Inwazja i jesień na moście
the horror! the horror!
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
„Inwazja i jesień na moście”
Spytała, czy pożyczę jej płaszcz? „Może być ortalionowy, oddam, jak nadejdą roztopy albo jesienią, jeśli zapomnę i na ten czas zawieruszy się w szafie” – powiedziała. Kobieta to ktoś, kto mówi ci abyś poszedł do diabła, a ty cieszysz się na podróż. Nie pomoże wiara w formalizm estetyczny biedronek. Żyją krócej, zwykle umierają po uderzeniu gazetą telewizyjną rozsmarowane na szybie. W tych ostatnich chwilach widzą ulice, pomniki przykryte liśćmi, kominy spowite w chmurach, drzewa przykucnięte we mgle. Ich uczucia, niczym uczucia kobiety obce, nietknięte i tęskne. Kiedy odchodzą kobiety, wraz z nimi odchodzą zapachy, smutki i analogie. Kufry oraz szafy milczą zamknięte, zmysły śpią zabliźnione. Podczas gdy one, już byłe, wszystkie piękne i warte, patrzą pod Słońce. A ja coraz bardziej między ich fizycznością, którą dzielę na dni. Masturbuję się przy filmach Bergmana, zabijam klina tygrysem. Staram się nie robić niczego na siłę, tylko sięgam po większy młotek. Kiedy ci się wydaje, że wszystko działa dobrze, na pewno coś przeoczyłeś. I tak też było tym razem. Jegomość wrócił do domu. Leżałem bez wspomnień, dwudziesto-jedno letni na kanapie. - Czy to była kawa czy to serce pękło? – rzucił od drzwi. - Przecież nie anomalia z mlekiem! – bebechy mi się wywracały, pot rozpuszczał odzież od skarpetek po koszulę. - Wszystko ulega rozkładowi w najmniej odpowiednim momencie – rzekł, a ja umierałem na melodię słów. - Hokej jest sportem dla białych, koszykówka sportem dla czarnych. Golf dla białych ubranych jak czarne cioty, lecz miłość nikomu jeszcze nie pomogła – zmierzył mnie od pięty do brwi, po czym kontynuował wątek. – Zszedłeś już ze swojego drzewa? - Nigdy nie było moje – podałem ripostę – zresztą nie denerwuj mnie już, bo cukier mi spadnie! Zamyślił się szczerze. Wąsy wchodziły mu do nosa, palec wskazujący gładził baczki, nos drżał, co w sumie wyglądało komicznie. - Udamy się do wujka Tobiasza. - Lepiej nie. On nie cierpi, gdy zawraca mu się głowę błahymi pytaniami, pamiętasz ostatni raz? – spojrzałem na niego zdecydowanie. – Poza tym to strasznie daleko. - Dziwisz mu się, skoro dzwonisz do niego cały dzień, a gdy przyjeżdżasz pytasz się, czy Kennedy słodził herbatę? – przyjaciel miał rację, tamto pytanie było niefortunne, a teraz bez pomocy wujka daleko bym nie zaszedł. – Tym razem możemy polecieć samolotem, żeby było szybciej. - Co to, to nie! - Czemu? – widziałem, jak sięga do kieszeni, by pomiętosić jednorazowy cukier z naszego ostatniego lotu. - Ponieważ zawsze i wszędzie musisz siedzieć w ostatnim rzędzie. Podczas gdy wiadomo, iż są tylko dwa powody żeby siedzieć w ostatnim rzędzie w samolocie; albo masz biegunkę, albo lubisz spotykać ludzi, którzy ją mają. - Ale mógłbym mieć biegunkę, w zasadzie od rana czuję się jakoś niewyraźnie... - Wykluczone! Lepiej idź się pakować. Może dotrzemy przed świtem – spuentowałem rozmowę.
Kiedy ból spłonął pola znów się zazieleniły. Kilka monet, tabliczka czekolady i młodzieńczy hedonizm. W tych wszystkich miejscach, gdzie zamiast niej wilgoć. Miałem ochotę na jej spojrzenie i blask księżyca w pełni. Szkło ujawnia się w oczach, zdecydowanie jesiennych, oplecionych różańcem przymrozków. Zbliżaliśmy się do Siwego Pola. Powietrze było marne, wokół łopiany i tłumaczenia Hegla. Dotarliśmy do stacji kolejowej. Okienka informacji nie wypełniała żadna twarz. Choćby piegowata, niezbyt urodziwa i niedopieszczona. Pod tablicą odjazdów stał facet w zielonym swetrze z przetartymi rękawami. Na sztruksowych spodniach jaśniały gwiazdozbiory plam, prawdopodobnie z mleka. Był naszą jedyną nadzieją. Jegomość podszedł otwarcie, lecz dyskretnie, aby go nie spłoszyć. - Przepraszam... - Nie ma za co, absolutnie się nie gniewam – odparł mężczyzna. - To dobrze, - Jegomość zdawał się skonsternowany - chciałem jednak spytać, czy wie pan, z którego peronu odjeżdża pociąg do Filandii? - To zależy, jaką mamy teraz godzinę? - 12.47 – uprzedziłem przyjaciela. - Cholera jasna! – wrzasnął nieznajomy, a jego spodnie podskoczyły wraz z nim. – Nigdy nie było jeszcze punkt godziny, gdy o to spytałem! – był dziwaczny. Sympatyczny, jednak nazbyt dziwaczny, nawet dla nas. – Przepraszam! Wasz pociąg odjeżdża z poddworca. - Słucham? – zaschło mi w gardle ze zdziwienia. - Nie mam czasu wam tego tłumaczyć. Udajcie się za tamtą makietę misia Yogi - wskazał palcem na postać wyciętą z kartonu. – I pamiętajcie... – zawiesił głoś na atomach tlenku azotu z pobliskiej fabryki -...światełko w tunelu! Nie! To reflektory nadjeżdżającego pociągu. Pospieszcie się! Pobiegliśmy. Poddworzec był skurczony, mroczny, tajemniczy gęstniał ludźmi ustawionymi w rzędach plecami do siebie, spoconymi w ubikacjach, przeklinającymi na walizkach. Stanęliśmy w kolejce. Oczywiście druga okazała się szybsza. W pewnej chwili czas na kupno biletów się skończył. Nie mogliśmy dłużej czekać. Pociąg się nie zatrzymał, ledwie zwolnił, dlatego też musieliśmy za nim gonić. Jegomość szybko biegał, więc zdołał wskoczyć przez luft w ubikacji zabierając mnie na plecach. Jadąc na gapę całą podróż przesiedzieliśmy w toalecie. Mając trochę czasu wróciłem do dzieciństwa. Dzieciństwo, szczególnie chwile z ojcem zleciały w oka mgnieniu. Parkowanie auta na „naszym” miejscu, zakupy w osiedlowym sklepie, w makro, w leclercu, potem znowu w osiedlowym i w leclercu. Wtedy bywało różnie. Ja byłem o różnych porach dnia, nocy, w rozmaitych miejscach sącząc wódki, zazwyczaj alfabetycznie. Jednak zawsze byłem wobec niej, te listy zwykle prawdziwe, koloryzowane, niby mocne, niby o nas, bardziej dla mnie. Kiedy ze sobą rozmawiam przeważają dyskusje o tym, co we mnie oraz co ze mną? Gdy piwonia delikatna usycha my parujemy. Nie zawsze pamiętamy, o podlewaniu. Codzienność, niczym powidła w słoiku, piwo w brunatnej butelce. Konduktor ogłasza coś przez radiowęzeł. Jego głoś równie dobrze mógłby być jazzem rozpuszczonym w szklance szkockiej. Granie świerszczy przygasa, pociąg nabiera prędkości. Zmysły wychwytują nierówności na torach. Parę słów rzuca się pod pędzącą lokomotywę. Właśnie dziś. By uniknąć pytań wyskoczyliśmy z pociągu kilkaset metrów przed stacją. Poprzez pola kukurydzy ruszyliśmy do wujka Tobiasza. - Mam nadzieję, że zechce się z nami rozmówić – rzekłem. - Widzę, iż zaczynasz już ćwiczyć dykcję z tej okazji – przyjaciel odparł sarkastycznie. – Mam nadzieję, że będzie trzeźwy. - Przestań! On nie jest alkoholikiem! - Jasne...więc...co? Miewa napady półsurowych metafor? – roześmiał się cynicznie. - To prawda. Rzyga, - obrona wujka przed takimi zarzutami nie miała sensu, ale zawsze wpędzałem się w takie logiczne pułapki - przy czym rzyga bardzo metaforycznie. Czasami ledwie szkicowo. - I jaki wniosek ci się nasuwa w związku z tym? - Wniosek to punkt, w którym nie masz już siły dalej myśleć – odparłem. – Jeszcze nie dotarłem do tego okresu w moim życiu. Najpierw przyjdzie okres świadomego egoizmu i wyprzedaży dóbr osobistych innych osób. - Tak? – powiedział chropowato. – To już zapomniałeś, jak fundacja „Nie jesteś sam” kupiła ci przyjaciół? - Nie zapomniałem, bo wszyscy umarli po tygodniu, tylko ty się ostałeś! - Fakt – przyznał niechętnie. – Jestem strasznie leniwy. Rozmowa rozmyła odległość i wkrótce przybyliśmy pod dom wujka. Usytuowany był on poziomo, z częścią mieszkalną na jednym piętrze. Skromny i cichy wśród drzew, z których liście spadały, niczym deszcze. Zapukaliśmy. Nikt nie odpowiadał. Ponowiliśmy próbę. Z oddali dobiegł niezrozumiały krzyk, a raczej bulgot. Jegomość zaśmiał się potwornie, po czym autystycznie spojrzał w niebo. - Czemu zawsze się śmiejesz, gdy sprawy idą źle?…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil ewan
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…