Wróć do katalogu

...I naśladował kukułkę

Hagalla zostaje wezwana, by pomóc pewnej rodzinie baronowskiej uporać się z duchem w swej posiadłości. A co wspólnego ma z tym młody Rafael, zmarły przed rokiem syn barona? (I)

Anna-Stina, opublikowano , 16 min czytania, 4,2 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Elomaris... Tak nazywała się pewna nizina w pobliżu gór. Z dawien dawna Elomaris zamieszkiwały różne typy ludzi, nie zawsze żyjące ze sobą w zgodzie, ale nizina i tak słynęła jako cicha, spokojna kraina. Dlategóż Hagalla zdumiała się, gdy na kopercie z listem o pomoc miejscowym stróżom prawa pojawiła się ta nazwa.

Ekri, Elomaris, Urząd miejski w Kiagurt.

Tak brzmiał dokładny adres. Hagalli niewiele to mówiło. Nie orientowała się szczególnie w geograficznym położeniu miejsc, do których jeździła. Wcześniej wystarczyło tylko znaleźć dobrego przewodnika i jechać. Potem sprawy się skomplikowały, nie mogła pokazywać się w większych miastach – powód wolała przemilczeć – więc już nie było tak łatwo. Jakoś sobie jednak radziła. Albo wkupywała się w łaski przewoźników towarów między krainami. Sama nazwa miasta, Ekri, bardziej jej się kojarzyła. Znała wszak dobrze pochodzącego stamtąd Erlinga Tore, który, jeśli się nie myliła, został lensmanem w Kiagurt. Zatem właśnie od niego pochodziło posłanie. Tylko po co? Hagalla otrzymała staranne wykształcenie. Najpierw u rodziny, choć wtedy nosiła jeszcze imię Helga. Pochodziła z dobrego rodu, jeśli dobrze pamiętała, była nawet szlachcianką. Ale minęło już tyle lat, a wspomnienia się zacierały. Po podstawowym wykształceniu u rodziny za jej edukację zabrała się Audra Miliand, straszna, szara dama. Szara w jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Całą sylwetką przywodziła szarość. Szczupła, chuda, o małych okularach na nosie, z jasnymi włosami, kojarzącymi się z szarością. I oczy szare, i skóra blada. Straszna również była. Mała Helga, którą Audra przechrzciła na Hagallę, podziwiała bezgranicznie wszystkie jej umiejętności, niezależnie od tego, jak bardzo niezwykłe się wydawały. Czarownica, tak powinno się ją nazywać! Po Audrze pałeczkę przejęła Kerda, zielarka z małej wsi. Hagalla uczyła się u niej z zapałem i niemal równym zainteresowaniem, co u Audry. Dzięki Kerdzie poznała lecznicze – i nie tylko – zastosowanie roślin. Na Kerdzie kończyło się jej nadprogramowe wykształcenie. Potem już tylko samodzielne studia w bibliotekach i zamiłowanie do tajemnic. I chyba właśnie je chciał wykorzystać lensman.

Gdy przyjechała powitał ją radosny chór przyjaciół z młodych lat. Kenna, obecnie sprzątaczka na dworze baronostwa Kelis, a dawniej jej pokojówka i serdeczna przyjaciółka, przypomniała jej wszystkich z rodzinnego dworu: parobków Pedera, Krisa i Olego, pokojówki Kristinę i Elisę, a nawet kucharki, Elizabet i Ugglę. Lensman, którym był rzeczywiście Erling Tore, odetchnął z ulgą na jej widok. - Wspaniale, że jesteś, Hagallo – uśmiechnął się do niej. – Nic już nie rozumiem z tej całej sprawy. Tobie powinno pasować. Państwo cię wtajemniczą... Czuła się nieco zawiedziona, że ich spotkanie trwało tak krótko i rzeczowo, ale tylko skinęła głową. Gdy odszedł, przesunęła wzrokiem po gospodarzach. Stali w pokoju do przyjmowania gości, wspaniale udekorowanym pomieszczeniu o wielkich oknach. Hagalla skrzywiła się lekko. Nie lubiła tego stylu architektonicznego. Komnata była wysoka i obszerna, a umeblowanie – skromne, lecz eleganckie – dopełniało obrazu pustego pomieszczenia. Już przy pierwszym spotkaniu uznała barona Kelisa za skąpca. Wiedziała, że się nie pomyliła z oceną. Baron i baronowa ubrani byli zgodnie z najnowszą modą, którą Hagalla z trudem tolerowała, a ich miny świadczyły o tym, że czynią jej wielki zaszczyt, chcąc z nią rozmawiać. - Kto mieszka w dworze? – spytała z rezerwą. Baronowa zatrzepotała rzęsami. - Ja, mąż, nasza córka Linda i... - I służba – wtrącił baron. - Kiedyś mieszkał jeszcze nasz syn – dodała kobieta ze smutkiem. – Ale jego już nie ma, zmarł... - Jak się państwo nazywają? Chodzi mi o imiona. I imiona dzieci. Baron skrzywił się z pogardą. - Markus Kelis. Moja małżonka, Helena Kelis. Nasza córka, Linda Kelis. - I Rafael Kelis – szepnęła kobieta żałośnie. Hagalla uznała, że kobieta do tej pory nie pogodziła się ze śmiercią syna. Nie dziwiła ją oziębłość barona w tej sprawie, tego człowieka poruszało niewiele uczuć. Ale cóż takiego zrobił ten Rafael, by zasłużyć na jego wrogość? - Jak zginął Rafael? – spytała wprost. Baronowa zaniosła się łzami. - To bardzo okropna sprawa – zauważył baron cierpko. – Ciągnęło się to przez kilka miesięcy. Rafael twierdził, że widuje ducha. Któregoś dnia po prostu rzucił się z wieży, szaleniec, pewnie za tym duchem. Ach. A więc baron bał się skandalu, związanego z niepełnosprawnością umysłową syna. - Dobrze, rozumiem. A... – zawahała się. – Co to się teraz dzieje, że mnie wezwano? Małżonkowie popatrzyli po sobie. - Służący mówią, że widują ducha – wyjaśnił pan Kelis niechętnie. Hagalla uśmiechnęła się cierpko. Nigdy jeszcze nie zetknęła się ze sprawą, w której okazało się, że nadprzyrodzone moce maczają palce, więc i tym razem pewnie tak nie będzie. Znowu się okaże, że to albo halucynacje albo wyolbrzymione plotki, albo żart... - I znaleziono jakieś dziwne zapiski, mówią, że napisał to duch – dodała baronowa. – To znaczy... Coś wyryte na ścianie. Wygląda na obcy alfabet... - Grecki? – podsunęła Hagalla. - Nie, nie, jeszcze jakiś inny... - Cyrylica? - Tym bardziej nie. To wygląda tak... A zresztą, niech pani sama zobaczy. Baronowa zaprowadziła ją do kwater dla służby. Tam wskazała na ścianę. A Hagalla znieruchomiała. Bo rzeczywiście znała ten alfabet.

Działo się to jeszcze wtedy, kiedy uczyła się u Audry. Stara czarownica nierzadko posługiwała się jakimiś koślawymi literami, które niewiadomo co oznaczały, ryła je w drewnie czy też malowała na kamieniach. Mała Helga nigdy nie mogła tego pojąć. Aż do czasu, gdy się o to spytała. Wtedy to Szara Dama uśmiechnęła się złowieszczo. - Runy, moja droga! Po nich właśnie nadałam ci imię. Nauczę cię je odczytywać, ale to musi poczekać. Musisz coś zrozumieć... – urwała i długo nie wracała do tego tematu. Gdy podrosła, Audra zaczęła uczyć ją odczytywać alfabet runiczny, futhark, oraz zapoznała się z bliższym znaczeniem każdej runy. Najchętniej uczyła się o hagallaz, nazywanym również hagalla, chyba po jakimś bóstwie. Większość run miała wiele nazw. Na przykład isa, mówiono na nią też eisaz, isaz, is, isar, is, iiz, iss...

Umiała więc odczytać runy. Natychmiast zabrała się do roboty. Trochę to czasu zajęło, ponieważ dawno nie miała styczności z niczym w takim stylu od wielu lat. Pierwsza literka, jak każdy mógł z łatwością zauważyć, była R – raido. Hagalla na razie nie skupiała się na znaczeniu run, najpierw chciała odcyfrować, co nimi zapisano. Baron z baronową w napięciu oczekiwali, co powie. Hagalla wyprostowała się z błyskiem w oczach. - Co mi państwo powiedzą o śmierci Rafaela? Baron aż podskoczył. - Co? Tam pisze coś o Rafaelu? – zaszlochała kobieta. – Biedny synek! Czy to on straszy? Hagalla próbowała na nią nie patrzeć. Ni chciała dać po sobie poznać, że tam pisze coś więcej. „Rafael. Uratuj Rafaela” – tylko jak miała uratować kogoś, kto już nie żył?

Zasiedli w salonie przy herbacie. Hagalla zapoznawała się z dokładnymi datami i opisami zdarzeń. Okazało się, że Rafael zaczął „widywać ducha” po tym, jak dostał od nieznajomego mężczyzny kamyk z magiczną runą. O tym nieznajomym wiedziała tylko dziewczynka, Linda, której brat zwierzył się ze swojej fascynacji magią, powiedziała to teraz po raz pierwszy. Od tamtego czasu coraz bardziej się zmieniał, bladł, chudł, a jednocześnie pojawiały się mu jakieś groźne błyski w oczach... Hagalla przyjmowała to wszystko ze stoickim spokojem, przekonana, że po Szarej Damie już nic nie może jej przestraszyć. - Zatem co pani uważa? – spytała baronowa niepewnie. – To Rafael straszy? Mina barona pokazywała sceptyzm. Hagalla pokręciła głową. - Jeśli wolno mi wyrazić moje zdanie, sądzę, że żaden duch tu nie grasuje – powiedziała. – Albo to jakiś żart, albo... Albo co? Kto w tej posiadłości mógł znać magiczne runy? Nie potrafiła dokończyć zdania. - A moim zdaniem jest pni po prostu…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych