Wróć do katalogu

Greckie Wakacje (część 1)

Beletrystyka młodzieżowa / To co kiedyś czytaliście we fragmentach w końcu złożyłam i wrzuciłam jako 3 całości;)

Lizzy88, opublikowano , 1 godz. 3 min czytania, 4,9 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Wszystkim członkom obozu Olympic Beach 03.08-15.08.2002r. Byliście pierwszą inspiracją, jaka mnie w życiu spotkała.

„O, co ja bym dał za to, żeby zawsze było lato.” Anonim

1.

Nie lubię lotów samolotem. Zawsze przy starcie mam wrażenie, że fotel pochłonie mnie całą nie pozostawiając możliwości ucieczki. Jednak trzydziestopięciogodzinna podróż autokarem przez większą część krajów Półwyspu Bałkańskiego wcale mi się nie uśmiechała. Siedziałam, więc i czekałam, aż ta stalowa machina wzniesie się w powietrze i bezpiecznie doleci ze mną na lotnisko w Salonikach. Międzynarodowy Obóz Młodzieżowy w Olympic Beach to właśnie powód mojej podróży do Grecji, na który cieszyłam się już od końca marca. Powiedzcie szczerze, czy można lepiej spędzić wakacje, niż wygrzewając się na piaszczystych plażach, popijając drinki z palemką i podziwiając cudnie opalonych herosów pływających w morzu, bądź grających w siatkówkę plażową? Moim zdaniem nie, choć zamiast tych drinków mogę sobie pozwolić, na co najwyżej colę, bo mam dopiero szesnaście lat, ale to nieistotny szkopuł. Miałam szczerą nadzieję, że te wakacje pozostaną w moich wspomnieniach na bardzo długi czas, a ludzie podczas nich poznani, dostarczą mi niezapomnianych wrażeń. Z tymi myślami wpatrywałam się w okno, za którym czyniono przygotowania do naszego startu. Kiedy jednak odlot zaczął się przedłużać, rozpoczęłam wzrokiem poszukiwania po pokładzie samolotu twarzy, których cel podróży mógł być taki sam jak mój. Rząd dalej natrafiłam na dwóch chłopaków, których podobieństwo kazało mi przypuszczać, iż są braćmi. Obaj byli brunetami o ciemnej karnacji i siedzieli na środkowych siedzeniach. Młodszy miał na sobie czarną koszulkę z liściem marihuany w okularach trzymającej skręt w jednej łodydze i znak pokoju w drugiej, a nad nią mieścił się napis: „Light Up Your Life”. Siedział ze słuchawkami od iPoda na uszach i czytał prospekt reklamujący wakacje dla międzynarodowej młodzieży w Grecji. Ten trop doprowadził mnie do wniosku, iż są oni pewnikiem uczestnikami tego samego obozu, co ja. Jego brat wyraźnie znudzony czekaniem na odlot, bawił się w robienie samolocików z tego samego prospektu. Nie miałam okazji zorientować się, czy w pobliżu są jeszcze inni obozowicze, gdyż w tym samym momencie, w którym odwróciłam głowę od braci, pojawiła się średniego wzrostu brunetka, zajmując miejsce koło mnie. - Hej – uśmiechnęła się promiennie. – Mam na imię Olka. Chyba spędzimy podróż razem. Schowała torbę podręczną do schowka nad siedzeniami i wygodnie usadowiła się na swoim miejscu. - Cześć - odpowiedziałam, podając jej rękę na powitanie. – Jestem Liza. Dziewczyna zapięła pas bezpieczeństwa i skierowała na mnie swoje brązowe oczy. – Miło będzie spędzić podróż z kimś w moim wieku – odparła z uśmiechem. - Rok temu, gdy leciałam na obóz do Włoch posadzono mnie obok obleśnego faceta, który zaraz po starcie zasnął i zaczął chrapać. Żeby zagłuszyć wydawane z niego dźwięki musiałam słuchać na ful muzyki, przez co o mało nie ogłuchłam. Ale widzę, że w tym roku obozowi nie będą musieli krzyczeć mi do uszu – zakończyła krótkim śmiechem. - Wybierasz się na Międzynarodowy Obóz … - Młodzieżowy w Olympic Beach – dokończyła za mnie. – A ty jesteś nowicjuszką w naszym gronie? - Uhm, to dla mnie pierwsze wakacje tego typu. Mam nadzieję, że nie będę miała, czego żałować. - Możesz być tego pewna! – Uśmiechnęła się szeroko. – Dla mnie to najlepszy czas w roku. Swoboda, dobra zabawa i świetni ludzie – czego więcej można oczekiwać po wakacjach? - Od jak dawna jeździsz na te obozy? - Od dziecka. S.M.E. organizuje wakacje dla różnych przedziałów wiekowych. - Uwaga! – Nagle rozległ się głos stewardesy, przerywając naszą rozmowę. – Witam państwa na pokładzie samolotu linii lotniczych AirPol, lecącego z Warszawy do Salonik. Lot potrwa ok. czterech godzin. Proszę o zapięcie pasów i przygotowanie się do startu. Gdy znajdziemy się w powietrzu dostaną państwo znak pozwalający na odpięcie pasów bezpieczeństwa. Życzymy udanego lotu, a w razie jakichkolwiek problemów, proszę zgłaszać się do stewardes. - Nie cierpię startów – odezwałam się mimochodem. - Ja też kiedyś ich nie lubiłam, ale znalazłam na nie sposób – odezwała się Ola. – Weź głęboki wdech, policz do dziesięciu i rozluźnij się, zamknij oczy i pomyśl o czymś przyjemnym. To naprawdę pomaga. Wykonałam jej polecenie, koncentrując swoje myśli na wylegiwaniu się na plaży w ciepłym południowym słońcu. Udało się. Pierwszy raz podczas startu nie poczułam się jak w pułapce. - Pomogło – powiedziałam, gdy wszystko minęło i otrzymaliśmy znak pozwalający na odpięcie pasów. – Dzięki. - Nie ma za co. - A wracając do naszej rozmowy. Mówiłaś coś o gronie znajomych. Czyli znasz już jakieś osoby, które z nami będą? - Jasne! I nawet, niektórych z nich już widzę – rzuciła rozglądając się po pokładzie. – Tam w pierwszym rzędzie siedzi Magda. To ta blondynka czytająca książkę. Bardzo sympatyczna z niej osoba. Obok niej, dwa siedzenia dalej widać Ewelinę, brunetkę w żółtej koszulce z Nike. Potem idąc dalej, dwa rzędy przed nami siedzi Dawid i coś nie widzę, by był zadowolony ze swojego miejsca. Chłopak, o którym mówiła Ola trafił właśnie na feralne siedzenie obok „chrapacza” i starał się zagłuszyć dźwięki bestii słuchaniem głośniej muzyki. To chyba jednak nie pomagało, gdyż jego współpasażer odwrócił głowę ku niemu, co kulminowało chrapanie na prawym uchu Dawida. - Biedactwo, zanim przylecimy na miejsce będzie już głuchy – oznajmiła ze śmiechem Olka. – A wracając do wyliczanki. W naszym rzędzie na samym końcu siedzą siostry Drozd, Karola i Anka. Karolina to ta pod oknem, ma siedemnaście lat. Anka jest od niej o rok młodsza. Pomachała dziewczynom, które spojrzały w naszą stronę i uśmiechając się do Oli odmachały jej. - Ale czekaj, kogoś mi tu brakuje. – Obejrzała się za siebie i uśmiechnęła szeroko. Zauważyłam, że spogląda w stronę braci, którym się wcześniej przyglądałam. - A oto sławetne rodzeństwo Merad – odparła radośnie. – Najwięksi rozrabiacze Trzeciej Rzeczypospolitej Polskiej. Ten młodszy, ze słuchawkami na uszach, nazywa się Paweł, a ten celujący w nas samolocikiem to Daniel. Hej stary! Co tam u ciebie słychać? – zapytała, jednocześnie robiąc unik przed samolocikiem. - Witam kochaną koleżankę – odpowiedział z szarmanckim uśmiechem. – Teraz już jest dobrze, ale po incydencie z damską toaletą rodzicom trochę puściły nerwy. Tak się o to wkurzyli, że zawisła nade mną klątwa wyjazdu na wakacje do babci. – Odwrócił się w stronę brata i ściągając mu słuchawkę z ucha, trzepnął lekko w głowę. – Gdzie twoja kultura młody? Nie przywitasz się ze starą znajomą? Chłopak jakby wyrwany z transu, dopiero teraz spostrzegł, że Ola jest na pokładzie. - Hej Lola! – uśmiechnął się łobuzersko. – Sorki, ale byłem poza światem. - To raczej twój mózg jest poza twoją głową – odparł Daniel. Ola widocznie wiedziała, co się święci, bo szybko wkroczyła do akcji. - Dobra, teraz nie pora na kłótnie. Udawajcie, choć przez chwilę, że potraficie się zachowywać jak ludzie – powiedziała i wskazała na mnie. – To jest Liza, nasza nowicjuszka w klubie obozowiczów. Uśmiechnęłam się nieśmiało mówiąc: „Hej!”. - Cześć! Jestem Dan – powitał mnie starszy brat. – A to małe coś, to Paweł, moja gorsza połowa rodziny. - Wielkie dzięki jajogłowy – odgryzł mu się chłopak. – Hej! Czekajcie chwilkę, mam jeszcze jedno pytanie zanim się pozabijacie – zawołała Ola na widok szykującego się do odwetu Daniela. - Gdzie jest Łukasz? Nie przyleci w tym roku? - Leci z nami, tylko wiesz jak źle znosi podróż. Śpi gdzieś z tyłu, bo połknął prawie całe pudełko Aviomarinu i natychmiast poczuł się senny. - Aha. Dzięki – powiedziała i usiadła z powrotem na miejscu, a z tyłu dobiegły nas odgłosy przepychanki. - Bracia – westchnęła cicho Ola. – Dobrze, że mam siostrę, która jest ode mnie o dziesięć lat starsza. - Ja jestem jedynaczką, ale zawsze chciałam mieć starsze rodzeństwo. - Tak, starsze rodzeństwo jest fajne, gdy widujesz się z nim raz na miesiąc i w święta – powiedziała Olka. – Chociaż czasami się przydaje i potrafi być naprawdę pomocne, gdy umiecie się ze sobą dogadać. No, ale nie zawsze jest pięknie i kolorowo – westchnęła, wskazując głową na braci Merad, którzy teraz starali się sobie nawzajem powykręcać ręce. Przez resztę lotu Ola opowiadała mi o swoich poprzednich obozach. W tamtym roku była we Włoszech, dwa lata temu spędziła wakacje na Ibisie, a jeszcze wcześniej na obozie językowym na Cyprze. Na tych właśnie obozach poznała grupę ludzi, z którymi bardzo mocno się zaprzyjaźniła i nie byli to tylko Polacy. - Zdecydowaliśmy, że wspólnie będziemy umawiać się na wyjazdy, by móc razem spędzać wakacje. Takie podróże bardzo kształcą i pozwalają ci zawierać przyjaźnie na całe życie – mówiła z entuzjazmem w głosie. – Z resztą sama się przekonasz, jak świetnie będziesz się bawić. Nie wątpiłam w to wcale, a im bliżej znajdowaliśmy się lotniska w Salonikach, tym moja wiara w ten fakt stawała się silniejsza.

2.

- Kaliméra wszystkim tu zgromadzonych w imieniu ekipy organizacyjnej Stowarzyszenia Młodych Europejczyków na Międzynarodowym Obozie Młodzieżowym. Chłopak, który do nas przemawiał miał na oko dwadzieścia siedem lat i ubrany był w niebieską koszulkę z grecką flagą, napisem Hellas oraz logiem obozu, angielskim skrótem w konturach słońca. – Nazywam się Robert Craney i jestem głównym opiekunem. Za chwilkę poznacie resztę wychowawców, do których zawsze będziecie mogli się zgłosić z każdym problemem – mówiąc to stał na schodach prowadzących do naszego ośrodka wypoczynkowego. Budynek był pomalowany na biało i liczył cztery piętra wraz z parterem. Na tle jasnych ścian wyraźnie wyróżniały się zielone markizy oraz piękne fioletowe kwiaty bugenwilli, oplatającej sztachety balkonów. U samej zaś góry na dachu znajdował się olbrzymi taras i apartament, który zajmowała piątka naszych opiekunów i dwóch ratowników. - Każdy z was zapoznał się już z regulaminem przed wyjazdem, więc nie ma sensu go powtarzać. - Taaak. Wszyscy się wręcz w nim zaczytywali – szepnęła mi do ucha Ola. - Chcę tylko oznajmić, iż cisza nocna rozpoczyna się o pierwszej w nocy i trwa do godziny ósmej rano. Każdy z was wie jak powinien się zachowywać podczas jej trwania. – Z dala dało się słyszeć ciche śmiechy, będące reakcją na tą wiadomość. – Zbiórka na śniadanie jest o godzinie 8:50, następnie od 10:00 do 12:00 można wybrać się z ratownikami i częścią opiekunów na plażę. O 13:25 jest zbiórka na obiad, a od 16:00 do 18:00 kolejny wypad na plażę i o 19:25 zbiórka na kolację. Między tymi godzinami macie czas wolny, a przed ciszą nocną widzimy was w pokojach najpóźniej za piętnaście pierwsza. I choć Robert położył na ostatnie dwa wyrazy największy nacisk, to zdawało mi się, iż większa część osób nie przejęła się ani tymi, ani następnymi słowami. - Jeśli ktoś nie zastosuje się do tych poleceń zostanie regulaminowo wyrzucony z obozu. – W tym miejscu zrobił pauzę, która, sądząc po jego minie, miała podkreślić wywarte na nas wrażenie wcześniejszymi słowami. Gdy jednak tak się nie stało, Craney kontynuował dalej. - Tak… widzę, że poruszyłem was tą wiadomością dogłębnie – rzucił niedbale. - Jeżeli chodzi o wypady do dyskotek, to oczywiście ustalacie je z opiekunami, których wam teraz przedstawię. Do Roberta dołączyło trzech chłopaków i blondynka. Wszyscy nie wyglądali na więcej niż dwadzieścia kilka lat. – Nikki Montana, którą część z was, jak widzę, dobrze pamięta – powiedział, gdy na dźwięk jej nazwiska wybuchły z tyłu salwy oklasków i gwizdów. Dziewczyna uśmiechnęła się do swojego fanklubu i pomachała w jego kierunku. - Następnie Peter Hans – wskazał na szatyna stojącego koło Nikki. – Ron Wesex. – Blondyn o przyjemnym wyrazie twarzy pomachał do nas. – Oraz Carlos Fernandes. – Wysoki, wysportowany brunet wywołał małe poruszenie wśród damskiej części obozowiczów. - Czy nie uważasz, że jest słodki? – zapytała mnie Ola rozmarzonym głosem. - Tak, jak każdy, który ma szeroką klatę, śnieżny uśmiech i jest w sobie zakochany na zabój – odparłam. - Inaczej mówiąc, ideał. Szkoda tylko, że już zajęty przez samego siebie. – Obie wybuchłyśmy śmiechem. - Możecie się do nich zwracać z każdym problemem i o każdej porze dnia oraz nocy – kontynuował Robert. – Mam także przyjemność przedstawić wam ratowników, którzy będą dbać o wasze bezpieczeństwo na plaży i w morzu – Susie Goldman i Piotr Warecki - wskazał na dwójkę młodych ludzi, którzy do tej pory siedzieli kilka stopni niżej, ale na dźwięk swoich nazwisk podnieśli się i pomachali do nas. - Przypominam również, iż jest was tutaj ponad sześćdziesiąt. Nie macie po sześć, siedem lat, więc liczę na to, że będziecie się umieli zachować i nie będziemy musieli was ciągle upominać. Zauważyłam, że wymownie patrzy się, co poniektórych twarzach. – A teraz jesteście wolni. Możecie iść się wpisać na listę pokoi, którą znajdziecie w recepcji wraz z kluczami i się w nich ulokować. - Odwrócił się i ruszył z pozostałą kadrą ku drzwiom wejściowym. - Ok. Pójdę nas wpisać do tego samego pokoju – powiedziała Olka i ruszyła w stronę hotelu. Minęła dłuższa chwila, nim ponownie zobaczyłam ją przedzierającą się przez tłum obozowiczów. - Dobra, wszystko załatwione. Bierzemy bagaże i w drogę – rzuciła sięgając po torby. Wzięłam swoje walizki i ruszyłam za nią w kierunku ośrodka. Jednak zanim doszłyśmy do klatki schodowej, wyrośli przed nami dwaj zupełnie mi obcych chłopcy. - Hej Lola! – odezwał się jeden z nieznajomy, będący wysokim, przystojnym blondynem. - Hej Matthew! – odparła, po czym zwróciła się do jego towarzysza. - Cześć Łukasz! Widzę, że wyspałeś się w samolocie. Tryskasz wigorem. – Wyszczerzyła do niego zęby. - W końcu są wakacje. Wszyscy nim tryskamy – odrzekł brunet, spoglądając w moim kierunku. - A my się chyba nie znamy – powiedział po angielsku, wyciągając rękę na powitanie. - Cześć! Jestem Liza – odpowiedziałam po polsku i podałam mu dłoń. - Łukasz. Widzę, że jesteś kolejną osobą zasilająca polskie szeregi na tym obozie – odparł już w ojczystym języku. – Nie widziałem ciebie w samolocie, ale to pewnikiem przez to, że prawie cały lot przespałem. Źle znoszę latanie – dodał z niesmakiem. – Hej, od tej opory obowiązuje rozmowa w języku angielskim – oburzył się drugi znajomy Oli, z którego akcentu wywnioskowałam, że pochodzi z Wielkiej Brytanii. - Jestem Matthew – zwrócił się do mnie i uścisnął serdecznie rękę. – Może potrzebujecie pomocy z tymi torbami? - Będziemy wdzięczne – odpowiedziałyśmy razem. - Które piętro? – zapytał Łukasz, podnosząc torby Loli. - Pierwsze, narożny pokój – odpowiedziała Ola. - Z kim się ulokowałyście? – zapytał Matthew biorąc moje walizki. - Z Madzią, Bridget, Felicyty i Leną. - No to jesteśmy w domu – odparł Łukasz zwracając się do mnie. – To świetne dziewczyny, szczególnie Bridget. Na pewno szybko złapiesz z nią kontakt. Następnie skierował się do Olki i oznajmił: - My jesteśmy w szóstkę z braćmi Merad, Dawidem i Andy’m. Kiedy opuszczaliśmy parter panował tam gwar powitań. Jednak gdy wkroczyliśmy na pierwsze piętro pomyślałam, że znalazłam się w małpim gaju. Ludzie padali sobie w ramiona, jakby nie widzieli się z dziesięć lat. Ktoś wystawił odtwarzacz na korytarz i puścił na ful piosenkę „Summer of ‘69”. - To taki nasz niepisany, wakacyjny hymn – powiedziała Ola przekrzykując gwar i głośną muzykę. W powietrzu latały poduszki, misie i jakieś ubrania. Mała grupka ludzi, obok której właśnie się przepychaliśmy, stworzyła sobie dyskotekę i ruszała się w takt najnowszej piosenki Matt’a Pokory, dobiegającej z głębi ich apartamentu. Jakiś chłopak wystrzelił z otwartych drzwi ostatniego pokoju w koronkowym biustonoszu na torsie, a za nim biegła ciemnowłosa dziewczyna wołająca do niego z wyraźnym włoskim akcentem. - Patrick stój!!! – krzyczała. – Obiecuję ci, że jak cię dorwę, to źle skończysz!!! - Hej Lena! – zawołała za nią Ola. - O cześć Lola! – Dziewczyna szeroko uśmiechnęła się do kumpeli i znikła za zakrętem prowadzącym na klatkę schodową. - Czy to jedna z naszych współlokatorek? – zapytałam Matthew. - Tak, a ten wariat ze stanikiem to jej przyszły mąż – odpowiedział z łobuzerskim uśmieszkiem. – Tylko gdzieś tak za dziesięć lat, jak dorośnie. - O mój Boże!!! – Usłyszałam pisk, silny angielski akcent i w naszą stronę ruszyła biegiem długowłosa blondynka. – Lola!!! Cześć!!! Jejku, jak się za tobą stęskniłam. Dziewczyna rzuciła się na Olkę i obie zaczęły się ściskać. – Co tam u ciebie? – przyjrzała się jej uważnie. - Widzę, że zmieniłaś fryzurę. Wyglądasz super! – powiedziała z uśmiechem. - Hej! A ty w końcu zrobiłaś sobie ten kolczyk w nosie – odparła Ola oglądając go z podziwem. - Trochę trudno było do niego przekonać rodziców, ale po miesiącach negocjacji olałam ich i poszłam przekłuć nos bez ich zgody. Gdy wróciłam było już po fakcie, więc tylko zrobili małą awanturę i po dwóch dniach im przeszło – mówiąc to spojrzała w kierunku moim i chłopaków, z którymi trzymałam się bezpiecznie z boku. – Hej Matthew! Hej Lucas! A ty pewnikiem jesteś naszą szóstą współlokatorką – uśmiechnęła się do mnie. - Liza, przepraszam ciebie! Jaka ze mnie gapa – powiedziała, przybliżając mnie do siebie Ola.. – To jest Bridget. Bridget oto Liza, która będzie z nami mieszkać. - Cześć! - odpowiedziałam niepewnie i podałam jej rękę na powitanie. - Hej! Miło ciebie poznać - odparła i pociągnęła mnie za wyciągniętą dłoń w stronę pokoju. – Chodź poznasz inne dziewczyny. Na pewno przypadniecie sobie do gustu. Nasz pokój okazał się apartamentem z dwoma trzyosobowymi sypialniami, łazienką, balkonem, małym przedpokojem i kuchnią z oknem na korytarz. W jednej z sypialni panowała bardzo wesoła atmosfera. Gdy weszłyśmy do pomieszczenia od razu rozpoznałam Magdę, blondynkę czytającą w samolocie książkę. - Dziewczyny przedstawiam wam naszą szóstą współlokatorkę Lizzy. Odwróciły wzrok od porozrzucanych na łóżku ubrań i spojrzały na mnie z ciekawością. - Cześć, jestem Magda. – Podeszła do mnie i się uśmiechnęła. – Chyba widziałam ciebie w samolocie. - Tak, siedziałam z Olą. - A ja jestem Felicyty – odparła druga dziewczyna z włosami koloru gorzkiej czekolady i włoskim akcentem. - Cześć – powiedziałam wyciągając do niej rękę. - Gdzie zgubiłyście Olę? – zapytała Magda. - Już do was idę – odpowiedziała wchodząc do pokoju i pokazując na drugą sypialnie, by tam chłopcy zostawili bagaże. – Hej! Co u was słychać? – powiedziała i zaczęła się witać z każdą z dziewczyn. - No, jak widać jeszcze żyjemy. Minęłaś się z Leną? - zapytała Felicyty. - Tak. Jestem ciekawa, kiedy Patrick w końcu zmądrzeje i zaprosi ją na randkę, zamiast zachowywać się jak pięciolatek. Ale czekaj Fel – powiedziała patrząc na nią podejrzliwie. - Ty schudłaś! - Racja – uśmiechnęła się do niej szeroko. – Mama wypróbowała na mnie tą słynną warzywno-owocową dietę, dorzucając kilka godzin w tygodniu spędzonych na siłowni i proszę – od tej pory nie jestem już waszym obozowym pączusiem – zakończyła radośnie. - Hej! My się chyba jeszcze nie znamy – usłyszałam znajomy głos za swoimi plecami i odwróciłam się w jego kierunku. Przede mną stała lekko zdyszana Lena ze swoim biustonoszem w dłoni. - Widziałam ciebie na korytarzu, jak goniłaś kumpla – odpowiedziałam. – Mam na imię Liza. - Lena. Miło mi ciebie poznać – powiedziała uśmiechając się. – A tego kumpla mam już serdecznie dość! Z każdym rokiem robi się coraz bardziej dziecinny – mówiąc to opadła na łóżko i wrzuciła biustonosz do torby, stojącej koło niego. - Chyba będzie mu trzeba udzielić parę rad, jak podrywać dziewczyny w poważny sposób – odezwał się Łukasz, który właśnie zakończył wnoszenie bagaży do sypialni obok. - Oj, dajcie sobie spokój – rzuciła wściekle Lena. – On jest z innej planety i chyba nic już mu nie pomoże stać się człowiekiem. - Nie bój się, w tym roku pomożemy mu dorosnąć. Ma przecież szesnaście lat, a to do czegoś zobowiązuje. - Bridget usiadła obok Leny. – Nasza w tym głowa, by w końcu się z tobą umówił. - Odpuśćcie sobie. Nie mam zamiaru umawiać się z tym dzieciakiem, póki nie odzyska rozumu. A zdaje mi się, że to szybko nie nastąpi. Lepiej będzie, jak zacznę się spotykać z normalnymi chłopakami. - Ok, przenieśmy te pogaduchy na inny raz, bo za dwadzieścia minut mamy zbiórkę na obiad, więc lepiej się rozpakujmy - rzuciła Ola zerkając na zegarek i ruszyła do drugiej sypialni. - Chodź – powiedziała Bridget i pociągnęła mnie za rękę. – Będziesz spać z nami. - O co chodzi z tym Patrickiem i Leną? – zapytałam, gdy tylko znalazłyśmy się w naszej sypialni. Przy okazji zajęłam się wypakowywaniem swoich rzeczy i wkładaniem ich do szuflad komody oraz wieszaniem w szafie. W sypialni stały trzy łóżka, obok których ustawiono nocne szafki. Pod ścianą znajdowała się duża sosnowa szafa i komoda. Były tu także drzwi na balkon, a na jasnych ścianach powieszono obrazki z greckimi widokami. Drugą sypialnię urządzono w podobny sposób. - To jedna z tych opowieści, którą wszyscy znają, ale nikt nie pamięta kiedy się zaczęła – powiedziała Bridget. – Każdy z nas wie, że Patrick kocha się w Lenie i że nie jest jej obojętny. Oboje znają się od dziecka. Poznali się właśnie na jednym z obozów. Tylko problem w tym, że chłopak ma złe podejście, a wręcz na poziomie przedszkola, do poderwania Leny. - Jednak w tym roku postanowiłyśmy ich połączyć ze sobą już na dobre – odparła Ola, która układała swoje osobiste rzeczy w nocnej szafce. – I ty nam też będziesz mogła pomóc, jeśli zechcesz. - Plan jest taki. – Bridget z podekscytowania, aż zalśniły niebieskie oczy. – Chcemy, by Lena zaczęła spotykać się z podstawionym facetem i wywołała w ten sposób zazdrość Patricka. Wtedy wkroczą do akcji chłopcy, aby wytłumaczyć mu w jaki sposób może ją odbić. Głównym celem tego spisku, poza związaniem ich ze sobą, jest sprawienie, by Patrick trochę spoważniał i zaczął się zachowywać normalniej. - Jestem ciekawa, co z tego wszystkiego wyniknie – powiedziałam ze śmiechem do Bridget. - Czyli piszesz się na to? – zapytała. - Jasne, że tak! - Świetnie! Olka widzę, że masz oko do ludzi – powiedziała kierując na nią wzrok. - No cóż – odparła z teatralnym westchnieniem. – Ma się ten dar. Wszystkie trzy wybuchłyśmy śmiechem. - Kończcie już, bo zaraz wybieramy się na obiad. W uchylonych drzwiach pokazała się głowa Magdy. – Biorę ze sobą klucze. Mówię to, żebyście potem nie biegały w ich poszukiwaniu po całym ośrodku. Po obiedzie się nimi podzielimy. - Ok. Zaraz schodzimy – powiedziałam do Magdy wstając, by schować torby pod łóżko i zamknąć drzwi od szafy. Opuszczając pokój wiedziałam już, że kolejny raz nie pomyliłam się co do swoich przeczuć. Zapowiadało się ciekawe lato.

3.

