Wróć do katalogu

Id, ego, superego

Opowiadanko odwołujące się do działalności Zygmunta Freuda.

Kisiel, opublikowano , 23 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{i} Czułem się bardzo dziwnie. Chociaż nigdy nie umiałem pływać teraz unosiłem się na falach oceanu. Co więcej, mimo wrodzonego wstrętu do wody, sprawiało mi to ogromną przyjemność. Kolejne podmuchy wiatru zrywały moje, i tak już dość skromne, odzienie. Nagle sprzeciwiłem się falom, zdecydowanie stanąłem na tafli wody. Rozejrzałem się wokół. Wydałem okrzyk zaskoczenia. Nie ukrywam, że zaskoczenie to należy zakwalifikować do tych bardzo przyjemnych. Ze wszystkich stron napływały w moją stronę syreny. Doprawdy, zbyt ubogi jest ten język, by opisać ich piękno. Dorodne, śnieżnobiałe piersi wspaniale błyszczały w świetle księżyca. Również przykryte połyskującymi łuskami ogony, za pomocą których te półboskie stworzenia z wrodzoną gracją odbijały się od wody wzbudzały we mnie wielkie pożądanie. Delikatne rysy twarzy dodatkowo oddziaływały na moją wyobraźnię. Ruszyłem przed siebie, chcąc posiąść którąś z syren. Cały drżałem, myśląc o czekającej mnie już za moment rozkoszy. Jednak, gdy czule objąłem pierwszą z piękności ta tylko kokieteryjnie się zaśmiała i ni stąd ni zowąd rozpłynęła się w powietrzu. Niezrażony niepowodzeniem ruszyłem ku następnej syrenie. Moja wybranka sprawiała wrażenie niezwykle chętnej na drobną, miłosną igraszkę. Czułem wielkie zadowolenie, mogąc przyciągnąć do piersi tę istnie niebiańską istotę. Moja rozkosz nie trwała jednak długo. Gdy chciałem wreszcie nasycić swą żądzę zorientowałem się, że przede mną jest jedynie pustka. Nieco zrezygnowany spojrzałem w dół. Nie unosiłem się już nad powierzchnią oceanu. Pode mną znajdowała się chmura, zostałem przemieniony w gołębia. Nagle poczułem jak wzbiera we mnie zwierzęca chuć. Co chwila, tuż przed moim nosem, przelatywała gołębica. Każda z nich wyglądała jeszcze niewinniej od poprzedniej. Poczułem, że wybuchnę niczym wulkan, jeśli za chwilę nie zaspokoję swego pożądania. Rzuciłem się w pogoń za nieskazitelnie piękną ptaszyną. Ta wyraźnie pokpiwała sobie ze mnie. Była szybsza, jednak nie chciała bym tracił ją z oczu. Co jakiś czas odwracała się w moim kierunku i słodko gruchała. Nie byłem już w stanie powstrzymać namiętności. Rzuciłem się, ile tylko sił w piórach, za olśniewającą gołębicą. Bezskutecznie - ku mojej rozpaczy wkrótce piękność zniknęła mi sprzed oczu. Momentalnie wokół mnie zapadł mrok. Nie byłem w stanie niczego dostrzec. Gdy zasłona ciemności opadła ujrzałem dookoła ognie piekielne. Znalazłem się z wizytą u samego Lucyfera. Wędrowałem przed siebie. Po chwili usłyszałem okropne krzyki. To czarty biczowały i smażyły na ogniu portowe kurtyzany. Korzystając z bliskości wcale niebrzydkich ciał grzesznic, bynajmniej nie żałowały sobie drobnych uciech. Jakże im zazdrościłem. Gotów byłem zaprzedać duszę samemu Lucyferowi, by móc w tym momencie zbliżyć się choćby do wszetecznicy! Krzyknąłem z bezsilności i rozpaczy... {/i}

Thomas Bress z wytęsknieniem patrzył przez okno wiedeńskiej Akademii Handlu Zagranicznego. Zupełnie nie mógł skupić się na wykładzie. Patrzył na dwójkę dzieci, które niemal wpadły pod nadjeżdżającą dorożkę. - Panie Bress! - z zamyślenia wyrwał go głos profesora. - Czy zgadza się pan z postawioną przeze mnie przed momentem, przyznaję, dość śmiałą tezą? Cóż tu, do licha, odpowiedzieć? To już nie pierwsza tego typu wpadka Bressa. Student obawiał się, że tym razem miarka się przebrała. Profesor mierzył go takim spojrzeniem, jakby miał ochotę za chwilę rzucić się na młodzieńca i własnoręcznie go zadusić. - No więc, panie Bress, jak się pan ustosunkowuje do mego stwierdzenia? Nagle Thomas dosłyszał cichutki szept: "Powiedz, że bardziej by to pasowało do polityki gospodarczej Francji". Bez chwili wahania powtórzył zdanie przed profesorem. Ten, osłupiały, patrzył na studenta. W końcu wydukał z siebie: - I nad czym było się tak długo zastanawiać? Bress odwrócił się z dziękczynnym spojrzeniem w stronę szlachetnego wybawcy, który w ostatniej chwili rzucił mu koło ratunkowe podpowiedzi.

Po zakończeniu wykładu, na dziedzińcu Akademii Handlu Thomas Bress podszedł do studenta, który dziś wyratował go z opresji. - Chciałbym serdecznie podziękować. Gdyby nie pan, prawdopodobnie musiałbym się teraz właśnie starać o przyjęcie na nową uczelnię. - Cieszę się że mogłem pomóc. Od dłuższego czasu pana obserwuję. Sprawia pan wrażenie osoby, która od dawna ma jakieś duże zmartwienie. Tak przy okazji, może zwracajmy się do siebie po imieniu. Nie wiem jak pan, ale ja czuję się strasznie nienaturalnie rozmawiając w ten sposób ze swoimi rówieśnikami. - młodzieniec wyciągnął prawą dłoń. - Ależ oczywiście, mnie też często drażni ten oficjalny język. Nazywam się Thomas Bress. - Miło mi, Martin Freud... Tak, Zygmunt Freud jest moim ojcem - dodał, widząc wielkie oczy Thomasa. - Wracając do twojego zachowania. Czy aby wszystko, Thomasie, jest u ciebie w porządku. Choć Martin Freud nie zdecydował się pójść w ślady ojca, neurologa i psychiatrę doskonale znanego w całym Wiedniu, i tak jego spojrzenie potrafiło przewiercić człowieka na wylot. - No, prawdę mówiąc, nie do końca. Rzeczywiście, mam ostatnio parę problemów... Ale to bardzo osobiste, nie chciałbym ci o tym opowiadać. Proszę, nie proś mnie o to. Obawiam się, że gdybyś to zrobił, nie potrafiłbym ci się przeciwstawić. - Dobrze. Może, aby się lepiej poznać, chciałbyś wpaść jutro do mnie na obiad. Mama obiecała, że będzie rindfleisch - wspaniale przygotowana wołowina. A, własną głową ręczę za to, nasza kucharka gotować to umie jak nikt inny! - Jasne - Thomas Bress czuł się nieco zakłopotany niespotykaną otwartością dopiero co poznanego studenta. - W takim razie przyjdź jutro do mnie po południu. Jakby co, mieszkam przy Berggasse 19. Niemalże naprzeciwko Akademii, dwie minuty spacerem stąd. Thomas, zdaje się, nie dostrzegł szelmowskiego błysku w oku Martina.

{i} Błagalne prośby ojca nie zmieniły mej decyzji. Nie mogłem pozwolić, by Achilles wciąż bezkarnie drwił z Trojan. Zdawałem sobie sprawę, jak bardzo ryzykuję. Jednak, jeśli nawet poniosę śmierć, Ilion zapamięta mnie jako bohatera. Pragnąłem pomóc Parysowi, dla którego los okazał się tak okrutny. Miał prawo do Heleny, sama boska Afrodyta obiecała mu jej rękę. Wyszedłem przed mury Troi. Natychmiast oślepił mnie blask zbroi Achilla. Z kim przyszło mi się mierzyć... Toż więcej ma on z boga, niżby człowieka. Rozwścieczony heros rzucił się na mnie. Uchyliłem się przed ostrzem dzidy i rzuciłem do ucieczki. Podczas gdy trzykrotnie okrążaliśmy mury Ilionu, nieustannie towarzyszyły mi krzyki Trojan, dodające mi otuchy. Uznałem, iż nadszedł najwyższy czas, by oddać się przeznaczeniu. Stanąłem, patrząc prosto w oczy herosa. Starałem nie dać po sobie poznać ogromnego strachu. - Achillu, miły bogom mężu - przemówił zdecydowanym głosem. - Przyrzeknijmy sobie, jak na honorowych mężów przystało, że ktokolwiek z nas poniesie śmierć w tym pojedynku nie pozwolimy na zbeszczeszczenie zwłok. Ciało oddamy rodzinie, nie pozwalając, by ktokolwiek mógł zakłócić uroczyste pochowanie. Achilles jednak był zbytnio zaślepiony gniewem: - Przymierza ci się zachciało, Hektorze czcigodny. Nic z tego, nie ze mną takie układy. Jestem żądny zemsty! Jak dla mnie, możesz po wsze czasy błąkać się po wybrzeżach Styksu, błagając Charona o przewiezienie bez uiszczenia zapłaty. Nic z tego, choć dzielny z ciebie mąż i bohaterski wojownik, nie dla ciebie przeznaczone są Pola Elizejskie. Parys zbeszcześcił dom Menelaosa, porywając cudowną Helenę, a ty stajesz w obronie tej niegodziwości. Dusza twa będzie skazana na wieczne błąkanie. W ostatniej chwili osłoniłem się tarczą przed ciosem boskiego Achila. Z trudem broniłem się przed potężnymi uderzeniami. Postanowiłem zaatakować. Z całej siły rzuciłem dzidą prosto w pierś herosa. Ten jednak zdążył się osłonić tarczą. Teraz pozostał mi już tylko miecz. Nie długo było mi jednak dane jeszcze odpierać ataki. Wkrótce potężnym uderzeniem Achilles ugodził mnie w szyję. Ujrzałem Tanatosa. Coś do mnie mówił, lecz ja nic nie słyszałem. Ból przenikał całe moje ciało. Zastanawiałem się, czy kiedykolwiek zostanie mi dany beztroski żywot na ziemiach Elizjum... {/i}

