszających reportażach na temat kilku wybitnych jednostek. Nie zamierzam tu pisać o statystykach w Afryce, w Azji, o narodzie eksterminowanym przez demokratyczne mocarstwo pod pretekstem walki z terroryzmem, o biedzie, głodzie, terroryzmie państwowym, tak samo groźnym jak ten islamski czy nacjonalistyczny. Nie zamierzam, bo po prostu nie umiem, pozostawiam to tym, którzy potrafią z należytym obiektywizmem, poparci autorytetem pisać o sprawach ważnych, istotnych nie tylko dla bezimiennych mieszkańców odległych kontynentów, ale także dla nas. Bo dzisiejszy świat, chcąc nie chcąc zintegrowany możliwościami błyskawicznej komunikacji i błyskawicznego przepływu informacji jest o wiele mniejszy niż nam się wydaje. Udowodniła to plaga terroryzmu, doskonale zorganizowana przy…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych