Historie wymyślone cz.2 - Agnieszka
Ciąg dalszy...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
AGNIESZKA
Sierpień 1416 Karol umarł ponad rok temu. Dużo się przez ten czas zmieniło. Piotr siedział w swojej komnacie i patrzył na pomarańczowe słońce, które świeciło przez wierzchołki drzew. Zmierzchało. Nagle do pokoju wbiegł Mateusz i ze śmiechem zaczął go ściskać. - Mam syna! – Krzyknął. – Syna! Piotr oddał mocny uścisk. - To wspaniale – uśmiechnął się. – Jak się czuje Julia? - Bardzo dobrze. Muszę przyznać, że wygląda cudownie. Dumny ojciec wybiegł z pokoju. Głęboko westchnął. Dlaczego on nie ma jeszcze syna? Odpowiedź nasuwała się sama. Po prostu nie znalazł odpowiedniej kobiety, którą mógłby kochać. Nie obce mu były siła i brutalność, z jaką mężowie traktowali swoje żony. On nie chciał tak postępować. Pół roku temu matka próbowała wyswatać go z pewną szlachcianką z sąsiedztwa, ale dziewczyna była zbyt młoda, żeby zrozumieć jego, nie tylko fizyczne, potrzeby. Wstał z zamiarem udania się na przejażdżkę.
Agnieszka usiadła pod dębem, ukryła ręce w dłoniach i zaczęła płakać. Zabili jej rodziców, a teraz ścigali i ją, jakby była zwierzyną łowną. Usłyszała głosy i tętent kopyt. Skurczyła się najbardziej, jak to było możliwe i wstrzymała oddech. Przejechali obok. Powoli podniosła się i to był jej błąd, ponieważ w tym momencie jeden z nich krzyknął. - Tam jest! – Wskazał mężczyzna. Potykając się o wystające korzenie, próbowała uciekać. Ten, który ją zauważył, pognał konia, wciągnął ją na wierzchowca i zawiózł ją do przywódcy. - Witaj ślicznotko. Spod kaptura błysnęły białe, ostre zęby. Agnieszka nie odezwała się. - Boisz się? – Zaśmiał się. Reszta bandy głośno mu zawtórowała. Czuła się strasznie nieswojo. Nigdy nie przypuszczała, że strach może tak bardzo obezwładnić człowieka. Słyszała pogłoski o grupie pod przywództwem Brzydkiego Jana, nie pomyślałaby, że kiedyś napadnie i ograbi jej dom, zabijając rodziców i dwoje z rodzeństwa. Jej udawało się uciekać, aż do teraz. Nagle Jan zaczął niebezpiecznie się zbliżać. Jego twarz, ukrytą pod kapturem, powoli spowijało światło dnia, ręka trzymała ogromny nóż. Poczuła na policzku jego oddech i wszystko spowiła mgła. Ocknęła się, kiedy poczuła, jak unoszą ją czyjeś ręce. Nad sobą ujrzała twarz, która nie należała do nikogo z bandy Jana. Mężczyzna, ubrany w bogaty strój, próbował wsadzić ją na konia. Szybko mu się wywinęła i stanęła na własnych nogach. - Co chcesz zrobić, panie? Piotr spojrzał na nieznajomą. Była wystraszona i gotowa by się bronić. - Nie bój się, nie zrobię ci krzywdy. Musiała mu uwierzyć, ponieważ odetchnęła z ulgą. Była taka drobna i krucha. Nie wiedział, co nim kieruje, ale chciał zabrać ją do domu i chronić przed światem. Mówiła słodkim, a jednocześnie twardym głosem i popatrzyła na niego niebieskimi, jak pogodne niebo, oczami. - Co cię tak wystraszyło? Nie miała najmniejszej ochoty opowiadać niedawnych wydarzeń, lecz czuła, że mężczyzna ma dobre zamiary. - Banda Brzydkiego Jana napadła na mój dom. Nie wiem, co chcieli zrobić. Byłam w stodole, a kiedy wróciłam moi rodzice i rodzeństwo nie żyli – głos się jej załamał. Dotknął jej ramienia. Wzdrygnęła się na ten gest, więc pospiesznie cofnął rękę. Nie chciał jej wystraszyć. - Gonili cię? Skinęła głową. - Zobaczyli mnie, kiedy wychodziłam ze stodoły. Myśleli chyba, że w rozpaczy będę łatwiejsza – w jej głosie wyczuł lekką ironię. – Uciekłam do lasu i tam mnie złapali. Chyba zemdlałam, a kiedy się ocknęłam, zobaczyłam ciebie, panie. Nie wiedział, co zrobić. Nigdy nie nauczył się postępować z kobietami. Matka miała mu to za złe, twierdząc, że z takim nastawieniem nigdy nie znajdzie żony. - Dzisiaj moja siostra urodziła syna – gwałtownie zmienił temat. – Chciałbym, żebyś pojechała ze mną do Zielonych Wzgórz. Sam nie wierzył w to, co mówi. Dopiero teraz zrozumiała, z kim rozmawia. - Jesteś Piotr Arthua, panie? – Spytała oszołomiona. Gdyby wiedział, jak często bywała we dworze i przyglądała się jemu, Mateuszowi i Julii. Pracowała tam jej starsza siostra. - O Boże, Elwira! Ona nic nie wie. Agnieszka złapała się za głowę. Piotr odjął jej ręce od twarzy i popatrzył w oczy. - Kto to jest Elwira? - Moja starsza siostra, pracuje we dworze. Muszę powiedzieć jej o rodzicach. Ruszyła jedną z leśnych dróżek. Wsiadł na konia i podążył za nią. Schylił się i posadził ją za sobą. - Przez przypadek jadę w tamtą stronę – uśmiechnął się. Objęła go mocno, jakby od niego zależało jej życie. Na Piotra spłynęło uczucie spełnienia bohaterskiego czynu. Jego pierś rozsadzała duma. Pognał konia w stronę Zielonych Wzgórz. Wprowadził ją do dużej sali, gdzie przywitał ich Mateusz. Agnieszka stała z szeroko otwartymi oczami. Nie mogła napatrzeć się na wspaniałości tego miejsca. Bogato rzeźbione drewna, szyte złotem kilimy, wszystko to wywołało u niej westchnienie zachwytu. Piotr uśmiechnął się na widok jej miny. - Spotkałem ją w lesie – Zwrócił się do Mateusza. Agnieszka spojrzała na pana domu i skłoniła się lekko. - Mam nadzieję, że nie robię kłopotu, panie – powiedziała cicho. – Muszę się zobaczyć z siostrą, która pracuje we dworze. - Kim jest twoja siostra? – Spytał Mateusz. - Pracuje w kuchni, panie. Dzisiaj napadła nasz dom banda złoczyńców i muszę powiedzieć jej, że nasi rodzice nie żyją. Mateusz spojrzał na Piotra. - Możesz zatrzymać się u nas, jak długo zechcesz. Powiem służącej, żeby przygotowała dla ciebie komnatę. Cofnęła się jakby z przestrachem. - Ależ ja nie śmiem, panie. - Odmawiając, ranisz moje serce – uśmiechnął się. Spłonęła rumieńcem. - Chyba nie mogę dopuścić, aby nadal się tak działo – ostro wtrącił Piotr. Zaprowadził oczarowaną Agnieszkę do jednej z komnat dla gości. Jego pokój przypadkiem znalazł się tuż obok. Gdy została sama opadła na szerokie, miękkie łoże. Cały dzisiejszy dzień wydawał się snem. Gdyby nie poczucie straty rodziców, nie uwierzyłaby w swoje szczęście. Podeszła do okna i otworzyła je szeroko. Na horyzoncie widniało czerwone, sierpniowe słońce, a do komnaty wpadał lekki podmuch wiatru, w którym wyczuwało się koniec lata. Głęboko wciągnęła powietrze, a w dłoń złapała jedną z ciężkich, jedwabnych kotar wiszących przy oknie i dotknęła nią policzka. Często zakradała się do dworu i podglądała żyjących tu ludzi. Zawsze, ilekroć widziała Mateusza lub Julię, oddech zamierał jej w piersiach, a szeroko otwarte oczy z zaciekawieniem ich obserwowały. W samotności wyobrażała, jak tańczy w ramionach Mateusza, mając na sobie najlepszą suknię Julii. Z dziecięcym zachwytem na ustach zaczęła tańczyć. Zamknęła oczy i próbowała zapomnieć o dzisiejszym dniu, wdychając zapach bogactwa. Ktoś zapukał do drzwi. Przestraszona usiadła na jednym z krzeseł. - To tylko ja – usłyszała znajomy głos - Tak się cieszę, że cię widzę – zarzuciła siostrze ręce na szyję. – Tyle się dzisiaj wydarzyło. Poznałam tych ludzi, goniła mnie banda Brzydkiego Jana i… – głos się jej załamał i przeszedł w łkanie. Elwira poczuła łzy na swoim policzku i pogłaskała siostrę po plecach. - Tak strasznie się bałam – łkała Agnieszka. – Oni zabili mamę i tatę, Elę i Kacpra. - Wiem, kochanie – Elwira pocałowała siostrę w czoło. – Filip nam o tym doniósł. Agnieszka drgnęła. - To Filip jest tutaj? - Już wyjechał. Nie zaprzątaj sobie tym głowy. Trochę się uspokoiła. - Ja to wszystko widziałam i nigdy im tego nie daruję. Wyswobodziła się z ramion siostry i usiadła na łożu. - Uciekałam, ale mnie złapali i gdyby nie Piotr Arthua, nie wiem, co by się ze mną stało. Dopiero teraz spostrzegła, że Elwira trzyma w ręku najpiękniejszą suknię, jaką kiedykolwiek widziała. - Przysyła ją dla ciebie pani Julia. Chcą, abyś zjadła z nimi kolację. Poza tym możesz korzystać z rzeczy z szafy. Pomogła założyć jej suknię. - Pan Piotr jest dla ciebie bardzo miły. Aż za bardzo. Agnieszka uśmiechnęła się. - Uważam, że to od Mateusza. To on zaproponował, żebym została, jak długo zechcę. Jest taki cudowny. - I żonaty – rzeczowo przerwała jej marzenia. - Ten pech ciągle mnie prześladuje. Najpierw Filip, a teraz Mateusz. - Czego ty chcesz od życia? - Chcę być panią takiego zamku, jak ten. Chcę mieć takiego męża, jak Mateusz i całą gromadkę dzieci. Elwira uśmiechnęła się. - Widzę, że plany na przyszłość masz już przemyślane. Szkoda tylko, że są nierealne. Agnieszka zamyśliła się. - Myślę, że męża i zamek mogę mieć. - Co zamierzasz zrobić? - A jak myślisz? - Myślę, że Mateusza możemy pominąć w sprawie męża- powiedziała powoli.- Pozostaje tylko Piotr. - No widzisz – zaśmiała się Agnieszka. Elwirze wcale nie było do śmiechu. Pomogła ułożyć siostrze włosy i wpleść w nie perłowy diament. - Agnieszko, jesteś po prostu piękna – szepnęła. Gdy wieczorem ukazała się w drzwiach prowadzących do jadalni, Mateusz szerzej otworzył oczy, a Piotr popatrzył na nią wstrząśnięty. Już w lesie wydała mu się ładna, ale teraz zabrakło mu słów. Agnieszka skinęła mu głową i z wdziękiem zasiadła na krześle przygotowanym przez Mateusza. - Panie – zwróciła się do niego. – Czy poznam dzisiaj twoją małżonkę? Chciałabym podziękować jej za suknię. - Nie dzisiaj, moja droga – Mateusz zajął swoje miejsce. – W południe urodził mi się syn i Julia jest jeszcze osłabiona. Agnieszka spojrzała na dumnego ojca i uśmiechnęła się. Cieszyło ją, kiedy na świat przychodziło nowe dziecko. Atmosfera podczas kolacji była wymarzona. Nie mogła uwierzyć, że siedzi przy stole z tak znaczącymi osobami, potomkami królewskiego rodu, podczas gdy ona była zwykłą chłopką. Piotr nie spuszczał z niej wzroku, a ona cały czas uśmiechała się do niego, wprowadzając swój plan w życie. Wydawało się, że patrzy na promień złocistego światła. Już dawno nie widział takiej piękności. Głęboko wciągnął powietrze. Czuł szybkie bicie serca i drżenie rąk. Starał się uspokoić, tłumacząc sobie, że to przyczyna zbyt pospiesznie wypitego przed kolacją wina, ale w głowie pojawiały się coraz to nowe myśli. W lesie, kiedy uratował ją przed bandą Brzydkiego Jana, poczuł, że musi się nią opiekować i dlatego zabrał Agnieszkę do zamku. Zwalczał w sobie pokusę wzięcia ją w ramiona i utulenia, gdyż zdawał sobie sprawę, że jej koszmar nie minął. Jej uśmiech był wymuszony, a ruchy nienaturalne. Widział, że była piękna, a ponad to wymagała opieki, więc przeraziła go myśl, jak bardzo pragnie wykorzystać tą słabość. Trawiła go niespotykana gorączka, która doprowadziła do tego, że przez całą noc niespokojnie rzucał się na łóżku nie mogąc zasnąć. Wyobrażał sobie, jak staje naga w świetle księżyca, jej oczy błyszczą, a wargi układają się w leniwym, bardzo zmysłowym uśmiechu. W tym samym czasie, w drugiej komnacie, w zawiązanej pod szyję koszuli, Agnieszka siedziała przy oknie i obmyślała plan uwiedzenia Piotra. U duchu przyznała, że nie musi być to takie straszne. Zafascynowały ją jego oczy.
Wrzesień 1416. Cały sierpień Agnieszka próbowała wprowadzić swój plan w życie. Nie raz się zniechęcała, bo wiedziała, jak niska jest jej pozycja społeczna, i że powinna okazać wdzięczność za pomoc i wracać do domu. Nie była też biegła w sztuce uwodzenia. Wywodziła się ze wsi, gdzie o uczuciach mówiło się prostym językiem, a zaloty były krótkie i zazwyczaj kończyły się ślubem ze względu na ciążę dziewczyny. Nie mogła za to ukrywać, że doskonale rozumie długie spojrzenia Piotra, lustrujące ją od góry do dołu. Kiedy popołudniami haftowały z Julią w ogromnej, dworskiej komnacie, dotrzymywał im towarzystwa pod różnymi pretekstami i przyglądał, gdy myślał, że jest zajęta pracą. Patrzyła mu wtedy w oczy, co bardzo go peszyło. - Agnieszko, chyba zawróciłaś w głowie mojemu bratu – uśmiechnęła się Julia. Spuściła głowę i bardziej skupiła się na wyszywaniu. - Jeśli zwrócił na mnie uwagę, to tylko przez moją nieostrożność, pani. Popatrzyła na nią z zaciekawieniem. - Wylałam dziś na niego cały dzban wina, kiedy szłam z kuchni. Julia przerwała wyszywanie. - Piotr zwrócił na ciebie uwagę już wcześniej, zapewne zaraz na samym początku, kiedy cię poznał. Dla własnego dobra powinnaś nie reagować na jego zaloty. - Zaloty, pani? Z wrażenia ukłuła się w palec. Julia patrzyła jak Agnieszka zlizuje z palca kropelki krwi. - Mój brat ma niewielkie doświadczenie z kobietami, a więc jego zaloty są tak nieudolne, że tylko ciele by się nie zorientowało – roześmiała się. – Nie zrozum mnie źle, bo nie jestem tobie przeciwna, ale znam reguły rządzące moim światem i wiedz, że z nic dobrego ci nie przyjdzie z romantycznych uniesień. Więc jej gra została przejrzana. Nie mogła uwierzyć, że była aż tak naiwna. - Pani, jeśli cię uraziłam, to przepraszam, jeśli chcesz, to wrócę do swojej wsi. - Ależ Agnieszko – Julia dotknęła jej dłoni. – Naprawdę chciałabym, żebyś została przy mnie. Gdzie się podziejesz, jak stąd odejdziesz? A poza tym lepiej, żeby nie było cię w pobliżu, kiedy banda Brzydkiego Jana znowu kogoś napadnie. Agnieszka z wdzięczności skłoniła głowę i z powrotem wzięła się za wyszywanie. Była naprawdę wdzięczna, nawet, jeśli Julią miałaby kierować tylko zwykła litość, a nie sympatia. Następnym razem, kiedy spotkała się z Piotrem sam na sam, spuściła głowę i minęła go bez słowa. Nie bardzo rozumiał, co się właściwie dzieje. Jego dni wypełniały myśli o Agnieszce i wcale nie były to niewinne marzenia o platonicznej miłości. Raz, jak do tej pory, udało mu się zakosztować miłości cielesnej w pewnej komórce, pod schodami karczmy. Jeszcze wtedy nie wiedział, że jest potomkiem królewskiego rodu i właśnie świętował swoje pierwsze, samodzielne polowanie w lasach należących do króla Marka. Z dumą pokazywał wtedy przybranemu ojcu poroże zabitego jelenia. Gabriel zaproponował uczczenie tego wydarzenia i zabrał syna do karczmy, gdzie wino podawała pulchna, w pełni rozkwitła żona właściciela lokalu. Pod koniec sierpnia, jak co roku, mężczyźni wyjechali na polowanie organizowane przez samego króla. Julia wieczory spędzała przy oknie, wyglądając powrotu męża w towarzystwie Agnieszki. Widać było jej smutek z powodu wyjazdu męża. Agnieszka znała te objawy. Bardzo często zdarzało się, że kobieta po urodzeniu dziecka wpadała z dziwną melancholię, która albo mijała w krótkim czasie albo zostawała na dłużej przeradzając się w głęboki smutek. Czasem kończyło się to nawet próbami samobójczymi. - Pani? Julia oderwała czoło od zimnej szyby i spojrzała na Agnieszkę. - Może wybrałybyśmy się jutro na długi spacer. Potrzeba ci słońca, pani. Spojrzała na zalane deszczem, nieprzezroczyste szyby. - Jeśli pogoda dopisze. Nagle, z niespotykaną energią, wstała od okna. - Nauczę cię czytać Agnieszko. Przynieś jakąś księgę z biblioteki. Niewiele czasu zajęło jej czasu spełnienie prośby. Szła po książkę z mieszanymi uczuciami. Nikt nigdy nie zaproponował jej czegoś tak zbędnego. To było zajęcie mężczyzn i nie zamierzała zajmować się studiowaniem mądrych ksiąg, ale jeśli to miało poprawić nastrój Julii, postanowiła włożyć w to cały swój wysiłek. Usiadły przy szerokiej ławie i rozłożyły księgę. Julia z namaszczeniem pieściła kartki i przesuwała palce po kolorowych obrazkach. - Wiesz, że książki to moja wolność? – Spytała przypominając sobie małżeństwo z Karolem. - Nie rozumiem, pani. Agnieszka zupełnie nie wiedziała, o co jej chodzi. - Nie szkodzi. Najpierw nauczę cię czytać, a później może nawet pisać, zrozumiesz, co mam na myśli. Jakby zapominając o jej obecności, Julia przewracała kartki uważnie wpatrując się w tekst. - Zapomniałam o książkach po ślubie z Mateuszem. Powinnam z powrotem zacząć zaglądać do biblioteki. Spojrzała na Agnieszkę i uśmiechnęła się. - To pewnego rodzaju uzależnienie. - Ale twój mąż pani, co on na to? - Nie błogosławi czasu, który spędzam nad książkami, ale też nie zabrania mi tego. Wie, że zaraz po nim i Filipie, to moja największa miłość. Agnieszka nachyliła się ku niej. - Chciałabym to zrozumieć – szepnęła. Czasem do późnej nocy, siedziały nad książką, próbując poznać jej sekrety. Agnieszka okazała się tak bardzo pojętną uczennicą, że po kilku lekcjach Julia zaczęła ją uczyć równolegle czytania i pisania. Bardzo zbliżyły je te wspólne wieczory. Czuły się prawie jak przyjaciółki, lecz panujące zwyczaje nie dały zapomnieć o różnicy w pochodzeniu. Julia stała się żywsza, częściej też bawiła się z synem, którego do tej pory zaniedbywała. Miesięczny Filip wodził wzrokiem za jej ręką trzymającą w dłoni zabawkę. - Uśmiechnął się do mnie. Agnieszka podniosła głowę znad książki. Męczyła się cały ranek, a przeczytała dopiero jedną stronę. Cieszyła się, że całą swoją energię może poświęcić temu zajęciu. Około południa mamka przyniosła dziecko, które dodatkowo zaczęło ją rozpraszać. Filip zaczął gwałtownie płakać. Matka stała nad nim i zaciskała pięści. - Nie dam sobie rady – westchnęła. Agnieszka zamknęła książkę i podeszła do dziecka. Wzięła Filipa na ręce i chodziła z nim po komnacie mrucząc cichutko. Dziecko po woli zaczęło się uspokajać. - Usiądź przy ogniu, pani. Julia zapadła się z głębokim krześle wyścielanym skórami, a Agnieszka podała jej dziecko. Julia ułożyła syna w zagłębieniu ramienia. - Umiesz obchodzić się z dzieckiem – powiedziała, gładząc Filipa po twarzy. Nagle dziecko złapało jej palec i zaczęła gwałtownie ssać. - Chyba jest głodny. - Mamce musiało braknąć pokarmu – stwierdziła Agnieszka. Filip zaczął wrzeszczeć. Julia otworzyła usta. - Zrób coś! – Krzyknęła. – Ja tego nie zniosę! Agnieszka chwyciła dziecko i próbowała powiedzieć coś poprzez krzyki. - Mów, o co ci chodzi – rozkazała Julia. - Pani czy masz jeszcze pokarm? Julia wyglądała jakby nie zrozumiała pytania. - Skoro mamce brakło pokarmu, a chcesz, żeby dziecko się uspokoiło, to trzeba je nakarmić. Na twarzy Julii malowały się przeróżne uczucia, począwszy od odrazy przez niechęć i niezdecydowanie. W końcu zaczęła popuszczać wiązania sukni. Agnieszka podała jaj dziecko. - Musisz, pani, chwycić pierś i przyłożyć mu do ust. Julia popatrzyła na nią z przerażeniem, więc uśmiechnęła się uspokajająco. - Zobaczysz sam zacznie ssać. Niedługo później Julia z wielkim zdziwieniem obserwowała, jak małe usteczka syna chwytają brodawkę, a bródka zaczyna poruszać się w odruchu ssania. - Boli. To były jedyne słowa, które powiedziała przez całą godzinę. Nie oddała już dziecka mamce do karmienia.
Piotr przyłożył kuszę do ramienia i wycelował w pięknego jelenia. - Ciągle myślisz o Agnieszce? Bełt poszybował i wbił się w drzewo. -Niech to licho – zaklął i z wyrzutem spojrzał na Mateusza. – Przez ciebie chybiłem. Mateusz roześmiał się. - Jeszcze dzisiaj go upolujesz. Piotr zarzucił kuszę na ramię i ruszył w stronę obozu. - Nie odpowiedziałeś na moje pytanie – Mateusz nie dawał za wygraną. - I nie odpowiem. Szedł, zamaszyście szurając nogami po leśnym runie. Nie miał ochoty na rozmowę o uczuciach. Mateusz, od kiedy wyjechali, zadręczał go pytaniami. Ręka brata spoczęła na jego ramieniu. - Przecież widzę, że dziewczyna bardzo zawróciła ci w głowie. Ciekaw jestem, czy jakoś sobie z tym radzisz? - Jeśli masz na myśli dziwki, to nie korzystam z ich usług. Mateusz zmarszczył brwi. To nie była zwykła miłostka. Zdawał sobie sprawę, że jego bratem zawładnęło poważne uczucie, z którym nie umiał sobie poradzić. Zastanawiał się, co czuje Agnieszka, bo jeśli to samo, to rozwiązanie sprawy było proste. Oczywiście nie było mowy o żadnym ślubie, ale zaspokojenie pragnień, przynajmniej fizycznych, nie stanowiło problemu. Przecież była tylko wiejską dziewczyną. Piotr odczytał myśli brata. - To coś więcej niż fizyczne zauroczenie – powiedział. Czuł, że powinien to wytłumaczyć Mateuszowi. Poza tym nie mógł już dłużej sam się z tym męczyć. - Ona ma w sobie coś takiego, co nie powala mi spać po nocach. Mam ochotę iść do niej i wziąć w ramiona. Mateusz uśmiechnął się. - Pewien jesteś, że to uczucie znaczy więcej niż pożądanie? - Przyznam, że z chęcią sprawdziłbym, co ukrywa pod sukniami, ale bardziej, niż miłości fizycznej, pragnę jej dobra i szczęścia. Pragnę widzieć ten uśmiech na jej twarzy, który pojawia się, gdy coś ją rozbawi, ale zazdrosny jestem, kiedy nie ja go wywołam. Zły jestem na każdą osobę, której okaże choćby cień zainteresowania, w czasie, kiedy mnie zbywa. Nudzi mnie ta jej gra w kotka i myszkę, ale boję się ją przerwać, żeby mi nie uciekła. Chwycił kuszę, wycelował i patrzył jak pocisk przebija ciało jelenia. - Mówiłem, że go trafisz.
Agnieszka zacisnęła ręce na krawędzi okna, gdy jej oczom ukazał się jeździec. Po chwili ujrzała jego twarz. To był Mateusz. Napięta do granic wytrzymałości oczekiwała przybycia Piotra. Nie było go blisko miesiąc, podczas którego jej tęsknota zamieniła się w rozpacz. Słyszała, że polowanie dobiegło końca ponad tydzień temu, a Piotra nadal nie było. Popołudnie spędziła zamknięta w swojej komnacie, zostawiając książki i Julię, która teraz zajmowała się tylko synem. Leżała na łóżku, wyczekując wieczora, wsłuchana w odgłosy deszczu. Wrzesień był wyjątkowo ciepły, jakby nic nie zapowiadało nadchodzącej zimy. Na drzewach liście zachowały swój soczysty zielony kolor, a słońce grzało mocno, jak w najcieplejsze dni, a przecież czas przesilenia jesiennego właśnie minął. Jej myśli powracały ku Piotrowi. Zaczęła poddawać w wątpliwość swój pobyt w Zielonych Wzgórzach i coraz częściej zastanawiała się nad powrotem do wsi. Julia nadal starała się zatrzymać Agnieszkę, ale ta, jakby szukając ucieczki, tworzyła między nimi dystans. W końcu zaczęła sama jej unikać, cały swój czas poświęcając Filipowi. Dzień nabrał kolorów szarości, kiedy Agnieszka zerwała się z krzesła. Na dziedziniec wjechał przemoczony Piotr. Tym razem nie było mowy o pomyłce. Zsiadł z konia i zaprowadził zwierzę do stajni. Potrzebował chwili samotności przed dotarciem do zamku, więc Mateusz pojechał przodem, stęskniony za Julią, a on spędził jeszcze pół dnia bijąc się z myślami. Wszystko było takie skomplikowane. Czuł, że gdyby wychował się wśród takich ludzi, jak jego matka czy Karol, życie byłoby łatwiejsze. Odwrócił się na odgłos zamykanych wrót. Przy wejściu stała Agnieszka. Jej twarz wyrażała więcej, niż chciała powiedzieć. Strach paraliżował ich oboje. Bała się odrzucenia, więc czekała na jego ruch. Piotr podszedł do niej, a kiedy dotknął jej wilgotnych od deszczu włosów, wiedział już, że nie może się wycofać. Jej oczy patrzyły z taką ufnością i oddaniem. Wyciągnęła ręce i przytuliła się do niego. Objął ją z pewnym wahaniem, ale jego uścisk nabrał po chwili na sile. Jasne włosy Agnieszki pachniały deszczem, a ona sama wydawała się taka maleńka w jego ramionach. Podniosła głowę i ustami, niepewnie, dotknęła jego ust. Zamrugał oczami, jakby nie wierzył w to, co się dzieje. Jeszcze raz poczuł jej wargi i oddał pocałunek, przekazując w nim czułość, która w nim rosła. Pocałunki stawały się coraz śmielsze, a ręce zaczęły szukać wiązań sukni. Zdyszana odsunęła się od niego. - Myślałam, że umrę, kiedy cię nie było – wyszeptała w jego usta. Znów ją pocałował. Nie mógł się nadziwić, jak dobrze ich wargi pasują do siebie. Czuł, jakby całował ją nie po raz pierwszy. - Na szczęście nie umarłaś i mam okazję przekonać się, że jednak trochę mnie lubisz. Chciała się odsunąć, ale nie pozwolił. Pocałował jej czoło, nos i brodę. Okrył pocałunkami jej szyję i zagłębienie obojczyka. Zrozumiał, kiedy spojrzał w jej oczy, które wyrażały to, o czym myślał. Patrzyli na siebie w napięciu, gdy nagle usłyszeli wrota zaczęły się uchylać. Piotr pociągnął Agnieszką za stóg siana. Do stajni wszedł wysoki, barczysty mężczyzna. Od razu rozpoznała w nim Filipa. Pamiętała słowa siostry, o tym jak pojawił się we dworze zaraz po jej spotkaniu z bandą Brzydkiego Jana. Jego widok na chwilę przypomniał jej skąd się wywodzi. Piotra zastanowiło nóż w ręku Filipa i jego wyraz twarzy. Wyraźnie kogoś szukał. Wydatna żuchwa, wysunięta do przodu i uniesiona górna warga odsłaniała białe, ostre jak u rysia zęby. Agnieszce ciarki przeszły po plecach i mimo, że wychowała się z Filipem, nie miała najmniejszej ochoty na spotkanie z nim. Koń rzucił się niespokojnie, co spłoszyło Filipa, który szybko wyszedł ze stajni. - Jak myślisz, co zamierzał zrobić? Piotr wzruszył ramionami. - Znasz go? – Spojrzał na nią z zaciekawieniem. Agnieszka oparła się o siano. - Był kandydatem na mojego męża, ale ubłagałam ojca i nie wyszłam za Filipa. - Musiał być niepocieszony. Piotr przysunął się do niej i zdjął źdźbło siana z niebieskiej sukni. Agnieszka roześmiała się głośno. - Był bardzo zły i od tamtej pory nie jesteśmy ze sobą w najlepszych stosunkach. Poczuła rękę Piotra na szyi i odwróciła się w jego stronę. - Wolałbym, żebyś na jakiś czas zapomniała o tym człowieku. Była tak blisko, że wystarczyło wyciągnąć rękę i zerwać ją niczym dojrzały owoc, a jednak wciąż się wahał, przedłużając tą chwilę w nieskończoność. Ciągle miał w myślach słowa Mateusza, które powiedział mu w drodze powrotnej. - To tylko wiejska dziewczyna, Piotrze, więc zabaw się, ale nie oczekuj nic więcej. Jeśli jest mądra, zadowoli się tym, co jej dasz. - Twoje słowa brzmią tak zimno. Co byś zrobił, gdyby to była Julia? Mateusz spojrzał na brata ze zrozumieniem. - Zrobisz, co będziesz uważał za słuszne, Piotrze. Teraz, siedząc opartym o siano, patrzył w niebieskie oczy i czuł się jak złodziej. Zamierzał ukraś coś cennego, nie dając nic w zamian. Nie mogła znieść tego zwlekania. Z rozbawieniem pomyślała, że musi być bardzo zepsuta, skoro czekała, aż znowu poczuje na sobie ciężar ust Piotra i jego dłonie na ciele. Z napięciem wyczekiwała, aż pozna sekrety, jakie mają między sobą mężczyzna i kobieta, sekrety, o których mówiło się szeptem zrozumiałym tylko dla wtajemniczonych. Patrzyła, jak jego dłoń przesuwa się w dół sukni, gładząc piersi, uda przez cienki materiał ubrania. Jego oddech stał się płytszy, jakby coś go przygniatało. Bawił się wiązaniami sukni. - To chyba nie najodpowiedniejsze miejsce – powiedział w końcu. - Dla nas żadne nie będzie odpowiednie – odpowiedziała mu. Spojrzał na nią żywo i uśmiechnął się do jej roześmianej twarzy. - Wiesz, czym to grozi? Przylgnęła do jego ciała, podsuwając mu usta. - Nie boję się niczego póki jestem z tobą. Pogładził jej twarz i ucałował ją. - Może się zdarzyć, że mnie zabraknie. Chwyciła jego dłonie i położyła na piersiach. - Pozwolisz, że później będę się o to martwić.
- Jutro przyjeżdża moja matka – powiedział, gdy zmęczona leżała w jego ramionach. - Miło – mruknęła sennie. Jej powieki stawały się ciężkie niczym ołów. - Agnieszko. Pochylił się nad nią i delikatnie pocałował w usta. - Daj mi spokój. Przyciągnęła go do siebie, a on się roześmiał. Po tym, co zaszło był bardzo zmęczony, ale i pełen radości. Nie chciał myśleć o tym, co przyniesie jutro. Liczyła się tylko ta chwila i Agnieszka w jego ramionach.
Następnego dnia na dziedziniec wjechali rodzice Julii i Piotra. Anna czule witała się z dziećmi, podczas gdy Ryszard ciężko zsiadał z konia. Twarz mu wychudła, a pod oczami pojawiły się ciemne obwódki. Wyglądał na bardzo chorego. Mocno przytulił Julię i Mateusza, uścisnął Piotra. Agnieszka stała w pewnej odległości czekając, aż Anna zainteresuje się wnukiem, śpiącym teraz w jej ramionach. - Kto to? – Spytała Anna wskazując głową na Agnieszkę. Po raz pierwszy widziała w domu córki tą kobietę o delikatnej, zwracającej uwagę urodzie. Julia uśmiechnęła się i odebrała dziecko z rąk Agnieszki, która grzecznie dygnęła przed Anną. - Och, to moja dama do towarzystwa mamo – odparła Julia pokazując Filipa babci. Anna zmarszczyła brwi, posyłając Agnieszce ostatnie spojrzenie i majestatycznym krokiem ruszyła w stronę wejścia. Serce w niej zadrżało. Miała wrażenie, że ta kobieta wie o wszystkim, co wydarzyło się w nocy. Niepokoju nie mogło ułagodzić nawet pełne miłości spojrzenie Piotra, który minął ją muskając delikatnie jej ramię. Żadna ze stojących na dziedzińcu osób nie miała pojęcia o obserwatorze skrytym w cieniu starego dębu. Po wystawnym obiedzie Piotr i Agnieszka spotkali się w sali rycerskiej. Siedząc przy oknie z zainteresowaniem obserwowała, jak z mieczem w ręku ćwiczy wypady w przód. - Kto cię tego nauczył? - Kiedy byłem mały mój opiekun starał się, abym stał się biegły w sztuce walki. Miałem, tak jak on, zostać żołnierzem. Był naprawdę ambitny i starał się przekazać mi całą swoją wiedzę na ten temat. Agnieszka chłonęła każde jego słowo, po raz pierwszy opowiadał jej o sobie. Nagle uśmiechnął się do niej. - Chodź tu – zamachał mieczem. Sięgnął mały mieczyk leżący na stole. Popatrzyła niepewnie na swoją broń. Wydawała się sztyletem. - O nie – pokręciła głową. - No chodź – ponaglił. Wstała powoli, nie spuszczając z niego wzroku. Trzymając miecz oburącz, wyciągnęła go przed siebie. Stanęła w lekkim rozkroku, z jedną nogą odsuniętą do tyłu. Mrużąc oczy zamachnęła się na niego, uderzając z góry. Zablokował. Odwróciła się szybko i uderzyła z boku. Odparował nieco zdziwiony. Dwa kroki w przód, uderzenie. Znowu się obronił. Klingi skrzyżowały się przy ich twarzach. Uśmiechnęła się i, wsadzając głowę między ostrza, pocałowała go w nos. Piotr stał oszołomiony. - A ciebie, kto tego nauczył? Nie mógł wyjść z podziwu. - Całowania w nos? – Drażniła się z nim. Zamrugał oczami. - Oczywiście, że nie całowania. Miałem na myśli władanie mieczem. Uniosła broń. - Ty nazywasz to mieczem? To scyzoryk i to nawet nie największy. Poza tym mój ojciec też był żołnierzem i to całkiem dobrym. - I nauczył cię walczyć? Ton jego głosu był jak najbardziej powątpiewający. - Zmusiłam go – wzruszyła ramionami. Obydwoje głośno się roześmiali. Ten radosny moment przerwało pojawienie się Anny. Matka Piotra patrzyła na nich surowo. - Chciałabym porozmawiać Piotrze – powiedziała i wyszła. Posłał Agnieszce zdumione spojrzenie i szybko podążył za Anną. Dogonił ją w korytarzu. - Coś się stało matko? - Mam nadzieję, że ta służąca to tylko zachcianka – od razu przeszła do rzeczy. - Dlaczego matko? Nie bardzo rozumiał, o co chodzi. - Pamiętasz córkę barona Bolero? - Tak, oczywiście, ale co to ma ze mną wspólnego? - Razem z ojcem zdecydowaliśmy, że będzie ona najodpowiedniejszą kandydatką na żonę dla ciebie. Jest ładna, mądra i nie wtrąca się w męskie sprawy. Ukształtujesz ją, jak będziesz chciał. Anna dalej wyliczała zalety panny Bolero, ale Piotr już nie słuchał. - Ja nie chcę się żenić! – Przerwał jej gwałtownie. - Ależ oczywiście, że chcesz – ton jej głosu nie znosił sprzeciwu. – Powinieneś już dawno to zrobić, a ponieważ sam sobie jej nie znalazłeś, postanowiliśmy z Ryszardem zrobić to za ciebie. Baron Bolero bardzo cieszy się na myśl o weselu. - Ależ matko, ona ma czternaście lat! – Wykrzyknął w końcu. - Synu nic ci nie jest? – Anna sprawdziła czy nie ma gorączki. – U nas od wieków mężczyźni biorą za żony młode dziewczęta. Ja sama miałam niewiele więcej, jak wyszłam za Ryszarda. - Chciałaś dodać, jak zostałaś kochanką Karola, matko. Szybko pożałował swych słów. Piekący ból policzka uświadomił, że posunął się za daleko. - Jak śmiesz tak do mnie mówić! W jej oczach szalała furia. - Ja nie chcę się żenić – powtórzył z uporem małego dziecka, które jednak wie, że nie dostanie wymarzonej zabawki. Spojrzała na niego z satysfakcją. - Już za późno. Trwają przygotowania do wesela. - Co!! – Omal się nie zakrztusił. – Dlaczego nic mi o tym nie wiadomo? Nie odpowiedziała, a on poczuł, że jak zostanie, to zrobi jej krzywdę. Z pięściami zaciśniętymi na rękojeści miecza wpadł z powrotem do sali rycerskiej. - Broń się! – Krzyknął i zaatakował Agnieszkę, która wstała z krzesła na jego widok. Była wstrząśnięta jego widokiem i gdyby go nie znała, pomyślałaby, że chce ją zabić. Piotr szybko przyparł ją do ściany, przykładając ostrze do białej szyi. Spojrzała na niego wyzywająco. - Czy teraz zabijesz mnie, panie? Zacisnął rękę na klindze tak mocno, że polała się krew. Ostrożnie odsunęła od siebie broń i zmuszając go, by usiadł na krześle, opatrzyła ranę. - Co się stało? Patrzył przed siebie, jak człowiek zamroczony winem. - Matka właśnie oznajmiła, że mam się żenić. Agnieszka nawet nie drgnęła. - Kto to? – Mówienie sprawiało jej trudność. - Anita, córka barona Bolero. - To dobra partia. Mądra, ładna i bogata – ostatnie słowo wypowiedziała znacznie ciszej. – Trochę młoda, ale taką można kierować. - Ale ja nie chcę się żenić! – Powtórzył słowa, które powiedział matce. Teraz zabrzmiało to słabo. - Podejrzewam, że nie masz wyboru. Zaśmiał się głośno. - Matka zaplanowała wszystko z góry, nie licząc się z mym zdaniem. - Jakie jest twoje zdanie? – Zajrzała mu w oczy. Serce zabiło jej mocniej, gdy zawało się jej, że wyczytała w nich odpowiedź, która jednak szybko umknęła. Nie odezwał się, tylko mocno ją przytulił. - Kiedy jedziesz do Morenu? - Zamku rodziców? – Parsknął. – A po co? - Żeby się przygotować do ślubu, głuptasie. Zmierzwiła mu włosy. - Nie jesteś zła? - Jakiego mężczyznę interesuje czy jego służącą nie złości się, że poślubia inną? Roześmiała się sarkastycznie. Serce Piotra przeszył ostry ból. - Nigdy tak siebie nie nazywaj – powiedział zaciskając zęby. – Nie jesteś służącą i dobrze o tym wiesz. Dla znaczysz o wiele więcej. - Więc, dlaczego nasze uczucia się nie liczą? – Spytała płaczliwie. - Może kiedyś przyjdzie nasz czas, ale teraz… Dalsze słowa zawisły w powietrzu, jak dzielący ich mur.
Ostatnią noc przed wyjazdem Piotr spędzili razem. Wszystko, co robili przesycone było uczuciem, które w nich żyło, jakby czuli, że to ostatnie takie chwile. Piotr jechał się żenić. - Żegnaj – powiedział nad ranem, całując jaj miękkie usta słone od łez. - Żegnaj mój królewiczu z marzeń – szepnęła, gdy drzwi zamknęły się za nim z cichym skrzypnięciem. Ze ściśniętym sercem patrzyła, jak odjeżdża. Siedząc na koniu, spojrzał jeszcze w okno jej komnaty, ale cofnęła się w głąb pomieszczenia, czując, że jeśli spojrzy na jego smutną twarz, to bez zastanowienia pobiegnie zanim. Usłyszała tętent oddalających się koni i musiała złapać się krzesła, bo zrobiło się jej słabo.
Styczeń 1417. W październiku spadł śnieg i kraj otuliła pierzyna białego puchu. Agnieszka nie pojechała na ślub Piotra, mimo że została zaproszona. Mateusz zaczął żywo powiadać jej wrażenia z uroczystości, ale szybko zamilkł pod wpływem wymownego spojrzenia Julii. Szybko zrozumiała ból Agnieszki. Wiedziała, co było między nią i Piotrem. Bardzo lubiła Agnieszkę i żałowała, że nie ma na wystarczająco wysokiego pochodzenia, żeby związek z Piotrem miał szansę powodzenia. Od jego wyjazdu nie rozmawiała z nią na temat brata, bo ilekroć próbowała to zrobić, ta uciekała i zamykała się w swojej komnacie na długie godziny. Czasem jej odosobnienie trwało przez kilka dni. Pewnego zimowego dnia Agnieszka stanęła przed nią w swym dawnym stroju, w którym Julia zobaczyła ją po raz pierwszy. - Chciałabym zwolnić się ze służby, pani. Julia odłożyła książkę i spojrzała na nią spod uniesionych brwi. - Usiądź Agnieszko – wskazała miejsce obok siebie. Przysiadła na skraju ławy. - Wiem, że wiele rzeczy w tym miejscu przypomina ci Piotra. Nie odezwała się, tylko słuchała spuściwszy głowę. - Musisz jakoś się z tym uporać – kontynuowała. – Wiem, że ci ciężko i mimo, że nigdy nie znalazłam się podobnej sytuacji, a raczej Piotra rozumiem bardziej niż ciebie, chce, żebyś została i spróbowała zapomnieć. - Zapomnieć! – Przerwała jej ostro. – To nie takie proste, jak się wydaje. - Pohamuj się – Julia posadziła ją z powrotem na miejscu. – Ciężko jest zapomnieć, ale trzeba żyć Agnieszko. Nie możesz zamknąć się w komnacie i płakać w poduszkę. Postaraj się wyjść do ludzi, uśmiechnąć się czasem, a zobaczysz wszystko wyda ci się łatwiejsze. Agnieszka zbladła i pobiegła do okna otwierając je na oścież. Targnęły nią torsje i w jednej chwili Julia zrozumiała i uśmiechnęła się przyjaźnie. Agnieszka odebrała z jej rąk chusteczkę. - Ten bękart ciągle będzie mi przypominał Piotra – pociągnęła nosem. – Chciałam odejść. Tłumaczyłam sobie, że takie są losy wieśniaczek i, że powinnam być wdzięczna za okazaną pomoc, ale nie mam wystarczająco siły, żeby opuścić zamek. Julia wierzchem dłoni otarła jej łzy. - Ile to już? - Cztery miesiące. Jeszcze z bardzo nie widać. To musiało się stać przed wyjazdem Piotra. Julia roześmiała się. - Oszczędź mi szczegółów, proszę. Po chwili na twarzy Agnieszki pojawił się cień uśmiechu. Julia uznała to za dobry znak. Wiedziała, że musi zyskać na czasie, żeby porozmawiać z mężem. - Nadal chcesz jechać? - Tak, dzisiaj, pani. - Idź do swojej komnaty i odpocznij po dzisiejszym dniu. Porozmawiamy jutro – ton jej głosu nie pozostawiał nic do życzenia. W tej chwili bardzo przypominała matkę.
Leżąc w łóżku, z Filipem w ramionach, Julia pchnęła męża w ramię. - Śpisz Mateuszu? – Spytała cicho, nie chcąc budzić synka. - Nie – mruknął. - Muszę ci coś powiedzieć. Spojrzał na nie spod wpół przymkniętych powiek. - W naszej rodzinie przybędzie dziecko. Mateusz gwałtownie usiadł na łóżku. - Chcesz powiedzieć, że będziemy mieli… - Ależ nie – zaprzeczyła rozbawiona. – Chodzi o Agnieszkę. - Ona nie należy do naszej rodziny. Julia uśmiechnęła się półgębkiem. - Tą umiejętność ciężkiego myślenia odziedziczyliście z Piotrem chyba po ojcu. - Mówisz zagadkami, których nie mogę w tej chwili pojąć. - Agnieszka spodziewa się dziecka Piotra. - Piotra! – Dopiero teraz naprawdę się rozbudził. - Cicho – położyła mu rękę na ramieniu. – Czy to takie dziwne? Chyba nie byłeś aż tak ślepy, żeby nie zauważyć, co było między nimi? - Owszem, zauważyłem, ale myślałem, że to nic poważnego – dokończył szeptem, pod wpływem rażącego spojrzenia żony. - Prawdziwy mężczyzna! – Prychnęła gniewnie. – Taki dramat…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil MartaG
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…