...i mówcie do mnie: królowo... II
Pierwszy MaxMaraton Gór Bystrzyckich. 15 godzin marszu, około 70 km samotnej, pieszej, górskiej wędrówki, czyli perypetie długodystansowca.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
* Już wkrótce ukaże się nowy reportaż z nowej eskapady po Ziemi Kłodzkiej. Niniejszy reportaż zamieszczam w sponsorowanych, jako przypomnienie i przedsmak, moich kolejnych przygód.
Przedostatniego dnia czerwca 2010 roku pokonałam samotnie, górskimi szlakami około 70 kilometrów pieszo w jeden dzień. Nie do uwierzenia, ale stało się. I kolejne szlaki Kotliny Kłodzkiej zostały zdobyte. Lecz zanim opowiem o podróży w czasie i przestrzeni przedstawię najważniejsze dane. Gdyby ktoś pytał - Pierwszy MaxMaraton, choć to nie bieg, dlatego, bo tak po prostu nazwałam marsz, a pierwszy, bo mam nadzieję, że nie ostatni.
Miejsce: Sudety, Kotlina Kłodzka, Góry Bystrzyckie.
Marsz niebieskim szlakiem rozpoczęłam w miejscowości Międzylesie (435-470* m) a potem pokonywałam kolejno wsie, góry i przełęcze: Różankę (450-520 m), Gniewoszów (570-760), Poniatów (600-670 m), Przełęcz nad Porębą (690 m), szczyt Jagodna (977 m), szczyt Sasanka(965 m), szczyt Sasin (867 m), schronisko PTTK Spalona - przełęcz Spalona (811 m), Przełęcz pod Uboczem (730 m), szczyt Biesiec (833 m), Rozdroże pod Bieścem, Skrzyżowanie drogi Widlastej z drogą Justyny (powyżej ujęcia wody dla Dusznik Zdrój, czyli tak zwane filtry dusznickie, około 500 m), Schronisko pod Muflonem (740 m)(Duszniki - Zdrój), a potem szlakiem czerwonym starą, opuszczoną częścią wsi Bobrowniki, częściowo drogą Justyny, następnie przez szczyt Rudnik(826 m), szczyt Wolarz(852 m), Piekielny Labirynt do Polanicy - Zdrój (370 m) ( * n.p.m. )
Dzień wstał piękny. Pogoda nie zawiodła. Jeszcze co prawda była mgła w Kłodzku, ale wkrótce miała poddać się słońcu. Do Międzylesia dojechałam samochodem. Niebo było już czyste. Ostatnich kilka słów z bratem i zostałam sama. Powietrze jeszcze było rześkie. Według prognozy w dzień miało być 30 stopni w cieniu.
Jest godzina 6.15 kiedy biorę głęboki oddech, zakładam kije do nordic i startuję. Pierwszy odcinek do Różanki wiedzie asfaltową drogą, z kilkoma przecinkami przez pola na krętej drodze, za mostem kolejowym. Nie szłam jednak przecinkami, bo rosa jeszcze nie wyschła, zresztą wygodniej było na razie maszerować asfaltem. Różanka, wieś jakby na końcu świata. Przypomina wsie bieszczadzkie, bo ma się wrażenie, że cywilizowany świat pozostał gdzieś daleko. Nie zatrzymuję się podziwiać widoków, poza sekundami na zdjęcia. Kije do nordic pchają mnie dalej i wkrótce schodzę z asfaltowej drogi, mijając ośrodek Towarzystwa przyjaciół dzieci, znikam w lesie. Nadmienię, że nie znam zupełnie tego odcinka trasy i idę w nieznane. Ale żeby prawdzie uczynić za dość odcinki asfaltowe w Różance i kawałek w Gniewoszowie znam, bo zwiedziłam je już na rowerze. Las to jednak wielka niewiadoma, która poniekąd mnie cieszy. Drzewa będą dawały wytchnienie od słońca i ciszę. I za niedługo prawie błądzę, kiedy wynurzam się na polanie, a to dlatego, że drogi, która jest na mapie jakby nie ma. Są tylko gęste krzaki i ukwiecona łąka. Oznakowanie szlaku wcale nie pomaga i tracę cenny czas, bo nie mogę maszerować w tempie, który miałam zaplanowany, aby przejść całość przed zmrokiem. Chwila dezorientacji jednak mija i natrafiam w rzuconej na środku polany kępie świerków, pod plątaniną gałęzi biało-niebieski znacznik. Po chwili wchodzę znów do lasu. Jest lekko z górki. Robię - pierwszy z wielu - przetrucht, żeby rozruszać nogi.
Zbiegu po wejściu nauczył mnie nieżyjący już niestety przyjaciel, traper i sportowiec w jednym. Mięśnie się nie zakwaszają, dotlenione jest serce i cały organizm, poprawia się metabolizm zastanych monotonnym marszem komórek. Przejście z truchtu w marsz już na równym sprawia, że ma się paradoksalnie więcej siły. W trakcie biegu wypłaszam zza drzew pięknego jelenia. Cztero, pięcio latka. Przeskakuje z lewej strony drogi na prawo, po chwili na lewo i ustawia się do zdjęcia. No, ale! Tak się guzdram z aparatem w telefonie, że zanim jestem gotowa krok za krokiem znika za drzewami. Złoszczę się na siebie, niemniej odbieram to za dobry znak, że go spotkałam. Ruszam i po chwili docieram do strumienia, w okolice Solnej Jamy. I tu znów muszę poutyskiwać na oznaczenia, bo Solna Jama gdzieś jest, ale tak zaznaczona, że szukaj wiatru. Nie mam czasu na błądzenie, dlatego ruszam dalej. Myślę sobie: Innym razem. Zaczyna się krótka jednak ostra wspinaczka i kije do nordic doskonale zdają egzamin, całkowicie niwelując mój początkowy sceptycyzm.
Gdy wychodzę z lasu widzę wieżę kościoła w Gniewoszowie, ale tu znów szlak niknie mi gdzieś na łące z oczu i oczywiście już się nie wracam. Zostawiam z żalem za plecami niezwiedzony Szczerbiec, (lub jak kto woli Zamek Szczerba)i polną drogą docieram do asfaltu, którym wiedzie szlak, na wysokości kościoła właśnie. Gniewoszów też jest wsią końca świata. Jeśli gdziekolwiek diabeł mówi dobranoc, to na pewno tu. Do Bystrzycy daleko. Do Międzylesia daleko, a żyć trzeba. Są owszem warunki do rozwoju turystyki, i wiele można by osiągnąć, ale musiałby najpierw ktoś je dostrzec. Poza tym ludzi nie widać jakoś. Mijam jedną panią, przez której podwórko przechodzę, wcześniej pytając się o zgodę, mijam panów z obsługi wozu asenizacyjnego i ich wóz. Są jak żywcem wyjęci z wiersza Bursy, z tym, że jeszcze nie umarli. Mijam wreszcie drogowców, którzy udają, że latają dziury na autostradzie sudeckiej i to tyle. Pani owa to jedyna z mieszkańców. Taki dowód, że istnieją, tylko nie wiadomo gdzie są. Istnienie życia potwierdzają jeszcze szczekające psy i skoszona trawa.
Powyżej Gniewoszowa szlak skręca, żegnam widoki na Masyw Śnieżnika i wkraczam na połoniny Gór Bystrzyckich. I nie ma w tym, co piszę żadnej przesady. Po lewej połacie łąk, po prawej połacie łąk na pomniejszych szczytach. Wydaje się, że jestem poza czasem. Skąpana w promieniach słońca i kurzu, który podnosi się z drogi. A droga wiedzie do wsi Poniatów, a za pierwszym zabudowaniem, nie licząc chaty za miedzą szlak skręca w prawo. Przechodzę obok ruin domu, który lata świetności ma dawno za sobą, by po chwili znów wyjść na autostradę sudecką. Szlak skręca w prawo, a na skrzyżowaniu w lewo. W dole Widać wieś Porębę. Wyjście na asfalt jest już lekko nużące, ale odcinek na szczęście nie jest długi i za kolejnym zakrętem znikam w lesie. Przede mną wspinaczka na Jagodną. Jest mniej więcej godzina 10. Zanim osiągam szczyt cieszę oczy widokami na góry bardzkie, złote i owszem, znów na masyw śnieżnika. Płoszę ze środka drogi czarną żmiję. Dojście do szczytu jest płaskie (jak to i na połoninach) z tym, że górę porastają drzewa, młode drzewa, może dziesięcioletnie patrząc na przyrosty, może jednak starsze. Trudno jest oceniać wiek drzew rosnących bez mała kilometr nad poziomem morza; trudno ze względu na wysokość; trudno ze względu na krótszy okres wegetacji spowodowany dłużej panującym tu okresem zimy. Jagodna wznosi się 977 metrów nad poziom morza i jest Najwyższym szczytem gór bystrzyckich. Krótka przerwa, i ruszam dalej. Krótko, bo skwar na szczycie jest niemiłosierny i lepiej zrobić przerwę w lesie, w cieniu. A poza tym czas niestety jest moim determinantem i mało pozostawia rezerwy na marudzenie. Trzeba pokonać najwięcej jak się da, póki nie zacznie doskwierać zmęczenie.
Kolejny odcinek marszu jest odpoczynkiem, łagodnie wiedzie w dół aż do schroniska w Spalonej, do którego wkraczam przed godziną 12. Robię sobie pół godziny przerwy na kawę, wpis do księgi pamiątkowej, zmianę bielizny, posiłek i wypisanie kartek do przyjaciół. Schronisko ma skrzynkę pocztową, do której co dzień przybywa listonosz. Odpoczynek jest możliwy, ponieważ zaoszczędziłam czas w drodze. Ogólnie ze schroniska wychodzę zadowolona. Kawa była smaczna, mocna i w kubku, jak lubię; obsługa miła, w schronisku czysto. Z chęcią tu wrócę przy okazji jakiejś wycieczki rowerowej. Lub innym razem.
Wychodzę i po kilku krokach asfaltem zbiegam wzdłuż wyciągu, a po chwili zaczynam najtrudniejszy odcinek maratonu. Jest już gorąco, odcinki drogi wystawionej do słońca dają się we znaki. Są jednak takie fragmenty
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil coca monka
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…