Jeden dzień
Perypetie tajemniczego, niby przeciętnego przybysza.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Po nierównym, wąskim chodniku w centrum wielkiego polskiego miasta, niezdarnie i niespiesznie szedł niespełna trzydziestoletni, wyglądający bardzo zwyczajnie, jakby wycięty z nienapisanego poradnika o przeciętności mężczyzna. Mijani przechodnie i sprzedawcy sznurowadeł i bajgli nie stanowili dla właściciela specyficznego chodu przeszkody. Ów mężczyzna, kilka godzin wcześniej nazwany Marcinem Malinowskim, ubrany był w niebieskie dżinsy, granatową koszulkę, sportowe buty znanej niemieckiej firmy. Miał też zegarek na skórzanym pasku i czarny, niewielki telefon komórkowy w lewej kieszeni spodni. Z prawego ramienia niedbale zwisał średniej wielkości, dwukolorowy plecak. Jasna, pozbawiona pryszczy i starannie ogolona twarz młodego człowieka ozdobiona była średniej wielkości brązowymi oczami, lekko krzywym, średniej wielkości nosem, dość prostymi, białymi zębami i ciemnymi, lekko wpadającymi w granat włosami. Zarówno jego wzrost, jak i tuszę najłatwiej opisać jako przeciętną. Niezwykłe w jego zachowaniu, poza szturchaniem innych przechodniów, było też notoryczne rozglądanie się na mijane auta, domy, witryny sklepowe i twarze. Wyglądał na przybysza.
Po krótkim, niezdarnym marszu wszedł do największego w mieście składu z tanimi książkami. Po kilkunastu minutach spędzonych pośród przewodników, poradników, map, albumów i powieści stanął przed kasą z siedmioma książkami pod pachą. Młoda, być może i atrakcyjna kasjerka beznamiętnym głosem poinformowała o kwocie do zapłaty. Młodzieniec nieco niezdarnym ruchem wyjął z kieszeni pognieciony, choć nowy, dwustuzłotowy banknot. Kobieta szybko wydała resztę, którą Marcin schował bez patrzenia do kieszeni. Magda — bo takie imię miała młoda kasjerka — bardzo szybko zapomniała o kliencie. W chwili powiedzenia następnego, wyuczonego „dzień dobry” przybysz przestał dla niej istnieć.
Słownik wyrazów obcych i trudnych (Wilga), ABC dobrego wychowania, mini-poradnik savoir vivre (Literat), Katolicyzm, przewodnik dla inteligentnych (w drodze), Popularny słownik języka polskiego (Wilga), Historia Polski (Wydawnictwo Poznańskie), Jak odnosić sukcesy u kobiet, savoir vivre współczesnego mężczyzny (Astrum), Słownik literatury polskiej (Europa) — takie oto zakupy poczynił Marcin Malinowski w księgarni. Książki szybko wylądowały w plecaku, dla ósmej prawdopodobnie nie byłoby już miejsca. Przybysz, którego nie można nazwać podróżnikiem, na godzinę zniknął gdzieś w otchłani czasu i niebytu. Może było to pod wiatą jednego z wielu przystanków, może w zakamarkach jednej z wielu kamienic. Nie wiem.
Po sześćdziesięciu minutach pojawił się znowu. Tym razem szedł w stronę pobliskiego dużego parku. Wskutek nadzwyczajnych zdolności w godzinę przeczytał wszystkie strony z kupionych niedawno książek. Żadna informacja, żaden szczegół nie wyleciał z jego mózgu. W jego młodej, pełnej wiedzy i zdziwienia głowie przez długi czas obecne było spotkanie z tym, którego widział tylko cień, a który to wysłał go na misję. Wskutek lektury jakiegoś miesięcznika, który dziwnym trafem poznał ten, którego należy słuchać, został wyposażony na wyprawę w odpowiedni, przeciętny, maskujący ubiór, kilka banknotów, kilkanaście monet, kartę do bankomatu, zegarek i telefon komórkowy. Gadżety te nie były wcale potrzebne w badaniach, jakie miał prowadzić. Były doskonałym kamuflażem. Zegarek, telefon, plecak i ubranie były produktami największych światowych korporacji. Tak jak i wygląd zewnętrzny, tak i wiek dopasowane były do nieprzeciętnej misji, w której przeciętny wygląd był dodatkowym atutem. Poza ubiorem nieodzowną częścią myśli była znajomość języka mieszkańców, a to jakimiś dziwnymi sposobami samo i skutecznie dostało się do głowy Marcina. Na początek taki bagaż miał wystarczyć. O resztę musiał zatroszczyć się sam. Ostatnie bezwolne kroki skierowały go do składu z tanimi książkami. Wiedział, że od uiszczenia rachunku za siedem książek los jego był we własnych rękach. Był pewien, że istnieje ten co czeka i czuwa, ale wiedział, że powodzenie misji zależne jest tylko od niego samego.
Dotarł do parku. Usiadł na ławeczce przy nieczynnej, wielkiej fontannie. Stado wygłodniałych gołębi uganiało się za szczątkami kanapki, która wypadła z dzioba jednej z parkowych wron. By móc bez wzbudzania nadmiernego zainteresowania przebywać w parku, postanowił dokarmić ptaki. W chwilę po podjęciu tej decyzji, pobiegł kilkaset metrów po bajgle, pączki i drożdżówkę, które to kupił od ulicznej sprzedawczyni. Zwabione okruchami ptaki otoczyły ławkę. na której z powrotem usiadł przybysz. Wygłodniałe gołębie i wróble, bo i one się pokazały, zainteresowały także małą dziewczynkę mknącą parkową alejką na różowym rowerku. Mama została gdzieś z tyłu, zajęta rozmową telefoniczną i paleniem papierosa. Dziecko zaintrygowane niecodziennym dla niego widokiem nie zauważyło ogromnej przeszkody i z impetem wjechało na starą lipę. Widząc to Marcin podbiegł do płaczącej dziewczynki, otarł jej łzy i przytulił ją. Po minucie pojawiła się matka, która nerwowo odrzucając papierosa, wrzeszczała: „Zostaw moją córeczkę pedofilu jeden. Ludzie, zboczeniec!”. Słysząc to zostawił chlipiącą dziewczynkę obok zepsutego rowerku i uciekł z parku. Pierwsze spotkanie z ludźmi, pierwszy etap misji miał za sobą. Niezbyt udany, ale pocieszał się, że to dopiero początek.
Po dziesięciominutowym biegu zatrzymał się przy dużym barze z szybkim jedzeniem. Wstąpił nie dlatego, że był głodny, ale by dalej prowadzić badania.
Nazwy i wygląd serwowanych tam potraw niewielu mu mówiły. Postanowił zamówić to samo, co stojąca przed nim tłusta, niewysoka i dość brzydka dziewczyna. Podwójne frytki, hamburger, shake i mała kola stały się jego pierwszym warszawskim posiłkiem. Nie było to smaczne jedzenie, dziwnie pachniało, zostawiało tłuste plamy na palcach i brodzie, ale sądząc po kolejkach do kasy było cenione. Dziewczyna, której zamówienie skopiował, po raz kolejny ustawiła się w ogonku do kasy. Marcin stanął za nią, a gdy przyszła kolej na jego zamówienie, to poprosił o herbatę, po chwili pryszczaty dwudziestolatek chciał wydać resztę, lecz usłyszał od przybysza, by zachował ją dla siebie, jako napiwek. Zdziwiony, zaczerwieniony chłopak oddał kilka monet i uciekł na zaplecze, natomiast nie mniej zdziwiony Marcin wyszedł niespiesznie z baru z amerykańską żywnością. Po raz drugi dziś książkowe prawdy mijały się z rzeczywistością. Może wybrał nieodpowiednie lektury, ale na zmianę nie miał szans.
Mimo pierwszej, niemiłej, parkowej przygody postanowił po raz kolejny udać się w cień drzew, by siedząc na ławce, delektować się przyjemnym chłodem i czyhać na kolejną osobę, która miała pomóc mu w zadaniu, jakie miał do wykonania. Udał się więc do kolejnego, miejskiego parku, by dalej kreować i poznawać ziemską rzeczywistość.
Na jednej z niewielu nieuszkodzonych ławek siedział starszy, ubrany na czarno, tłustawy mężczyzna, który był doskonałym obiektem poznawczym. Niespiesznie, ale śmiało usiadł kilkanaście centymetrów od owego mężczyzny w nadziei na dłuższą rozmowę.
— Ale upał. Starszemu człowiekowi ciężko wytrzymać w taką pogodę. — Zagaił ubrany na czarno.
— Tak to prawda proszę pana. Czy jest pan katolickim księdzem? — Spytał Marcin.
— Co za dziwne pytanie? A czy wyglądam na rabina?! — Mówiąc, dziwacznie się uśmiechnął.
— Nie. Nie wygląda pan na żydowskiego duchownego, nie ma pan jarmułki. Wygląda pan jak katolicki…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil borsukoff
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…