Wróć do katalogu

Grzybica cz. III

:)

Ardea Nigra, opublikowano , 1 godz. 14 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

16 . MORSKI FLIRCIK

Od momentu wypłynięcia z portu Lora przebywała cały czas pod pokładem. Oprócz Brutusa miała jeszcze kilka szczurów do towarzystwa. Wrażenia mieli różne. Li traktowała to jako dobrą zabawę, przysłuchiwała się odgłosom z pokładu, przyglądała się pająkowi, który misternie naprawiał swoją sieć. Brutus niezbyt dobrze znosił ciągłe kołysanie. Położył się płasko koło swojej pani, piszczał i spoglądał nie chętnie w stronę bawiących się szczurów. Te przyzwyczajone do morskich podróży, biegały w kółko, to przyglądały się swoim towarzyszom. Lora rozmyślała o tym, co się stało tego dnia. Z zadumy wyrwał ją hałas otwieranego włazu. Brutus mimo złego samopoczucia nie zrezygnował z obrony Lory. -Brutus, noga. - syknęła. Pies posłusznie wrócił do niej, ale sierść miał nadal zjeżoną i warczał. Pod pokład wpadł ostry słup światła, a zaraz po nim zbiegł po drewnianych schodkach jakiś młody mężczyzna. Lora nie wstała, nawet się nie zamierzała ruszyć. -Kapitan prosi cię na mostek. - powiedział ów młodzieniec. -A jeśli nie zechcę? - w Lorze obudził się duch przekory. -To możesz tu siedzieć do końca podróży. Li poderwała się z miejsca i pędem ruszyła w stronę schodków. -To ja do niego już idę. Mój pies nie przywykł do takich warunków i niezbyt dobrze je znosi. Wyciągnęła Brutusa na zewnątrz. Gdy pies ujrzał na około statku samą wodę, to ze "szczęścia" cofnął ostatni posiłek, nieźle już przetrawiony. -Nie martw się, ktoś to posprząta. Mój stary zacznie się niecierpliwić. Zaprowadzić cię do niego? -Sądzę, że bym sobie poradziła, ale z przyjemnością skorzystam z twojego towarzystwa. Lora przyjrzała się dokładniej nowemu towarzyszowi. Niewiele wyższy od niej, szczupły, dobrze zbudowany. Miał takie ładne niebieskie oczy i jasny blond włosy. A do tego tak słodziutko się uśmiechał, że Lora chcąc nie chcąc musiała mu odpowiedzieć takim samym uśmiechem. Za nim doszli na mostek dowiedziała się, że ten młody marynarz na imię miał Jeff i jest dwa lata starszy od niej. -Melduję, panie kapitanie... -Daruj sobie, synu. -Kapitan nie odrywając się od urządzeń nawigacyjnych, mówił troszkę wyniosłym tonem. - Jak cię znam, ta młoda dama już wie, że jestem twoim ojcem, więc bez zbędnych formalności. Witam na pokładzie naszego Neptuna. - powitał Lorę. - Jeff, zostaw nas samych. -Tak jest. - i zniknął za drzwiami. -Ładnego mam synka, prawda? -Owszem, ale chyba nie po to mnie pan tu wzywał? -Po pierwsze chciałem panią... -Pan pozwoli, na imię mam Lora. I prosiłabym używać właśnie tego zwrotu. Będę czuła się mniej skrępowana. -No więc chcę cię przeprosić za warunki w jakich musiałaś przebywać, ale takie były zalecenie pewnej osoby. -Wernera? -Jeżeli tak ma na imię pan Veroy, to tak. Powiedział, że możesz próbować uciekać. -Pod pokładem wcale tak źle nie było. Wolę towarzystwo szczurów niż tych kretynów z Grzybicy na lądzie. -A po drugie muszę ci wyjaśnić... O cholera! Momentalnie zerwał się silny wiatr, niebo jak dotąd czyste bez większych chmurek, zaciągnęło się niebo szarą warstwą burzowych chmur. I po niecałej minucie, zaczął padać deszcz. Najpierw pojedyncze krople, a już po chwili rzęsista ulewa. Stary statek z żaglami, który można by rzec nadający się tyko do celów rekreacyjnych, jego załoga oraz pasażerka z psem, stanęli w obliczu potwornego niebezpieczeństwa. Na horyzoncie widać było pierwsze błyski, które przemieszczały się w stronę statku równie szybko jak i poprzednie zwiastuny zagrożenia. Marynarze toczyli nierówną walkę z żywiołem. Lora stała zdumiona. Patrzyła na to wszystko i nie mogła nic z tego pojąć. Nigdy wcześniej nie była na morzu i nigdy nie spotkała się z burzą na otwartej wodzie. Dopiero niespokojne szczekanie psa, obudziło w niej trzeźwość umysłu. Sięgnęła po kamizelki ratunkowe dla siebie i dla psa. -Wiem piesku, że nie lubisz się ubierać w ludzkie rzeczy i że pływanie idzie ci lepiej niż mi, ale jest sztorm i nie możesz pozwolić sobie na tonięcie. Nie skończyła jeszcze mówić gdy statek uderzył o coś z dużą siłą. Ledwo zdołała się utrzymać na nogach. Wyszła na zewnątrz i zapytała się pierwszego lepszego marynarza, którym okazał się Jeff, co się stało. -Rąbnęliśmy w jakąś skałę i chyba jest spora dziura w kadłubie. -Toniemy? -Co tu dużo kryć - tak. Lora zamyśliła się na momencik i nagle zaświtał jej szalony pomysł. -Jeff, miałeś kiedyś dziewczynę? -Nie. -A całowałeś się? Marynarz spojrzał na Lorę ze zdziwieniem. -Co to za pytanie w tym momencie? Lora pocałowała go mocno i z uśmiechem odpowiedziała. -To tak gdyby nie było nam dane przeżyć tego sztormu. Trudno określić jego radość i zdwojoną siłę wtedy. Lora dojrzała małą łódź ratunkową. Sprawdziła jej dno i stwierdziwszy, że jest w porządku, wróciła do syna kapitana. -Jest szansa, że ktoś przeżyje? -Nikła. Łódź ratunkowa tylko na trzy osoby. -Ja, ty no i Brutus. Spadajmy stąd póki jeszcze można. Jeff zawahał się. Zostawić ojca i przyjaciół ratując siebie, czy może ginąć razem z nimi? -Nie myśl tyle, bo cię głowa rozboli. Potrzebuję kogoś do pomocy, a ciebie już jako tako znam. Idziesz? Nie czekając na odpowiedź ruszyła do łodzi. Nim zabrała się do opuszczania jej na wodę, Jeff stanął obok niej i nic nie mówiąc, zaczął pomagać. Zanim sam wskoczył do łodzi obejrzał się za siebie i ostatni raz zobaczył swojego ojca. Z całej załogi przeżyła tylko ta dwójka, z psem trójka, ale co przeżyli w między czasie to zostawiam tylko ich wiedzy. Czytelnik może jedynie snuć domysły. Zresztą można sobie wyobrazić co czuła dwójka młodych ludzi z psem, na otwartym morzu, w centrum burzy, płynąc małą łódeczką, mając jedynie dwie kamizelki ratunkowe oraz jeden sznur i do tego widząc tonący wrak statku? Mało tego w miarę jak się oddalali od statku, oboje zaczęli odczuwać wyrzuty sumienia. Jeff dlatego, że zostawił ojca, a Lora dlatego, że go do tego namówiła. Jednak gdy fala o mały włos nie spłukała ich do wody, zapomnieli o wyrzutach i próbowali ratować własną skórę. Pseudowiosłem, bo kawałkiem deski, manewrowali tak by coraz większe fale nie wywróciły łodzi. -Zapomnieliśmy kamizelki dla ciebie. - stwierdziła Lora. -Nie utonę. Myśl, że ktoś tak piękny jak ty mi towarzyszy, wyniesie mnie nad wodę. Lora pokiwała głową i nic nie mówiła. Po mniej więcej dziesięciu minutach morze zaczęło się powoli uspokajać, nad horyzontem przejaśniło się, ale statku już nie było widać. Ocalała trójka, była przemoczona do suchej nitki, zmarznięta, ale nie okazywali smutku, choć tkwił on w ich sercach. -Żyjemy. Jesteśmy razem. -Na środku oceanu. Super. I co dalej? Jeff rozglądnął się i po chwili odpowiedział. -W oczach mi się ćmi, czy tam jest... -Ląd! - dokończyła Lora. Rzeczywiście na horyzoncie rysował się wyraźny kontur jakiejś wyspy mocno wybijającej się nad powierzchnię wody. Marynarz chwycił za wiosło i powoli zaczął nim przebierać, lecz po chwili zauważył, że nie ma to sensu, gdyż bardzo silny prąd znosi ich w tamtym kierunku. Radość była wielka. Tak wielka, że nie zauważyli ogromnej fali z prawej strony łodzi. Wywróciła ją jak łupinkę od orzecha. Woda ziębiła okropnie. Lora dopłynęła do przewróconej do góry dnem łódki. Wpłynęła pod nią i z wielkim wysiłkiem przewróciła ją z powrotem. W między czasie dobił do niej Jeff, a tuż za nim Brutus. Lora przechyliła łódkę, a marynarz pomógł psu wgramolić się na nią. Później do łódki weszła Lora. Nim uczynił to Jeff, mniejsza fala wciągnęła go pod wodę i oddaliła od łodzi. Wydostał się na powierzchnię dopiero w miejscu gdzie prąd był słabszy, a w tym czasie Lora przepłynęła już pięć metrów. Nie sposób było dopłynąć do upragnionej łódki. Li chwyciła sznur i rzuciła go do Jeffa. Na szczęście, był on na tyle długi, że chłopak zdołał go chwycić. Lora zaczęła go wciągać pomału. -Fala! Uważaj! W ostatniej chwili zdołała odwrócić łódkę, lecz jednocześnie z dwóch stron zaatakowały potężniejsze fale. Łódeczka wywróciła się ponownie. Lora nieszczęśliwie uderzyła o nią głową i straciła przytomność. Bezwładność, kamizelka ratunkowa i dziwne morze, które wokół niej było wyjątkowo spokojne, pozwoliło jej na utrzymywanie się na powierzchni. Do tego prąd znosił ją w kierunku lądu. Gorzej miał się Jeff. Jego fale atakowały bezlitośnie. Tracił siły i wkrótce zemdlał. Pomógł mu Brutus. Lora trafiła na ląd za sprawą fali, która wyniosła ją na trzy metry od linii brzegowej. Niebezpieczny sztorm dla tej trójki miał szczęśliwy koniec.

17. WYSPA

Lorę obudził Brutus, akurat w momencie wschodu słońca. Różowe promienie odbijały się od spokojnych już fal oceanu. Pies zimnym nosem dotykał jej policzka, delikatnie położył łapę na ramieniu. Li przetarła oczy i czując suchy ląd pod sobą, uśmiechnęła się do swojego pupila. Rozglądnęła się. Leżała na małej plaży, ogrodzonej kamiennym wzniesieniem. -Jeff? Lora weszła do wody po kolana i odetchnęła z ulgą widząc przyjaciela na małym występku plaży, do połowy podmywany przez wodę. Podeszła do niego. -Ma wysoką gorączkę. Tutaj musi ktoś mieszkać. Trzeba sprowadzić pomoc. Najpierw jednak wyciągnęła Jeffa na suchy piasek. Wyszła po skałach, pies poszedł za nią. Dalej był las. Postanowiła iść jego brzegiem. Doszła do pięknej rzeki. Poszła w kierunku przeciwnym do płynącej wody. "Jeżeli ktoś mieszka na tej wyspie, to na pewno przy słodkiej wodzie." Jak pomyślała tak zrobiła. I nie pomyliła się. W miejscu gdzie urywał się las, stał jakiś domek, podobny do dużego szałasu. Przed nim zobaczyła starszą kobietę. Brutus zaczął warczeć, co zwróciło uwagę kobieciny. -Spokój wariacie. - szepnęła Lora. - Może to nasza jedyna pomoc... -Kim ty jesteś, dziecinko? - zapytała staruszka. -Fala wyrzuciła mnie i mojego kolegę na brzeg... -A gdzie twój kolega? -On potrzebuje pomocy. Leży na takiej plaży, ogrodzonej skalnym wzniesieniem. Jest nieprzytomny. -Wejdź do środka, zaraz zajmiemy się twoim przyjacielem. Wnętrze szałasu było bardzo przytulne. Niski sufit, ściany pokryte skórami zwierząt, na podłodze leżało coś co przypominało dywan. W głębi pomieszczenia dwa posłania, drewniane meble. W powietrzu czuć było pieczone mięso. -Wyglądasz na zmęczoną. Połóż się i prześpij, a ja w tym czasie zajmę się twoim kolegą. Lora z przyjemnością skorzystała z tej propozycji. Zasnęła w mgnieniu oka. Kiedy przebudziła się, Brutus drzemał obok posłania, a po szałasie krzątały się dwie postacie. Jedna to owa staruszka, która udzieliła jej pomocy. Drugiej osoby jeszcze nie znała. Był to mężczyzna, w średnim wieku, zdaje się pochodzenia indiańskiego. Przysłuchiwała się ich rozmowie. -Gorączka rośnie. - mówił Indianin. - Nie wiem czy uda nam się go utrzymać. -Uda się. -Gdybyśmy mieli lód... źle jest. Puls staje się nieregularny. -Kagulo, w tobie jedyna nasza nadzieja. Znasz się na ziołach, czy mógłbyś sporządzić jakąś miksturę, która mu pomoże? -Chyba tak. -Prędko. Słowa dotarły do Lory dopiero po chwili. Uświadomiła sobie komu usiłują ratować życie. -Przydałoby się zimnej wody ze strumienia. - stwierdziła staruszka. -Przykro mi, ale się nie rozdwoję. - odparł Kagulo. Li poderwała się z posłania, przeskakując jakimś cudem Brutusa, chwyciła wiaderko stojące pod ścianą. -Zaraz przyniosę! Lora nie czekając na nic więcej wybiegła z szałasu. Pies poleciał za nią. -Co to za młode dziewczę? Jego siostra? -Raczej nie. Głębsze uczucia widać między nimi. -Lora... - szepnął Jeff. -Majaczy w gorączce. Biedny chłopiec. Po chwili wparowała Lora z wiadrem wody. Rozlewając odrobinkę na podłogę, doniosła je w końcu i postawiła obok posłania chorego Jeffa. Staruszka zajęła się robieniem zimnych kompresów na głowie chłopca, a Lora uklęknęła obok i patrzyła na bladego niczym duch marynarza. Dotknęła delikatnie jego policzka. -Boże, jaki on rozpalony... prawda, że przeżyje? Niech mi pani powie, że tak... -O ile zioła Kaguli zadziałają. -Zadziałają, dziecinko. Nie martw się o niego. - Kagulo podszedł z ziołowym wywarem w glinianym naczyniu. Uniósł głowę Jeffa i wlał w niego wonną substancję. Wszyscy zachowali milczenie. Dwójka gospodarzy wróciła do swoich zajęć, a Li pozostała przy swoim przyjacielu i co chwilę zmieniając okłady, wpatrywała się w niego. Im dłużej patrzyła tym bardziej wydawało jej się, że go lubi, albo nawet kocha. Czuła się odpowiedzialna za niego i nie dopuszczała do siebie możliwości, że mógłby umrzeć. Lora wracała od strumienia z kolejnym wiadrem wody. Pod drzwiami szałasu spotkała młodą murzynkę. W pierwszym momencie chciały uciekać, ale Li doszła do wniosku, że nie ma sensu uciekać przed mieszkańcami wyspy. Wyciągnęła rękę i z uśmiechem powiedziała: -Lora. A ty? Murzynka popatrzyła na nią zdumiona. Uścisnęła jej dłoń i wskazując na siebie powiedziała: -Lilit. - po czym wskazała na Li i powiedziała. - Loraaty. Lora pokręciła głową. Wskazała na siebie. -Lora. -Lora... - powtórzyła murzynka. - White Woman? "Biała kobieta... fajnie, że dziewczyna umie angielski." -You speak English? - zapytała się Lora dla pewności, ale widząc zdziwioną minkę Murzynki, rzekła do siebie. - Nie mówi po angielsku... chodź do tej staruszki może coś nam wyjaśni. Chwyciła nową koleżankę za rękę i zaprowadziła do szałasu. -Przepraszam, ale nie potrafię się dogadać z Lilit. Staruszka wzięła na bok mieszkankę wyspy i zaczęła z nią rozmawiać w jakimś obcym języku. -Na tej wyspie jest wioska murzyńska, licząca około stu mieszkańców. Tylko ja i Siwa Sowa rozumiemy twój język. Ale nie martw się. Jak tylko dobrze wypoczniesz bierzemy się do nauki. Razem z twoim kolegą. - Kagulo natychmiast odpowiedział na pytający wzrok Li. Spojrzała na Jeffa, leżącego w kącie szałasu. Podeszła do niego i zmieniła mu okład. Usiadła na skraju jego posłania i delikatnie dotykała jego policzka. -Gorączka spada. - stwierdziła. -Dziwiłbym się, gdyby moje zioła nie zadziałały. Murzynka podeszła do Lory i patrząc na Jeffa, uśmiechnęła się. -Handsome. "Nawet bardziej niż przystojny." - pomyślała Lora i odpowiedziała Lilit uśmiechem. Gdy młoda mieszkanka wyspy znikła za drzwiami, Siwa Sowa powiedziała do Lory. -Do czasu, aż nie nauczycie się tutejszego języka, tubylcy nie będą o was nic wiedzieli. Wyjątek stanowi Lilit. -Uczy ją pani angielskiego? -Tak, ale potrafi powiedzieć tylko kilka słów. -Do mnie powiedziała aż trzy. White woman i Handsome. -To i tak dużo. -Pani jest taka miła... kim pani właściwie jest? -Na wyspie nazywają mnie Siwą Sową. -Siwa od koloru włosów, a Sowa od mądrości, tak? -To był pomysł Kaguli, ale zgodziłam się. Tutejsi ludzie twierdzą, że wszystko co ja powiem, jest święte. -Jedyna osoba, która tak nie uważa to wódz wioski, Morikon. - dodał Kagulo. -Głupi z niego trzpiot i myśli, że pozjadał wszystkie rozumy. Ale opowiedz coś o sobie. -Może zacznijmy od tego, że nazywam się Loraine Wenley, przyjaciele mówią na mnie po prostu Lora. Siwa Sowa usiadła na krzesło. -Jak się nazywasz?... -Loraine Wenley. Wszystko w porządku? -Czy twoja mama, nazywa się może... -Mary Wenley -I ma siostrę, Amandę? -Tak. Skąd pani wiedziała? -Toż to moje córeczki... -Babcia?! - Lora kucnęła przy Siwej Sowie. -Opowiadaj co tam jest na świecie, a przede wszystkim jak się wam żyje! Lora opowiadała babci, przez ponad godzinę wszystko co przeżyła, co wie na temat mamy i ojca. -Czyli cała rodzina wplątana jest w gang? -Można powiedzieć. -To już kolejne pokolenie Renegisów, Veroy'ów i Wenley'ówien rywalizuje między sobą i stoi na polu bitwy przeciwko sobie! -Nie zupełnie. Nie wszyscy są przeciwko sobie. -Proszę? -Otóż ja i Tom... -Jaki Tom? -To znaczy on jest we mnie zakochany, ja chyba w nim też, tylko, że nie udaje mi się go nawrócić z gangsterskiej drogi... -Jaki Tom?! -Taki ładny... brunet, niebieskie oczy, sympatyczny głosik. Tylko nazwisko okropne i za bardzo wierzy Wernerowi. -Dziewczyno! Zakochana jesteś tak jak twoja matka, jak ja, jak kilka wcześniejszych kobiet i jak żona Renegisa. -Przyszła... -Kto przyszedł? -Nikt nie przyszedł. Mówię, że przyszła żona Renegisa. Toma. Babcia spojrzała na wnuczkę ze zdziwieniem. -Żona Renegisa Richarda nie Toma. Nazywała się Natasza Helashka i wcale nie była jego przyszłą żoną. Małżeństwem byli do końca swoich dosyć krótkich, nietypowych żyć. -Wiem, że moi przyszli teściowie już nie żyją i wiem jak do ich ślubu doszło. Tym razem to ja chcę porwać Renegisa, a nie on mnie. To znaczy on też chce, ale nie jest w stanie tego zrobić. -Wnusiu, czy ja dobrze rozumuję, że ty planujesz swoje małżeństwo z synem Richa Renegisa? -Dokładnie tak. Tylko, że wcześniej rozwalę Grzybicę i nie pozwolę Tomowi bawić się w gangsterskie rozróby. -Kagulo! Czy ty słyszysz, co też moja szalona wnuczka sobie wymyśliła? -Słyszę. I myślę, że to może nie tylko położyć kres gangowi, ale również i sporowi między rodzinami. -Co z tego, że spór między-rodzinny zostanie zażegnany, skoro ze skłóconych rodzin prawie nikt już nie żyje? Tom jest sam jeden, a jeśli szybko nie wrócę na kontynent i zacznę działać, to z rodu Wenley'ów i Veroy'ów zostanę tylko ja, Amanda i ty, babciu. - podsumowała Lora. - Makabryczna sytuacja. Lora zamilkła i zmieniła Jeffowi okład. Po chwili, nie odrywając wzroku od marynarza, kontynuowała swoje głośne rozważania. -Powoli zaczynam myśleć, że mogę już nie mieć po co tam wracać. Werner nienawidzi Toma, dlatego, że jest jego następcą, a chce, żeby po nim szefem został Rudy. Rudy to taki koleś, który mnie śmiertelnie wkurza. Jeżeli mam jakieś problemy z gangiem, to tylko wtedy, gdy on nadzoruje akcje, albo sam na mnie napada. Dlatego ojciec wykorzysta sytuację, że mnie nie ma i usunie Renegisa. -A Amanda? -Ciotka ma Nicka, a ja im przeszkadzam. Muszą się o mnie troszczyć i mają mało czasu dla siebie. Nie chcę być dla kogoś ciężarem. Tutaj mogę przynajmniej pomóc i mam kogoś, kto jest bardzo miły i jako o żonę na pewno będzie potrafił o mnie zadbać. -Świat cię potrzebuje. Sama mówiłaś, że od kiedy ty się pojawiłaś na scenie "Koalicji przeciwgrzybicznej", sytuacja gangu pogorszyła się pod względem materialnym, moralnym i zmalała ilość gangsterów. -Tak, ale razem z moimi sukcesami, ludzie zyskiwali odwagę i wiarę w siebie. Poradzą sobie beze mnie. -Jak uważasz. Siwa Sowa wyszła z szałasu, Kagulo schował się w pokoju oddzielonym od głównego pomieszczenie skórzanym parawanem. Lora chwyciła dłoń Jeffa. Przytuliła ją do swojego policzka. Z każdą chwilą coraz bardziej się zakochiwała. W momencie, gdy zmieniała okład, powieki Jeffa zaczęły lekko drżeć. Lada chwila i mógł już się obudzić. -Kagulo... -Tak? - zza parawanu wychyliła się jego głowa. -Możesz być przy nim przez chwilę? Nie chcę, aby pierwszą osobą, którą zobaczy, była ja. -Nie rozumiem… czemu? A zresztą dobrze. Lora wyszła przed szałas. Ujrzała Siwą Sowę w ogródku, wyrywającą drobne chwasty. Podeszła do niej. -Palnęłam coś głupiego, prawda? - powiedziała przyłączając się do czyszczenia grządek. -Nie. Nie rozumiem cię do końca. Ale nie martw się. To normalne. Mnie w twoim wieku też nie rozumiano. -Babciu... Jak tutaj trafiłaś? -Jakoś tak całkiem przez przypadek. Płynęłam statkiem, nagle zerwał się potworny sztorm, statek zatonął i tylko ja i twój dziadek się uratowaliśmy. Wówczas na wyspie mieszkali Santurowie, plemię indiańskie, z którego wywodzi się Kagulo. Przyjęli nas ciepło i tak już zostało: ktokolwiek tu przybywa jest mile widziany i traktowany jak ktoś wyjątkowy. Ja i Romuald Kirke, wzięliśmy ślub zgodnie z indiańskimi zwyczajami. Po jakimś czasie przypłynął statek z pięćdziesięcioma czarnoskórymi ludźmi. Dzielili oni wyspę w zgodzie z Indianami. Nie cały tydzień po ich przybyciu na wyspę, Santurowie zaczęli chorować na dziwną chorobę. Ojciec Kaguli, wówczas Młodego Kojota, był czarownikiem plemiennym. Przygotowywał on różne mikstury, które miały uleczyć chorych. Kagulo po kryjomu próbował wszystkie ziołowe wywary i tym sposobem uodpornił się na dziwną chorobę. Santurowie zaczęli umierać jeden po drugim. Padali jak muchy. Nie nadążaliśmy ich chować. Na wzniesieniu za szałasem i w lesie wokół wioski jest cmentarz. Przeżył tylko Młody Kojot, ale zmienił swoje imię na Kagulo, gdyż jego pierwsze imię za bardzo przypominało mu jego rodzinę. I od tego czasu na wyspie mieszkają murzyni, którzy przypłynęli tutaj jakieś dwadzieścia lat temu oraz ich dzieci. -No i wy. -Ja do dzisiaj, a Romuald z Mary i Am popłynęli na kontynent. Tak jak murzyni jako jedyni przybili do brzegu szczęśliwie, tak samo, Romuald z dziećmi, jako jedyny szczęśliwie dopłynął do celu. Rozmowę przerwał Kagulo. -Obudził się! Chodźcie! Lora uśmiechnęła się. Chwyciła babcię pod rękę i ruszyły w stronę szałasu. Gdy tylko weszli do środka, Jeff słabym, ochrypniętym głosem zawołał: -Lora... -Cicho... - Lora pędem zjawiła się obok marynarza. Uśmiechając się do niego dotykała bladego policzka. -Nic nie mów. -Zjesz coś i pośpisz jeszcze. - powiedziała Siwa Sowa stanowczo. -Jak tu spać, szanowna pani, gdy cudowny anioł raczy mnie swym boskim spojrzeniem? -Cicho... - powtórzyła Lora. - Zjesz i zaśniesz. A jak będziesz całkiem zdrowy to nie raz na siebie popatrzymy. -Jak sobie życzysz. Nie śmiem... -Cicho... - Li położyła palec na jego ustach. Jeff umilkł. Kagulo podłożył pod głowę coś w rodzaju poduszki, a Siwa Sowa przyniosła miseczkę zupy. Właściwie było to papka z nie wiadomo czego, która ani nie wyglądała, ani nie smakowała dobrze. Do tego śmierdziała okropnie. Ale Jeff jadł. Jadł, bo karmił go anioł. -Śpij. - Lora pocałowała go w gorące czoło i wyszła przed szałas. Po chwili dołączyła do niej Siwa Sowa z Brutusem. -Zasnął i śpi jak niemowlę. -Co było w tej... zupie? -Świństwo, prawda? Dodałam kilka ziółek, które nadały tego smaku i mocnego aromatu. On musi być mocno w tobie zakochany. Ja bym tego w życiu nie zjadła. -Ale to mi się nie podoba. -Co i czemu? -To miał być tylko mały flircik, a nie wielka miłość. -To żeś się wkopała. Nie pomogę ci w tym. - roześmiała się Siwa Sowa. -Babciu, ile miałaś lat, gdy tu trafiłaś? -Ponad dwadzieścia. -I od razu wiedziałaś, że Romuald jest ci przeznaczony? -To znaczy... mieszkaliśmy w takim małym szałasie we dwójkę. Któregoś wieczora zaczęliśmy się sobie zwierzać z tego, co nas dręczyło. I tak się zaczęło. Po kilku dniach zauważyliśmy, że wiele nas łączy. Interesowaliśmy się tymi samymi sprawami, to samo nas bawiło i denerwowało. A taka prawdziwa, świadoma miłość rozkwitła na tej małej plaży, gdzie sztorm wyrzucił ciebie i Jeffa. Romuald oświadczył mi się. Wódz plemienia udzielił nam ślubu. Minęło dziewięć miesięcy i urodziły się Mary i Amanda. Wódz nadał im indiańskie imiona: Am - Samotna Lwica, a Mary - Cierpiąca Lilia. -Pasują. Mama cierpi z powodu ojca i jest piękna jak lilia. Co do ciotki to była nie zdobyta do momentu gdy poznała Nicka. Ale charakter został lwicy. Zawsze pasjonowały mnie indiańskie zwyczaje, ale nigdy nie rozumiałam w jaki sposób nadawano imiona, które prorokowały ich przyszłość. -Dla mnie to również pozostało tajemnicą, ale tyle razy o tym myślałam bez skutku, że już nie bardzo wiem czy to ma jakiś sens. -Ktoś idzie. - poznała Lora po reakcji psa. - Brutus, leżeć. W wysokich trawach nie było go widać. Lora ukucnęła przy nim i gładziła go po głowie. Usłyszała dziecięcy śmiech. Siwa Sowa powiedziała coś, po czym zwróciła się do Lory. -Możesz już wstać. Powiedziałam im, że wczorajszy sztorm wyrzucił na brzeg jakieś zwłoki i przechodzimy okres kwarantanny. Przez cztery dni nikt się tu nie zjawi. Babcia z wnuczką rozmawiały o tym i owym. Chodziły po ogródku, zaszły aż na małą plażę. -Wiele statków rozbija się płynąc w te strony. Sztorm pojawia się wtedy, gdy ktoś płynie. Przy odrobinie szczęścia kilku rozbitków trafia na naszą wyspę, lecz znika bez śladu. Tubylcy wymyślili sobie, że pierwszym rozbitkiem, który przeżyje będzie biała kobieta. Warunkiem jest tylko posiadanie nietypowego towarzystwa. Chodzi o dużego zwierzaka i przystojnego sługę. Lora uśmiechnęła się. -W takim razie przeżyję. Słońce zachodziło. Siwa Sowa zarządziła natychmiastowy powrót do szałasu i przymusowy sen, ale Lory do spania nie trzeba było namawiać. Zasnęła bardzo szybko i głęboko. Minęło kilka godzin. Wenley'ówna ocknęła się. Przyczyną był Jeff. Zaczął go męczyć kaszel i nie mógł spać. Podeszła do niego. Sprawdziła temperaturę. Pomiar na rękę był prawie pozytywny. Była tylko lekko podwyższona. -Ładnie żeś się zaprawił. -Wykorkować idzie. -To trochę przeze mnie. Wymusiłam na tobie tą szaloną podróż, małą łódeczką po wzburzonym morzu... -Tak. Ale z drugiej strony, mógłbym być teraz smacznym obiadkiem dla rekinów. -A tak trawi cię jakieś choróbstwo. -A tak żyję i jestem z tobą. To jest dla mnie najwspanialszym lekarstwem. I miał wtedy rację. Im więcej, im dłużej spacerowali, rozmawiali ze sobą, tym lepiej się czuł. Za to z Lorą było nienajlepiej. Jeff w wielu sytuacjach swoim zachowaniem przypominał jej Toma. Wieczorami zdarzało jej się odejść samotnie na małą plażę i siedzieć tam do późna płacząc w milczeniu.

22. WHITE WOMAN, BIG ANIMAL AND HANDSOME DO SZEŚCIANU

Tydzień po owym strasznym sztormie Jeff był już całkiem zdrowy. Razem z Lorą wyręczali Kagulę i Siwą Sowę prawie ze wszystkiego. Szałas był wysprzątany jak nigdy dotąd, w ogródku ani grama chwastów, krzaczki ładnie przycięte, wszystkie ciuchy wyprane i starannie złożone na półkach, naczynia czyściutkie, włosy gospodarzy zdawały się już nie siwieć tak szybko, a wieczorami, przy wspólnej kolacji wesoło było jak nigdy dotąd. A i nauka murzyńskiego języka szła dosyć dobrze. To znaczy szła dobrze dopóki uczniowie się tym interesowali. Gdy zaczęli wpatrywać się w siebie, a świata po za sobą nie widzieli, to Siwa Sowa i Kagulo mogli sobie mówić co chcieli i jak chcieli. Do zakochanych i tak to nie docierało. -Ja mam pomysł. - stwierdziła zniecierpliwiona babcia. - zrobię wam pół godziny przerwy. W tym czasie pójdziecie się przejść po wyspie i możecie patrzeć tylko na siebie. -Możemy iść? - ucieszył się Jeff. -Tak, ale mam dwa warunki. Cały czas myślicie o sobie, a świat na zewnątrz istnieje tylko dlatego, żeby was ktoś nie zobaczył, to raz. A dwa to po powrocie zajmujecie się nauką i ani razu nie wolno wam spojrzeć na siebie w ten sposób jak robicie to teraz. Dotarło do tych waszych pustych z miłości łbów? -Tak, babciu! - Lora ukochała Siwą Sowę i razem z Jeffem popędzili w górę rzeki. Gdy zgubili z oczu szałas, zwolnili trochę i zaczęli rozmawiać. -Jesteśmy ze sobą tyle czasu i nie nadarzyła się jeszcze okazja, żeby dowiedzieć się czegoś o sobie. - zauważyła Lora. -No to może ja zacznę? Moja historia króciutka, bo oprócz ciebie nic ciekawego mnie nie spotkało. No więc, jeśli dobrze pamiętam, moi rodzice poznali się podczas jakiegoś rejsu. Ojciec był wtedy początkującym marynarzem, podobnym do mnie. Mama wraz ze swoimi koleżankami płynęły na wycieczkę. Wszystkie się w nim podkochiwały. Ale on upatrzył sobie właśnie moją matkę. Zbajerował ją szarmanckim zachowaniem, kilkoma komplementami, słodkim uśmieszkiem. W efekcie zgodziła się pójść z nim do łóżka. Gdy po jakimś czasie spotkali się ponownie, okazało się, że jest w ciąży. Ojciec chciał uciec, bo był jeszcze młody i niekoniecznie mądry. Wsiadł w pociąg, ale na następnej stacji przesiadł się i wrócił. Kupił pierścionek zaręczynowy, oświadczył się i po dwóch miesiącach wzięli ślub. Termin porodu nałożył się z daleką, dwutygodniową wyprawą ojca, dlatego mama popłynęła z nim. No i urodziłem się. Na niewygodnej koi. I może wydać się śmieszne, że imię dostałem po psie kapitana. -A chociaż ciekawy był ten piesek? -Zwykły kundel, ale całkiem sympatyczny. Przeżył razem ze mną dziesięć lat. Razem z ojcem i matką płynąłem prawie każdym rejsem. I któregoś dnia złapał nas sztorm. Matka, kapitan i pies utonęli, a wszyscy inni się uratowali. Ojciec został kapitanem, a ja przez pięć lat siedziałem na lądzie i zostałem klasowym, a nawet szkolnym prymusem. W tym roku wróciłem na statek, żeby pomóc ojcu. Kasy na dalszą naukę nie było, nie ma i nie będzie. Zostałem sam. -Też tak myślałem, gdy zamordowali moich rodziców... -A Werner? -Werner żyje niestety i więzi mamę. Zamordowali moich przybranych rodziców. I brata. -Kto mógł to zrobić? -Mój prawdziwy ojciec. A właściwie to na jego polecenie zabił jego przyjaciel. Nie zdążyłam rozpaczać, bo oto poznałam siostrę mojej prawdziwej mamy. A miesiąc przed śmiercią przybranej rodziny zaczęłam dzieło niszczenia gangu Grzybicy. - Lora zatrzymała się. - A skąd ty właściwie wiesz, że Werner jest moim ojcem? -Bo tego... -Słucham? -Bo gdy on przyszedł do mojego taty i nakazał mu przewieźć cię gdzieś, byle jak najdalej, do taki niski rudy koleś powiedział mi w tajemnicy kogo przewozimy. -Niski, rudy, tak? -No. -I co jeszcze ci mówił? -Że Werner nie wie, że jesteś jego córką, no i powiedział, że się nazywasz Loraine Wenley Veroy. I później dodał, że możemy zaoszczędzić na jedzeniu, nie karmiąc cię. Podróż miała trwać około czterech, pięciu dni. Tata planował traktować ciebie jak córkę, ale wolał nie prowadzić konwersacji z gangsterami. Puścił to mimo ucha. Kiedy statek ruszył, ten rudy krzyczał jeszcze, że tanio za godzinę bierzesz, twoją specjalnością jest szorowanie pokładu i lubisz okaleczać mężczyzn, w czułych miejscach. Ojciec machnął tylko ręką, a ja pomyślałem, że w tym co mówił nie było grama prawdy. -Wydaje mi się, że jeden gram był. Ten rudy i jego ciotowaty kumpel wiedzą dobrze, że trzeba uważać przy mnie na słowa, bo jestem nerwowa... dzieci już mieć nie będą, to więcej niż pewne. -To musiało boleć... -Bo miało. Zasłużyli sobie. Ludzie są różni. Do póki mi nie przeszkadzają, ja nic nie mam przeciwko takim co kochają inaczej. To ich życie, ich sprawa. Ale tych dwoje, a może te dwie, albo "to" dwa, za nadto mi za skórę zaleźli. Nie podaruję draniom. Ale wśród gangsterów nie oni mnie martwią najbardziej... -A kto, jeśli wolno? -Nie chcesz wiedzieć. -Chcę. Każda prawda, nawet najgorsza, jest lepsza od niewiedzy. -Otóż zostawiłam kogoś, kto zaraz po najbliższej rodzinie jest, a właściwie był, bardzo bliski memu sercu. Lora zamknęła oczy i przypomniała sobie Toma, każde spotkanie z nim, wszystko co mówił. Nie wiadomo dlaczego, ale teraz gdy go nie było, czuła jak bardzo jej go brakuje. Usiadła na trawie zakryła twarz rękoma i rozpłakała się jak dziecko. Jeff usiadł obok niej i objął ją ramieniem. -Kochasz go? Li nic nie odpowiedziała. Nie mogła powiedzieć "nie", bo serce nie pozwoliło kłamać, ale nie mogła powiedzieć "tak", gdyż serce biło teraz też dla Jeffa. -Jeżeli kochasz go to ja zrozumiem i zniknę. Chcę żebyś była szczęśliwa... jedno słowo. -Jestem szczęśliwa. Ale serce nie sługa, w dwie strony bije. Ani zdecydować, ani rozerwać się nie może. Że on kocha to wiem, bo kocha aż za mocno, do szaleństwa. Nie zdrowego szaleństwa. - westchnęła. - I jest gangsterem. - podniosła głowę i zapytała się Jeffa. - A ty? Naprawdę nie masz kogoś kto podoba ci się tak mocno, że zasnąć nie umiesz? -Jak miałem czternaście lat, to zakochałem się w koleżance z klasy. Szybko zrozumiałem, że nic nie jest warta. Mimo to cierpiałem przez dwa miesiące i przyrzekłem sobie, ze nigdy się nie zakocham... i udawało mi się to do ostatniego rejsu. Ale nie jestem gangsterem czy też innym twardzielem. Jestem marynarzem i to bez statku. Bez najmniejszych horyzontów na cokolwiek. Odwrócił głowę i czekał. -Głupi jesteś. - podsumowała Lora. - Tom jest gangsterem, ale nie za to go kocham. Za to go nienawidzę. Mimo tego, że kocha, nie potrafi zrezygnować dla mnie z czynienia zła. - wstała. - Wracajmy. Miało być przyjemnie, a wrócimy pokłóceni. Nie czekając na Jeffa, ruszyła w stronę szałasu. Marynarz ocknął się po chwili i pędem ruszył za Lorą. Złapał ją za rękę i zatrzymał. -Zapomnisz? -O czym? -O wszystkim... - nie czekając na odpowiedź pocałował ją i nie puszczając jej ręki wrócili bez słowa do szałasu. Dalsza nauka toczyła się w milczeniu, natężonym skupieniu, a młodzi nie spojrzeli na siebie ani razu, co zaskoczyło Siwą Sowę. Po miesiącu zarówno Lora jak i Jeff, umieli język obowiązujący na wyspie na tyle, żeby poradzić sobie w codziennym życiu. Siwa Sowa rozpowiedziała w wiosce, że już nie długo przybędzie biała kobieta, duże zwierze i przystojny. Wszyscy, oprócz wodza, uwierzyli w tą bajeczkę, dlatego należało poczekać na sztorm i następnego dnia pojawić się w wiosce. Któregoś wieczoru, do szałasu wpadła Lilit. -Siwa Sowo! - zawołała od wejścia. -Co się stało? -Wiatr wieje coraz mocniej... na horyzoncie widać wielkie kłębiaste chmury. -Więc wracaj do wioski. Jutro nastąpi zmiana władzy w wiosce. -White Woman? -Oczywiście, tylko nic nikomu nie mów. No, zmykaj! Lora wymyśliła plan, który miał ułatwić jej zdobycie zaufania tubylców. Skonsultowała się z babcią, Kagulem i Jeffem. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że to dobry pomysł. Długo nie trwało jak rozpętało się piekło na morzu. -Idźcie spać. - stwierdziła Siwa sowa stanowczo. -Ależ babciu... -Lora! Nie zachowuj się jak dziecko. Marsz do pokoju i spać! Protesty byłyby już tylko stratą czasu, dlatego też po chwili w "kuchni" pozostała tylko starszyzna wyspy. Li odsłoniła okienko. Oparła się o coś jakby parapet. Na dworze padał deszcz, wiał silny wiatr, a z daleka docierały huki grzmotów. Morze szalało, uderzało o brzegi wyspy. Po chwili podszedł do niej Jeff. Niepewnie dotknął jej ramion. Nie widząc jednak sprzeciwu Lory objął ją i zaczął mówić szeptem. -I pomyśleć, że miesiąc temu o mały włos byśmy podczas takiego sztormu nie utonęli. -Tak. Jak sobie tak patrzę, to wyobrażam sobie jak ktoś przeżywa teraz ciężkie chwile… -Tak jak my wtedy? -Właśnie. - kiwnęła. -Chyba nigdy nie zapomnę tamtego dnia… właściwie tamtych kilku chwil. -Niech zgadnę jakich… - odwróciła się. Patrzyli sobie w oczy. Odległość kilku centymetrów właściwie mówiła, co zaraz się stanie, ale Lora opanowała się. - Babcia może wejść w każdej chwili. -Przez twoją babcię mam uschnąć? Li westchnęła. Odwróciła się do okna. Po chwili dało się słyszeć głos Siwej Sowy z jadalni. -Śpicie? -Jeszcze nie. - słodkim głosem odpowiedziała wnusia. -Spać mi i to już! Jutro pokazujecie się w wiosce, musicie dobrze wyglądać. -Dobrze, babciu! Lora zdecydowała się jednak uratować Jeffa od schnięcia. Słodki "całusek", przerwało szurnięcie krzesła w kuchni. Brutus szczeknął. Oboje pędem wrócili bez słowa do swoich łóżek i udawali bardzo sennych. Do pokoju wparowała Siwa Sowa. -Nie zróbcie jakiegoś głupstwa, Lora. Masz dopiero szesnaście lat. -Babciu! Czy ty myślisz, że moglibyśmy być tak głupimi, żeby to zrobić bez zastanowienia? -Tak głupimi to nie. Tylko trochę bardziej. Ale mimo wszystko wierzę w wasz rozsądek. Dobranoc. Kiedy wyszła, Jeff podsumował: -Nad opiekuńcza. -Wcale nie. Dalszej rozmowy już nie prowadzono, bo podejrzenia, iż Siwa Sowa stoi pod drzwiami, okazały się prawdziwe. Wreszcie wszyscy zasnęli. Prawie wszyscy. Oto na małej plaży, tej samej, na którą morze wyrzuciło Lorę i Jeffa wraz z psem, leżały dwie osoby. W mroku nocnej burzy, nie było widać, kto to jest. Byli jednak przytomni. Mimo olbrzymiego wycieńczenia nie spali. Była może godzina trzecia nad ranem, gdy jeden z rozbitków zasnął. Drugi był w ciężkim szoku i nie zdawał sobie sprawy z tego, co się wokół niego dzieje. Ocknął się po jakiejś godzinie, podniósł i rzucił na towarzysza, wyrywając go brutalnie ze snu. -To przez ciebie! - krzyczał. Jako iż zaatakowana osoba nabrała odrobinę siły, zdołała odrzucić od siebie napastnika. -Bicie się nic nam nie pomoże. Ostatnio nawet mocno przeszkodziło. Trzeba współpracować. -Z tobą?! -A z kim innym? Nie wiem czy pamiętasz, ale gdyby nie ja już byś nie żył. Niebiescy by cię ubili, a szef nawet palcem nie kiwnął, żeby cię ratować. -Nie była to twoja zasługa. To ona mnie ocaliła. Zamilkli. Morze się uspokoiło, chmury odsłoniły blady księżyc. Widać było wyraźnie, iż dwaj rozbitkowie są dosyć młodymi mężczyznami. Jeden miał ciemne włosy, a drugi jasne. -Ciesz się, że w ogóle żyjemy. - rzucił po chwili jasnowłosy. -Tak, cieszę się. Ale szkoda, że cię jakieś rekiny nie pożarły. -Jakiś ty miły, aż się nie dobrze robi. Ciemnowłosy sięgnął do kieszeni. -Cholera! Telefon zalało, a broń szlak trafił. -Uspokój się. I tak nie miał byś zasięgu. Pomocy nie wezwiesz. A broń na cholerę ci potrzebna na wyspie. -Mógłbym cię zabić. -Nie będziesz miał okazji. -To się okaże. Nie konsultując się ze sobą, ruszyli przez kamienne wzniesienie. Szli lasem. Ciemnowłosy był podenerwowany, spięty, obojętny na to, co go otaczało. Jego kolega, wręcz przeciwnie: wyluzowany, uśmiechnięty i wrażliwy na piękno przyrody. -Może odpoczniemy? Nie daj Boże spotkamy tutaj wrogo nastawionych tubylców… -Pietrasz? -Nie, ale nie chcę łatwo się poddać. Do obronny potrzebna jest energia, a energia sama nie przyjdzie. Godzinka snu przyda się zarówno mi jak i tobie. -Nosz, kurde! Rację masz. -Z trudem przyszło ci przyznać mi rację, co? Przyjacielu… - parsknął jasnowłosy. Usiedli pod drzewem i zasnęli. Jasnowłosego obudziły ostre promienie słoneczne. Szturchnął kumpla. -Wstawaj. Teraz dokładniej widać było barwę ich włosów. Szatyn i brunet. Mieli nawet sympatyczny wyraz twarzy. Zagłębiali się w las coraz bardziej. Nagle zza drzewa wybiegła murzynka, znana nam już Lilit. -Przepraszam gdzie my jesteśmy? - zapytał się Brunet. Lilit nie zrozumiała. Zaczęła krzyczeć

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych