Wróć do katalogu

GWIAZDA ZARANNA

Rozmowa z Ojcem. O niebie i o chlebie.

tsole, opublikowano , 15 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Dedykacja: Rodzicom

Furka toczyła się niespiesznie wyboistą polną drogą, która spała jeszcze, opiwszy się wody z wieczornej ulewy. Zmizerowany konik stąpał z rozwagą, delikatnie rozsuwając na boki zasłonę porannej szarówki. Jakby za nic miał to, że gdzieś tam rozgniata już uśpioną przestrzeń pociąg, który za kilka kwadransów uwiezie mnie z tego sytego spokojem i ciszą zakątka. Przyroda spała. Lecz obudziły się już pierwsze zwiastuny brzasku: mgły. Wychodziły nieregularnymi obłokami z kotlinek między pagórkami. Pełne ciszy pieściły wilgotnymi muśnięciami napotykane trawy, krzewy i drzewa dźwigające na strudzonych gałęziach rumianą dziatwę owoców. Przede mną majaczyła sylwetka Ojca. Podniszczone rondo kapelusza raz po raz czerwieniało poświatą jarzącego się papierosa. Ojciec postanowił odwieźć mnie na stację mimo mych gwałtownych protestów. Zapewne udałoby mi się postawić na swoim, gdyby nie wieczorna burza. - Jakże to tak! Zabłocisz się po pas - perswadował z uporem. - Przecież pójdę na skróty, ścieżkami... - Ścieżkami?! Wiesz, jakie tam teroz trowy? A wszystko mokre, Zresztą gdzież to na skróty tak po ciemku? Ni ma mowy. - Ależ, Tato! Nie mam sumienia wyciągać Was z łóżka w środku nocy! Może poproszę Wiktora... - Ani mi się waż! Wiem, że to jego dom, ale przecież jesteś moim gościem, nie? Spojrzał na mnie z tym wyrazem twarzy, jaki pamiętam z dzieciństwa, wyrazem oznaczającym zawsze bezapelacyjny koniec dyskusji. Bruzdy i zmarszczki poorały twarz, lecz spojrzenie, jak dawniej, pełne było surowej stanowczości. Ucieszyło mnie to, bo przez cały mój pobyt na wsi Ojciec sprawiał wrażenie rozklejonego starca, który zużył już całą swoją energię. A teraz dojrzałem w Nim owego niebotycznie wysokiego herosa, którego mocarne ramiona uniosły w górę, przenosząc nad kałużami mnie, trzyletniego malca, gdy szliśmy razem - pamiętam to dobrze - na sumę do kościoła. Uległem więc pod naciskiem tego spojrzenia, bo było to we mnie jak odruch warunkowy. Uległem, przeczuwając, że moja zdecydowana odmowa zabolałaby Go najbardziej. A teraz kiwamy się zgodnie, posłuszni rozkazom wyboistej drogi. - Żniwa przebiegły sprawnie - zagadnąłem, chcąc odeprzeć niespodziewany nawrót senności. Ojciec machnął ręką z rezygnacją. - Jakie tam teroz żniwa, synu. Sam widziołeś. Przyjechoł kombajn i po paru godzinach robota skończono. Więcej jego smrodu i hałasu niż żniw... Przypomniałem sobie Ojca, jak stał na skraju miedzy jakoś zagubiony, onieśmielony, nikomu niepotrzebny w wesołym zgiełku młodych przebijającym się przez ryk kombajnu – i ogarnęło mnie wzruszenie. - Inne czasy, Tato... Ojciec odwrócił się. - Czasy, powiadosz. Możliwe. Teroz wszystkiemu winne są czasy. Ale powiedz mi - takiś w końcu uczony - czy to tak musi być? Czy te czasy muszą zabijać wszystko? - Zabijać? Ojciec milczał chwilę. - Jo ci tego nie umiem wyonaczyć, bom człowiek prosty - rozpoczął, ociągając się, jakby przełamywał jakiś wewnętrzny opór. - Alem dużo myśloł ostatnio i nijak mi sie to we łbie nie chce poukładać. Myśle - pójde do Księdza Proboszcza... alem nie poszedł. Bołem sie, że mnie od heretyków zwymyślo. Więc powiem tobie, boś człowiek nowoczesny i uczony chyba nie gorzej od naszego Proboszcza... - Co Wy, Tato... Czułem się zażenowany, choć dobrze wiedziałem, że nie ma tu ze strony Ojca żadnej kokieterii. - A żeś moje dziecko, to i pewnie nie wyśmiejesz – kontynuował. - Bo mnie synku skóra cierpnie na grzbiecie, kiedy słysze, jak w telewizorze gadają o tej, jak jej tam - produkcji rolnej. - Niezbyt szczęśliwe sformułowanie - zauważyłem. - Kiedy nie o to idzie synu. Tu sie coś zagubiło, zatraciło. Jak by ci to powiedzieć... Po mojemu ta robota rolnika, chłopa, ona jest jakby... święto. To jest jakieś, bo ja wiem... nabożyństwo. Ojciec zamilkł, wyraźnie czekając na moją reakcję. - I co, synu? - spytał, nie doczekawszy się jej. - Jest to herezja czy nie? - Herezja? Skądże. Raczej poezja. - Poezja, poezja... - Ojciec smakował to słowo, lecz degustacja najwyraźniej nie wypadła pomyślnie - widzisz, ty mnie chyba nie będziesz umioł zrozumieć, choć rozumy na tych tam studiach pozjadałeś. Aleś przecież nigdy miłości do ziemi ni mioł, wiem jo to dobrze. Jak tu można o produkcji godać: pole to nie fabryka. Człowiek, owszem, orze, nawozi, sieje, ale to, co potem sie z tym dzieje - no som powiedz, ile od niego zależy. - Trochę zależy. Są przecież metody. Hodowla nowych, bardziej wydajnych czy odpornych odmian... - Nic nie rozumiesz - przerwał mi. - Jo nie o tym. To jest jak sianie i oranie. Mnie idzie o życie. To wszystko - zakreślił łuk ręką - żyje. Tak jak człowiek. Czy, my jesteśmy panami tego życia, jak jesteśmy panami tych rzeczy, co to je produkujemy w fabrykach? Nie - pokręcił głową - nie godzi sie naszej pracy nazywać produkcją rolną. Po mojemu to świętokradztwo. Milczałem, po trosze zdumiony wynurzeniami Ojca (nigdy dotąd tak ze mną nie rozmawiał), po trosze nie umiejąc odpowiedzieć. Bo o czym miałbym Mu mówić? O konsekwencjach technologizacji? O przemyśleniach Pichta, pracach Seromontiego? - I co powiesz, synu? - spytał Ojciec, znów nie doczekawszy się odpowiedzi. - Macie rację, Tato - odrzekłem. - To jest świętokradztwo. Zamilkliśmy na dłużej, czując że słowa nie są więcej potrzebne. Znów ujrzałem w myślach obraz Ojca stojącego bezradnie na miedzy...

Spojrzałem w górę. Mgły nie podeszły jeszcze zbyt wysoko i niebo kłuło wzrok iskrami gwiazd. Odruchowo odszukałem Oriona. Był jeszcze wysoko, jakąś godzinę po górowaniu, skłaniając się powoli prawą odnogą ku zachodowi. Czerwona Betelgeuse, srebrny Rigel... Wszystko jak zawsze. Od wieków gwiazdy tkwią bezlitośnie na swych pozycjach, jakby kpiąc z naszych gorączkowych poczynań. Jutro o tej porze Mały Pas Oriona nie będzie już ekscytującym skupiskiem gwiazd rozpuszczających swój blask w porannej zorzy. Jutro zamienią się one w rządki długich, suchych cyfr wystukiwanych na klawiaturze pulpitu sterowniczego. Rozbłyśnie zielony napis „ON” i biała tuba popełznie majestatycznie, celując ku nie istniejącej dla ułomnego ludzkiego oka gwieździe o bezimiennej nazwie HD 37776. Jeszcze jedna dźwignia i głodny pysk teleskopu zacznie zlizywać resztki promieniowania zrodzonego pięć tysięcy lat temu w niewyobrażalnym piekle chromosfery... - Patrzysz. Głos Ojca ściągnął mnie gwałtownie na ziemię. - Patrzę, Tato. - Jak zawsze, Od małego, jak pamiętom, ciągnęło ci ten łeb ku górze. - Nigdy się Wam to nie podobało, Tato. Ojciec pokręcił głową. - Nie to, żeby sie nie podobało. Alem nijak nie mógł zrozumieć, jaki z tego patrzenia pożytek być może. Bo jo to nie moge, synku, tak patrzeć. Zaroz we łbie mi się kręci. Dziwnie jakoś. Strasznie. Czasem tom nawet próbowoł... ukradkiem, niby jaki złodziej. Tom sie i tobie dziwowoł, gdyś tak w niebo bez żadnych... hm, skrupułów wytrzeszczoł ślepia. Czasami to mnie nawet gorszyło. - Gorszyło? - Ano gorszyło. Bo gdzie to tak: patrzeć. Niebo jest niebo. A jakeś już umyślił te... no, astronomie studiować, tom sie po prowdzie troche zeźlił. No bo kto to widzioł, żeby jeszcze na tym patrzeniu pieniądze zarabiać! Niebo jest niebo. - Och, Tato. To nie grzech, gdy chcemy coś więcej wiedzieć. - Co wy tam więcej wiecie! Podzieliliście to niebo na kawałki, niby ziemie pod uprawe. Ponazywaliście jakoś dziwnie, nie po chrześcijańsku te gwiozdy... jakby były wasze. Krowe trza nazwać, psa…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych