Historie wymyślone cz.3 - Izabela
Ciąg dalszy...:)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
IZABELA
Lipiec 1433. Izabela wyjrzała przez okno. Ciągle padało. Westchnęła i powróciła myślami do rzeczywistości. Jeden baron poprosił ją do tańca. Odmówiła mu grzecznie. Nie miała ochoty tańczyć z nikim innym oprócz Wiktora, ale ten się nie pojawił. Nie przyjął zaproszenia na bal wydawany z okazji jej szesnastych urodzin. Bardzo za nim tęskniła. Wiktor był wysokim, przystojnym mężczyzną o zniewalającym sposobie bycia. Ostatnim razem, kiedy go widziała, kocie oczy patrzyły na nią uwodzicielsko, a wąskie usta rozchylały się zmysłowo oczekując na pocałunek. Do tej pory pamiętała ich smak. Przypomniała sobie tamten zimowy wieczór, kiedy spotkali się po raz pierwszy.
Styczeń 1433. Burza rozpętała się, gdy wjechała do lasu. Nawet nie zauważyła, kiedy minęła Wielką Puszczę. Zapuściła się daleko na północ. Powinna była przewidzieć zmianę pogody po kłębiących się na niebie groźnych chmurach, ale zlekceważyła ostrzeżenie. Miała już dosyć siedzenia w zamku i oczekiwania na wiosnę. Edward wyjechał do szkoły, a pozostałe rodzeństwo było jeszcze zbyt dziecinne, żeby mogła je zabrać na taką wycieczkę. Z bólem wspominała wyjazd brata. Edward tyle dla niej znaczył. Był jej rówieśnikiem i łączyły ich wyjątkowe więzy. Już od samego początku, kiedy go poznała czuła, że to bratnia dusza. Pewnego zimowego dnie przyjechał z wujem Mateuszem i Filipem do Morenu. Nie wiedziała wtedy, że to jej brat. Szybko się zaprzyjaźnili. Pamiętała, że Edward wyrwał jej ojca z dziwnego letargu. Piotr stał się innym człowiekiem i przede wszystkim zaczął się interesować Izabelą, która do tej pory była dla niego tylko cieniem. Bardzo pokochała swojego „nowego” ojca, a wkrótce także macochę i młodsze rodzeństwo. Nigdy nie czuła się mniej kochana od pozostałych dzieci, a między nią i Agnieszką nawiązała się nić przyjaźni, która zmieniła się w trwałe i mocne uczucie. W ciemności dojrzała światła domu i wzięła je za punkt orientacyjny. W krótkim czasie dotarła do małego dworku zagubionego pośród drzew. Zeskoczyła z konia i zapukała do drzwi. Otworzyły się po chwili, a Izabela została wciągnięta do środka. Jednym ruchem strzepnęła z włosów krople roztopionego śniegu, uniosła głowę i spojrzała w najbardziej zielone oczy, jakie kiedykolwiek widziała. -Kogo to nam przywiał ten okropny wicher? Jej nozdrza wyczuły zapach alkoholu. Instynkt podpowiadał jej ucieczkę, ale zwalczyła pokusę wracania w taką pogodę i bliżej przyjrzała się gospodarzowi. Jego twarz porastał krótki zarost, który pocierał niezdecydowanym ruchem, ciągle się jej przyglądając. Miał przystojną twarz, ale podkrążone oczy zdradzały, że dużo pił. Wykrzywiła usta w grymasie obrzydzenia, kiedy rozejrzała się po pokoju, w którym się znajdowała. Była to sypialnia i jadalnia w jednym. Przed kominkiem stała szeroka i długa ława, na której leżała zmięta pościel, a na stół pokrywały resztki jedzenia. - Czy tu zawsze tak wygląda? – Spytała. Mężczyzna uśmiechnął się szeroko. - Nie. Tylko wtedy, gdy mam zły dzień. Z tym uśmiechem było mu do twarzy. Izabela określiła go na jakieś dwadzieścia lat. - Często masz zły dzień? Potarł krótką, złotą brodę i roześmiał się. - Ostatnio cały czas. Zrobił zapraszający gest. - Witam w moich skromnych progach. Ściągnęła wierzchnie okrycie i powiesiła je na jedynym wolnym krześle, stojącym przy kominku. - Są tu inne, czyste komnaty? Zasępił się. - Z tym będzie mały problem. Mieszkam tylko w tym pokoju, gdzie śpię i gotuję, więc nie zwracam uwagi na pozostałe pokoje. Służby też nie mam. - Tego się spodziewałam – podeszła do niego. – Jestem Izabela – przedstawiła się. - A ja Wiktor i proszę nie mów nic więcej o sobie. Wystarczy mi to, co widzę – dotknął jej włosów. – Podobają mi się. Wyrwała mu brązowy pukiel. - To sobie zapuść – wzruszyła ramionami. Zaskoczyła go. Nie spodziewał się tak żywiołowej reakcji po dobrze wyglądającej młodej kobiecie. Nie wyglądała na więcej niż szesnaście lat i ciekaw był skąd się wzięła pod jego drzwiami w zimną styczniową noc. Spotkanie wydawało się snem i postanowił, że tak pozostanie. Zbyt dużo złego przytrafiało mu się ostatnio, żeby chciał rozwiać to senne marzenie. Podszedł do kominka. - Chcesz herbaty? - A czy jest tu taka rzecz jak garnek? Zmarszczył brwi. „Marzenie” miało charakterek. - Zapomnij o tym, że cię denerwuję. Gdy tego nie robię jestem całkiem miły. - Przepraszam – spuściła głowę. – Po prostu martwię się, bo moi rodzice pewnie o mnie myślą. Wszystko przez tą burzę. Z determinacją kopnęła stołek. Spojrzał na nią unosząc brwi. - Z rana odwiozę cię do domu. Nie chcę, żebyś mi dom zdemolowała. Teraz usiądź przy kominku i ogrzej ręce, bo pewnie jesteś przemarznięta, a ja odprowadzę twojego konia do stajni. Wrócił przemoknięty. - Pozwolisz, że się przebiorę. W stajni przecieka dach, więc musiałem coś wymyślić, żeby to biedne zwierzę nie zmarzło. Ściągnął z siebie bluzę. - Podaj mi koszulę i spodnie – wskazał na ławę. Wyciągnęła rzeczy spod pierzyny i rzuciła w jego stronę. Miała wielką ochotę spojrzeć na niego, kiedy się przebierał, ale odwróciła wzrok, jak dobrze wychowana panna i zapatrzyła się w ogień myśląc o rodzicach. Nawet nie zauważyła, kiedy usnęła. W nocy obudziło ją ciepło bijące od kominka. Z początku nie mogła sobie przypomnieć gdzie się znajduje, ale poczuła pod sobą twardą ławę i wspomnienie wieczoru powróciło. Spojrzała na podłogę, na której, na sienniku, leżał Wiktor. Nie był przykryty i miał na sobie tylko spodnie, więc pomyślała, że musi być mu zimno. Ściągnęła z ławy pościel, ułożyła się obok niego i przykryła pierzyną. Przytuliła się do jego ciepłego boku i usnęła.
Wiktor obudził się nad ranem. Od razu poczuł, że coś ściska jego klatkę piersiową. Spojrzał w lewo i zobaczył przyklejoną do niego młodą kobietę. Podniósł pierzynę i ze zdumienia szerzej otworzył oczy. Kobieta była naga. - To niemożliwe. Nie byłem aż tak pijany. Ręka kobiety przesunęła się niżej, co przyprawiło go o drżenie. Zdjął z brzucha jej dłoń, ale za chwilę musiał ją objąć, gdyż położyła głowę na jego torsie. Czuł ciepło wydobywające się z każdym jej oddechem. Musnął kasztanowe włosy, które łaskotały go w twarz i ucałował jeden śmiesznie odstający pukiel. Odwrócił jej twarz ku swojej. Jej głowa bezwładnie spadła na jego ramię. Dotknął jej zaróżowionego policzka i przejechał palcem po kształtnych wargach. Położył dłoń na szyję, a w tym czasie pierzyna sama zsunęła się z piersi i brzucha kobiety. - Przecież to dziecko – szepnął, ale żadna siła nie mogła go już powstrzymać. Jego dłoń przesunęła się na jędrną pierś. Dziewczyna wydała z siebie pomruk zadowolenia i przylgnęła do niego. Zadrżał, gdy poczuł nagie ciało. Jej usta znalazły się niebezpiecznie blisko jego twarzy, tuz koło jego ust. Leżąc na boku, nogą objęła jego biodra. To sprawiło, że gwałtownie ją pocałował. Izabela drgnęła i otworzyła oczy. Odepchnęła go od siebie. - Co ty robisz? Jak śmiesz mnie obejmować i całować?! – Krzyknęła oburzona. Wiktor popatrzył na nią posępnie. Szybko przypomniał sobie, co się wydarzyło poprzedniego wieczoru. Senne marzenie ożyło w bardzo gwałtowny sposób. - Po pierwsze, przyznaję, że cię całowałem – powiedział spokojnie. – Po drugie, to ty mnie sprowokowałaś obejmując mnie. Po trzecie, to popatrz najpierw, kto jest nagi i dopiero wyciągaj wnioski. Spojrzała na niego podejrzliwie. - Przyznaj, że to ty mnie rozebrałeś. Roześmiał się głośno. - Ja? Jakbym śmiał? W jej oczach dojrzał rozbawienie. - Przyznaję, że w nocy było mi ciepło i zdjęłam koszulę, co nie znaczy, że musiałeś mnie całować – pogroziła mu palcem. Zanim wstał wycisnęła na jego ustach mocny pocałunek. - Chciałabym, żebyś budził mnie tak codziennie. Ubrała się szybko. Mimo braku doświadczenia instynktownie wykorzystywała wszystkie swoje kobiece atuty. Domyślił się, że jest dojrzała i gotowa na następny etap w swoim życiu. Zastanawiał się, kiedy zawróciła mu w głowie. Patrzył, jak z nędznego ognia próbowała rozdmuchać wesoły ogień. Sam chyba nie był świadom, ile silnej woli wymagało od niego pozostanie na swoim miejscu i nie zaciągnięcie jej z powrotem na siennik. - A ja chciałbym mieć taką gosposię jak ty i żeby nie miała w szefie żadnej sukienki – zaśmiał się. Rzuciła w niego butem. - Lepiej zrób coś do jedzenia, a nie będziesz mi się tu wylegiwał do południa – naśladowała zrzędzenie babci Anny. – A poza tym przestało padać. Muszę wracać. Wiktor odprowadził ją na skraj lasu i tam szybko pożegnał. Żadne z nich nie wspominało o poranku, ale oboje wiedzieli, że nigdy go nie zapomną.
Lipiec 1433. - Dlaczego nie tańczysz? – Ryszard przerwał jej rozmyślania. - Nie mam ochoty – odparła. – A ty, dlaczego jeszcze nie śpisz? Malec wzruszył ramionami. - Ja też chcę się bawić. Zmarszczyła brwi. - Znowu wymknąłeś się Kasi? W uśmiechu pokazał przerwę po mlecznych zębach. - Idź do swojej komnaty zanim rodzice cię zobaczą – klepnęła go w pupę. Pobiegł do wyjścia, gdy w tłumie ukazał się Piotr. - Co się stało? – Porwał córkę do tańca. - Jestem zmęczona – dotknęła głowy. Ojciec spojrzał na nią badawczo. - Czy baron Volanges rozmawiał już z tobą? - Owszem, chciał, żebym dotrzymała mu towarzystwa podczas tańca. - On poprosił o twoją rękę, Izabelo. Stanęła w miejscu jak zamurowana. - Mówisz poważnie, tato? – Na jej twarzy widniało ogromne napięcie. Skinął głową. - Tak, ale nie daliśmy mu konkretnej odpowiedzi. Czekamy na twoje zdanie. Czy chcesz wyjść za niego za mąż? - Jak to? – Zdziwiła się. – Pytacie czy chcę go poślubić? Uśmiechnął się. - Takie w tym domu panują zasady, moja droga. Przyrzekliśmy sobie, że nie zrobimy niczego, co dotyczyłoby waszej przyszłości, bez wcześniejszego wysłuchania waszego zdania. Izabela zastanowiła się. Pod względem pewnych obyczajów, rodzice bardzo różnili się od innych rodzin. - Nie znam dobrze barona i na dzień dzisiejszy odpowiedź brzmi „nie”. Nie dodała, z jakiego innego powodu nie chciałaby jeszcze poślubić Volangesa. Taniec skończył się i Piotr poprowadził ją do mężczyzny otoczonego wianuszkiem kobiet. - Panie, oto moja córka Izabela. Przystojny baron, u którego od razu zauważyła lekką nadwagę, ucałował jej dłoń. Uśmiechnęła się zmieszana, gdy nie puszczał jej ręki. - Jestem zaszczycony – spojrzał jej prosto w oczy. – Czy teraz zatańczysz ze mną, pani? Skinęła głową. Najchętniej schowałaby się w mysią dziurę, ale gdy goście patrzyli na nią wyczekująco, nie mogła odmówić. Z wdziękiem ujęła jego dłoń. Spłonęła rumieńcem, kiedy objął jej talię. Poczuła bijące od niego ciepło i zapach mężczyzny, który podziałał na nią pobudzająco. Wiedziała już, dlaczego baron tak podoba się kobietom. Czasami przebywała w zamkowej kuchni i słyszała opowieści kucharki o tym, jak niejedna dziewczyna ze wsi płakała przez niego. Wiedziała, o czym mowa. Agnieszka bardzo wcześnie uświadomiła ją, co może wyniknąć z bliskiego związku między kobietą i mężczyzną. Cały wieczór przetańczyła z baronem. Sama przed sobą musiała przyznać, że bardzo dobrze się bawiła. Leżąc nad ranem w łóżku uśmiechała się do własnych myśli. Wspominała marzec.
Marzec 1433. Pewnego dnia postanowiła odwiedzić dworek za Wielką Puszczą. Rodzicom powiedział, że wybiera się do Słonecznego Lasu do Karoliny, wnuczki Jana de la Roy. Wzięła ze sobą parę zaufanych służących i dała im dzień wolny od służby. Zgodzili się chętnie, a ona wiedząc o łączącej ich zażyłości, pewna była, że nic nie powiedzą. Umówiła się z nimi następnego ranka na skraju puszczy. Spięła konia i pognała przez las. Zapukała do drzwi. Ku jej wielkiemu zdumieniu otworzyła kobieta. Wyglądała na służącą. - Tak? - Czy jest Wiktor? – Izabela próbowała ukryć niepewność. Kobieta zmierzyła ją wzrokiem. - Proszę wejść – zaprosiła ją do środka. – Zaraz zawołam panicza. Nie mogła uwierzyć, kiedy znalazła się w tej samej komnacie, co ostatnio. Meble ustawione były jak należy, a jedzenie i zmięta pościel znikły sprzed kominka. Pokój robił miłe wrażenie. Pomyślała, że musiał przejść tędy jakaś burza, która wymiotła wszystkie brudy. - Iza! – Usłyszała okrzyk Wiktora i znalazła się w jego uścisku. - Puść mnie wariacie. Spojrzała na jego wesołą twarz i nie mogła powstrzymać się od uśmiechu. - Rozumiem twoją radość, ale żeby od razu miażdżyć mi żebra? Roześmiał się. - Co z twoją brodą? – Dotknęła jego gładkiego policzka. – A co ze zmiętym ubraniem? – Pociągnęła za elegancko haftowany kaftan. – W ogóle, co się tutaj stało? Złapał się za głowę. - Jesteś strasznie ciekawska – pstryknął ją w nos. – Za dużo pytasz. Pamiętasz moją prośbę? Nie mów nic o sobie… - …wystarczy mi to, co widzę – weszła mu w słowo. – Potem zrobiłeś tak – dotknęła jego krótkich włosów. – Podobają mi się, powiedziałeś. Zamknął jej dłoń w swojej. - Pamiętam, że dałaś mi wtedy bezczelną odpowiedź – popatrzył jej w oczy i uśmiechnął się. – Napijemy się herbaty. I proszę, bez złośliwych komentarzy. Mam porządne garnki.
- Dlaczego przyjechałaś? – Spytał, kiedy siedzieli przy kominku, popijając herbatę. - Miałam dosyć ludzi z mojego otoczenia. Chciałam porozmawiać z kimś normalnym. - Stęskniłaś się – stwierdził. - A nie wspominałam o tym? – Zrobiła głupią minę. Przysunęła się do niego. - Naprawdę się stęskniłam. Wiktor dotknął jej włosów. - Koniecznie muszę sobie takie zapuścić – powiedział sucho zmieniając temat. Odsunęła się zmieszana. - Przepraszam. Mrugnął do niej. - To nie twoja wina. Wiem, jak działam na kobiety. - Ty żmijo – dała mu kuksańca. – Gdybyś tylko nie bronił się tak przed moimi wdziękami – westchnęła. - Lepiej jest, jak jest – nachylił się w stronę ognia. Gdy późnym wieczorem zaczęła pytać o jego przeszłość, spojrzał na nią uważnie. - Wiedz, że nie chciałabyś jej poznać – odparł. Noc spędziła w sypialni, którą przygotowała dla niej służąca. Nie usnęła szybko. Rozmyślała nad tajemniczym mężczyzną, który spał w komnacie obok. Wiktor westchnął i przewrócił się na drugi bok. - Nie pójdę do niej – złapał się łóżka. – Nie wolno mi tam iść. Wyobrażał sobie śpiącą Izabelę z burzą kasztanowych włosów rozrzuconych na poduszce i jej różowe, kobiece ciało pod pierzyną. Próbując zmobilizować siłę woli uderzył w drewniany zagłówek łóżka. To go trochę otrzeźwiło. - Idiota! – Warknął, zły na siebie za te fantazje. Spróbował zasnąć i zebrać siły na jutrzejszy ranek.
Żegnała Wiktora. - Stęsknię się, jeżeli nie zobaczę cię w najbliższym czasie – popatrzyła na niego znacząco. Poklepał po karku jej konia. - To tylko marzenie, miłosne zauroczenie, Izabelo – szepnął. - Możliwe – skinęła głową, – ale „w perspektywie serca odległości wydają się straszne.” Wiktor złapał ją za nadgarstek. - Gdzie to usłyszałaś? - Nie wiesz? – Zdziwiła się jego gwałtownością. – Tak podobno powiedział król Marek do swojej małżonki, kiedy po pięciu latach powrócił z wojny. - Kiedyś usłyszałem od matki podobne zadnie – powiedział jakby przepraszająco. Pochyliła się i pocałowała go, zanim zdążył zaprotestować. - Nie mów już nic – dotknęła jego twarzy. – Przyjadę zanim minie lato. Ruszyła galopem w stronę puszczy, gdzie czekała na nią uśmiechnięta służba.
Sierpień 1433. Przez cały lipiec baron Volanges przyjeżdżał do Morenu. Zalecał się do Izabeli, przynosząc jej prezenty i kwiaty. Najczęściej jednak śpiewał dla niej, przygrywając na cytrze. - Masz cudowny głos baronie – Izabela zaklaskała w dłonie. – Doprawdy wspaniały. Volanges uśmiechnął się. - Nie uwierzysz, pani, ale kiedyś byłem trubadurem. Zdziwiła się. - Jakim sposobem stałeś się właścicielem majątku i tytułu? - Ożeniłem się z córką barona. - Opowiedz mi coś jeszcze o sobie – zaproponowała zaciekawiona. - Ściemnia się – spojrzał w okno. – Czas bym udał się do siebie, pani. Pożegnał ją pocałunkiem w rękę. - Pani, jesteś dla mnie sensem istnienia. - Baronie, co się stało z twoją pierwszą żoną? Na jego twarzy pojawił się brzydki grymas. - Jeden łotr zastrzelił ją na polowaniu. Niestety nic nie dało się zrobić. Łajdak uciekł. - Tak mi przykro – zmartwiona dotknęła jego dłoni. Nagle znalazła się w jego ramionach. - Dlaczego ciągle mnie zwodzisz Izabelo? Objęła go i oddała pocałunek. - Ściemnia się baronie – odsunęła się od niego po dłuższej chwili. - Jestem na twoje usługi pani – powiedział i oddalił się szybko. Stała w oknie i patrzyła jak odjeżdża. Bardzo go polubiła i nawet zastanawiała się nad propozycją ślubu, którą jej złożył. Myślała, że będzie miała wtedy więcej czasu, żeby go pokochać. Była realistką i wiedziała, że nic nie wyniknie z jej związku z Wiktorem. Mimo to ciągle nie mogła przestać o nim myśleć. Do komnaty weszła Agnieszka. - Co sądzisz o baronie? – Spytała od razu. Izabela spojrzała na nią z szerokim uśmiechem. - Jest miły, przystojny, męski. Ma wszystkie cechy, które powinien posiadać mężczyzna. A poza tym umie śpiewać. - Śpiewać? – Agnieszka uniosła brwi. - Nie uwierzysz, ale kiedy go o to zapytałam, powiedział, że kiedyś był trubadurem. Agnieszka westchnęła. - Rzeczywiście, ciężko dać temu wiarę. Dałaś mu już odpowiedź? Izabela spoważniała. - Oczarował mnie swoim głosem – zamyśliła się. – Chyba mogłabym go poślubić.
Wrzesień 1433. Przygotowania do ślubu trwały. Każda chwila zbliżała ją do tego ważnego wydarzenia i z każdym dniem coraz bardziej się wahała. Brakowało jej ciepłego uśmiechu i opiekuńczych ramion Wiktora. To w jego osobie widziała swojego towarzysza i męża. Volanges właśnie wyszedł. Izabela zerwała się z krzesła i pobiegła za nim. Chciała go pocałować i upewnić się w swojej decyzji. W korytarzu zatrzymała się nagle. Usłyszała głos barona i drugiego mężczyzny. Dyskretnie wyjrzała zza rogu. Ze zdziwieniem stwierdziła, że jest to ten sam człowiek, który dość często kręci się ostatnio w okolicach zamku. - Pilnuj jej – baron zniżył głos. – Jeżeli zobaczysz, że spotyka się z jakimś młodym szczeniakiem, to szybko donieś mi o tym. Po ślubie nauczę ją szacunku. - Rozumiem, że chłopaka mam… – mężczyzna urwał i przeciągnął palcem po szyi. - Tak, tak. A teraz idź i nie zwracaj na siebie uwagi, bo może cię zapamiętać. Człowiek oddalił się pospiesznie. - Tak, kochana Izabelo – zachichotał baron. – Twój majątek stanie się niedługo moim, a ciebie uczynię najbardziej pokorną żoną na świecie. Już nie mogę się doczekać momentu, kiedy twoje ciało obnaży się przede mną w nos poślubną. Izabela dostrzegła jego błyszczące oczy i przeraziła się. Na jego twarzy widniała ogromna żądza i coś na kształt szaleństwa. Daleko w korytarzu zapiszczał szczur i baron odszedł. Oparła się o zimny mur, przełknęła ogromną gulę, która tkwiła jej w gardle i udała się do swojej komnaty. Otworzyła skrzynię i wyciągnęła strój do jazdy konnej. Ubrała się szybko, włosy zaplotła w warkocze, a za kamizelkę wsunęła nóż. Za drzwiami czekałoby na nią spotkanie z sługą barona, więc cicho otworzyła okno i wyjrzała na zewnątrz. Na szczęście nie dostrzegła sługi barona, więc powoli, wyszukując szczeliny w murach zamku, zsunęła się na dół. W stajni nie było nikogo. Noc była czarna, kiedy ujrzała przed sobą światła małego domku. Poczuła, że teraz nic już jej nie grozi. Wiktor zdziwił się niespodziewaną wizytą. - Musimy porozmawiać – zdecydowanie przekroczyła próg. Usiadła na ławie przed kominkiem. - Co cię sprowadza? – Wiktor popatrzył na nią badawczo. – W noc przed ślubem odwiedzasz przyjaciela? Nieładnie Izabelo. - Chodzi właśnie o moje małżeństwo z baronem. Ja nie chcę go poślubić – bezradnie rozłożyła ręce. Wiktor uśmiechnął się zdawkowo. - Chyba już na to trochę za późno. - Ale on jest inny niż myślałam. Wyobraź sobie, że chce zrobić ze mnie „dobrą żonę”! Opowiedziała mu całą podsłuchaną rozmowę. - A cóż ja poradzę, że wybrałaś sobie takiego właśnie męża? – Powiedział, gdy skończyła. - Masz jeszcze szansę, żeby poprosić mnie o rękę – uśmiechnęła się. - Uparta do samego końca – westchnął. – Jaka szkoda, że jesteś taka trwała w uczuciach. - W moim sercu jest tylko jedno miejsce i jest już zajęte, więc jak mam pokochać barona? Przytuliła się do Wiktora. - Baron to bardzo dobry aktor i gdybym nie podsłuchiwała, nabrałabym się na te jego sztuczki. Czy wiesz, że był on kiedyś trubadurem? Za żonę miał córkę barona, którą jeden człowiek zastrzelił na polowaniu i uciekł. Wiktor zbladł nagle i uchylił usta, jakby chciał powiedzieć coś bardzo ważnego i nie mógł. Ujęła jego dłoń i poczuła jak drży. - Mój Boże, Izo – wykrztusił końcu. – Nie wspominałaś, jak on się nazywa. - Baron Volanges. Wiktor spojrzał jej głęboko w oczy. - Nigdy nie wierz w to, co powiedział o swoim małżeństwie. To największe kłamstwo, jakie słyszałem. Nie wolno ci w to wierzyć. Nie pozwalam! – Krzyknął i potrząsnął nią. Popatrzyła na niego oniemiała. - Przepraszam – przytulił ją mocno. – To nie twoja wina. Znałem kiedyś pewnego trubadura, który od samego siebie, jeszcze bardziej kochał tylko pieniądze. - To zdecydowanie nie mógł być Volanges – naiwnie broniła barona. – On nie mógłby zdobyć się na takie oszustwo. A co z moim ślubem? – Spytała błagalnie. Wiktor rozłożył ręce i pokręcił głową. - Chyba musisz za niego wyjść. - Wiktorze! – Krzyknęła oburzona. - Zrozum, nie masz innego wyjścia. - Ależ mam. W moim domu panuje zasada, że rodzice nie decydują o naszym losie bez wysłuchania naszego zdania. - Ty już się zdecydowałaś – powiedział ze smutkiem. – Sama chciałaś być jego „dobrą żoną”. - Jesteś złośliwy! – Podniosła głos. – Ja wtedy myślałam, że to jest człowiek, którego powinnam pokochać, rezygnując z nieszczęśliwej miłości do… Zaczerwieniła się. - Do kogo? – Wszedł jej w zdanie. Stanęła przy kominku. - Twoje pytania są bez sensu. Wzięła w rękę sporej wielkości sztylet z wyrzeźbioną lilią na rękojeści i zaczęła się nim bawić. - Męczę się, Wiktorze, więc przestań już pytać – poprosiła. Uśmiechnął się i przypomniał sobie noc, kiedy ją poznał. - Wiesz, czego oczekuję od życia? – Odwróciła się do niego. – Oczekuję, że mężczyzna stojący na mojej drodze zorientuje się, że jest kochany i nie będzie bał się odwzajemnić tego uczucia i przyjmie je z otwartym sercem – powiedziała to jednym tchem, jakby bała się, że Wiktor ucieknie. Odezwał się po dłuższej chwili. - Mam otwarte serce, ale wiem, że nie wyniknie z tego nic dobrego, ani dla mnie ani dla ciebie. - Jeżeli tak – ruszyła do wyjścia. – To życzę szczęścia. Nieświadomie powtórzyła słowa ojca, który kiedyś usłyszał od Agnieszki, że ich związek pozostanie tylko mrzonką. Kiedy wyszła, Wiktor zapatrzył się w ogień. - Droga Izo, nie mogłabyś pokochać kogoś takiego jak ja.
Drżącymi rękami założyła na głowę wianek z białych lilii i obróciła się wokół własnej osi. - Jesteś piękna – szepnęła Agnieszka. Mała Hanna z zachwytem wpatrywała się w starszą siostrę. Izabela nie czuła tej podniesionej atmosfery. Nie bawił jej widok białych, odświętnych butów ani jedwabnej sukni. Na płacz się jej zbierało. - Gotowa? Agnieszka wstrzymała oddech. Izabela skinęła głową. Czuła się jakby właśnie traciła ostatnią szansę na szczęście. Ślub miał odbyć się w małej rodzinnej kaplicy, w której pobierali się wszyscy jej bliscy. Nieobecnym wzrokiem rozglądała się po odświętnie udekorowanym wnętrzu, szukając twarzy ojca, który miał poprowadzić ją do ołtarza. Piotr stał przy wejściu, rozmawiając z zakapturzonym człowiekiem w długiej ciemnej szacie. W końcu podszedł do córki. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, tylko ciemne oczy ciskały błyskawice. Izabela wzięła go pod ramię. - Kto to był, tatku? – Spytała. Machnął ręką, udając roztargnienie. Musiał czekać na rozwój wydarzeń, nie zdradzając niczego. Izabela wyczuła, jak bardzo stara ukryć fakt, że jest czymś wzburzony. Gdy zbliżali się do miejsca, gdzie czekał jej przyszły mąż, ojciec mocniej ścisnął jej ramię. - Zrób wszystko, żeby opóźnić tę uroczystość – szepnął. Potknęła się z wrażenia, ale Piotr przytrzymał jej ramię. - Słucham? - Nie słuchaj, tylko coś zrób – zniecierpliwił się. - Nie wiem co. - Coś wymyślisz. Jego wiara w córkę wydawała się jej nieco przesadzona. Z nerwów ciągle plątała się o suknię, ale mocne ramię Piotra za każdym razem było w pobliżu. Zastanawiała się, jakim cudem, w tych okolicznościach, z jego twarzy nie schodzi czarujący uśmiech. Jej dłoń znalazła się w dłoni barona i ksiądz rozpoczął uroczystość. W chwili, gdy miały paść słowa przysięgi, rozpętało się zamieszanie. Przed ołtarzem, w towarzystwie straży, stanęła zakapturzona postać. - Dlaczego ten człowiek zakłóca uroczystość? – Spytał Volanges. Izabelę zdziwił stosunek straży do niego. Do tej pory myślała, że jej ojciec tu rządzi. Człowiek zsunął kaptur. - Witam baronie – Wiktor uśmiechnął się ironicznie. Izabela otworzył usta ze zdziwienia, lecz na wszelki wypadek postanowiła się nie odzywać. Baron, blady jak ściana, cofał się do tyłu. Dostrzegła w jego oczach autentyczne przerażenie. Po chwili jakby się opamiętał i krzyknął do straży: - Do lochu z nim! Nikt nie zareagował na ten pokaz władzy. Nawet Piotr czekał u skupieniu na to, co się stanie. Wiktor posłał Izabeli pełne otuchy spojrzenie. Już wiedziała, czego chciał od niej ojciec. Ciągle nie mogła uwierzyć w to, co się działo na jej oczach. Co robił Wiktor i dlaczego baron kazał zamknąć go w lochu? W momencie, gdy Volanges zapowiedział księdzu kontynuowanie obrządku, poczuła, jak nogi uginają się pod nią. Próbowała wytrwać, ale spojrzała na Piotra i poddała się obezwładniającemu uczuciu omdlenia. Ocknęła się w swojej komnacie. Zanim uniosła powieki, dotarło do niej, że ktoś jest obok. Usłyszała głos Volangesa i jego sługi. - Jak myślisz, czy ta mała zorientuje się, kim naprawdę jestem? Drugi głos zarechotał. - Na pewno śni o tobie, jako o rycerzu z marzeń, mój panie. - Nie wolno jej poznać prawdy. - Ależ baronie, nikt nie dowie się o tym, co naprawdę spotkało twoją żonę nieboszczkę. Wszystkie strzały są jednakowe i nikt nie będzie dochodził, z którego pochodzą kołczanu. Drgnęła na te słowa. - Lepiej już idź. Usłyszała odgłos zamykanych drzwi. Uniosła powieki i rozejrzała się po komnacie. W cieniu okna stał niedoszły mąż. - Chyba zemdlałam – szepnęła. Volanges odwrócił się od okna. - Lepiej się czujesz, Izabelo? –W jego głosie zabrzmiała troska, ale przebiegłe oczy mówiły coś zupełnie innego. - Czy dowiem się, co się stało? Podszedł do niej i wziął w ramiona. - Kochanie, nie zaprzątaj sobie tym głowy – spojrzał na nią z góry. – Po prostu ujęliśmy mordercę mojej żony. Wywinęła mu się. - Jakim sposobem znalazł się na naszym ślubie? Nie dawała z wygraną. Przypomniała sobie słowa Wiktora, żeby nie wierzyła w opowieść barona o tym, że ktoś zabił jego żonę. Dlaczego tym kimś miałby być właśnie Wiktor? Volanges zaśmiał się nieszczerze. - Musiały dojść go wieści o mojej pogoni za mordercą żony i sam się oddał w ręce sprawiedliwości. Izabela wstała z łoża i podeszła do okna. Oddech miała przyspieszony i bardzo się bała, ale nie mogła już dłużej tego ukrywać. - Jedyny morderca twojej żony, panie, stoi właśnie przede mną – powiedziała jednym tchem. Jego twarz zrobiła się kredowo biała. - Słyszałaś? – Wycharczał. - Już od dłuższej chwili byłam przytomna. To duża nieostrożność z twojej strony rozmawiać przy mnie o takich rzeczach nie upewniwszy się, że, na przykład, nie żyję. Słyszałam wystarczająco dużo, by upewnić się w przekonaniu, że nigdy nie zostanę twoją żoną, ty łowco posagów. Volanges złapał ją za przedramię. - Nikt nigdy się o tym nie dowie – wysyczał. - Nie boję się ciebie – skrzywiła się z bólu. Teraz już nie mogła się wycofać. Kątem oka mierzyła odległość do drzwi, modląc się, żeby zdążyła mu uciec. Bała się, że mógłby ją zabić. Jego twarz wyglądała tak przerażająco. - Poczekaj, aż zostaniesz moją żoną. Wyrwała mu rękę. - Czy ty naprawdę myślisz, że to uczynię? – Oniemiała. – Jesteś aż tak głupi? Uderzył ją. Załapała za piekący policzek i odsunęła się do ściany. Nikt jeszcze jej tak nie potraktował. - Powiem ci, co teraz zrobimy – pogładził jej włosy, ale głos miał twardy niczym żelazo. – Zejdziemy na dół z uśmiechem na ustach i pobierzemy się. - Nie zrobię tego. Uniósł dłoń. - Nie przestraszysz mnie – plecami oparła się o ścianę. – Nie będę twoją żoną, która w najbliższej przyszłości zginie od strzały jakiegoś łotra, który nigdy nie będzie istniał. Nie pozwolę na to. Volanges, zniecierpliwiony, rozłożył ręce. - Kobiety, wy wszystkie jesteście takie same – warknął. – Chcecie być niezależne. Iwona też taka była, miała…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil MartaG
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…