Posiłki mieliśmy jadać w tawernie mieszczącej się przy głównej promenadzie, przy której znajdował się również nasz ośrodek. Było to bardzo sympatyczne miejsce ze stołami ustawionymi na zadaszonym tarasie. W drodze na obiad miałam przyjemność poznać Dawida, którego słuch niestety trochę się pogorszył przez głośną muzykę, co zmuszało nas mówić do niego podniesionym głosem. Siedząc nad lasagne zaczęłam się przyglądać reszcie obozowiczów. Mogłam przebierać w charakterach, wyglądach, stylach bycia i narodowościach, jak tylko chciałam. Poza głównym językiem angielskim, który przeważał podczas rozmów, w gwarze głosów dało się słyszeć włoski, hiszpański, polski, niemiecki czy czeski. Była to prawdziwa mieszanka kultur, która prezentowała się fantastycznie jako zjednoczona całość. Podczas deseru, na który podano nam kawałki melona, arbuza i banany, do naszego stolika podszedł Łukasz z Danielem. - Witamy ponownie – odezwał się Łukasz, częstując owocami z naszych talerzy. - Co sprowadza was w nasze skromne progi? – zapytała Bridget dolewając sobie wody. - Wpadliśmy na genialny pomysł – rozpoczął Daniel. - To znaczy? - Nie uważacie, że nasza nowa koleżanka, Liza, powinna przejść chrzest, aby w pełni stać się członkiem naszej ekipy? Widać było, że pomysł przypadł dziewczynom do gustu, gdyż najpierw spojrzały na chłopców, a potem z entuzjazmem zwróciły swój wzrok w moim kierunku. - Cudownie! To będzie świetna zabawa – powiedziała rozpromieniona Lola. - Macie już jakiś pomysł chłopaki? – spytała Lena. - Właśnie dlatego udaliśmy się do was – odparł Łukasz. – Mamy nadzieję, że nam pomożecie coś wymyślić. - To musi być coś zwariowanego i szalonego! – rzuciła Bridget. Wszystkim osobom, znajdującym się przy naszym stoliku, pomysł chrztu wydał się genialny. Prawie wszystkim, bo ja stanowiłam wyjątek. Miałam dziwne przeczucie, że zadanie jakie przypadnie mi wykonać, może być ponad moje siły. Przez ten krótki czas zdążyłam już poznać pobieżnie Bridget i Olę. Pierwsza była niczym nigdy niegasnący wulkan energetyczny z głową pełną pomysłów. Zauważyłam, że jest gotowa na wszystko, co może przysporzyć jej, choć odrobinę dobrej zabawy. Jednocześnie nakręcała Lolę, której żądza niezapomnianych wrażeń uwalniała się w obecności angielskiej koleżanki. Obie były bardzo sympatyczne i przemiłe, ale obawiałam się, że chęć przeżycia szalonych przygód nawet, jeśli nie dotyczyły one bezpośrednio ich osoby, może wziąć górę nad rozsądkiem. I nie pomyliłam się. - Mam! – rzuciła radośnie Bridget po krótkiej chwili namysłu. – Lizzy zwinie bokserki od Craney’a i zawiesi je na latarni przed ośrodkiem! Po tych słowach o mało co nie zakrztusiłam się kawałkiem melona. Kiedy w końcu udało mi się złapać powietrze, byłam w stanie wydusić jedynie: „Wyście wszyscy powariowali!”, ale te słowa nie odniosły większego skutku. Widziałam w ich twarzach zacięcie, które świadczyło jedynie o tym, że jeśli tego nie wykonam, kolejne zadanie może okazać się jeszcze gorsze. - Nie martw się o nic – powiedziała ze spokojem Bridget. – Nasz opiekun Ron jest moim kuzynem, więc dowiem się, kiedy można wkroczyć do akcji. Poza tym, nie puścimy ciebie przecież samej i bez przygotowania. - Wszystko pójdzie jak z płatka – dopowiedziała Lola, kończąc tym samym posiłek i ruszając wraz z innymi w stronę ośrodka. Jednak ja nie byłam tego wcale taka pewna. Na drugi dzień Bridget wstała bardzo wcześnie, aby towarzyszyć swojemu kuzynowi w porannym bieganiu. Dołączyła do nas dopiero przy śniadaniu, ale po jej minie było widać, że osiągnęła to, co zamierzała. - Jutro wieczorem cała kadra udaje się do knajpki uczcić początek wakacji i wrócą jedynie na nocny obchód. – Bridget zrobiła małą pauzę, by napić się soku pomarańczowego i ugryźć kanapkę z dżemem. – Zaraz po nim wkroczysz do akcji. A teraz słuchaj, plan jest banalny. Kiedy opuszczą ośrodek, ty wkradniesz się na taras i wejdziesz przez okno do ich pokoju, które powinno być lekko uchylone. Weźmiesz bokserki i zmykasz stamtąd. Nic bardziej prostszego. Poza tym na schodach prowadzących na taras zostawimy kogoś na czatach, by mógł cię ostrzec w razie, gdyby ktoś pojawił się na horyzoncie. Następnie wydostaniesz się z ośrodka i zawiesisz bokserki na latarni. Jeżeli dopisze nam szczęście, to doczekają tam porannej zbiórki. Musisz jednak pamiętać, by nikt z obozowiczów ciebie nie zobaczył. To ma być w stu procentach anonimowa akcja. Rozumiemy się? - Jasne – powiedziałam niepewnie. - Nie ma się, czego obawiać – uśmiechnęła się do mnie Lola. – To będzie super zabawa. Miałam wrażenie, że wszyscy byli o tym święcie przekonani, tylko nie ja. Z drugiej strony nie chciałam wyjść na jakiegoś tchórza, więc musiałam udawać zachwycenie tym „genialnym” planem, który niestety później okazał się daleki od ideału. Następnego dnia, zaraz po obchodzie, ruszyliśmy ostro do akcji. Matthew został moim strażnikiem i stanął na czatach, wcześniej blokując drzwi na taras, by nie zamknęły się zaraz po wyjściu opiekunów. Kadra opuściła budynek o wpół do drugiej, a my wkroczyliśmy do akcji trzydzieści minut później. Najpierw upewniliśmy się, czy teren na drugim i trzecim piętrze był czysty. Gdy przedostaliśmy się na górę, Matthew został na schodach, a ja ruszyłam na taras. Dotarłszy pod okno mieszkania opiekunów, które oczywiście było uchylone, wdarłam się do środka i zaczęłam szukać mojego skarbu. Bridget powiedziała, że Robert zajmuje sypialnię obok kuchni, a jego łóżko znajduje się pod oknem. Ruszyłam więc w tamtym kierunku i zaczęłam przeglądać rzeczy opiekuna. Podziękowałam Bogu, że Craney nie rozpakował jeszcze wszystkich ubrań i zostawił część w walizce pod łóżkiem. Pogrzebałam w stercie ciuchów i znalazłam granatowe bokserki w misie, z wyhaftowanym na jednej nogawce tekstem „Dla misia od kocicy”. Z trudem zdusiłam w sobie śmiech i ruszyłam w kierunku okna, którym weszłam do środka. Tam jednak czekała mnie niemiła niespodzianka. Kiedy jedną nogą byłam już na tarasie, zobaczyłam Matthew wbiegającego przez drzwi, machającego do mnie i chowającego się za murem. Chwilę po nim usłyszałam zbliżające się na schodach kroki, których właścicielem okazał się Craney. W szybkim akcie desperacji wróciłam do apartamentu i ukryłam się w kuchni pod stołem. Robert wszedł do mieszkania i udał się w stronę sypialni. Byłam niczym sparaliżowana. Modliłam się, by jego wizyta trwała jak najkrócej i Bogu dzięki zostałam wysłuchana. Craney wziął coś z pokoju i wyszedł. Odczekałam chwilę i sama ulotniłam się z pomieszczenia, kierują w stronę Matthew stojącego przy drzwiach. - Było niebezpiecznie! – powiedziałam z uśmiechem. – Ale udało się! - Nie byłbym tego taki pewien – powiedział i wskazał na drzwi. – Zamknięte na klucz. Odciął nam drogę. „No to klapa” – pomyślałam. - Nie ma stąd innej drogi wyjścia? Matthew zastanowił się przez chwilę i ruszył w stronę balustrady. - Chodź tu – powiedział przechylając się i spoglądając w dół. – Chyba jesteśmy uratowani. Nie byłam pewna, o czym dokładnie mówił, ale posłusznie podeszłam. - Tu jest drabina przeciwpożarowa. Wskazał ręką na metalową konstrukcję, której wygląd nie bardzo mnie przekonywał. - Zejdziemy nią na dach składziku, a z niego zeskoczymy na dół – zakomunikował, jakby mówił o spacerze po parku. - Gotowa? - Gotowa – odparłam niepewnie. - Ja pójdę pierwszy – powiedział i przeszedł na drugą stronę balustrady. Schowałam bokserki w tylną kieszeń spodni i ruszyłam za nim, modląc się kolejny raz tego wieczora, by nikt nas nie zauważył i byśmy wyszli z tego cało. Niepewnie złapałam się pierwszego szczebla i powoli zaczęłam schodzić w dół. Czułam jak moje dłonie robią się wilgotne od potu, a drabina trzęsie się od naszego ciężaru. Myślałam tylko o tym, by nie poślizgnąć się i nie spaść na biednego Matt’a, który był już na najniższych szczeblach. Niestety pod sam koniec straciłam równowagę i runęłabym z hukiem na dach składziku, gdyby Matthew nie wykazał się refleksem i w porę mnie nie złapał. - Dzięki – uśmiechnęłam się do niego w wyrazie wdzięczności za uratowanie życia. - Nie ma za co. Gentlemani zawsze ratują piękne damy z opresji – odparł odwzajemniając uśmiech. - No dobra, to połowa zadania za nami – powiedziałam zeskakując ze składziku. – Teraz trzeba tylko zawiesić bokserki i jesteśmy wolni. Wyciągnęłam sznurek i bieliznę Craney’a, związałam je ze sobą i poprosiłam Matt’a, by mnie podsadził. Kiedy przymocowałam bokserki odetchnęłam z ulgą, wreszcie miałam to wszystko za sobą. Mogłam spokojnie udać się na spoczynek. Ruszyliśmy, więc w stronę drzwi wejściowych, przy których niestety czekała na nas jeszcze jedna niespodzianka. Kiedy Matthew pociągnął za klamkę okazało się, że ośrodek był zamknięty. Siły zła sprzysięgły się przeciwko mnie! Miałam już tego serdecznie dość! - To jest jakiś koszmar! – rzuciłam cała kipiąc z emocji. - Spokojnie Lizzy – powiedział ze śmiechem. – Spanie na dworze jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Spojrzałam na niego i nagle do głowy wpadł mi genialny pomysł. Ruszyłam w stronę składziku, machając na Matt’a, by udał się za mną.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych