IMADŁO
Miłosna historia o przemocy i rozwolnieniu (wolności).
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
IMADŁO
Składzik, w którym przechowywała benzynę i narzędzia, od śmierci jej męża stał się miejscem kultu. Codziennie rano przychodziła tam tylko po to, aby powiedzieć tym wszystkim komponentom składzikowego krajobrazu "dzień dobry". Głaskała mosiężne kanistry z benzyną, nieheblowane szafki na śrubki, pojemniki z kleszczami obrotowymi. Wdychała namiętnie zapach warsztatu. Syciła nozdrza woniami etyliny, smaru samochodowego i rdzy przeżerającej metalowe konstrukcje. Wdychała namiętnie zapach męża. Nie było go już przy niej półtora roku i właśnie tyle czasu potrzeba jej było aby zwariować. Biedna, stara kobieta, która przez czterdzieści lat dumnie obnosiła krwisty fiolet wokół oczu, która pluła zębami, ilekroć zapragnęła odmiany, innowacji, szczęścia. W centralnym punkcie składziku stał drewniany, mocny stół. Jego nogi obite były rdzewiejącym metalem, który kiedyś był zielony, teraz zaś jesienna burość wyrzynała na nim ekstrawaganckie szlaczki. Stół stanowił jakże godną podporę dla najważniejszego w jej życiu urządzenia mechanicznego, najbardziej emocjonalnego urządzenia świata. Piękne, srebrne imadło lśniło dzisiaj jak nigdy dotąd. Wszystko dlatego, że kupiła w miasteczku ten rewelacyjny płyn do polerowania i moherową szmatkę do czyszczenia, która "zgarnia najmniejsze drobiny kurzu i sprawia, że Twoje imadło lśni dzisiaj jak nigdy dotąd". Polerowała je trzy razy na dobę. Rano, zaraz po przebudzeniu, oporządziwszy się i opróżniwszy pełny pęcherz, biegła ( o ile to w jej statecznym już wieku w ogóle możliwe) do składziku. Jej napuchłe starością nogi nabierały wówczas jakiejś magicznej wprost siły. Niosły ją w kierunku szopy. Płynęła. Frunęła. W powietrzu powiewała mniej lub bardziej wyeksploatowana szmatka do czyszczenia, a w dłoni kolebał się płyn antystatyczny - zawsze w sprayu, zawsze najlepszej jakości. Jej twarz... malowały się na niej wszystkie rozkosze świata. Była stara - wyglądała pięknie. Nie tak jak wtedy, kiedy mąż zapewniał jej darmowe cienie do powiek, kiedy charczał: "bo byłaś niegrzeczna, byłaś niegrzeczną żonką..." i brał się za nią, jak to tylko "prawdziwy" mężczyzna potrafi. Dogadzał jej czterdzieści lat. Od półtora roku pozostał jej już tylko składzik i to imadło. Srebrny przedmiot pożądania. Jego głowa trzaskała w nim jak drwa w solidnym ognisku. Mózg wznosił się i opadał - do góry i w dół - leciały skry, a on dokładał kolejne paliki i tulił ją do swej czułej piersi. Drzwi do składziku otwierały się same. Bezszelestnie. Tylko musnęła koniuszkami palców drewniane deski i otwarły się podwoje jej cudownego królestwa. Stało tam - na samym środku. Dumne. Wieczne, jaśniejące boskim blaskiem. Srebrzysta łuna pieściła oczy staruszki, a ona już wiedziała, że kocha je jak nic innego na świecie. To było jej imadło. Wrota do wolności, rozkoszny zacisk, który uwolnił ją od tyranii testosteronu. Szmatka delikatnie polerowała doskonałą powierzchnię imadła. Było bardzo duże. Płyn czyszczący pozostawiał początkowo nieprzyjemnie mazy, by za chwilę przeniknąć do wnętrza metalowej materii, stopić się w jedną całość z najpiękniejszym urządzeniem świata. Staruszka płakała. Jej poorane policzki drgały ze wzruszenia. Szalone lata młodości odbijały się w nieomal przezroczystej tafli metalu. On - przystojny, radosny, niesie colę i frytki, a ona siedzi na przednim siedzeniu jego superodnowionego samochodu, którego marka przestała się liczyć już z pierwszym pocałunkiem. Zapatrzona w panoramę starej budowy tuż obok baru szybkiej obsługi. Już wtedy nie dojadała. W papierowej spirali pozostało jeszcze kilka frytek, w firmowym kubku jeszcze syczał napój, a on już wkładał jej rękę pod spódnicę i nie znoszącym sprzeciwu tonem upewniał się, że jest jego. Odjeżdżali w kierunku miasteczka, a ona tarła swoje mokre oczy swetrem uszytym przez matkę. "Będziesz w nim taka piękna" - mówiła zapinając córce ostatnie guziki. Wzorcowo szczęśliwi, szaleni, popularni, bita, upokarzana, nie dojadała frytek, nigdy - zawsze. Do następnego polerowania imadła zostało jeszcze trochę czasu. Siedziała na ganku zapominając o dzieciach, o matce, o zapracowanym ojcu.…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil marcinerum
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…