W domu przy ulicy Berggasse rozległ się dzwonek. Pani Freud poszła otworzyć. Ujrzała przed sobą młodzieńca, całkiem zresztą przystojnego. - Dzień dobry, moja godność Thomas Bress - przywitał się, delikatnie całując jej rękę. - Miło mi. Nazywam się Marta Freud. Jak pan się z pewnością domyśla, jestem mamą Martina. Cieszę się, że postanowił pan zaszczycić nas swoją obecnością podczas dzisiejszego posiłku. Służąca powinna niebawem podać obiad. Czy coś się stało? - spytała, gdyż przybyły student wyglądał na mocno zaniepokojonego. - Nie, nie, nic takiego - na twarzy Thomasa zagościł rumieniec. Nie był wcale zachwycony, iż dostrzeżono jego zakłopotanie. - Proszę mi wybaczyć, krótko dziś spałem. Sporo ostatnio nauki na Akademii. - Rozumiem doskonale. Proszę się nie kłopotać. A jakim to studiom oddał się pan? Thomas nie wiedział, co się z nim dzieje. "Do diabła, co ja studiuję? Nie pamiętam! Co się stało? Mam czarną dziurę w głowie!" Na szczęście z opresji wybawił go Martin, który właśnie wpadł do przedsionka. - Witaj Thomassie. Dobrze, że już jesteś. Chodź na chwilę do mojego pokoju! Właśnie piszę esej o historii Francji dla profesora Bergsterna i natrafiłem na pewną nieścisłość. Może będziesz potrafił mi pomóc. - Proszę mi wybaczyć - zdołał wydukać Thomas do pani Freud. Był wdzięczny, że dzięki Martinowi udało mu się wybrnąć z tej, jakże krępującej sytuacji. Marta Freud uśmiechnęła się pobłażliwie.

Wkrótce do domu powrócił po ciężkim dniu Zygmunt Freud. Thomas niezwykle cieszył się na spotkanie ze słynnym lekarzem. Zygmunt okazał się być dość wysokim i niezwykle eleganckim mężczyzną. Szczególną uwagę przyciągał zadbany, długo hodowany dorodny zarost. Niewątpiwie, do atrybutów Zygmunta Freuda zaliczało się cygaro. "Psychiatra bez cygara to jak drzewo bez liści" zdarzało się żartobliwie wspominać lekarzowi. Thomas był zachwycony obiadem. Najpierw wspaniała zupa grzybowa, następnie zaś smakowite rindfleisch. Martin nie kłamał, wspominając o kulinarnych talentach w domu Freudów. Po obiedzie zaś sam Zygmunt Freud zaprosił gościa na drobną przechadzkę po okolicznym parku. Chciał odbyć z nim rozmowę na osobności. Choć trochę zaniepokojony powodami tej propozcji, Thomas ochoczo przyjął zaprosznie. W końcu nie lada to zaszczyt spacerować z jednym z najwybitniejszych wiedeńskich lekarzy. Przez przeszło kwadrans poruszali doprawdy mało istotne kwestie. Freud wyraźnie chciał wybadać, z kim tak naprawdę ma do czynienia. Pod pozorem zainteresowania życiem współczesnego studenta, Zygmunt przenikliwie badał Martina. W pewnym momencie neurolog zwolnił kroku i spytał się, zniżywszy ton głosu. - Podczas obiadu spostrzegłem pewne zjawisko. Dlaczego pan boi się tak panicznie mojej żony? - Ja… Nie, skądże. Pańska żona sprawia wrażenie niezwykle miłej osoby i... - Proszę nie robić ze mnie idioty. Psychiatrią zajmuję się nie od wczoraj. Potrafię rozpoznać strach u człowieka. - Ale, ja wcale... No może trochę, ale nie chciałem i w ogóle... - Na Boga, proszę się uspokoić! Daleki jestem od podejrzewania pana o jakiekolwiek afekty! Natomiast widzę, że boi się pan Marty. I, proszę mi wybaczyć - choroba zawodowa, chcę dociec skąd się bierze taki stan rzeczy. - Rozumiem, ale nie ma takiej potrzeby. To co pan teraz mówi, to nic więcej jak złośliwe insynuacje. Nawet przez głowę mi nie przeszło, by

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych