Wróć do katalogu

Grzybica cz. I

kontynuacja Grzybiarni - era Lory i Toma

Ardea Nigra, opublikowano , 1 godz. 34 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

1. PIERWSZE STARCIE

Był sierpień, niedzielne popołudnie. Słońce grzało mocno, dzień stawał się coraz to krótszy, nieubłaganie zbliżał się czas powrotu do edukacji. W ogródku, na trawie siedziały dwie przyjaciółki z podwórka i jednej klasy. Miały piętnaście lat. -Cieszę się, że wróciłaś. - powiedziała jedna. -Ja również się cieszę, Papciu. Brakowało mi ciebie przez te dwa miesiące. Papcia, a właściwie Ewelina Papierocka, była córką bogatego biznesmena. Mieszkała w dużym, trzypiętrowym domu, przy którym, w ogródku, właśnie siedziały. Była filigranową blondyneczką z dużymi, błękitnymi oczami i wiecznie uśmiechniętą buzią. Kochała zwierzęta, sport i piękno przyrody. Kiepsko się uczyła, ale nie dlatego, że była jakaś debilowata, ale z powodu lenistwa. Druga dziewczynka nazywała się Lora Mirasiuk, a przyjaciele mówią na nią Mira, czasami - Li. Była wysoka i szczupła, miała oczy i włosy ciemnobrązowe, a długie nogi i zaczepny uśmieszek sprawiały, że wszyscy okoliczni chłopcy zwracali na nią uwagę. To znaczy tak było od jakiś dwóch lat. Wcześniej, jak sama z resztą stwierdziła, była po prostu brzydkim kaczątkiem. Mieszkała w małym, piętrowym domku, na tej samej ulicy, co Papcia, tyle że trzy numery dalej. Jej zainteresowania wybiegały trochę poza wąski krąg zainteresowań przyjaciółki. Kochała rysować, patrzeć w gwiazdy, łowić ryby (co Papci się w głowie nie mieściło), potrafiła godzinami siedzieć na balkonie i wpatrywać się w niebo. I znacznie lepiej radziła sobie w szkole. Interesowała ją broń palna. W tajemnicy przed wszystkimi kolekcjonowała zdjęcia, gazetki i notatki na ten temat. Wakacje Lora spędziła na obozie sportowym, na którym trenowała taekwondo, jeździła konno, uczyła się strzelać do celu z broni palnej. Wróciła do domu w ostatnią sobotę sierpnia, a w niedzielę przyszła do starej przyjaciółki, żeby trochę poplotkować. -Gadaj, co było ciekawego w Hipodronicach podczas mojej nieobecności.(*) -Nic szczególnego. Bez ciebie w tym mieście jest piekielnie nudno. Pewnie już wiesz, że mamy nowego komendanta? -Tak. Tomek zdążył mi się pochwalić. Emil Pierożek. Ciekawe czy jest z serem czy z mięsem. Obie zamilkły. Tak dawno się nie widziały, miały sobie tyle do powiedzenia, że nawet nie wiedziały od czego zacząć. Dziewczynki weszły do domu, gdy zaczęło robić się ciemno. Powspominały trochę stare czasy, pogadały o modzie, chłopakach, zwierzętach, trochę pożartowały no i po dwudziestej pierwszej przyszedł czas na rozstanie się. Lora poszła do domu. Wydawałoby się, że nic dziwnego nie mogło jej spotkać, a jednak. Ledwo opuściła posiadłość Papci, natknęła się na pięcioosobową bandę mężczyzn. Przyglądnęła im się na tyle uważnie, na ile pozwalał półmrok na dworze. Jeden z nich był zdecydowanie starszy od pozostałych i znacznie niższy, nawet od samej Lory. Tamci wyglądali na młodych, silnych i energicznych chłoptasiów. Mieli na oko dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat. Różnili się kolorem włosów, i wyrazem twarzy. Szatyn, blondyn, rudzielec, łysy i "staruszek" zmierzali w jej stronę. Jeden z nich szepnął coś pozostałym kolegom i kiedy znaleźli się na wysokości Lory, obskoczyli ją i zaczęli podgadywać. -Hej malutka! Nie za późno na samotne spacerki, co? -O tej porze może być niebezpiecznie. -Kręcą się różni ludzie. -A ty jesteś sama. -Bezbronna i malutka dziewczynka sama na ulicy, wieczorem, kiedy jest już ciemno... -...to smaczny kąsek dla wielu samotnych mężczyzn. Lora spojrzała na nich troszeczkę wystraszona, lecz w bramie swojego podwórka zobaczyła swojego psa - Brutusa. Był to prawie roczny hawavart(**). Sama również potrafi się bronić, więc czuła się bezpiecznie. -Przepraszam, ale nie jestem malutka. Może trochę niska, ale żeby zaraz taka bardzo bezbronna, to też nie. Co do samotności, to również panowie się mylą, mam w pobliżu moich wiernych przyjaciół. Zakładam, że tymi wieloma samotnymi mężczyznami jesteście wy? -Tak. Dla ciebie, dziecko, lepiej by było siedzieć teraz w domu. -Tylko nie dziecko, panowie. Lora usiłowała przejść przez ową gromadkę, ale krąg wokół niej tylko się zacieśniał. -Sami tego chcieliście. Lora wykręciła rękę rudemu mężczyźnie, rzucając go na ziemię. Spróbowała wykorzystać utworzoną w ten sposób dziurę w okręgu do ucieczki, lecz stojący obok szatyn zagrodził jej przejście ręką. Pchnęła go, dając jednocześnie haka od tyłu i kolejny gościu leżał na ziemi. -Ej, zostawcie ją! - do Lory i jej prześladowców podszedł szósty mężczyzna. -Co, tchórzysz, Tom? - koledzy zadrwili z niego. Lora nie czekając na nic, odpowiedziała za swojego chwilowego sojusznika. -On właśnie stchórzyłby przyłączając się do was. Moim zdaniem jest odważny sprzeciwiając się. -Ktoś cię pytał? - oburzył się blondyn. -Nie potrzebuję twojej zgody na wyrażanie swoich opinii. Miło mi się z wami bawiło, ale tak się składa, że mam za chwilę kolację, a od jakiejś chwili kiszki mi szybkiego marsza grają. -Nigdzie nie idziesz, dziecko. -rzekł łysy. -Nie wyzywaj mnie od dzieci, ty stary, wyliniały ramolu. No cóż. "Stary ramol" najwyraźniej poczuł się bardzo urażony i spróbował uderzyć Lorę w twarz. Lora zrobiła szybki unik, krzyknęła przy tym i to wystarczyło, żeby Brutus ruszył jej na pomoc. -Bierz! - Mira rzuciła krótką komendę, a pies całym swoim ciężarem skoczył na mężczyznę, który śmiał podnieść rękę na jego panią. Ramol leżał na ziemi, z wybitą ręką, a Lora odeszła na bok, korzystając z zaskoczenia, które opanowało pozostałych chłopaczków. Starała się odwołać psa do siebie, ale on nie przestawał ujadać. Dwóch z nich, blondynek i szatyn, obeszło psa, który w obronie nie miał jeszcze wprawy i podeszli do Lory. -Ej, chłopaki, mówię do was, nie? - znowu odezwał się brunet. - Nie wybiegamy ponad program, nie? Stary jak się dowie, to będzie wkurzony. -Spadaj, Tom... - blondyn odwrócił się do bruneta, a w tym momencie Lora uderzyła pięścią w brzuch szatyna. -Brutus, noga! - krzyknęła oddalając się od nieznajomych mężczyzn, którzy widząc jakiegoś człowieka w drzwiach sąsiedniego budynku, powoli się wycofywali. Tylko brunet został, zwrócił się do Lory, próbując wyminąć psa i złapać ją za rękę. -Przepraszam za moich kolegów, ale są nieokrzesani i… -zaczął. -Też chcesz oberwać? -Nie, ale… -No to spadaj. -Ale ja chciałem… -Nie obchodzi mnie, co chciałeś. Lora odwróciła się i chciała wejść na swoje podwórko, lecz mężczyzna zatrzymał ją. -Nie zwróciłaś uwagi na to, że oni mogli ci coś zrobić… -Zamilcz, puść mnie i leć za nimi. Zrozumiałeś? -Ale… -Czego miałam się bać? - zapytała wskazując na Brutusa. - Zjeżdżaj. Zrezygnowany brunet pobiegł za swoimi kolegami i na ulicy zrobiło się pusto. -Wszystko w porządku? - zawołał sąsiad. -Tak, tak. - odparła Mira. Rodzice Lory, państwo Mirasiukowie, gdy dowiedzieli się o tym zajściu, postanowili, że córka będzie kontynuowała naukę taekwondo. Była to bardzo słuszna decyzja, gdyż w przyszłości takie umiejętności miały jej się bardzo przydać i nie raz dzięki tej zdolności uratowała życie nie tylko swoje, ale i innych.

* Hipodronice to miasto rodzinne Lory, położone na południu Polis. ** Pies budową i wielkością zblizony do bernardyna. charakterystyczną rzeczą u Brutusa były białe "skarpetki" i płowa sierść.

2. NAPAD NA SZKOŁĘ

Lora od jakiegoś czasu chodziła smutna i zamyślona. Właściwie to nikt nie potrafił znaleźć sensownej przyczyny takiego jej samopoczucia, nawet ona sama. Dzień przed Pierwszym Dniem Wiosny, czwartek, słońce świeciło, wiatr lekko dmuchał. Lora nie miała ochoty iść do szkoły. Niestety nie była ani chora ani specjalnie zmęczona, więc rodzice kazali. Wola rodzicieli rzecz święta. Rada nie rada, Lora poszła do szkoły. Nie była przygotowana do lekcji i o mały włos nie dostała pałki z historii. -Słuchaj stara, co ci jest? Zachowujesz się tak jakby cię nie było. - zapytała Ewelina. -Co, proszę? -No właśnie. Zejdź na ziemię! Piszemy sprawdzian z matmy. -Z Zochą to ja mogę pisać sprawdziany nawet co tydzień, z zamkniętymi oczami. -Tak, ty możesz, ale ja muszę mieć je otwarte i to szeroko. Dasz mi zwalić? -Jak zwykle. -To się nazywa przyjacielska pomoc. -Dobra, dobra. Jak tak dalej pójdzie to nas zdemaskują, więc radzę ci się uczyć. Lora znowu się zamyśliła. -Lora! Halo, tu ziemia! - Ewelina szarpała koleżankę za ramię. -Czego?! - Lora złapała się za głowę. - Przepraszam, mam zły dzień. -Co ci jest? -Jestem chora na umysł, ale mam nadzieję, że to przejdzie.. Zadzwonił dzwonek. -Ja też mam taką nadzieję. Nie chcę dostać lufy. Przyszła Zocha. Była ona najstarszą nauczycielką w szkole, była krótko widzem i nosiła za słabe okulary. Usiadła za biurkiem i kazała Ewelinie rozdać kartki z zadaniami. Lora spojrzała niechętnie na małe, stojące w miejscu cyferki. Powoli wyciągnęła długopis, nakreśliła parę znaków na kartce, westchnęła i spojrzała za okno. To co ujrzała poważnie ją zaskoczyło: pod szkołę podjechały trzy olbrzymie, czarne busy z dziwną rejestracją. Z każdego wysiadło kilku mężczyzn ubranych na czarno. Skierowali się oni do szkoły. -Na co tak się gapisz? - Ewelina chwyciła koleżankę za rękaw. Lora nie zdążyła odpowiedzieć, gdyż do klasy wpadło kilku uzbrojonych mężczyzn. Pistolety w ich rękach nie wyglądały najprzyjemniej. Pani Zocha zemdlała, a uczniowie zamilkli w bez ruchu. Lora spojrzała jeszcze raz za okno. Nadjechał następny samochód. -Wstawać i wychodzić z klasy. - rzekł jeden z mężczyzn. Lora rozpoznała w nim łysego faceta, któremu Brutus wybił rękę. -Znam go. - mówiła cichutko do Eweliny. - Proszę cię, bądź im posłuszna. Wystarczy, że ja się im naraziłam. -Co? -Teraz to nie jest istotne. Idź. Ewelinie nie podobali się owi mężczyźni i chętnie by im trochę podokuczała, lecz usłuchała koleżanki, wstała i poszła. Za nią ruszyli pozostali uczniowie. Po chwili wstała Lora, a za nią Krzysiek i Kamil(*). Teraz dopiero łysy przyjrzał się uważniej Mirasiukównie. -Czy my się przypadkiem nie znamy? - zapytał. - Zabierzcie ich stąd. - rzekł do kompanów, wskazując kolegów Lory -Niestety się znamy… Wcale się nie cieszę, że was widzę. -A jak tak. Mam okazję, aby się zemścić. -Na kim chcesz się mścić, Łysku? - do sali wszedł blondyn, którego Lora też znała. -To ta mała dziewczynka… -Tylko nie mała dziewczynka... -Bo co? Twój piesek mnie zje? - warknął Łysek. -Hej, stary, spokojnie. Ona jest całkiem ładnym kąskiem. Możemy się podlizać Tomowi, podrzucając ją mu. - rzekł blondas namawiającym tonem. - Może się w końcu skusi. -Nikomu nie będziecie mnie podrzucać… -Zmienisz zdanie. Chodź. -Czemu? Nie chcę. - Mira sama zastanawiała się, dlaczego tak się zachowuje. -Ja też nigdzie nie… - zaczął Kamil szarpiąc się i wyrywając z rąk uzbrojonych mężczyzn. -Zamknij się. - warknęła Lora. Kamil uspokoił się momentalnie. -Widzę, że masz na nich wpływ. - rzekł blondyn. - Tym lepiej. Nie będziemy mieli przynajmniej z nimi problemu. - zwrócił się do Łyska. - Możesz sobie iść. Przyślij Goliata, a z resztą sobie poradzę sam. Łysek wyszedł, w sali została Lora, Kamil i Krzysiek oraz blondyn. Stał on koło drzwi i przyglądał się Lorze. Po chwili do klasy wszedł potężnie zbudowany i umięśniony, wysoki na jakieś dwa metry, może nawet więcej, mężczyzna. -Co to jest? - zapytała Lora. -To jest Goliat. -Boże, Goliat, twoje muły są większe od głowy… -powiedział Kamil. -I chyba ze cztery razy większe od jego mózgu. - dorzuciła Lora. -Jeśli go w ogóle posiada… - skomentował Krzysiu. -Co mam przenieść, Blondi? - zapytał smętnym basem. -Może nic. Ta trójka trochę się próbuje stawiać. A ona może być agresywna. - blondyn wskazał Lorę. -Czego wy chcecie? Jak mi nie powiecie to się stąd nie ruszę. - Mira jakby zapomniała z kim rozmawia. -Może ją poniosę? Chwycił oniemiałą Lorę w pół i przerzucił ją przez ramię. Blondi zajął się Kamilem i Krzyśkiem. Po chwili wszyscy szli po schodach na górę. Lora była zdenerwowana, kopała Goliata nogami, biła go po plecach pięściami. Nagle Blondi jęknął i zatrzymał się, gdyż ujrzał swojego kolegę, padającego na ziemię martwego. To Lora złapała Goliata za głowę i tak jakoś ją przegięła, że mocno chrupnęło. -Upss… Chyba stracił głowę. -stwierdziła Lora z obrzydzeniem. -Co to ma znaczyć? -zapytał Blondi ze strachem, wycofując się. -Chyba nie czujesz się najbezpieczniej, w towarzystwie trzech nieprzewidywalnych dzieciaków i jednego trupa, prawda? - Lora rzekła spokojnym, pewnym siebie głosem, ale w rzeczywistości cała drżała nie tyle ze strachu, co z powodu tego co zrobiła. Tupnęła nogą i to wystarczyło, żeby Blondi zaczął po prostu uciekać (czemu nie pomyślał o swojej broni, która najspokojniej na świecie siedziała sobie w skórzanej kaburze?!?). -Zostawcie go. Niech sobie ucieka. Mamy teraz trudniejsze zadanie. -To znaczy? - zapytali chłopcy zgodnym chórem. -Musimy poinformować policję… -Nic z tego. Możesz wykiwać Blondiego czy nawet Toma, ale nie mnie. Dziecko. - na schodach od góry i z dołu pojawili się uzbrojeni mężczyźni z Łyskiem na czele. Był bardzo zdenerwowany. Najprawdopodobniej na Lorę i na Blondiego. - Mam gdzieś Blondiego i jego zamiary, skoro on nie umie utrzymać cię nawet przez moment. Teraz przechodzisz razem ze swoimi kolegami pod moją jurysdykcję. Idziemy. Na jego skinięcie ręki kilku mężczyzn otoczyło Lorę i jej dwóch towarzyszy i trzymając ich na muszce, zaprowadzili do jednego z pomieszczeń na czwartym, najwyższym piętrze budynku. -Poczekacie sobie tutaj, a ja skonsultuję się z dowodzącym, co z wami zrobić. Czy poćwiartować czy też zażądać za was większego okupu i zabić wszystkich innych zakładników? -Mnie nie wystraszysz tak łatwo, wyliniały staruszku. -Uważaj, bo… -Daruj sobie. Niewiele mnie obchodzą twoje groźby. Drzwi zatrzasnęły się z wielkim hukiem. -Chyba trochę za dużo gadam… Możemy mieć poważne problemy. - westchnęła Lora, rozglądając się po klasie. Przy ławkach leżały plecaki. Nikt ich stamtąd nie ruszył. Zaczęła przeszukiwać je jeden po drugim. W końcu znalazła to, co szukała. Był to telefon komórkowy. Zadzwoniła na policję. Zgłosiła co się wydarzyło, wyłączyła telefon i schowała go z powrotem do plecaka. Usiadła na wewnętrznym parapecie i zamyśliła się. Właśnie dotarło do niej, że zabiła człowieka. Poczuła dziwny ból i obrzydzenie do swojej osoby. Robiło jej się nie dobrze. "Ja nie chciałam... Boże, to był przypadek." - krążyło jej po głowie. Długie milczenie przerwało dopiero wejście dwóch gangsterów. Byli to pozostali dwaj panowie, z którymi Lora spotkała się tamtego sierpniowego wieczoru, czyli szatyn i rudy. -Ty jesteś Lora? - zapytali się, przymykając lekko drzwi. -Nie, Lora to ja. -zadrwił Krzysiek. -Bardzo śmieszne. - szatyn zwrócił się do Lory. - Mówią mi Nietoperz. Pozwolisz ze mną? Szef chciałby cię widzieć. Czeka teraz na ciebie na pierwszym piętrze i, co tu kryć, jest wkurzony. -Do szefa, mówisz? Dobra, ale pod warunkiem, że tym dwóm nic nie zrobicie podczas mojej nieobecności. -Spoko głowa. Każdy zakładnik to towar do handlu, więc bez potrzeby nie zabijamy. - zapewnił rudzielec. -W takim razie mogę z wami iść. - Lora uśmiechnęła się i szepnęła do Kamila, wychodząc z klasy. - Nic nie róbcie beze mnie. Szli w milczeniu i dopiero będąc już na pierwszym piętrze Lora zapytała się nieśmiało. -Ten wasz szef… Jaki on jest? -Właściwie to nie szef. Tylko dowodzi nami przy tym napadzie… -A jak wygląda? -Wysoki brunet, dziewiętnaście lat, w gruncie rzeczy przystojny. -Może i jest przystojny, ale głupi i rozpieszczony. - dodał rudzielec. - Nieraz mam ochotę mu wlać, ale jest pod ochroną. Ten, kto go skrzywdzi zostanie brutalnie zamordowany. Mimo olbrzymiej nienawiści do niego i tak bardziej cenię sobie swoje życie. Trochę jest ono ograniczone przez głównego szefa, ale jak ma dobry humor to pozwala nam się wyszaleć. -A ta jego ochrona… a właściwie brutalne mordowanie tyczy się wszystkich? -Nie. Tylko do nas gangs… - Nietoperz jęknął. To rudy kopnął go w kostkę. Lora udała, że tego nie zauważyła i rzekła z zadowoleniem. -To znaczy, że mogę zrobić mu krzywdę? -No nie wiem. On jest trochę nie obliczalny… Ma to po ojcu. - rzekł Rudy trochę zniecierpliwiony. -A czy… -Koniec pytań. Jeśli on będzie chciał coś więcej ci powiedzieć to się dowiesz. I tak żeśmy zbyt dużo ci powiedzieli. Znowu zamilkli. Doszli właśnie pod pokój nauczycielski. Kazali jej poczekać tam przez chwilę samej i zdecydowanie odradzili jakiejkolwiek próby ucieczki. Lora chwilę stała koło okna, przeszła się w poprzek korytarza, poczym znowu podeszła do okna, cały czas nasłuchując czy ktoś nie idzie. Czekała może jeszcze pięć minut. Usłyszała lekkie szurnięcie butem, ale nie odwróciła się ani nawet nie drgnęła, była tylko przygotowana do ewentualnej obrony. Kroki zbliżały się powoli, jakby ktoś się skradał, ale Lora słyszała teraz szuranie nie butów, lecz ocieranych o siebie nogawek. Nagle wszystkie dźwięki ucichły. Zanim "szef" na cokolwiek się zdecydował, w dolnej części budynku rozległy się dziwne hałasy. Za oknem dało się usłyszeć helikopter. -Opuście budynek z podniesionymi rękoma, a nikomu nic się nie stanie! - mówił jakiś policjant przez megafon. -Cholera! - syknął "szef" i zaczął uciekać. Lora odwróciła się, żeby zobaczyć jak on wygląda, ale gangster miał na twarzy kominiarkę. Odetchnęła z ulgą. Policja już jest, nic jej nie grozi. Nie była jednak pewna, co powinna w tej chwili zrobić. Wyjść ze szkoły teraz? A może odczekać, aż wszystko ucichnie i policja oświadczy, że sytuacja opanowana i wszyscy są bezpieczni? Nie zdążyła się zdecydować... -Ręce do góry! - rozległo się od strony schodów. Lora spojrzała w tamtą stronę i ujrzała Blondiego z pistoletem w ręku. -A czemu? Co ja ci zrobię? -Tego nie wiem i dlatego rączki w gó... - tu urwał. Z dołu rozległ się strzał. Gangster podszedł szybko do Lory, chwycił za ramię i z przeładowanym pistoletem, przyłożonym do jej głowy, zaczął schodzić do wyjścia. Dziewczyna wolała nic nie mówić i nie sprzeciwiać się. Przed wejściem stali chyba wszyscy pozostali gangsterzy. Wszyscy nałożyli czarne kominiarki. I dopiero wówczas otwarli drzwi. Pierwszy wyszedł Blondi z Lorą. Któryś inny zagroził: -Żądamy, żebyście się wszyscy odsunęli i nie próbowali pogoni za nami. Odsuńcie się, albo ją zabijemy. Policja cofnęła się, torując drogę gangsterom. "Co ja tu robię? - pomyślała Lora. - Kim są ci ludzie? I po co im ja? Nie mieli kogo innego sobie wziąć na zakładnika?" Wszyscy gangsterzy oprócz blondyna i owego mówcy, dali dyla. Dopiero wtedy dwaj pozostali pod szkołą, zaczęli się wycofywać. Doszli do samochodu trochę oddalonego od szkoły. Mówca wsiadł, a Blondi wyjął z kieszeni coś co Lora określiła jako zapalnik. Przypuszczenie od czego ten zapalnik, wyjaśniło jej kim są "ci ludzie". Tylko jeden gang w taki sposób wykańcza swoje napady. Grzybica. Lora uświadomiła sobie, że szkoła za chwilę wyleci w powietrze i, spośród uczniów, ona jedna ma szansę przeżyć. Blondi wcisnął guziczek. -Co to ma być? - jęknął. Puścił Lorę i wciskał przycisk parokrotnie. Mira zrozumiała, że zapalnik nie działa. Przeskoczyła przez płot pobliskiego domostwa Skryła za drzewem tak, żeby gangsterzy jej nie widzieli. -Co się dzieje? - z samochodu wyglądnął mówca. -Zrypało się. - zaklnął Blondi. -Zostaw to i spadamy. - syknął mówca zapalając silnik. Momentalnie odjechali. Lora wróciła pod szkołę. Tam nie obeszło się bez opiekuńczych policjantów, spisania protokołów i innych takich pierdół. -Myślałam, że już po tobie. - powiedziała Ewelina, klepiąc przyjaciółkę po plecach. -Raczej mogło być po was. To była Grzybica? - zapytała stojącego obok policjanta. -Tak. - odparł bezpłciowo. -Złapaliście kogoś? -Nie. - burknął. -Ale sympatyczny. - Mira wróciła do Eweliny. - Mam dosyć. Chcę już do domu! Lora opowiedziała rodzicom o całym zdarzeniu. -Na tysiące szkół w całym Polis, musieli sobie upatrzyć właśnie naszą szkołę? (**) - zauważyła pani Małgorzata, sprzątając stół kuchenny po kolacji. -Czy to nie byli ci sami, którzy zaczepili cię któregoś wieczoru? - zapytał pan Józef. -Ci sami... - odparła Lora. - Coś mi się wydaje, że nie jestem najbezpieczniejsza. - zamyśliła się. Poszła spać, ale nie mogła zasnąć. Wydarzenia z całego dnia nie dawały jej spokoju, a zwłaszcza świadomość, że zabiła człowieka. - Mamo, ja muszę iść do Krzesimira.(***) -O tej porze? -Jest ledwo parę minut po dziewiątej, na pewno się nie pogniewa. - wyszła z domu. Udała się za miasto, gdzie znajdował się kościół i niewielka plebania. Zadzwoniła do drzwi. Po chwili wyszedł ksiądz. -Co się stało? -Mogę porozmawiać? -Oczywiście, wejdź. - zaprowadził ją do kancelaryjki, posadził na wygodnym fotelu. - No więc? Lora opowiedziała mu wszystko. Powiedziała, że zabiła, i że żal jej tego człowieka i czuje potworne przygnębienie z tego powodu. Po półgodzinnej rozmowie wróciła do domu i zasnęła. Następnego dnia w szkole policja pytała wszystkich uczniów w sprawie zabitego gangstera, z ich opisu wynika, że Goliata. -Czy ktoś coś wie? -Coś ktoś wie. - Mira wstała, kiwnęła na Krzyśka i Kamila. -Co wiecie? -No więc... Trochę się do tego przyczyniłam, a oni są tego świadkami. - Lora wyjaśniła całe zajście. Policjanci na pytanie, czy poniesie za to jakąś odpowiedzialność, odparli krótko: -Nie. Kamień spadł jej z serca.

* Kamil Faszer i Krzysztof Lampoch (syn dyrektora szkoły, w której uczyła się Lora) koledzy z klasy Miry i jednocześnie jej wielbiciele. ** Polis - spore państwo nad morzem Kaspijskim *** Ksiądz i jednocześnie przyjaciel Lory

3. SAMOCHÓD PUŁAPKA

Lora wybrała się z rana do księdza Krzesimira w odwiedziny. Robiła to często, tylko dlatego, żeby z nim sobie porozmawiać. Niestety tego dnia nie było jej dane dojść na plebanię. Ledwo wyszła za teren zabudowany, zobaczyła znajomy czarny samochód. W pierwszej chwili zwolniła, ale gdy skojarzyła, do kogo on należy, zaczęła prawie biec. Była w połowie drogi na plebanię, gdy nie wiadomo skąd wyskoczył jakiś mężczyzna, torując przejście. Mira spojrzała na niego. Był szczupły, dobrze zbudowany, wyższy od niej o głowę, czarne, krótkie, błyszczące włosy, błękitne oczy, zaczepny uśmieszek i jasna cera. Próbowała go obejść, ale nie udało jej się to. -Czego chcesz? - powiedziała w końcu. -Nie mogłem sobie odmówić przyjemności zobaczenia ciebie. -No to już sobie popatrzyłeś? Wystarczy? - ruszyła przed siebie, kolejny raz próbując go wyminąć. Chwycił ją od tyłu, skutecznie unieruchamiając. -Nie wystarczy. -Czego chcesz ode mnie? -Chcę z tobą tylko porozmawiać. -Porozmawiać, o czym? -Jak to o czym? Ty myślisz, że to co żeś zrobiła nie jest dla nas stratą? -Sorry, ale co ja zrobiłam? -Właściwie nic. Jesteś tylko zbyt zuchwała i pewna siebie. -To chyba nie jest przestępstwo? -Drugi raz mnie nie odepchniesz. -Drugi raz? -Jesteś sama, nas jest dużo i jesteśmy uzbrojeni, a ty kpisz sobie z nas. - kontynuował nie zważając na pytanie Lory. - Nie uważasz, że coś tu jest nie tak? -Nie. Czy teraz mogę ja zadać pytanie? Kim wy jesteście? -Sama sobie możesz odpowiedzieć na to pytanie. Znasz mnie? Lora zastanowiła się przez chwilę. Czuła, że gdzieś go już widziała. Nagle doznała olśnienia. -Tamtego wieczoru… pomogłeś mi trochę, kiedy twoi koledzy się na mnie rzucili. Widziałam cię jeszcze w dwóch miejscach: w telewizji jako gwiazdę serialu "Game over, miss", rozrywany przez tłumy pustych dziewcząt i podczas odwiedzin u mojego przyjaciela. -To znaczy? -On jest miejscowym komendantem. Przyszłam do niego, miał olbrzymi bałagan, pełno papierków z pracy. Szybko sprzątał i z nie zamkniętej teczki wypadła kartka z wielkim napisem "POSZUKIWANY". Poniżej było zdjęcie i krótki opis. Czy ty nazywasz się Tom Renegis? A twój pseudonim to Brudi? -Wiedziałem, że mam do czynienia z bystrą dziewczyną. -Jesteś jednym z najbardziej poszukiwanych gangsterów na świecie, chcą cię żywego lub martwego, a nagroda za ciebie to siedem milionów zielonych. Boże! Opłacalny biznesik, łapanie bandziorów. -"I opłaca się czasami nie przejść po pasach, żeby znaleźć się na komendzie. Ładna ściema z mojej strony! Komendant - mój osobisty przyjaciel, ha! Ale jaja." - Skoro to ty, to znaczy, że napad na szkołę był pod twoim dowództwem... ty byłeś tym niby szefem. Chcieliście wziąć okup w kieszeń i w nogi z wielkim "bum!"? -Tak. Tak miało być, lecz pojawił się ktoś, kto uniemożliwił nam taki plan. -Kto? -Nie udawaj, że jesteś ciemna, bo to ci wyjątkowo nie wychodzi. -Ale ja naprawdę nie wiem… Tom przyłożył usta do jej ucha, sycząc: -Zabijanie naszych największych, najsilniejszych przedstawicieli przez zwykłych zakładników jest rzadkością, a dziecko, które to zrobiło, twierdzi, że jest zwykłą czternastoletnią dziewczyną! Drwi sobie bezkarnie z nas, nie zważając na niebezpieczeństwo, które może ją spotkać. -Moim zdaniem to odważne dziecko. A kto to jest? -Ty. -Ja? Niemożliwe… muchy bym nie skrzywdziła. Poza tym nie czternasto, a piętnastoletnie. I nie dziecko! -Nieważne. Może muchy nie, ale Goliata tak. Jesteś taka odważna? To czemu teraz drżysz? Przemilczała to. -Pokrzyżowałaś moje plany, zniszczyłaś moją reputację… -Pierwsze słyszę! Zniszczyłam twoją reputację? Jak i czym? -Zbuntowałaś się, zabiłaś Goliata… -Przez przypadek. - przerwała mu szybko. -Mniejsza o to czy celowo czy nie! Zabiłaś i to się liczy. Zabijając dałaś przykład tym dwóm wyrostkom, że można drwić z naszych gróźb. Było ich tylko dwóch, ale gdyby reszta zobaczyła, że tak można, przyłączyłaby się do was. Wszystkie dotychczasowe napady kończyły się powodzeniem bez żadnych przeszkód, wszyscy się nas bali, byli tak zastraszeni, że można było robić z nimi, co się nam tylko podobało, a ty nas sobie olewasz i gdyby nie trzeźwość umysłu Łyska, wsadziłabyś nas do pudła. Łysek ostrzegł mnie, że jesteś agresywna i działasz szybko. Kilku moich ludzi zwątpiło we mnie przez ciebie i chcieli się wycofać. Cudem zatrzymałem ich w gangu. Dużo mnie to kosztowało i tak się składa, że chcę, abyś to ty pokryła te koszta. -Jak znajdziesz się za kratkami to mogę ci zwrócić pieniądze. Przy sobie nie mam drobnych. Tom uśmiechnął się, objął Lorę i przycisnął mocniej do siebie. -Czy ty nic nie rozumiesz? Nie chce pieniędzy. Chcę ciebie. -Puść mnie! - Lora nadepnęła z całej siły na jego stopę. -Nie radziłbym się sprzeciwiać. Mam broń. -Nie dostaniesz mnie. -Nie musisz nic dawać, sam sobie wezmę. Lora usiłowała się uwolnić od natrętnego Toma, lecz ten okazał się silniejszy i mocno ją trzymał. W momencie, gdy już prawie ją pocałował, odwróciła się gwałtownie, co spowodowało poluzowanie uścisku Toma. Wykorzystując to szybko i mocno uderzyła go w brzuch. Napastnik puścił ją. Powtórzyła cios. Odsunął się trochę od niej. Odepchnęła go nogą na tyle mocno, że stracił równowagę, a upadając uderzył się głową o asfalt. Stracił przytomność. Lora nawet nie popatrzyła na niego. Szybko wróciła do domu. Dopiero tam uświadomiła sobie co jej groziło. "Może powinnam powiedzieć o tym policji? Boże, a jeżeli ja go zabiłam?" Nie zdążyła powiedzieć rodzicom co się stało, bo nastroje były jakieś co najmniej nie pokojowe między mieszkańcami, więc wolała nie pogarszać sytuacji, a potem przyszła Ewelina i Lora zapominając nagle o strachu, który wywołał Tom, poszła na basen. Zupełnie nie myślała o spotkaniu z Renegisem i dzięki temu świetnie się bawiła. Wracały właśnie do domu, gdy obok nich przejechał czarny samochód z przyciemnianymi szybami. -Taki samochód miał... mieli gangsterzy z Grzybicy. - stwierdziła Mira. Zatrzymały się w ogrodzie Eweliny, rozmawiały sobie wesoło i w ogóle nie przeczuwały niczego złego. Li wróciła do domu, trochę się pouczyła, nadszedł czas obiadu. -Jedziemy dzisiaj do Tajnachten(*). Jedziesz z nami? - zapytał się tata. -Muszę się pouczyć... -A na basen chodzisz? - zauważył Tomek. Lora spojrzała na brata spode łba. -Jak nie chcesz to nie musisz. - stwierdziła pani Małgorzata. -Nie lubię tego miasta. - bąknęła Lora. - Coś mnie w nim odraża... Nie wiem co, ale nie chcę tam być. Wstała od stołu, poszła do siebie do pokoju i zanurzyła się w stosie książek i zeszytów. Po kilkunastu minutach w drzwiach stanęli rodzice. -To my już jedziemy. -Bawcie się dobrze. - odparła Mira nie odwracając się od biurka. Drzwi zamknęły się. Nastała cisza i nagle... bum! Lora poderwała się z miejsca, wyglądnęła przez okno, po czym wybiegła przed dom. Stanęła w miejscu. Zobaczyła samochód w płomieniach, a koło niego na ziemi poparzonego Tomka. Nie mogła ruszyć się ani na krok, ani nawet wydobyć z siebie słowa. Któryś z sąsiadów wezwał karetkę i policję, ona nie była w stanie zrobić nic. Jakaś inna sąsiadka wzięła Lorę do swojego domu, żeby nie patrzyła na to co się dzieje. Dźwięki syren, huk ognia i głosy ludzi mieszały się w głowie Miry. Siedziała otumaniona do czasu przyjazdu ciotki Klotyldy, siostry pani Małgorzaty. Miała ona zaopiekować się Lorą przez jakiś czas. Klocia słynęła z ograniczonej inteligencji oraz ze swojej skłonności do dramatyzowania i histerii. Zawsze twierdziła, że kobieta jest po to, żeby żyć w cieniu mężczyzny. I to chyba było główną przyczyną negatywnego nastawienia Lory do niej. Gdy dziewczyna wróciła do swojego domu, wszystko zaczynało jej się uporządkowywać. Tylko ciotka wprowadzała zamęt. -Co ty teraz dziecko zrobisz? Jak ty sobie w życiu poradzisz? Taka rozpacz mnie ogarnia, kiedy pomyślę, że jesteś sama, bez rodziców! - lamentowała chodząc cały czas za Mirą, a ta miała jej już serdecznie dosyć. W końcu udało jej się uciec ciotce, zamykając się w łazience. Lora nie rozpaczała. Z każdą chwilą wzrastała w niej chęć zemsty. Nie wiedziała jak, gdzie, kiedy i na kim, ale była zła i chciała się komuś odkuć. -Grzybica. - powiedziała Li szeptem. Świat zewnętrzny dla niej nie istniał. "To wszystko takie dziwne... Moi rodzice byli biedni, więc czemu ich zamordowano? Tu musi być jakiś głębszy sens. Może to przeze mnie? Może to zemsta za pokrzyżowanie planów i za tego Goliata? Kim jest ten prawdziwy szef? Żebym chociaż wiedziała jak się nazywa... Gdybym siedziała cicho tak jak inni podczas napadu to oni może by żyli... To moja wina..." - myśli plątały jej się coraz bardziej. Zamknęła oczy i dusiła w sobie rozżalenie, które nagle na nią spłynęło. Kilka godzin po owej tragedii, Lora była zupełnie rozregulowana. Mniej było w niej życia niż w starym, spróchniałym krześle. Patrząc na nią z boku, można by chwilami pomyśleć, że jest chora. Milczała, nie odpowiadała na pytania, nie reagowała na dźwięk telefonu. Wydawało się nawet, że żyje w jakimś innym świecie. Ale Mira była zdrowa. Tyle, że cały czas jeszcze w szoku. Przed oczami tkwił jej obraz płonącego samochodu. Czuła niepokój, który męczył ją przez całą noc, towarzyszył jej na każdym kroku i nie pozwalał nawet się porządnie wypłakać. Siedziała w swoim pokoju. Myślała. W końcu zrozumiała, że potrzebuje rozmowy. Poważnej rozmowy z kimś poważnym, kto zrozumie ją chociaż w jakimś stopniu. Stanęła w drzwiach kuchni, gdzie urzędowała jej ciotka. Klocia lamentowała pod nosem. "Nie, ona na pewno poważna nie jest. Gada do siebie... - pomyślała Lora i wyszła z domu. - Krzesimir... proboszcz jest poważny." Pędem poszła na plebanię. Do domu wróciła dopiero koło dziesiątej wieczorem. Cały dzień był jakiś inny, smutny, zamyślony. Ten dzień wypadł z kalendarza Lory. Nie istniał. Nie chciała, żeby istniał.

* Niewielkie miasto sąsiadujące z Hipodronicami

4. NAPAD NA SZKOŁĘ II

Lora zaraz następnego dnia, poszła do szkoły. Miała dość biadolenia Kloci. Gorsza była ona od faktu utraty rodziców. Nie wszyscy jeszcze widzieli o samochodzie pułapce. Właściwie tylko Ewelina i Krzysiek. Mira zachowywała całkiem normalnie i zupełnie nikt nie zwracał uwagi na jej czarny ubiór. Na drugiej lekcji zrobiło jej się niedobrze. Wyszła do toalety. Właśnie miała wracać do klasy, gdy usłyszała ciężkie kroki kilku osób na korytarzu. -Dzieciaki pozamykajcie w klasach, a nauczycieli dajcie do osobnego pomieszczenia. Tylko szybko i po cichu. I nie przeoczcie Lory! - powiedział ktoś. Mira w pierwszej chwili zastygła ze strachu, ale zaraz rozpoznała głos Renegisa. Momentalnie zniknął najpierw ból brzucha i złe samopoczucie, a później strach i wszystko to co czuje normalny, zdrowy człowiek. Miała okazję pomścić rodziców i tylko o tym myślała. Schowała się za wystającym fragmentem ściany i zamilkła w bezruchu. Drzwi toalety otwarły się. Powoli wchodził jakiś gangster. Nim zdążył zobaczyć Mirę, ta kopnęła go w brzuch, uderzyła z całej siły w tył głowy tak, że stracił przytomność. "Proszę bardzo! Jeden z tych drani..." - pomyślała Lora zaciskając pięści. Zabrała jego broń. Wyszła na korytarz i straciła kontrolę nad sobą. Przeszła jedno piętro nie spotykając nikogo. Weszła na drugie. Tam zobaczyła czteroosobową grupkę bandziorów. Bez wahania zaczęła strzelać. Strzały wywołały natychmiastową reakcję ze strony gangsterów. Przez chwilę nie było wiadomo co się dzieje. Mira strzelała do coraz liczniej zbiegających się bandziorów, ci z kolei usiłowali w jakiś sposób ją dopaść i unieszkodliwić. Któryś bystrzejszy ogłuszył Lorę pociskiem hukowym. Dziewczynie zakręciło się w głowie, zachwiała się i osunęła na podłogę. Zapanowała cisza, nikt się nie ruszył. Dopiero, gdy na piętro wszedł Tom zajęto się rannymi. -Ona jest wyjątkowo niebezpieczna. - stwierdził Rudy. - Myślałem, że incydent z Goliatem to był tylko przypadek. Może by ją stuknąć? Tom nic nie odpowiedział. Spojrzał tylko na rudzielca takim wzrokiem, że głos ugrzązł tamtemu w gardle. Kiwnął na dwóch stojących nieopodal kolegów. Zaciągnięto Lorę do pokoju nauczycielskiego, skąd Renegis zarządzał całą akcją. Gdy Mira odzyskała przytomność zdawało się, że byli sami w pomieszczeniu. -Nie skrzywdziłaby muchy... ciekawe. A tych siedmiu moich kompanów, których pozbawiłaś właśnie życia? - warknął. Li usiadła wygodnie na krzesełku, oparła głowę na ręce. Przeszła oczami po sali. Zatrzymała wzrok na podenerwowanym Tomie, trzymającym w ręku broń, udając, że zupełnie nie widzi kobiety za Brudim również posiadającej pistolet. -Spadaj. -Co spadaj? -Oni to nie muchy. -Skąd miałaś broń? -A co to za wywiad? -Odpowiadaj na moje pytania. - syknął Renegis, przeładowując broń. -Nie będziesz groził mi pukawką. W ogóle nie będziesz mi groził. -Skąd ta pewność? Lora podniosła się co spowodowało, że Tom skierował broń w jej kierunku. Nie zdążył nic powiedzieć. Owa kobieta uderzyła go w tył głowy. -Kim ty jesteś? - zapytały się obie jednocześnie. -Jesteśmy po tej samej stronie, jeśli się nie mylę... - Lora wyciągnęła do niej rękę. Przedstawiła się. -Jak? Mirasiuk? A czy ty przypadkiem nie byłaś na obozie sportowym w wakacje? -Byłam. Pani jest... Amanda Wenley? -Tak. - twarz kobiety momentalnie się rozjaśniła. -Spotkał mnie zaszczyt spotkania się ze sponsorką obozu. Wspaniała sprawa, ale... co pani tu robi? -Nie pani, tylko po prostu Am. Robię to co ty. -Mścisz się? -Tak można by to ująć. Musimy opuścić to pomieszczenie, zanim ktoś nas tu znajdzie. Lora już nawet nie zapytała w jaki sposób Amanda nagle znalazła się w pokoju nauczycielskim. Wyszły po cichu na korytarz. -Policja już wie. - szepnęła Am. - Starają się podejść budynek od zewnątrz. Naszym zadaniem jest odnalezienie ładunku. -Ładunku? -To jest napad na szkołę w ich stylu, stylu Grzybicy. W piwnicach są przynajmniej trzy ładunki i zapalnik. -Nigdy tego nie robiłam... -Tak samo jak nigdy nie zabijałaś gangsterów. I tak, jak nigdy nie zaznasz przez nich spokoju. Bezszelestnie weszły do piwnicy. Jak podejrzewały, zapalnik nie był pozostawiony bez nadzoru i opieki. Stało tam dwóch strażników. Lora spojrzała pytającym wzrokiem na Amandę. Ta uśmiechnęła się. Wyciągnęła tłumik, przykręciła do pistoletu i już po chwili obok zapalnika leżały dwa trupy. -Żaden problem. - Am sprawdziła, czy na pewno uśmierciła tych dwóch. Następnie podeszła do zapalnika. Lora patrzyła na jej działania wielkimi oczami. Tu gdzieś jakiś kabelek, tam jakaś blaszka... W końcu podniosła się i z zadowoleniem stwierdziła: - Zrobione. Teraz lepiej już nic nie robić. Wyjdźmy ze szkoły i pozwólmy policji działać. Mira nie polemizowała. Odetchnęła z ulgą, gdy opuściły budynek i otoczyli je policjanci. Nie obeszło się bez pytań, ale Li nawet nie zdołała dojść do głosu. Na wszystko odpowiadała Amanda, za co Mirasiukówna była jej wdzięczna tym bardziej, że mocniej zaczęła odczuwać ból głowy i znów to paskudne uczucie obrzydzenia do siebie. Rudy wszedł do pokoju nauczycielskiego. Zobaczył nieprzytomnego Toma. Uderzył go w twarz raz, drugi, trzeci. W końcu Brudi zamrugał oczami. -Gdzie ja jestem? I czemu boli mnie głowa? -Nie wiem, ale nie ma czasu na zadawanie głupich pytań. Trzeba uciekać. Trudno się mówi z twoją reputacją, ale sądzę, że nie raz będziesz miał okazję, aby się zemścić. Wyszli bocznymi drzwiami. W ich ślady poszli Łysek, Nietoperz i jeszcze kilku innych gangsterów, którzy od honoru, bardziej cenili własny tyłek. Nim Policja zareagowała, większość gangsterów zdążyła uciec. W efekcie zatrzymano około dziesięciu mężczyzn. -Jak na twój pierwszy raz to dobra robota. - stwierdziła Amanda, gdy policja zabierała ostatnich gangsterów. - Chodź, przedstawię cię komendantowi. -Momencik, tylko wezmę bluzę. Zdaje się, że została gdzieś na samej górze. Lora ruszyła schodami na górę, a Amanda mając jakieś dziwne złe przeczucie poszła za nią. Zanim Mira chwyciła za klamkę klasy, gdzie miała być jej bluza, usłyszała czyjś głos. -Stój! Ręce do góry i nawet nie próbuj kombinować! Głos wydał się Lorze znajomy. Chciała się odwrócić, ale spotkało się to z ostrym sprzeciwem tajemniczego kolesia. -Stój tak jak stoisz i ręce do góry. -Rzuć broń, kmiocie, albo cię mocno podziurawię! "Amanda! Jak dobrze." - pomyślała uradowana Lora. Mężczyzna nie dawał za wygraną. Błyskawicznie stanął koło Lory i unieruchamiając jej ręce jedną ręką, drugą trzymał broń przy jej skroni. -Ani kroku, bo ją zabiję! - zwrócił się do Amandy. -Spróbuj tylko zrobić jej krzywdę... -Rzuć broń, to nie będę próbował. Potrzebuję tylko przepustkę, żeby bezpiecznie stąd uciec. Chłopak był blady, co chwilę kaszlał i pociągał nosem. Lora powoli obróciła odrobinę głowę. Dojrzała znajomą twarz Blondiego. -Am, rób co każe. Nie będzie mi do twarzy z dziurą w skroni. - mrugnęła porozumiewawczo do panny Wenley. -Dobra, już odkładam. Gdy pistolet leżał na ziemi, gangster zaczął się wycofywać. Na schodach opuścił na chwilę pistolet, żeby zasłonić usta przy kichnięciu. Tą chwilę wykorzystała Lora. Uderzyła go z łokcia w brzuch, chwyciła broń i pchnęła napastnika na ścianę. -I co teraz? Nie lubię gdy ludzie wykorzystują mnie do swoich celów. Jak się nazywasz? -A po co ci to? - gangster niepewnie spojrzał na swoją własną broń wycelowaną teraz w jego głowę. -Chcę wiedzieć kim jest ten ktoś kto uratował mnie z rąk Łyska i kogo wsadzę za kratki. -To Nick Brender. - Amanda stanęła na najwyższym stopniu z dowodem osobistym w ręku. - Leżało na ziemi. To chyba twoje? - rzuciła gangsterowi jego papierki. Spojrzeli na siebie z wzajemnym zainteresowaniem. - Z Lorą się nie zaczyna. Ale większość przekonała się o tym dzisiaj trochę za późno. - chwyciła broń gangstera, po czym zwróciła się do Lory. - Poradzisz sobie z nim? -Myślę, że nie będzie najmniejszego problemu. Nick odprowadził Amandę wzrokiem. Lora zauważyła to. -Zabrała pistolet, ja nie mam broni. Ona chce ci ułatwić ucieczkę. -Czemu tak sądzisz? -Chce cię sprawdzić. O ile się nie mylę, wpadłeś jej w oko, dlatego sprawdza czy jesteś coś warty. Nienawidzi kryminalistów, więc jeśli twoja gangsterska natura okaże się silniejsza i zwiejesz, to nie daruje ci i zabije. A jeśli nie, to kto wie... Taki jest mój scenariusz. -Czyli zabrała broń, twoją przewagę nade mną, żebym mógł...- zaczął mocno kaszleć. - ...uciekać? - wydusił. Dopiero teraz Lora zauważyła, że Blondi nie wygląda najlepiej. -Co ci jest? -Nic... - pociągnął nosem. -Przecież widać, żeś się porządnie przeziębił. Masz gorączkę. -Nie chcę wracać do gangu, ale boję się więzienia... Lora westchnęła. -Nie wiem, czy coś na to da się poradzić... Dopytam się komendanta, co w tej sprawie. -Nie. Raczej zapytaj się jej... czy twój scenariusz jest prawidłowy... Jeżeli nie, to szkoda byłoby fatygi. Jak nie mam dla kogo, to lepiej w ogóle nie być na wolności. Li uśmiechnęła się. Schodziła już na dół, gdy spotkała grupę antyterrorystów. -Gdzie jest ten... no... -Pan Brender jest pięterko wyżej. Pognała do Amandy i komendanta. -To ona pokonała tym razem gangsterów... - szepnęła z nieukrywanym zachwytem panna Wenley. Emil nie do końca wierzył słowom Amandy, dlatego też nie zajmował się za bardzo Lorą. Dopiero, gdy antyterroryści wyprowadzali z budynku szkolnego Nicka, zaczął się przyglądać jej zachowaniu. Na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że Brender jest chory. Blady, z podpuchniętymi oczami i grymasem zmęczenia na twarzy. Sam chwiał się na nogach, a pięciu silnych antyterrorystów popychało go jeszcze. O mało by się nie wywrócił, co spotkało się z obelgami uzbrojonych przedstawicieli prawa. -Rusz dupę, psie! -zawołał jeden. Lora z wyrzutem spojrzała na komendanta. -Jak można pozwolić na takie zachowanie wobec kogokolwiek?! W odpowiedzi ujrzała wzruszenie ramionami pana Pierożka. -Jemu jest potrzebna pomoc lekarska, jakby ktoś tego jeszcze nie zauważył. - Lora podeszła do jednego z antyterrorystów. - Nie zachowujcie się jak... -Cicho dziecko! - Li została odepchnięta, co jeszcze bardziej ją zdenerwowało. Nick potknął się i upadł. Mimo ponagleń, nie miał siły się podnieść. Wówczas ten sam antyterrorysta, który zlekceważył Lorę chciał go kopnąć. Jego ruch uprzedziła Mirasiukówna. Podhaczyła go, rzucając na ziemię, może bez specjalnego stylu, ale skutecznie. -Zachowujecie się jak prymitywne, gruboskórne zwierzęta! Przecież on jest chory i słaby. Może trochę szacunku, co? -Przecież to gangster. -Ale jest człowiekiem! - Lora zdecydowanie mówiła lekko uniesionym głosem do zdziwionych antyterrorystów. - Takim samym jak ty czy ja. -Chyba nie masz racji... on jest kryminalistą - zaczął jeden. Zachowywał się tak jakby tłumaczył coś małemu dziecku. - Wiesz kto to jest kryminalista? - sylabizował. -A co ja mały głupi bachor jestem, żeby nie wiedzieć z kim się przed chwilą miało do czynienia? -Tak się właśnie zachowujesz. Jak można z szacunkiem do takiego śmiecia? -Sam jesteś śmieciem, ty zanadto umięśniony, tępy antyterrorysto od siedmiu boleści, któremu napakowano jakiś głupot o śmieciach do łba! Twoje muły większe są głowy, a mózgu ci chyba ujęło. A serca i zdrowego rozsądku to już na pewno. Nie po to kolesia zatrzymałam, żebyście go traktowali jak psa. Nie zważając na antyterrorystów pomogła podnieść się Nickowi i dojść do wozu policyjnego. -Kim ona jest? - zapytał komendant. -Już ci mówiłam. Lora Mirasiuk. To ona uratowała szkołę i wszystkich uczniów przed okrutnymi planami Renegisa.- Amanda roześmiała się. - Tak sobie myślę, że gdyby gangsterzy byli tacy jak Lora to twoi ludzie nie mieli by najmniejszych szans... -A ja nie byłbym komendantem i zajął się czymś spokojniejszym. Ona naprawdę przedmuchała na cztery wiatry oddział Grzybicy? -Z malutką moją pomocą. Żebyś ty ją widział jak rozmawiała z Tomem. Pięknie męczy psychicznie. Jak trochę potrenuje, może to być jej zabójcza broń. -Chyba chciałbym porozmawiać z jej rodzicami. Złapała jednego z główniejszych gangsterów. Spora sumka pieniędzy jej się należy. -Lora musiała już mieć z nimi wcześniej do czynienia. Kilku trochę znała. Mirasiukówna podeszła do komendanta i Amandy. Pojechali razem na komendę wypełnili kilka papierków, spisali zeznania, po czym Am odwiozła pogromczynię gangsterów do domu, gdzie Wenley'ówna mogła przez pewien czas przebywać. Wszystkie te wydarzenia dotarły do Miry dopiero tam. Nie mogła przełknąć ani obiadu, ani kolacji. Śmierć jej rodziców, wszyscy ci gangsterzy, których zabiła, Tom z bronią w ręku, Nick słaby i zmęczony chorobą, Amanda potrafiąca tak po prostu strzelić do człowieka bez śladu współczucia... wszystkie te obrazy mieszały się w jej biednej głowie. Z trudem zasnęła.

5. NOWE ZNAJOMOŚCI

Klocia polubiła Amandę do tego stopnia, że jej jeden pokój został udostępniony do jej dyspozycji, na tak długo aż nie zakończy się budowa jej mieszkania. Trzeba wiedzieć, że okolica spodobała się pannie Wenley i postanowiła osiedlić się w Hipodronicach. Plan budynku był już przygotowywany i zaraz po zakupie materiałów, wynajęci budowniczy mieli się zabrać do pracy. Tomek wrócił ze szpitala do domu z drobnymi jeszcze śladami po poparzeniach. Posmutniał zaraz pierwszego dnia po pojawieniu się Amandy i stał się jakiś zamknięty w sobie. Lora zaś usiłowała żyć dalej normalnie. Jednak na ulicy była rozpoznawana tak samo jak na korytarzu szkolnym i przejście ulicą z jednej strony miasta na drugą było prawdziwą udręką z powodu licznych gapiów, wielbicieli i wdzięcznych rodziców młodzieży z uratowanej przez nią szkoły. Za radą Amandy, nie ukazała się w publicznych mediach, dla swojego bezpieczeństwa. Świadoma była również tego, że gangsterzy będą chcieli się zemścić. Amandę obiecała nauczyć jej paru rzeczy, które mogą przydać się podczas obrony przed Grzybicą. Następnego dnia po napadzie na szkołę, Lora szła na posterunek odwiedzić Blondiego. W pewnym momencie stwierdziła, że idzie za nią Tom. Szedł coraz szybciej. Odległość między nimi błyskawicznie się zmniejszała. Ludzi na ulicach nie było. Mógł ją zaatakować i bez przeszkód uciec. Przyspieszyła kroku. Prawie biegiem dotarła na komendę. -Albercie! Spójrz przez okno. - powiedziała od progu zadyszana. Albert, miejscowy policjant, ulubieniec wszystkich okolicznych dzieciaków, przypadł do szyby, pytając. -O co chodzi? -O tego kolesia. Ciemne włosy, niebieskie oczy, wzrost metr i dziewięćdziesiąt pięć centymetrów. Ciemnożółty sweterek i ciemnogranatowe dżinsy. -No, widzę. Któż to taki i cóż przeskrobał? -Nie poznajesz?! Renegis, a co przeskrobał to powinieneś mieć na liście gończym. -Boże! Łapać go? -Wątpię, żeby był tutaj sam, pod posterunkiem. -Fakt. A komendanta nie ma. Koledzy są na objeździe. Zanim by tu przyjechali, narobiliby tyle hałasu, że zwieje. -Chyba się trochę wystraszyłam. Gonił mnie. Nie wiem co chciał, ale gonił mnie. -Powinnaś mieć ochroniarza. -Zwariowałeś?! Wyobrażasz sobie mnie z jakimś gorylem? -Dobra, dobra. Ochroniarz może być całkiem przyjemny. Ale... -Ale nie mówmy o tym. Przyszłam odwiedzić kolegę. Wiesz o co chodzi? -Jasne. Zrobię wyjątek dla ciebie i spotkanie może trwać tak długo jak tylko chcesz. Lora weszła cichutko do celi Brendera. Siedział na pryczy i szkicował coś malutkim ołówkiem na malutkiej pogiętej karteczce. Gdy spostrzegł ją, schował rysunek za plecami. -Cześć. -Witam. Jesteś moim pierwszym gościem. Myślałem, że już nigdy nie będzie okazji do spotkania. -To znaczy, że cieszysz się z mojej wizyty? -Pomogłaś mi skończyć z tym gównem. -Właśnie gonił mnie twój kumpel. -Kto taki? -Renegis. -Brudi nie jest moim kumplem. On tak myśli, a że nikt go nie lubi, dlatego postanowiłem mu nie mówić prawdy. Niech się dziecko cieszy. Jest synem mordercy. Kogoś, kto zabrał mi wszystko. Tylko dlatego, że chciałem ukraść im trochę jedzenia dla matki. To było tak dawno, ale nie zapomnę. Nigdy. W jakiej sprawie przyszłaś? -W twojej oczywiście. Brender nie zrozumiał o co chodzi. -Usiądziesz? Nie jest tu wygodnie, ale wygodniej będzie niż na stojąco. Lora skorzystała z propozycji. -Co tak rysowałeś zawzięcie, przed moim przyjściem? -Ech... -Nie "ech", tylko pokaż. Wyciągnął…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych