Wróć do katalogu

Grzeczne dziecko

Chłopiec został sam z matką w świecie bez ducha. Są ciemności, z których nie ma wyjścia.

barher, opublikowano , 25 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

- Mamo, mamo! Maaamoooo! Młody chłopczyk wbiegł do kuchni przyciskając małe piąstki do rumianych policzków. Przystanął i wiercąc nogą w podłodze spojrzał na swoją mamę. - Mamusiuuuu, jak będę duży to zostanę poetą Anna westchnęła ciężko i przymknęła na chwilę oczy. Kilkoma ruchami dłoni dokończyła programowanie kuchennego terminalu. Przestała robić jedzenie sama odkąd zabrali Stanisława, a to elektroniczne ustrojstwo przyrządzało całkiem zjadliwe posiłki bez żadnego wysiłku z jej strony. Podeszła do małego Bolcia i z zatroskaną miną zmierzwiła jego kasztanowe, krótko przystrzyżone włosy. - Słońce moje, przecież wiesz, że nie wolno tak mówić. Mamusia tyle razy cię prosiła i tłumaczyła, że nie wolno. Nie mam nikogo oprócz ciebie skarbie. Chcesz żeby zabrali cię tak jak tatusia? Chcesz to zrobić mamusi? Przytuliła szlochające dziecko do piersi. Zawsze, gdy mały przybiegał do niej by powiedzieć, że chce zostać poetą, ona powtarzała mu swoją mantrę w nadziei, że tym razem zrozumie. Ale nic się nie zmieniało, a on wraz z upływem czasu okazywał coraz żywsze zainteresowanie sztuką. Gdyby wiedział, jak wielkie niebezpieczeństwo się z tym wiąże. Gdyby tylko mógł pojąć i zrozumieć. Przecież tylu ludzi już uprowadzili, a wciąż zabierają nowych. Ci ludzie nigdy nie wrócili. Właściwie to nie była pewna czy oni w ogóle kiedykolwiek istnieli. Wprawdzie on jest jeszcze młody, a rzadko zdarza się by zabierali dzieci, które nie skończyły jeszcze ósmego roku życia. Nawet, kiedy takie przypadki miały miejsce to dzieci zawsze wracały. Jakby dzieci. Chyba one. Bo kto?

* * *

Powietrze było duszne i przesiąknięte kwaśnym zapachem. Jak zawsze. Generatory tlenu i filtry powietrza zwyczajnie nie wyrabiały. Pod ogromną kopułą tworzącą sztuczne sklepienie ludzi było za dużo, a wciąż rodziło się o wiele więcej niż umierało. Trzeba tak żyć. Odejść stąd nie można. Toksyny wciąż unoszą się w powietrzu i nikt nie przeżyłby na zewnątrz dłużej niż jeden dzień. Anna przyzwyczaiła się już prawie do tej sytuacji i udaje, że tego nie zauważa, a mały urodził się tutaj i nie zna innego świata. Nigdy nie widział kwiatów, bujnej trawy, wschodu słońca, czy nawet nieba. Owszem, tutaj jest roślinność - a raczej jej sztuczny substytut, ale nawet tego niewiele. Trzeba oszczędzać miejsce i zagospodarowywać je rozsądnie. W końcu nie ma go zbyt dużo, a już powoli zaczyna brakować. Istnieją pewne priorytety. Piękno stoi w takim układzie na szarym końcu. Wszystko tutaj jest go pozbawione. Wysokie, szare budynki wznoszą się pod samo sklepienie kopuły. Brudne ulice przecinają się tworząc liczne skrzyżowania - istny labirynt pełen ciemnych, lepkich od brudu zakamarków. Tuż nad popękanym asfaltem prześlizgują się ze świstem lewitatory. Jarzące się sztucznym światłem słońce, włączane jest tylko na kilka godzin dziennie - rezerwy energii są na wyczerpaniu. Ludzie snują się jak cienie, pozbawieni celu, zdolni do zaspokajania tylko podstawowych potrzeb. Anna wyszła dzisiaj z małym na lody. On uwielbia truskawkowe. Zupełnie tak jak jego ojciec. Szli wzdłuż ulicy kierując się w stronę ich ulubionego miejsca, niewielkiego skrawka sztucznej zieleni przez wielu przesadnie nazywanego parkiem. Ten jedyny w swoim rodzaju azyl był niewielką odskocznią od ponurej rzeczywistości. Przychodzą tu od dawna by przesiadywać razem na ławce, rozmawiać. Przecisnęli się przez blady tłumy i pokonując w pośpiechu kilka ulic znaleźli się w swoim azylu. Usiedli na ławce - ich ulubionej. Tylko z tej jednej, jedynej, mały nie dosięgał nóżkami do ziemi i wywijał nimi radośnie w powietrzu opychając się swoimi lodami, które spływały mu po brodzie prosto na ubranie. Ona nie zwracała mu z tego powodu uwagi. W końcu, po co zabierać dziecku radość, której i tak miało tutaj niewiele. Park był niewielki. Różnokolorowe, sztuczne kwiaty wystawały z ziemi, a bujna trawa przecięta była brązową, wstęgą wijącej się ścieżki. Kilka niewysokich cyprysów pięło się ku górze wydychając z płuc lekkie, zdrowe powietrze. Wszystko to było ogrodzone niskim płotem, poprzetykanym grubymi nićmi rdzy. Ciekawski wzrok Bolcia ślizgał się po tym widoku wydobywając na wierzch każdy, nawet najdrobniejszy szczegół. Czasem wskazywał go Annie zaskakując czymś nowym - czego ona sama wcześniej nie dostrzegła. Mały zjadł lody do końca, oblizał palce i z uśmiechem na pucołowatej buzi wskoczył mamie na kolana. Wplótł rączki w jej długie, kasztanowe włosy i ściszonym głosem wyszeptał: - Mamusiu, opowiedz mi jak wygląda wschód słońca. Zwykle, gdy tu przychodzili on prosił ją o to, a ona z miłą chęcią spełniała jego życzenie gdyż sama chętnie wracała myślami do tych nieodległych, wciąż jeszcze wyraźnych wspomnień. Tę chwilę oboje lubili najbardziej. Anna uśmiechnęła się do niego i zaczęła szeptać prosto do małego, ciekawskiego ucha. Chłopiec z błyszczącymi oczami i otwartą buzią wysłuchał jej opowiadania do końca całkowicie nim pochłonięty. - Momo,y gże szabrale daduta? - zapytał wypychają małą rączką swoje usta. - Wyjmij rączkę z buzi! Tak nie ładnie. Przecież jest na niej tyle zarazków. Bolcio posłuchał, tak jak zawsze, gdy ona o coś go prosiła, a następnie wyraźnie powtórzył pytanie. - Gdzie zabrali tatusia? - Nie wiem skarbie, ale na pewno nic mu nie będzie i niedługo do nas wróci. Wiedziała dobrze, że tak się nie stanie, ale nie mogła powiedzieć prawdy patrząc w jego duże, niebieskie oczy. Na to było jeszcze za wcześnie. - A czemu go zabrali? - wypytywał chłopczyk wiercąc się nieznośnie na kolanach. - Synku, bo tatuś robił coś, czego nie powinien był robić. Dlatego go zabrali. - A co takiego robił? - Tatuś… Głośny dźwięk alarmowy, zbliżającego się z ogromną prędkością policyjnego lewitatora, rozdarł powietrze zagłuszając dalszą część wypowiedzi, ale mały nie dopytywał się o nią gdyż pochłonęło go całkowicie to nowe wydarzenie. Łapacze ścigali starodawny model mercedesa. Był to jeszcze jeden z tych, które poruszały się na czterech kołach. Pojazd wydarł z piskiem opon zza zakrętu i podskoczył na pokiereszowanej nawierzchni. Tuż za nim wynurzył się nowoczesny ścigacz. Przemknęli w ogromnym pędzie przez ulicę zupełnie nie zwracając uwagi na przechodniów, którzy w ostatniej chwili zdołali odskoczyć na bok wykupując sobie tym samym prawo do kilku kolejnych dni życia. Ścigacz wystrzelił kilka razy z niewielkich karabinków umiejscowionych z przodu maski. Opony ściganego auta pękły z hukiem, a kierowca nie mogąc opanować pojazdu wpadł w poślizg i wbił się na kilkanaście centymetrów w latarnię, której światło nieznacznie przybladło. Lewitator przystanął tuż obok, a z jego wnętrza wynurzyło się dwóch nieludzko dużych, żylastych mężczyzn. Kilkoma susami dotarli do samochodu. Jeden z nich pociągnął za klamkę, lecz drzwi nie chciały się otworzyć. Naprężył się jak struna i silnym szarpnięciem wyrwał je z zawiasów, po czym cisnął na jezdnie. Wydobył z wnętrza na wpół przytomnego człowieka i brutalnie rzucił nim o asfalt. Obaj łapacze pochylili się nad człowiekiem, tak jak sępy pochylają się nad padliną i zaczęli okładać go pięściami i nogami po całym ciele. Trwało to dobrą minutę, a gdy skończyli, załadowali wiotkie ciało na tył ścigacza. Weszli do pojazdu i oddalili się równie szybko jak przyjechali. Na asfalcie pozostała parująca ohydą, czerwona plama krwi znacząc ślad ich niedawnej obecności. Nikt, oprócz kilku młodych gnojków, którzy najwyraźniej byli na haju, nie zwracał na całe zamieszanie najmniejszej uwagi. Takie rzeczy zdarzały się w końcu dosyć często i przeszły już do porządku dziennego. Łapacze zabierali ludzi z ulicy, z pracy, a nawet z domów, a na wszystkich uprowadzonych ciążył jeden, niezmywalny grzech. Ten sam, który popełnił Stanisław - ten, który popełnił dla n i e j. Ona tego nie oczekiwała, ale wiedziała, że on inaczej nie potrafił żyć. No i w końcu przyszli także po niego. Otrząsnęła się z tych myśli, gdy poczuła lekkie szarpanie za rękaw. To mały Bolesław - wykapany tatuś - z wygiętymi w smutny rogalik ustami niecierpliwił się do odejścia. Bo on pamiętał, kiedy przyszli do ich domu i zabrali ojca. Stał wtedy schowany i wystraszony za jej spódnicą niewiele rozumiejąc z tego, co się dookoła niego dzieje. - Już kochanie, już idziemy, już… Postawiła go na ziemi i chwyciła za drżącą rączkę. Wyszli na ulicę i ruszyli wolnym krokiem do domu - oboje zatopieni w cieniu przeszłości.

* * *

Anna dotknęła kciukiem czytnika linii papilarnych. Zielone światełko zamigotało na panelu i drzwi rozsunęły się z sykiem. Weszli do środka rozrzucając buty po podłodze. - Mamo, chce mi się spać - mały wyciągnął się i ziewnął otwierając szeroko buzię. - Dobrze, idź umyj rączki, a ja zaczekam na ciebie w pokoju. Bolcio pobiegł do łazienki, wykrzyknął komendę, a woda polała się z kranu letnim strumieniem. Umył szybko rączki i buzię, wyłączył wodę kolejną lapidarną komendą i podreptał raźno do pokoju gdzie czekała na niego mama. Wskoczył do łóżka i okrył się kocem. Ona pocałowała go w policzek, a on uspokojony zamknął oczy. Taki niewinny, taki rozkoszny. Kim ona była by bez niego w tym świecie - w każdym świecie? Nie ruszając się z miejsca zaczekała aż zaśnie, po czym udała się do swojego pokoju. To miejsce było dla niej swoistym wehikułem czasu. Często przychodziła tu, gdy mały spał i podróżowała myślami w przeszłość. Wydobyła, ukryty w głębi szafy, drewniany, bogato zdobiony kuferek. Wpatrywała się w niego długo gdyż przypominał jej męża. Wzięła jedną z wielu kartek, które leżały w jego wnętrzu i rozłożyła ją przed sobą. Wielokrotnie już czytała wiersze, które dla niej popełnił i wciąż do nich powracała, choć większość znała na pamięć. Zanurzając się w przeszłości czytała:

Gdy widzę, jak przechodzisz, moja obojętna, I poddajesz harmonii smyczkowego pienia Krok, ruch, gest, drgnienie serca, a nawet rytm tętna, Wodząc nudę w głębinie swojego spojrzenia;

Gdy widzę upiększone chorobliwym wdziękiem Czoło twoje, na którym wieczór się rozjarzył Od gazowych kinkietów w subtelną jutrzenkę, I oczy jak z portretu patrzące z twej twarzy *

Łzy pociekły jej po czerwonych policzkach i zaczęły monotonnie skapywać na starą kartkę. Głowę wypełniły wspomnienia rozbłysłe nowym, jasnym światłem. Nigdy nie mogła zrozumieć, dlaczego coś tak pięknego może być przez kogoś uznawane za jakąkolwiek formę zła. Czemu o n i uważają sztukę za grzech? Powołali łapaczy - policyjny oddział specjalny. Wszystko po to żeby wyeliminować ze środowiska element niebezpieczny - pisarzy, poetów, malarzy… artystów w ogóle. Ale czemu oni są winni? Czy temu, że pięknem przyozdabiają szarość życia codziennego? Że w swych dziełach zawierają prawdę o świecie - własną prawdę? Czytając wiersze, czy też kontemplując sztukę, doznajemy metafizycznego uniesienia, nużamy się w oceanie absolutu, przenikamy oczami duszy świat na wskroś. Czy w ten sposób nie zbliżamy się do Boga? Każda twórczość jest dowodem na to, że istnieje w nas pierwiastek, przemieniający naszą zwykła biologiczną formę w istotę wysublimowaną. Ponadto, od momentu narodzin aż do śmierci, jesteśmy całkowicie kształtowani przez wszechświat - kształtowanie to polega na tym, że materia ożywiona lub nieożywiona oddziaływuje na nas, w sposób rozpoznawalny jak i nierozpoznawalny, a zatem niemożliwy do objęcia w całości. Z tego względu jesteśmy winni do wykrzesania z naszej heterogenicznej natury czegoś w zamian. Jedyną rzeczą tego godną jest taka, która w żaden inny sposób powstać nie może niż przez nas ludzi, a tym samym, popełniona, nasącza kosmos swą oryginalną, indywidualną formą. To właśnie jest sztuka. Więc czemu stała się dziedziną przez współczesnych napiętnowaną i pogardzaną? Anna nie mogła tego zrozumieć. Na dodatek mały Bolesław jest taki, jak ojciec - jest artystą, a z pewnością mógłby nim być. Chociaż ma dopiero sześć i pół roku to już dostrzega więcej niż ona w otaczającej ich rzeczywistości. No i sposób, w jaki słucha jej opowiadań o dawnym świecie, a zwłaszcza wspomnień o wschodzie słońca. On je czuje całym sobą. Z zamkniętymi oczami szlochała tak jak zawsze przy czytaniu poezji swojego męża. Jednak ten jeden jedyny raz różnił się od wszystkich innych, bowiem jak nigdy wcześniej, obserwowała ją w milczeniu

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych