Wróć do katalogu

Historie mojego życia. Część 1

Odkąd nastoletnie dziewczę wpada w tarapaty, aż do końca, wiele, wiele lat później.

Sirocco, opublikowano , 35 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

PRZEDMOWA

Najchętniej pomijana, odkąd pamiętam. Uwielbiam książki, szczególnie nowe wydania, pachnące drukiem. Uwielbiam zanurzać się w nich na cały dzień i po prostu uciekać do krainy totalnie innej od znanego nam świata. Jednak nie często poświęcałam chwilę aby przeczytać przedmowę, te kilka słów, parę stron tak ważne dla autora, że postanowił je zamieścić w swoim dziele. Patrząc z perspektywy czasu - żałuję.

Sama zamieszczam jedynie krótką notatkę do tego co powstało, zamieszczam, bo może kiedyś ktoś po przeczytaniu "Historii mojego życia" otworzy właśnie stronę z przedmową i uśmiechnie się do siebie widząc to, co chcę mu przekazać; Dziękuję.

Będąc w ciąży zdałam sobie sprawę, że to jedyna i ostatnia szansa aby dokończyć owe historie, które co jakiś czas odkładam w kąt. Dziś wiem, jak ważne jest dla mnie zapisanie pustych stron do końca, wyrzucenie z siebie tego wszystkiego co ukrywałam przez wszystkie lata.

Proszę, oceń mnie, skrytykuj, bo właśnie tego chce każdy człowiek pełen grzechu.

ROZDZIAŁ 1

Odkąd tylko pamiętam - zawsze byłam w tarapatach. Mniejszych lub większych, opisywanych różnymi nazwami - ale zawsze tarapatach. I co najzabawniejsze - a zarazem najpiękniejsze - prawie zawsze wychodziłam z nich cało. Naturalnie jakiś uszczerbek na zdrowiu, psychice czy majątku zdarzał się bardzo często, jednakże z czystym sercem i sumieniem mogę powiedzieć - jestem szczęściarą. Przede wszystkim należy zrozumieć istotę tych "tarapatów". Ich istotą, powodem trwania, rozwoju, a nawet kierunku toczenia się wydarzeń zawsze była moja własna i nieprzymuszona wola. Nigdy nie rozumiałam z czego to wynika, bo na pewno nie z chęci bycia królową sytuacji, nie z tak zwanego "parcia na szkło" - czyli pragnienia popularności. Nie działo się to nawet dlatego, że chciałam być zauważona; ba! Zawsze byłam zauważana! Mój niezwykły dar pakowania się w kłopoty był swojego rodzaju sposobem na nudę - prostym, rozrywkowym oraz wyzwalającym moje prawdziwe oblicze. Jako dziecko mieszkałam z rodzicami i młodszym bratem na jednym z osiedli przedmieścia naszego miasta. Ciągłe awantury w domu, odejście ojca i trwający w nieskończoność rozwód - wywarły ogromny wpływ na moją małoletnią wtedy psychikę. W tamtych latach radziłam sobie z owymi przeżyciami w dość prosty sposób - na początku skupiłam się na nauce historii, głównie starożytnej. Później pokochałam biologię, następnie malarstwo. Kolejny był język angielski, którego uczę się i praktykuję do tej pory. Była też gra na pianinie, lekcje tańca towarzyskiego, niezliczona ilość wszelkiego rodzaju książek - nie tylko dla dzieci, oraz głównie i przede wszystkim - muzyka. Zatapiałam się w liryki i melodię, starając się rozumieć co poeta miał na myśli, chłonąc każdą nutę i wyobrażając sobie historię opowiadane w piosenkach. Z czasem zauważyłam, że nadmiar zajęć nie zastąpi mi prawdziwego życia, takiego jakie miały moje koleżanki - tatusia, mamusi, obiadów na szkolnej stołówce (których ja nigdy nie jadłam, bo miałam w domu), wiecznych szlabanów i kar. I właśnie któregoś z fantastycznych wiosennych dni, kiedy czuło się zbliżające się już lato i wakacje, postanowiłam, że muszę coś zmienić w moim życiu. Idąc drogą prowadzącą ze szkoły na przystanek autobusowy, rozmyślałam nad własnym życiem. Chociaż nie były to przemyślenia Platona czy Sokratesa, (w końcu miałam zaledwie 12 i pół roku) wywarły one ogromny wpływ na moim życiu i dalszych poczynaniach. Albowiem tego dnia doszłam do przerażających wniosków - ludzie których widuję codziennie; nauczyciele, kierowca autobusu, sprzedawczyni w sklepie - żyją cichutko, skrycie, szarą codziennością, wykonując zawsze, każdego dnia przez całe lata te same czynności. Nie skarżą się, bo niby na co? W końcu mają co jeść, gdzie spać. Ale nie widzą piękna wiosennego dnia, nie czują już każdego, nawet najmniejszego promyczka słońca na skórze. Nie doceniają burzy ani delikatnej mżawki, nie czerpią z życia całymi garściami! Oni egzystują jak zwykłe osy - robotnice, nie czując żadnej przyjemności z zawodu który wykonują. Tego pięknego majowego dnia wiedziałam już jedno - nie mogę zostać tym zombie, pozbawionym ambicji. Nie pozwolę się zasegregować, zaszufladkować, nie będę żyć życiem przeciętnego człowieka! Będę brać z życia to co najbarwniejsze i najkolorowsze, spróbuję wszystkiego, a przede wszystkim - osiągnę jakiś CEL! Jaki? Tego wtedy jeszcze nie wiedziałam, ale jednego byłam pewna. Majowego dnia zostałam mianowana królową życia, ponieważ jakaś dziecinna myśl (wtedy potraktowana jako głos boski lub anielski) dyktowała mi najważniejszą rzecz w całym moim dotychczasowym życiu: Lauro, zostałaś stworzona do rzeczy WIELKICH. Niczym Juliusz Cezar lub Aleksander Wielki, będę niczym Michał Anioł w spódnicy, Pitagoras oraz Kuba Rozpruwacz, Casanova czy też Che Guevara. Będę KIMŚ, niezależnie od "strony mocy" po której będę zmuszona stanąć. BĘDĘ KIMŚ. Tamtej nocy pamiętam, że nie mogłam zasnąć. Rozmyślałam o tym, od czego zacząć, jak postąpić, czym się zająć? Jaki obrać kierunek, no i przede wszystkim - kiedy nastąpi wreszcie TA RZECZ, ta wielka RZECZ, która ma odmienić moje życie i sprawić, że poczuję się spełniona? Teraz wiem coś jeszcze - to właśnie tamtej nocy wybrałam swój żywioł, i właśnie wtedy został na mnie zesłany ten magiczny dar - pakowania się w tarapaty. Nie minęło w sumie wiele czasu, zaledwie kilka tygodni, a byłam już o krok bliżej mojego wymyślonego celu. Mimo, że cel ten wciąż nie miał ani rąk ani nóg, wiedziałam, że nic mnie do niego tak bardzo nie zbliży jak posiadanie ZNAJOMOŚCI. Nie takich szkolnych, zwyczajnych, koleżeńskich. Wzorując się na moim Mentorze postanowiłam poznać jak największą liczbę osób z różnych środowisk, w różnym wieku, o różnych zainteresowaniach. Doszłam do prawdziwego w sumie wniosku, że mając szerokie grono kolegów i koleżanek, kiedyś, w niedalekiej przyszłości, przyda mi się ono do wspięcia się na sam szczyt. Mój Mentor był osobą z mojego bliskiego otoczenia. Nie był członkiem rodziny, ani jej przyjacielem. Był kimś nieznanego pochodzenia, który istniał w moim życiu od zawsze, wplatał się w moje losy i pozostawał w nich na zawsze. Mentor miał wtedy 30 lat i mnóstwo znajomych. Był przystojny i obeznany w niemalże każdej dziedzinie życia, nigdy nie potrafiłam odgadnąć gdzie nabył te szerokie informacje. Był to człowiek o złotym sercu, pomocny i uczynny, ale tylko w stosunku do mnie. Cała rzesza jego „przyjaciół” była dla niego niczym, zwykłą kupą ciał, kończyn i rąk, które wykorzystane w odpowiedni sposób i w odpowiednim czasie mogą okazać się użyteczne. I tak to Mentor znał policjantów, detektywów, prawników i jednego sędzię, notariuszkę i kilku lekarzy. Dwie lub trzy pielęgniarki, wykładowców na uniwersytetach, nauczycieli w podstawówkach. Najbardziej rozchwytywanego architekta w całym mieście, naszą drużynę piłkarską i jej trenera. Sam też grywał w piłkę i był całkiem niezły. Jednak jego znajomości nie ograniczały się tylko do tych wybielonych i dobrodusznych ludzi, stojących na straży edukacji, porządku i zdrowia. O nie, Mentor nie dzięki nim wzbił się na wyżyny. Człowiek ten obracał się też w towarzystwie drobnych złodziejaszków, szajek przemytniczych, pseudo gangsterów, wyłudzaczy, oszustów, właścicieli burdelów i wszystkiego tego, co było złe i ohydne dla pospolitego człowieka. Mentor za przyjaciela miał nawet mordercę na warunkowym zwolnieniu, a sam, jako osoba publiczna był nikim. Nigdy nie dowiedziałam się na czym tak naprawdę człowiek ten zarabia, czym się zajmuje oraz skąd zna tych wszystkich ludzi. I jakim cudem zyskuje ich przyjaźń będąc osobą nieobecną, odległą i w sumie zimną. Jednak nie interesowało mnie to, a nawet jeśli czasami myślałam sobie „ciekawe, skąd on zna tego człowieka”, to nigdy nie odważyłam się zapytać. Bałam się stracić taką „przyjaźń” i nie chciałam go w żaden sposób urazić. Tak czy inaczej, Mentor pozostał w moim życiu osobą tajemniczą, jakby nieistniejącą, a jednocześnie na tyle wszechmogącą, że został moim guru, idolem i autorytetem. Tak więc to za jego sprawą i pod jego wpływem doszłam do owego wniosku, do tezy która brzmiała „im więcej różnorodnych znajomych, tym bliżej do sukcesu”. I dlatego też już po kilku tygodniach od owego pamiętnego „dnia przemyśleń” obracałam się już w różnych towarzystwach, lubiana bardzo lub też wcale. Zaczęło się od tego, że wraz ze zbliżającymi się wakacjami musiałam zaplanować sobie czym będę zajmować się przez najbliższe dwa miesiące. Kolonia lub obóz odpadały – z prostej przyczyny – nigdy nie lubiłam, aby ktoś dyktował mi o której mam wstać, co zjeść i jakie zabytki zwiedzać. A chodzenie parami po ulicy w żółciutkich apaszkach uwłaczało mej indywidualności. Postanowiłam zapisać się do kilku klubów i kółek tematycznych, poszukać też jakiejś dorywczej pracy. I tak uczęszczałam ponownie do kółka plastycznego, raz w tygodniu po trzy godziny, kółka teatru nowoczesnego zwanego również „Antykomercyjnym”, raz w tygodniu po dwie godziny, oraz miałam rozpocząć pracę pod koniec lipca – jako sprzątaczka w jednej z restauracji. Na kółku plastycznym nie działo się absolutnie nic. Kilka wybitnych (we własnym mniemaniu) indywidualności stało przy sztalugach w pałacu kultury i z węglem w ręku zawzięcie wpatrywało się w kompozycję martwej natury ułożonej przez Pana Artystę Plastyka. Osobnik ten kazał na siebie mówić właśnie w ten sposób, aby podkreślić jego artystyczną duszę, oraz umiejętności którymi raczył się chwalić przy każdej sposobności. Grupa składała się z siedmiu osób, w tym mnie i Pana Artysty. Człowiek ten, zanim pozwalał nam przenosić obraz na płótno, kazał wpatrywać się w obiekt przez kilkanaście minut, kontemplując nad nim zawzięcie. Nakazywał poznać „duszę obiektu” zanim przeniesiemy go na papier i uczynimy bezbarwnym, nieciekawym, fałszywym. Każdy obraz który namalowałam był „dobry, ale…”, każdy komentarz który uczyniłam odnośnie obiektu był „prawdziwy, jednakże…”. I tak zawsze Artysta Plastyk miał rację i tłumił w nas jakikolwiek zapęd malarski. Pięciu osobników którzy wraz ze mną tkwili przy sztalugach chłonęło każde słowo naszego nauczyciela i wydawało się, że w domach, pod łóżkiem trzymają jego zdjęcie, aby nocami móc się do niego modlić. Każda burda której Pan Plastyk udzielał podopiecznym indywidualistom była dla nich nowym natchnieniem, i mimo, że nieraz polały się łzy, nikt nie zaprotestował ani nie zaprzeczył, tylko pokornie chwytał za węgielek i korygował „błędy”. Aż do tego dnia. Do dnia, w którym absolutnie nie miałam ochoty uczestniczyć w tej farsie. Cały dzień byłam zła i zdenerwowana, uciekł mi autobus, zapomniałam portfela, zgubiłam gdzieś legitymację. Do tego zajęcia plastyczne odbywały się wieczorami, wychodząc z nich było już ciemno. Wchodząc do Pałacu Kultury wiedziałam już, że dziś poleje się krew. Moja lub Pana Artysty Plastyka. Zajęcia zaczęły się jak zawsze, zajęłam miejsce przy ulubionej sztaludze i wysłuchiwałam mowy powitalnej nauczyciela. Dziś mieliśmy szkicować posążek jakiegoś afrykańskiego bóstwa, który to Pan Artysta dostał od swojej ukochanej córki dopiero co wczoraj. Posążek ten musiał mieć coś do czynienia z płodnością lub jakimiś niecnymi obrzędami, gdyż cały jego fallus wystawał spod trawiastej spódniczki i celował prosto w obserwatora. Na jego widok zaczęłam po cichu chichotać, po czym dostałam czkawki. Artysta Plastyk nakazał rozkazującym tonem abym „uciszyła swój wewnętrzny głos, gdyż nie pozwala się on innym skupić”. Jednak czkawka wcale nie przechodziła, a Pan Malarz był coraz bardziej poirytowany. Po kilku minutach nie wytrzymał, podszedł do mnie, wyrwał mi z ręki węgielek i zakazał się wynosić. Parsknęłam śmiechem, nie wiedzieć czemu czkawka przeszła. Artysta spojrzał na mnie całkiem zdenerwowany i zapytał bardzo poważnym głosem :

– Czy może pani się podzielić powodem, dla którego się pani śmieje? Chętnie też bym się pośmiał.

Przypatrzałam mu się uważnie, i zauważyłam, że z jego nosa wystają bujne krzaki włosów, których wcześniej nie dostrzegłam. Dostałam ataku głupawki, śmiałam się coraz głośniej, a Pan Plastyk robił się coraz bardziej czerwony.

- Jeśli tak bardzo bawi panią taka poważna dziedzina życia, to myślę, że to nie jest miejsce dla pani.

Tego było za wiele, jakim prawem wypraszał mnie z zajęć, za które płaciłam? Dzięki którym on mógł wykarmić swoje bachory?

- Jeśli panu się coś nie podoba, panie artysto, to może sam pan powinien wyjść?

- Proszę się spakować i nie dyskutować ze mną więcej.

- Panie Plastyk, ja PŁACĘ za te zajęcia. Wyjdę jeśli nabiorę na to ochoty.

W tym momencie złapał mnie za ramię i potrząsnął mną, a był to najokrutniejszy jak do tej pory akt przemocy wobec mnie. Odepchnęłam go z całej siły, czego najwidoczniej się nie spodziewał bo poleciał jak długi na podłogę. Pozostali rysownicy wyglądali na zmieszanych, ale nikt nie pospieszył mu z pomocą. Zanim Pan Artysta wstał, zdążyłam już spakować swoje rzeczy, i przygotować się do wyjścia.

- Zadowolona z siebie!? Obym cię tu więcej nie widział gówniaro!

Gówniaro? Nie mogłam uwierzyć w to co słyszę. Dzisiaj osobnik ten pobił dwa rekordy; pod względem przemocy wobec mnie, oraz pod względem wyzwisk w stosunku do mojej osoby. Podeszłam do niego.

- Wiesz czym jesteś? Zwykłym nieudacznikiem, pedziem, który udaje, że zna się na malarstwie. Sam nigdy w życiu nie namalowałeś nawet najmniejszego obrazu, umiesz tylko dużo gadać, a jesteś najzwyklejszym na świecie frajerem.

Pan Artysta zaperzył się niezmiernie, poczerwieniał na twarzy i wymierzył mi policzek. Zapiekło. Nie wiem jak to zrobiłam, ani ile to trwało, ale kiedy wychodziłam z małej salki do malarstwa, posążek afrykańskiego bóstwa pozbawiony był fallusa, sztalugi porozrzucane po wszystkich kątach sali, a ja cała umorusana węglem. Pan Plastyk stał oszołomiony w drzwiach wygrażając, że zapłacę za szkody, ale ja miałam to delikatnie mówiąc w dupie i zadowolona z siebie wyszłam z Pałacu Kultury. W ciągu 10 minut znalazłam się na przystanku autobusowym z zamiarem powrotu do domu i zakomunikowania mamusi, że kółko plastyczne to już odległa przeszłość. Było już dość późno i lada chwila miało się zacząć ściemniać. Stałam sama na przystanku, na ulicy nie było nikogo. W tej dzielnicy, poza Pałacem Kultury i parkiem nie było nic. No, jedynie ja i przystanek. I wtedy właśnie zobaczyłam JEGO. Wychodził z parku jedną z alejek, szedł w moim kierunku. Wysoki, ciemnowłosy mężczyzna z czarnym rotwailerem. Kiedy doszedł do przystanku zatrzymał się i zaczął mi się przyglądać z dziwnym uśmiechem. Speszona zaczęłam się rozglądać, wciąż mając przed oczami jego ciemne, prawie czarne oczy. Dziwne i niepokojące, aż przeszedł mnie dreszcz i zadrżałam.

- Próbujesz zlać się z tłem, czy jest tu gdzieś jakiś bal przebierańców?

Zamarłam. On mówił do mnie? - Słucham…?

- Cha, cha! Widziałaś, co masz na twarzy?

- Na… Twarzy…?

Jąkałam się jak niedorozwinięta, nie rozumiałam ani jednego jego słowa.

- No, na twarzy. O tutaj – wskazał palcem na mój policzek – to właśnie twarz.

Uśmiechnął się. Dotknęłam ręką policzka i przetarłam. Na dłoni pozostał ślad po czarnym węglu. Zmieszałam się i zaczerwieniłam.

- No bo ja, bo to dlatego, że… I węgiel i na sztaludze… I brudne, niechcący i ja…

- Cha, cha, cha! Poczekaj pomogę ci.

Przywiązał smycz do rozkłądu jazdy, wyjął chusteczkę i zaczął wycierać mi twarz. Stałam ciągle w szoku, czując dziwne mrowienie w brzuchu. Teraz mogłam bezkarnie przyglądać się Nieznajomemu i podziwiać te dziwne, czarne oczy. Kiedy skończył znów zwrócił się do mnie. - To co, rozumiem że ubrudziłaś się węglem, rysując na sztaludze. Odbywają się gdzieś tutaj jakieś kółka plastyczne? - Yyyy… Tak, w Pałacu Kultury… - Ach tak, wiem, ale myślałem, że one kończą się później? - Tak, za dwie godziny, a skąd wiesz? - Mój sąsiad jest tam nauczycielem, może to właśnie do niego chodzisz na zajęcia? - Pan Artysta Plastyk? - Cha, cha, cha! A jednak! To właśnie on! Więc co ty tutaj robisz o tej porze?

Wyjaśniłam mu zaistniałą sytuację, a on opowiedział mi, jak jego sąsiad, Pan Plastyk, co rano w czerwonych legginsach uprawia jogging wokół bloku w którym mieszkają. Wspomniał też, że pewnego dnia jego rotwailer Darki pobiegł za truchtającym Panem Plastykiem z niecnym zamiarem ugryzienia go w pewną część ciała. Na całe szczęście (raczej niefart) Nieznajomy przywołał poczciwe psisko do porządku, przeprosił Pana Artystę i tak zaczęli rozmawiać. Przy tej też okazji wymienili się informacjami na temat pracy, zainteresowań, i postanowili, że teraz będą mówić sobie po imieniu, oraz utrzymywać dobrą, sąsiedzką znajomość. Nieznajomy obiecał też, że porozmawia z Panem Plastykiem aby miał więcej kultury dla takich słodkich kobietek jak ja (kiedy nazwał mnie kobietką poczułam się jak prawdziwa dama, dorosła i niezależna, wspaniała). Podczas tej rozmowy z Nieznajomym przenieśliśmy się z przystanku na ławkę w parku, gdzie pilnowałam żeby uciekł mi każdy kolejny autobus, abym miała więcej czasu na rozmowę z tym ciekawym człowiekiem. Podzieliliśmy się kilkoma detalami ze swojego życia, na przykład…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych