Wróć do katalogu

Japoński punkt widzenia: druga wojna światowa

Japonia była agresorem, sojusznikiem Hitlera. Cesarscy żołnierze popełniali okrutne zbrodnie. Ale w japońskich filmach tego nie zobaczymy.

Natalia Julia Nowak, opublikowano , 30 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Oświecony Pokój

Michał Klimecki, autor książki “Pekin-Szanghaj-Nankin 1937-1945”[1], zawarł w swojej publikacji stwierdzenie, że “dla Europejczyków II wojna światowa rozpoczęła się o świcie 1 września 1939 r. atakiem Niemiec na Polskę”. Zasugerował jednak, że początków drugiej wojny światowej należy upatrywać w Azji, i to już na początku lat ‘30 XX wieku. To właśnie wtedy Cesarstwo Japonii zainicjowało swoją drapieżną politykę zagraniczną. Wszystko zaczęło się od najazdu na chińską Mandżurię, w której ostatecznie utworzono marionetkowe państwo Mandżukuo. Klimecki opisuje Japończyków jako naród “przekonany o własnej wyjątkowości i doskonałości”. Megalomania i ksenofobia, zdiagnozowane przez autora, miały być widoczne już w XVII wieku, kiedy to władze Kraju Kwitnącej Wiśni wprowadziły “zakaz przebywania na wyspach cudzoziemców”. Burzliwe wydarzenia XIX i początku XX wieku sprawiły, że po pierwszej wojnie światowej Japonia stała się mocarstwem. W 1926 r. na tron Kraju Wschodzącego Słońca wstąpił książę Hirohito, wielki zwolennik militaryzmu i imperializmu. Zapanowała wówczas epoka o dość mylącej nazwie Showa (Oświecony Pokój). W roku 1927 japoński premier przedstawił tamtejszym elitom tajny plan podboju świata. Pierwszym krokiem do tego podboju miało być opanowanie Państwa Środka[2].

Apetyt na Chiny

Według Klimeckiego, Mandżukuo zostało proklamowane 1 marca 1932 r. Nie było wielkie, ale zawierało znaczną część ważnych chińskich surowców naturalnych. Na czele państwa teoretycznie stał cesarz Chin. W praktyce musiał on być posłuszny wobec okupantów, którzy, co bardzo wymowne, unikali tytułowania go cesarzem. Kolejnym celem japońskiej ekspansji okazał się Szanghaj. Japończycy planowali, że najpierw go zdobędą, a potem się z niego wycofają, żeby pokazać Lidze Narodów swoją rzekomą wspaniałomyślność. Chińczycy bronili Szanghaju z męstwem i zawziętością, jakich agresorzy nie przewidzieli. Japoński najeźdźca, zgodnie ze swoim postanowieniem, opuścił Szanghaj, ale bardziej osłabiony niż mógł się tego spodziewać. W lutym 1933 r. Liga Narodów rozwścieczyła Imperium Słońca, ogłaszając, że podbój Mandżurii był działaniem bezprawnym. Japoński delegat, słysząc tę opinię, ostentacyjnie wyszedł z sali obrad. Miesiąc później Kraj Kwitnącej Wiśni wystąpił z Ligi. Od tej pory Japonia nie była już skrępowana traktatami międzynarodowymi. Mogła zatem kontynuować swoją ekspansję. W 1936 r. azjatyckie mocarstwo stało się sojusznikiem Adolfa Hitlera, podpisując wraz z nim pakt antykominternowski. Rok później Japończycy zaatakowali Nankin. Dokonali tam potwornej rzezi 300.000 Chińczyków[3].

Jednostka 731

Jacek Solarz, twórca książki “Armia japońska 1875-1945”[4], daje czytelnikom do zrozumienia, że dalekowschodni agresor nie cofał się przed niczym. Wiedział jednak, że jeśli chce podbić świat, to zwykła broń może mu nie wystarczyć. Potrzebował czegoś znacznie potężniejszego. Jego wybór padł na broń biologiczną. Już w 1931 r. Japończycy utworzyli w Mandżurii Jednostkę 731: ośrodek badawczy, w którym prowadzono doświadczenia na bezbronnych jeńcach wojennych[5]. Ofiary były zarażane ciężkimi chorobami oraz badane pod kątem odporności na różne warunki klimatyczne. “Więźniów przywiązywano na dworze przy temperaturach schodzących nawet poniżej minus 20 stopni i, aby przyspieszyć zamarzanie, polewano im kończyny wodą. Dla sprawdzenia, jak postępuje zamarzanie, opukiwano im ramiona i nogi młotkiem. Następnie zanurzano więźniów w ciepłej wodzie o różnych temperaturach, aby znaleźć jak najlepsze środki leczenia odmrożeń. W najgorszych przypadkach skóra i mięśnie odpadały, powodując natychmiastową śmierć” - pisze Solarz[6]. Shiro Ishii, szef Jednostki 731, nigdy nie poniósł kary za swoje zbrodnie. Wyniki jego eksperymentów trafiły w ręce Amerykanów, którzy również dążyli do opracowania broni biologicznej. Ale to jeszcze nie wszystko. Jankesi uczynili Ishii wykładowcą Fort Detrick.

Azja dla Azjatów

Przejdźmy jednak do problemu, który nas najbardziej interesuje, czyli do japońskich działań zbrojnych w czasie drugiej wojny światowej (chodzi mi o to, co na Zachodzie rozumie się pod pojęciem “druga wojna światowa”). Omówienia tego tematu dokonał Zbigniew Kwiecień w artykule “Pod hegemonią Japonii. ‘Azja dla Azjatów’ 1941-1945”[7]. Zdaniem autora, Kraj Wschodzącego Słońca kierował się swoistym mesjanizmem. Chciał być postrzegany jako bohater, wręcz zbawiciel, który wyzwoli Azję spod kulturowych, politycznych i gospodarczych wpływów Europy i Ameryki. Japończycy pragnęli usunąć ze swojego kontynentu kolonializm, komunizm i chrześcijaństwo. Realizując te panazjatyckie hasła, podbijali kolejne ziemie. To, oczywiście, nie podobało się Europejczykom i Amerykanom, albowiem ich pozycja na tamtych terenach była bardzo silna (kolonie upadły dopiero po wojnie). Japończycy dość łatwo poradzili sobie na ziemiach kontrolowanych przez Europejczyków. Prawdziwym wyzwaniem pozostali dla nich Jankesi. Stany Zjednoczone robiły, co mogły, żeby powstrzymać Imperium Słońca. Początkowo konflikt amerykańsko-japoński toczył się wyłącznie w sferze politycznej i ekonomicznej. Kiedy stało się jasne, że Japonia nie ustąpi, oba kraje rozpoczęły przygotowania do wojny. Było to w roku 1941.

Przyjaciel czy wróg?

O tym, że Kraj Kwitnącej Wiśni zdecydował się napaść na USA, przesądziła jego trudna sytuacja związana z amerykańskim embargiem paliwowym. Zbigniew Kwiecień tłumaczy, że Japonia, chcąc prowadzić wojnę, potrzebowała dużych ilości paliwa. Gdyby przyjęła warunki Stanów Zjednoczonych, odzyskałaby dostęp do paliwa, ale musiałaby zrezygnować z podbijania Azji. Gdyby odrzuciła warunki i kontynuowała ekspansję, szybko poniosłaby klęskę ze względu na deficyt paliwowy. Japończycy doszli do wniosku, że muszą się wyrwać z tego błędnego koła. Postanowili, że dokonają tego wskutek zmasowanego ataku na Pearl Harbor[8] i liczne punkty w Azji (m.in. Singapur). Akcja zakończyła się sukcesem i pociągnęła za sobą dalsze zwycięstwa. Przez pół roku Imperium Słońca odnosiło tryumfy, które wskazywały, że sen o Azji uwolnionej od wpływów europejsko-amerykańskich może się ziścić. Japończycy - w niemal wszystkich zakątkach kontynentu, do których docierali - wspierali lokalne ruchy antyeuropejskie i antyamerykańskie. Chociaż sami byli najeźdźcami, cieszyli się poparciem wielu mieszkańców państw podbitych. Można powiedzieć, że Kraj Wschodzącego Słońca niósł Azjatom jednocześnie wyzwolenie i zniewolenie. Przypominał Armię Czerwoną, która miażdżyła reżim hitlerowski, ale zastępowała go własnym.

Yamato i Musashi

W czasie japońsko-amerykańskiego konfliktu zbrojnego ogromną rolę odgrywała marynarka wojenna obu mocarstw. Jeśli chodzi o Japonię, do historii przeszedł wyprodukowany przez nią pancernik Yamato[9], o którym można poczytać w artykule “Yamato - gigant ze stali”[10]. Według tego źródła, rzeczony statek był “najpotężniejszym w historii pancernikiem”. Wyróżniał się wypornością, która wynosiła aż 64000 ton. Był też wyposażony w działa kalibru 457 milimetrów[11]. Prace nad konstrukcją okrętu trwały od 1937 do 1941 r. Budowa pancernika była poprzedzona inwestycją w nowe maszyny do konstruowania statków. Oprócz nich, ufundowano specjalny frachtowiec, który transportował do stoczni arcyciężkie uzbrojenie. Okrętów takich jak Yamato miało być w sumie pięć. Ostatecznie, udało się stworzyć “tylko” dwa. Ten drugi nosił nazwę Musashi. Maciej Michałek, autor tekstu “Pierwsi kamikadze, superpancernik na dnie. Tak zatopiono flotę japońskiego imperium”[12], pisze, że Yamato i Musashi wzięły udział w największej bitwie powietrzno-morskiej analizowanego okresu. Musashi został posłany na dno zanim zdążył wyrządzić Amerykanom jakąkolwiek szkodę[13]. Yamato przetrwał starcie, ale kilka miesięcy później został zatopiony w trakcie swojego samobójczego ataku. Nawet nie zdołał dopłynąć do jankeskiej floty.

Boski Wiatr

Grzechem byłoby nie wspomnieć również o pilotach-samobójcach, czyli kamikaze (kamikadze). Według Macieja Michałka, dalekowschodni straceńcy “zadebiutowali” podczas omówionej wcześniej bitwy w zatoce Leyte. Umyślnie rozbili swoje samoloty o pokłady trzech amerykańskich lotniskowców. Jeden okręt został wówczas zatopiony, a dwa - uszkodzone. Więcej informacji na temat niezwykłych lotników zawiera publikacja “Kamikaze - kim byli piloci samobójcy?” Rafała Natorskiego[14]. Twórca tekstu podaje, że nazwa słynnego szwadronu oznaczała “boski wiatr”. Pochodziła od tajfunów, które w XIII wieku przeszkodziły mongolskiej flocie nacierającej na Japonię. Statki agresorów poszły wtedy na dno, a Kraj Kwitnącej Wiśni został uratowany. W roku 1944, kiedy władze Japonii zrozumiały, że ich szansa na wygranie wojny jest coraz mniejsza, piloci kamikaze uzyskali specjalny status. Zaczęto ich postrzegać jako ostatnią nadzieję na zwycięstwo, a także jako wielkich patriotów, którzy w imię Ojczyzny są gotowi pójść na pewną śmierć. Lotnicy mieli się kierować etosem samurajskim. Początkowo przyjmowano do szwadronu wyłącznie ochotników. Później zarządzono jednak przymusowy pobór. Liczbę pilotów-samobójców, którzy zginęli w czasie wojny, szacuje się na 4000. Ci, którzy przeżyli, do dziś miewają rozterki moralne.

Ideał sięgnął bruku

Michał Klimecki twierdzi, że Japończykom marzył się podbój całej Ziemi. Zbigniew Kwiecień przekonuje, że Krajowi Wschodzącego Słońca chodziło, przynajmniej w sferze deklaratywnej, o wyzwolenie Azji spod europejskiej i amerykańskiej dominacji. Szumna idea uwolnienia kontynentu azjatyckiego od euroamerykańskiego kolonializmu i imperializmu niewątpliwie była szlachetna. Łatwo ją zrozumieć, gdy się na nią patrzy przez pryzmat patriotyzmu, nacjonalizmu i antyglobalizmu. Ja sama mam antyeuropejskie i antyamerykańskie poglądy (chociaż uwielbiam serię filmową o Johnie Rambo. No, ale Rambo - skądinąd wielki amerykański patriota[15] - został dwukrotnie zdradzony przez USA. Później na stałe zamieszkał w Tajlandii i chyba czuł się tam lepiej niż w Ameryce). Jednak… czy wizja Azji wyswobodzonej spod europejsko-amerykańskiego jarzma to wystarczający powód, żeby atakować inne azjatyckie krainy? Czy jest to argument za tym, żeby je podporządkowywać Japonii? Jak się mają panazjatyckie hasła do wycinania w pień nankińczyków i do eksperymentowania na ludziach w Mandżurii? Kategorycznie potępiam działania Kraju Kwitnącej Wiśni prowadzone w pierwszej połowie XX wieku. Żądam, żeby Japonia przyznała się wreszcie do swoich okrucieństw. Bo nawet Rosja przyznała się do zbrodni katyńskiej.

Japoński punkt widzenia

Skoro już wyjaśniłam, jak przebiegała druga wojna światowa na kontynencie azjatyckim… Skoro wytłumaczyłam, jaką rolę w całej historii odgrywało Imperium Słońca… Mogę zająć się tym, co najważniejsze, czyli recenzją dwóch japońskich filmów wojennych. Produkcje fabularne, o których będzie mowa w następnych akapitach, to “Otoko-tachi no Yamato” i “Eien no Zero”. Życzę miłej lektury (a potem - przyjemnych seansów).

Tytuł oryginalny: “Otoko-tachi no Yamato” Tytuł międzynarodowy: “Yamato” Tytuł polski: “Yamato” Reżyseria: Junya Sato Produkcja: Japonia (2005)

Nie od dziś wiadomo, że forma dzieła powinna być adekwatna do treści. Jeśli chcemy nakręcić film o pancerniku Yamato, to musimy pamiętać, że wymaga on odpowiedniej - zapierającej dech w piersiach - oprawy. Temat jest wszak niebagatelny. I to dosłownie. Twórcy dramatu wojennego “Otoko-tachi no Yamato” (“Ludzie Yamato”) stanęli na wysokości zadania i nakręcili swoje dzieło z olbrzymim rozmachem. Zanim przejdę do analizy produkcji, pozwolę sobie zauważyć, że filmowa rekonstrukcja okrętu robi ogromne wrażenie. A filmowcy doskonale o tym wiedzą, bo pokazują nam ją ze wszystkich stron, pozwalając zajrzeć tu i ówdzie, a nawet pobawić się uzbrojeniem (patrz: sceny, w których żołnierze korzystają z dział). Ale “Otoko-tachi no Yamato” to nie tylko film o wielkiej, pływającej bestii. Już sam oryginalny tytuł produkcji wskazuje, że jest to przede wszystkim dzieło o ludziach, którzy służyli na pokładzie stalowego giganta. I o ludziach, którzy wiązali z nim pewne nadzieje. Czyli o Japończykach, Narodzie Japońskim jako takim. “Otoko-tachi…” to film wypełniony głębokim patriotyzmem (nacjonalizmem?). Stanowi on pochwałę uczuć narodowych, gotowości oddania życia za Ojczyznę i Cesarza. Ogólny klimat produkcji jest bardzo patetyczny. Dużo tu powagi, wzniosłych słów i symbolicznych gestów.

Oczywiście, można mieć wątpliwości co do tego, czy patriotyzm żołnierzy napadających jest tym samym co patriotyzm żołnierzy napadanych. Jak wiemy, Japonia nie była pacyfistycznym państwem, które zostało zaatakowane i stanęło przed koniecznością obrony swojego terytorium. Przeciwnie: Kraj Kwitnącej Wiśni był agresorem, sprawcą ekspansji terytorialnej, wyjątkowo brutalnym okupantem. Rola Cesarstwa Japonii w Azji była taka jak rola Trzeciej Rzeszy w Europie. Oba mocarstwa były zresztą sojusznikami. W filmie “Otoko-tachi no Yamato” dokonano zabiegu, który można by określić jako “odwrócenie kota ogonem”. Na pierwszy rzut oka, nie jest on jakoś szczególnie zakłamany. Zawiera przecież fragmenty nagrań dokumentalnych, a narrator podaje odbiorcom kilka podstawowych faktów i dat związanych z wojną na Pacyfiku. Mimo to, produkcja jest nakręcona w taki sposób, że nijak nie wskazuje, iż Kraj Wschodzącego Słońca był bezlitosnym, nienasyconym, megalomańskim najeźdźcą. W dramacie występują cztery typy Japończyków: “bohaterowie” (większość marynarzy z Yamato), “męczennicy” (jeden z żołnierzy, który zostaje ciężko okaleczony), “ofiary” (ludność cywilna ginąca w wyniku amerykańskich nalotów) i “strażnicy pamięci” (wrażliwi patrioci pamiętający o poległych). A gdzie “zbrodniarze wojenni”?!

Twórcy filmu koncentrują się na losach zwykłych żołnierzy, którzy walczyli, aż w końcu zginęli na pokładzie Yamato. Podkreślają, że wielu z nich to byli nastoletni chłopcy mający przed sobą całe życie. Ci młodzieńcy - uczuciowi, idealistyczni, posiadający plany na przyszłość - zapłacili najwyższą cenę za wierność Ojczyźnie. Podczas gdy oni ginęli na oceanie, na lądzie traciły życie ich matki, siostry i narzeczone. Dobrze, ja to rozumiem, ale Imperium Słońca samo doprowadziło do takiej sytuacji, decydując się na politykę podbojów. Japońscy żołnierze nie oddawali ducha w obronie umiłowanego kraju. Ginęli z rąk ludzi, którzy bronili własnych krajów przed ich agresją. Faktem jest, że cała historia ociekała tragizmem i doniosłością. Marynarze z Yamato naprawdę kochali swoją Ojczyznę, naprawdę tęsknili, naprawdę cierpieli i naprawdę umierali. Ale… hola! To samo dałoby się powiedzieć o Niemcach i Włochach! Nie ma nic złego w tym, że pokazuje się żołnierzy, nawet tych

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych