Jeden raz nie wystarczy
Moje opowiadanie, które zdobyło pierwsze miejsce w konkursie "Autostopem przez piekło" organizowanym przez Klub Pisarski IKAR. Miłej lektury.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Jeden raz nie wystarczy
Stuk stuk. Stuk stuk.
- Jedziemy do Warszawy, do szacownego pana Marivelli, słyszał pan o nim? - Nigdy.
*
- Nie ma pani czym się przejmować, od tej pory wszystko układać się będzie jak najpomyślniej – rzekł spokojnym głosem mistrz Abhijata. Pani Makarska ścisnęła jego ciepłą dłoń i uśmiechnęła się. Łza spłynęła po jej pomarszczonym policzku. Przez chwilę staruszka kiwała tylko głową, próbując wydobyć z siebie głos. - Jest pan zaiste wcieleniem Boga – w końcu wyszeptała. - Mam tylko pewien dar i staram się go właściwie wykorzystać – odparł mistrz unosząc się z maty. Pani Makarska wstała wraz z nim, podpierając swe schorowane ciało na struganej lasce. Starsza kobieta cierpiała na reumatyzm. - Mam tu dla pana mały upominek – jej głos nagle nabrał wigoru. Teraz poruszała się po terytorium, które dobrze znała. Zajrzała do sfatygowanej torby, płynnym ruchem ręki zamieszała w niej, wyciągając po chwili duży słoik. W środku, zanurzone w mglistej cieczy, pływały pomarszczone, podłużne, nieregularnych kształtów przedmioty. - Korniszonki – rzekła z rozbrajającym uśmiechem. – Za to, że jest pan taki dobry. Mistrz patrzył przez chwilę na słoik, po czym przymknął oczy i oświadczył: - Niech je pani zatrzyma. Tak będzie właściwie. Chciała coś powiedzieć, zaprotestować, lecz Abhijata energicznie wyciągnął przed siebie otwartą dłoń i pokiwał lekko głową. Zrezygnowała. Spojrzała na mistrza jeszcze raz, z nabożnym podziwem. Twarz o ciemnej karnacji, szlachetny nos, oczy spokojne, pełne mądrości, ciemne kręcone włosy. Miał na sobie szkarłatne, przeszywane srebrnymi nićmi dhoti i kurtę w tym samym kolorze. Dla pani Makarskiej był to po prostu strój Mistrza – egzotyczny i pełen magii. Nie znała się na hinduskiej modzie, kulturze czy religii, ale wiedziała jedno - Bóg jest wszędzie. Nie ważne czy w Indiach, w Polsce, czy w Chinach. Wszę-dzie! Abhijata odprowadził ją do drzwi, przy których ukłonił się głęboko i jeszcze raz zapewnił, że los właśnie wziął gwałtowny zakręt i obrał kurs na lepsze. Staruszka otarła kolejną łzę i wyszła. Mężczyzna pozostał sam. - Mistrz Abhijata kończy sesję na dziś – szepnął do siebie i przekręcił klucz w drzwiach. Podszedł z powrotem do maty, po drodze gasząc wszystkie świeczki dopalające się na podłodze. Podniósł z podłogi białą kopertę, uśmiechnął się i ruszył do niewielkiej komody stojącej pod ścianą. Wyjął z najwyższej szuflady mały przenośny sejf i otworzył go kluczykiem, który skrywał za dothi. Zajrzał do koperty. W środku znajdowało się sześć banknotów po sto złotych. Schował je do sejfu, zamknął i ukrył ponownie klucz. Zadzwonił telefon komórkowy. Mężczyzna spojrzał na ekran, po czym odebrał. - Mów do mnie – rzucił do słuchawki. - Koniec harcowania, Piotrek – powiedział głos po drugiej stronie. – Mamy pierwsze doniesienie. - Kto? – zapytał mężczyzna w szkarłatnym dothi. Nie wyglądał na zaskoczonego. - Marta Szczygieł. Córka Stefana, lat dwadzieścia dziewięć, zamieszkała Kopiejówka 12B - Stefan… rak prostaty. Osiem tysięcy. Dobra, pakuję walizki i już mnie niema. Sprawdzałeś konto? - Tak, jesteśmy kwita. Piotr, dla swych ofiar mistrz Abhijata, rozłączył się i zaczął zorganizowany odwrót. Złożył matę, opróżnił komodę i wszystko to, oprócz pary spodni i bluzy z kapturem, schował do niewielkiej walizki. Przebrał się, dopakował dothi i kurtę i wyszedł, narzucając na głowę kaptur. Przywiązał walizkę do bagażnika roweru stojącego przy drzwiach domku, wsiadł nań i ruszył niespiesznie drogą. Nie miał się czym przejmować, robił to już dziesiątki razy. Wynajem domku opłacony był z góry na fałszywe nazwisko, a Policja na zgłoszenia o oszustwie zawsze reagowała z ociąganiem. Nie spodziewali się, że drobny oszust może mieć wśród nich informatora. A Piotr takiego miał. W każdej mieścinie, do której zajeżdżał, obserwował komisariaty i wybierał najbardziej pewnego kandydata. Prędzej czy później spotykał się z nim, niby przypadkowo, na piwie (nadmiernie pijący: główne kryterium, którym się kierował Piotr). Jeśli udało mu się zwerbować policjanta, rozpoczynał działalność. Jeśli nie, ruszał dalej. Małych miasteczek i wiosek było w Polsce od zatrzęsienia. Informator był nieodzowny, dzięki niemu Piotr mógł działać ze zmniejszonym do minimum ryzykiem. Jego działalność polegała na dostarczaniu chorym ludziom szczęścia. Brał za swoje usługi sowitą zapłatę, ale w zamian dawał cierpiącym nadzieję na wyleczenie. Obiecywał im, że jego modły i dotyk poprawią ich stan i dotrzymywał obietnicy. Zmyślona modlitwa i macanie pomarszczonej skóry rzeczywiście poprawiały stan zgłaszających się do niego ludzi, stan psychiczny. Na niedługo zresztą. Konkretnie do momentu, w którym orientowali się, że zostali oszukani. Działał na zasadzie prostego zabiegu psychologicznego. Wmawiał ludziom, że czują się lepiej. Był ich placebo. Po dwóch sesjach zazwyczaj przychodzili wniebowzięci, twierdząc, że nie czuli się tak świetnie od lat albo nie przychodzili w ogóle. Pieniądze brał dopiero w momencie, gdy „pacjenci” nie mieli wątpliwości co do polepszenia swego stanu zdrowia. W Kopiejówce zarobił ponad dwadzieścia tysięcy złotych przez pięć dni urzędowania. Bardzo dobry wynik. Donos niczego nie psuł, Piotr i tak zwinąłby się stamtąd w przeciągu najbliższych kilku dni. Samochód w jego „pracy” był niedopuszczalny, zbyt duża możliwość namierzenia przez władze. Wolał podróżować anonimowo, co zapewniały mu pociągi i autokary. Ewentualnością był też autostop. Teraz jechał, na kupionym w pobliskim mieście, starym rowerze, prosto na stację PKS. Kupi bilet na pierwszy lepszy autokar i ślad się po nim rozpłynie.
*
Posterunkowy Karwowski siedział w radiowozie stojącym na stacji PKS Kopiejówka. Miał legitymować wszystkich pasażerów i zatrzymać do wyjaśnienia każdego obywatela spoza najbliższej okolicy. Z tego, co usłyszał przed wyjściem w teren, pojawił się we wsi jakiś naciągacz. Pośpiech, z jakim zorganizowano akcję, podyktowany był faktem, że oszust miał na posterunku wtyczkę. Podobno donosiciel zdążył już uprzedzić oszusta o akcji, którą szykuje na niego policja. Karwowski nie dowiedział się, ile z tego jest prawdą i kto ewentualnie miałby być donosicielem, sierżant kazał mu jechać bez zwłoki na stację PKS. Do tej pory posterunkowemu udało się, w ramach zadania mu przydzielonego, przeczytać trzy artykuły z najnowszego czasopisma CKM. Teraz zatrzymał się na dłużej przy rozbieranej sesji jednej z aktorek grających w jego ulubionym serialu. Fantazji mu nie brakowało. Przeniósł się do łóżka wyścielanego atłasowym prześcieradłem. Stacja autobusów mogłaby dla niego równie dobrze przestać istnieć.
*
Autokary obstawione, stacji kolejowej w tej pipidówie nie ma. Piotr miał szczęście, że policjant zajęty był swoją gazetą. Oczywiście nie mógł mieć pewności, że radiowóz na przystanku miał cokolwiek wspólnego z jego działalnością, ale biorąc pod uwagę, że zgłoszono na Piotra doniesienie o przestępstwie, nie można było wykluczać takiej ewentualności. Fałszywy uzdrowiciel ukrywał się w lesie przy trasie na Częstochowę już od trzydziestu minut. Mrok dawno ciasno otulił ziemię. Gdy szczęśliwym trafem udało mu się wymknąć spod stacji PKS postanowił złapać stopa, dotrzeć do Częstochowy, a stamtąd pojechać gdzieś dalej pociągiem. Podejrzewał, że gdzieś na trasie mogą stać policjanci i kontrolować wszystkie przejeżdżające pojazdy, lecz miał nadzieję, że jednak nie zdążyli jeszcze przedsięwziąć tak zaawansowanych kroków. Jeśli jednak Piotr złapie okazję, a po drodze przytrafi się kontrola, cóż, trzeba będzie improwizować. Umiał opowiadać historie. Jeśli jego urok osobisty nie poskutkuje, miał w tylnej kieszeni spodni plastikowy woreczek, a w nim chusteczkę nasączoną eterem. Kiedy trzeba było, Piotr nie wahał się dopiąć swego przy użyciu przemocy. Już nie raz radził sobie z kilkoma przeciwnikami jednocześnie. Oczywiście nigdy dotąd nie byli oni uzbrojeni w broń palną, miał jednak nadzieję, że policjanci z takiej pipidówy nie są zbyt biegli w posługiwaniu się bronią. - Panie, co pan tam tak się czai? – Donośne słowa wyrwały Piotra z zamyślenia. Na poboczu drogi ujrzał zarys mężczyzny, za którym stał uruchomiony samochód osobowy. Piotr myślał chwilę gorączkowo, po czym odkrzyknął: - Za potrzebą wszedłem w las. A pan, co tu robi? - A ja też się zatrzymałem kartofelki odcedzić. Piotr złapał walizkę, wyszedł z lasu i podszedł do mężczyzny. Nadal nie widział dobrze jego twarzy. - A jedzie pan w stronę Częstochowy? – Zagaił. - Czy jadę? – zapytał. – Poczekaj pan. Mężczyzna poszedł w stronę lasu, przy czym jego ruchy były nienaturalne, jakby czymś ograniczane. Piotr usłyszał dźwięk rozsuwanego rozporka. Odwrócił się i poczekał, aż mężczyzna wróci. - Co za zbieg okoliczności! – zagaił głośno. - Jaki zbieg okoliczności? – Szepnął mężczyzna prosto w ucho Piotra. Ten wystraszył się, odwrócił na pięcie i cofnął o krok. Jego serce zamieniło się na chwilę w dzikiego kota, miotającego się wściekle po klatce piersiowej. Po chwili kot zaczął się uspokajać, ponownie zmieniając się w leniwe zwierzę. - Boże, ależ pan cicho chodzi – rzekł, chcąc w ten sposób wytłumaczyć swoje zachowanie. – Chodziło mi o to, że zatrzymał się pan dokładnie w miejscu, w którym ja czekałem na stopa, mimo że mnie pan nie widział. Niezły zbieg okoliczności. - Nie ma zbiegów okoliczności – rzucił krótko mężczyzna i podszedł do drzwi kierowcy. Otworzył je i spojrzał na Piotra. – Wsiadasz pan? - Wsiadam, wsiadam! – Krzyknął uradowany naciągacz i podbiegł z walizką do samochodu. Gdy wsiadał do środka przez chwilę widział bardzo dokładnie twarz kierowcy. Oświetlało ją światełko wewnętrzne na suficie auta. Twarz i szyja mężczyzny pokryte były prawie w całości strupami. We włosach widniały wielkie płaty złuszczonej skóry głowy. Piotr spojrzał niżej. Dłonie mężczyzny były jeszcze gorsze. Oprócz strupów widać na nich było także świeże rany. Dobrze, że nie podałem mu dłoni, pomyślał Piotr, a zaraz potem: Już to gdzieś widziałem. Gdy zamknął drzwi, światło zgasło i twarz kierowcy ponownie zatopiła się w mroku. Tak było lepiej. Samochód ruszył. Kopiejówka zostawała coraz bardziej w tyle. Może w tyle pozostał też pech Piotra? Może policja nie zdążyła ustawić jeszcze patrolu na trasie? Może. Póki co, brnął na przód, nie cofał się. To był postęp. - Więc przed kim pan ucieka? – Zagaił kierowca. Piotr spojrzał na niego zaalarmowany. - Słucham? - Ludzie dzielą się na tych, którzy za czymś gonią i na tych, którzy przed czymś uciekają – powiedział spokojnie kierowca. – Pan wygląda, jakby przed czymś uciekał. - Aha – Piotr się uspokoił. – Nie uciekam przed niczym. Chyba, że przed samym sobą. - Może być, może być – rzucił niedbale mężczyzna z oszpeconą twarzą. – Źle świadczy o człowieku, jeśli nie chce mieć z samym sobą do czynienia. - A pan to z zawodu pewnie filozof? – Piotr poczuł lekką irytację. - Zrozumiałem aluzję – odparł kierowca. Dalej jechali w milczeniu. Po kilku kilometrach monotonie uciekających w tył drzew Piotr nagle się ożywił. Przed nimi, na poboczu, stał radiowóz policyjny. Policjant stał jedną nogą na asfalcie i machał lizakiem. Piotr zarzucił na głowę kaptur. - Zrobiłeś pan coś złego? – zażartował kierowca zjeżdżając na pobocze. Policjant podszedł do okna od strony kierowcy i poczekał, aż mężczyzna za kierownicą otworzy szybę. Policjant zaświecił latarką do środka, dokładnie przyglądając się ich twarzom. - Witam panie kierowco, rutynowa kontrola. Poproszę o dokumenty pojazdu, prawo jazdy i dowód osobisty – powiedział uprzejmie. Kierowca pochylił się nad Piotrem, wyjął dokumenty ze schowka na rękawiczki i podał je policjantowi. Ten oświetlił latarką prawo jazdy. - Dziękuję panie Marku. Czy mogę również pana prosić o jakiś dowód tożsamości? – zwrócił się do Piotra policjant. Piotr miał w tylnej kieszeni fałszywy dowód osobisty, którym posługiwał się już wiele razy. Wyciągając go, poczuł plastikowy woreczek. Teraz bez strachu podał dowód przedstawicielowi władzy z uśmiechem na twarzy. Policjant poszedł do radiowozu, w którym siedział jego partner. Najwyraźniej sprawdzali ich dane przez radio policyjne. - Dziwne, że chcieli też moje dokumenty – powiedział Piotr. - Czyżby? Piotr nie zdążył zapytać kierowcy, co miało oznaczać to pytanie. W okno po jego stronie zapukał policjant. Piotr otworzył je. - Słucham, panie władzo? - Proszę wysiąść z samochodu – powiedział policjant urzędowym tonem. - Czy coś się stało? - Proszę wysiąść z samochodu – mężczyzna w mundurze cofnął się o krok i położył dłoń na kaburze służbowego pistoletu. Piotr udawał, że szarpie się z pasami, podczas gdy drugą ręką otwierał woreczek w tylnej kieszeni. Schował chusteczkę w dłoni i zacisną ją w pięść. Odpiął pasy i wysiadł z samochodu. - Proszę podejść do radiowozu – policjant uśmiechał się, jednak Piotr stwierdził, że robi to bardzo nerwowo. Ruszyli w stronę samochodu, policjant szedł tuż za nim. Drugi funkcjonariusz stał przy otwartych tylnych drzwiach policyjnego forda. Gdy byli już przy wozie Piotr odwrócił się szybko i przyłożył chusteczkę do twarzy policjanta idącego za nim. Ten szarpnął się raz, po czym jego mięśnie rozluźniły się. Opadł bezwładnie na ziemię. W samochodzie, którym przed chwilą jechał, Piotr ujrzał kierowcę uśmiechającego się do niego i kręcącego pobłażliwie głową. Ten widok wytrącił lekko oszusta z równowagi. Czy facet nie powinien srać z przerażenia? Nie istotne. Piotr obrócił się teraz w stronę drugiego policjanta. Zdążył zobaczyć lufę pistoletu wycelowanego prosto w jego twarz. Wszystko stało się bardzo szybko. Zobaczył błysk, usłyszał huk, potem widział czarny punkt błyskawicznie zwiększający swoją średnicę… ciemność.
*
Stuk, stuk. Stuk, stuk.
- Jedziemy do Warszawy, do szacownego pana Marivelli, słyszał pan o nim? - Nigdy. - Mój syn, Marek, ma rozległą łuszczycę… - Mamo! – jęczy mały chłopiec z twarzą pokrytą strupami.
Stuk, stuk. Stuk, stuk.
- Maruś nie lubi, jak się rozmawia o jego przypadłości. W każdym razie szacowny pan Marivelli to człowiek z wielką mocą, potrafi uzdrawiać dotykiem – mówi młoda, dobrze ubrana kobieta. - Cóż za zbieg okoliczności… - rzuca Piotr i wraca do czytania gazety.
Stuk, stuk. Stuk, stuk.
Za oknem przedziału cały świat gna w przeciwnym kierunku, jakby dawał znać pasażerom, że zmierzają nie tam, gdzie powinni. - Co pan miał na myśli, mówiąc o zbiegu okoliczności? – młoda kobieta nie wytrzymuje ciszy. Piotr przed chwilą wpadł na pomysł, jak może zarobić kilka złotych. Nigdy wcześniej tego nie robił, ale sądzi, że może się udać. Składa gazetę, patrzy przez chwilę na kobietę badawczym wzrokiem. - Nie chciałbym się przechwalać, naprawdę. - Niech pan nie daje się prosić – nalega kobieta. - No, więc dobrze. Niech pani wierzy lub nie, ale tak się składa, że sam mam podobne zdolności. No i jeszcze ten pan Marivelli… - Co z nim? – matka tuli mocniej swego syna. - Nic takiego. Na pewno pan Marivelli jest uzdolniony, ale tyle się słyszy o tych oszustach…
Stuk, stuk. Stuk, stuk.
*
- Nie! – Krzyknął. Skrył swą twarz w dłoniach. Palcami sprawdzał, czy wszystko jest na swoim miejscu. Nos, oczy, usta, zęby. Wszystko nadal było nienaruszone. - Wszystko w porządku, mistrzu? – usłyszał kobiecy głos. Opuścił dłonie i rozejrzał się. Znajdował się w pokoju, w którym przyjmował swoich „klientów”. W wynajętym na fałszywe nazwisko domku w Kopiejówce. Obok niego siedziała pani Makarska.
Strzał w twarz…
- Co się stało? – zapytał skonsternowany. - Musiał pan odpłynąć w swym mistrzowskim transie, mistrzu – powiedziała z powagą pani Makarska. Sen. Przysnął. Ha, ha! To wszystko mu się śniło. W środku tańczył z radości, lecz jego twarz pozostała niewzruszona. - Rzeczywiście, pogrążyłem się w transie. Moce starsze od świata rzekły, że wszystko będzie w porządku, pani Makarska. - Niech Bóg pana błogosławi, mistrzu Abhijata – staruszce spłynęła łza po policzku. Piotr podniósł się z maty i pomógł wstać staruszce. Skierowali się w stronę drzwi. Nagle pani Makarska zatrzymała się, przenosząc ciężar swego ciała na starą struganą laskę. Piotr poczuł silne uczucie Deja vu, które lekko go zaniepokoiło. - Mam tu dla pana mały upominek – zaszczebiotała i zanurkowała w starej, jak ona sama, torebce. - Proszę się nie kłopotać – rzekł Piotr. Nie chciał, aby staruszka wyciągała cokolwiek z torby. Bał się, że ujrzy słoik z korniszonami i wtedy wszystko zacznie się od nowa. Telefon, czytający gazetę policjant na stacji PKS, kierowca ze strupami na twarzy i dłoniach (to sen, to sen, to tylko sen, a facet ze strupami jest na to dowodem – to uosobienie, jego pierwszego „klienta”) i w końcu tragiczna kulminacja – strzał w twarz z bliskiej odległości. Wiedział, że to był sen, pragnął, żeby to był sen, lecz wszystko było zbyt podobne. Pani Makarska wyciągnęła z torby jakiś przedmiot i przez chwilę Piotr rzeczywiście widział słoik z korniszonami. - Coś na słodko – prawie śpiewała staruszka. Piotr zamknął oczy i ponownie je otworzył. Reumatyczna trzymała w powykrzywianych dłoniach tabliczkę mlecznej czekolady. Piotr uśmiechnął się i zaśmiał troszkę zbyt histerycznie. Poczuł wielką ulgę. Odmówił przyjęcia czekolady i odprowadził starszą kobietę do drzwi. Tam wyrecytował formułkę o losie i zamknął za nią drzwi. Podszedł do maty i podniósł kopertę. Przeliczył znajdujące się w niej pieniądze. Czterysta pięćdziesiąt złotych. Parsknął śmiechem, gdy uzmysłowił sobie swą radość, że nie doliczył się sześciu setek. - Po raz pierwszy cieszę się, że zarobiłem mniej – szepnął do siebie. Przebrał się w dżinsy i podkoszulek. Przez najbliższe pół godziny czekał jak na szpilkach wpatrując się w swój telefon komórkowy. Ten jednak nie zadzwonił. Najwyraźniej nie było żadnego donosu na policję. Pomyślał, że nigdy nie miał tak realistycznego snu. Usłyszał pukanie
Stuk, stuk.
Przypomniała mu się druga część snu. Jechał pociągiem – wspomnienie dzieciaka i jego matki. Pierwszy przekręt i dwieście złotych w kieszeni. Wtedy czuł jeszcze jakiekolwiek wyzuty sumienia. Pukanie przerodziło się w dudnienie. Podszedł do drzwi i spojrzał przez okienko usytuowane tuż obok nich. Na zewnątrz stała młoda kobieta. Otworzył. - Dziś już nie przyjmuję, dobra kobieto – wystudiowany, spokojny głos był połową sukcesu. Kobieta miała pospolitą twarz, w kącikach oczu pojawiły się już kurze łapki. Włosy związane w koński ogon zdradzały, że ta dama w średnim wieku nie ma czasu odpowiednio o siebie zadbać. - Uwierz mi, mnie przyjmiesz! – wrzasnęła, wyciągając zza pleców długi nóż. Błyskawicznym ruchem przystawiła Piotrowi ostrze do szyi. Drugą ręką wepchnęła go do środka. Zamknęła za sobą drzwi i przekręciła zasuwę. - Widzisz, wy miastowi macie swoje zdolności, jak oszustwa i kradzież – wysyczała zza zaciśniętych zębów. – My, wioskowe głupki, mamy swoje. Między innymi umiemy patroszyć. - Czemu? – zaskomlał Piotr. - Stefan Szczygieł, mój ojciec, zmarł dziś rano na raka prostaty – zasyczała kobieta.- Przed śmiercią powiedział mi, że oddał wszystkie nasze oszczędności jakiemuś superbohaterowi z supermocą uzdrawiania nieuzdrawialnych. Gdzie kasa, kanciarzu? - W komodzie, pierwsza szuflada, zielona kasetka – Piotr nie próbował sztuczek, walczył o życie. Widział w oczach kobiety, że gotowa jest na wszystko. - Prowadź, padalcu – szepnęła. Piotr podszedł do komody. Kobieta szła tuż za nim z nożem przy jego szyi. Wyjął z ukrycia klucz i otworzył sejf. Ujrzał dłoń kobiety sięgającą ponad jego ramieniem do środka. Palce chwyciła wszystkie banknoty i znikły za jego plecami. - Pani Marto, proszę nie robić nic, czego mogłaby pani żałować – powiedział Piotr wystudiowanym, spokojnym tonem. - A więc tato opowiadał ci o mnie, pijawko? - Nie. - To skąd znasz moje imię? - Przyśniło mi się – powiedział Piotr i poczuł, jak na twarz wypływa mu rumieniec. - Nawet tego nie próbuj – warknęła kobieta przyciskając mocniej ostrze. Piotr poczuł szczypiący ból, a zaraz potem kropelkę krwi spływającą po szyi w stronę obojczyka. - Już się zamykam. - Szkoda, że się nie zamknąłeś dużo wcześniej, zanim zacząłeś naciągać biednych ludzi – warknęła kobieta. – Głupia! Przecież ty pewnie robisz to od urodzenia. Pewnie przehandlowałeś własną matkę za garść cukierków, łobuzie. Piotr milczał. Czuł, że cokolwiek by nie powiedział, kobieta i tak się jeszcze bardziej rozsierdzi. Rozpaczliwie szukał wyjścia z tej sytuacji. Chusteczka z eterem w plastikowej torebce leżała schowana w komodzie. Nawet, jeśli miałby ją pod ręką, to nie zdążyłby jej użyć. Wystarczył jeden ruch tej spracowanej dłoni, żeby Piotr zaczął wykrwawiać się na śmierć. - Pomyślałeś o nas? O rodzinach ludzi, których ograbiasz? Ucisk na szyi zelżał. Piotr odczekał chwilę i odwrócił się w stronę kobiety. Płakała. Podniósł rękę, chcąc położyć ją na ramieniu kobiety, jakoś ją pocieszyć. Ta odepchnęła go, uderzając obiema rękami w piersi. Była silna, zabolało. Patrzyła na niego przez chwilę, pogarda aż spływała z jej twarzy. Piotr pod wpływem tego spojrzenia poczuł się słabo. Kobieta odwróciła się i poszła w stronę drzwi. Czyżby zagrożenie minęło? Czy rzeczywiście ta wieśniaczka zadowoliła się wystraszeniem go? Oczywiście, przecież nie była morderczynią. Dostała to, po co przyszła: pieniądze i wystraszonego oszusta. Mogła wracać skąd przyszła. I rzeczywiście, wyszyła na zewnątrz trzaskając za sobą drzwiami. Osunął się na kolana. Kobieta była rzeczywiście silna, w lewej piersi nadal czuł pulsowanie. Mógłby przysiąc, że nawet się wzmogło. Spojrzał w dół. Musiała go czymś oblać, bezczelna cipa. Podkoszulek od lewej piersi aż po pas pokrywała mokra, ciemna plama. Piotr czuł się coraz słabiej. W końcu zaczął łączyć fakty. Kobieta w dłoni, którą go pchnęła, trzymała nóż. Wcale nie była aż tak silna. Upadł na drewnianą podłogę tuż obok dopalającej się świeczki. Po chwili poczuł swąd palących się włosów. Nie miał nawet siły, żeby podnieść dłoń i zgasić płomień. Usłyszał dźwięk otwieranych drzwi. Potem kroki.
Stuk… stuk… stuk… stuk…
Płomienie zaczęły lizać skórę czaszki. Czół przeraźliwy ból, który zdawał się podbijać jego ciało centymetr po centymetrze, jak bezwzględny, zdeterminowany najeźdźca. Uczucia, które dotyczyło skóry głowy nie można już było nawet nazwać bólem. To było coś o wiele bardziej dotkliwego. Mimo to, Piotr nie mógł nawet krzyknąć. Razem z krwią, wypływającą na podłogę przez jego serce, opuszczały go także wszystkie siły.
Stuk… stuk… stuk…
Zobaczył zaniedbany męski but. Poczuł dotyk dłoni wsuwającej się między podłogę a jego policzek. Ktoś przekręcił jego głowę tak, żeby mógł spojrzeć w górę. Przed nim kucał mężczyzna ze strupami na twarzy. Na ustach igrał pobłażliwy uśmiech. Piotr przypomniał sobie wygląd jego dłoni w swoim śnie i poczuł obrzydzenie, wiedząc, że jedna z nich właśnie dotykała jego policzków. Z włosów opadły dwa płatki złuszczonej skóry i powoli, krążąc w powietrzu, opadły na twarz Piotra. - Czy nie sądzisz, że tak właśnie wygląda piekło, Piotrze? – w głosie mężczyzny słychać było drwiącą nutę. Piotr pomyślał, że tak, tak właśnie musi wyglądać piekło. Miał na myśli dotyk oszpeconych palców i płaty złuszczonej skóry na swojej twarzy. - Jeden raz nie wystarczy. Będziesz umierał raz za razem, aż żal za grzechy przepełni twoje serce – usłyszał z oddali. Potem zgasł.
*
Otworzył oczy, zgiął się w pół i złapał za serce. Ze zdziwieniem zauważył, że czuje się dobrze. Spojrzał w dół. Miał na sobie dothi, czyściutkie, błyszczące i niepoplamione. Pomacał dłonią głowę, lecz wiedział już, że nie płonie. - Mistrzu? Piotr zerwał się z maty. Chwycił kopertę, którą trzymała pani Makarska, podbiegł do komody, wyjął z szuflady sejf i runął do drzwi. Wybiegł na zewnątrz, wskoczył na rower i ruszył drogą. Drżał na całym ciele i mruczał do siebie niezrozumiale. Chciał jak najszybciej opuścić tą wieś. Była przeklęta. Dojechał do drogi krajowej na Częstochowę, rozejrzał się w obie strony i, nie dostrzegając żadnego ruchu, wyjechał na skrzyżowanie. Usłyszał klakson samochodu i pisk opon. Nie zdążył nawet spojrzeć na zbliżające się niebezpieczeństwo. Poczuł ból w miednicy, potem uderzenie w głowę. Głośne chrupnięcie i głowa przekrzywiła się pod takim kątem, że widział wszystko obrócone o mniej więcej dziewięćdziesiąt stopni. Leżał na masce, połową ciała przytulony do popękanej szyby. Otworzyły się drzwi samochodu. Ktoś podszedł do niego. - To dopiero początek – usłyszał znajomy głos. Głos, kojarzący się z początkiem i końcem, z cierpieniem i ranami na całym ciele.
* Piotr za każdym razem wracał do tego samego punktu wyjścia. Do chwili, w której kończyła się wizyta pani Makarskiej. Czego by nie zrobił, na końcu czekała go śmierć. Za pierwszym razem nie dotarł nawet do płotu. Poślizgnął się na progu domku, który wynajmował i upadł na potylicę. Następnym razem dotarł aż do Częstochowy. Zadowolony usiadł w kawiarence, żeby ochłonąć i napić się kawy. Zza baru wyszedł do niego kelner. Okazało się, że ma on twarz oszpeconą strupami i drobnymi, ropiejącymi ranami. Piotr poczuł gorąco rozchodzące się od lewej piersi na ramiona i twarz. Mięśnie szczęk spięły się boleśnie. Pieczenie w piersi nasilało się, podczas gdy przerażony Piotr próbował zaczerpnąć powietrza. Dostał rozległego zawału. Przez cały czas jego agonii kelner próbował go przekonać, żeby żałował za grzechy. Następnym razem na Piotra zwalił się dach wynajmowanego domku, potem zadławił się na śmierć kartoflem w przydrożnym barze, jeszcze później wypadek samochodowy, napad rabunkowy, katastrofa kolejowa, raz nawet uderzył w niego piorun. Niezliczone razy umierał i wracał w to samo miejsce.
*
Znów siedział przed panią Makarską. Patrzyła na niego z dziwnym wyrazem twarzy. W jej oczach dostrzegał niezdrowy błysk. Nagle otworzyła usta, po czym szybko i z impetem je zamknęła. Całą czynność powtórzyła kilkakrotnie. Stukanie szczęk raniło uszy Piotra.
Stuk, stuk. Stuk, stuk.
- Mistrzu, mogę cię pocałować? – zapytała pani Makarska, poczym rzuciła się na Piotra. Przywarła pomarszczonymi ustami do jego ust. Wsunęła zadziwiająco silny i niebywale obślizgły język przez jego zaciśnięte zęby. Czuł jak jej klejąca ślina spływa na jego język. Próbował się wyrwać z jej kościstego uścisku, tymczasem jego usta wypełniały się klejącym śluzem. Język staruszki wyślizgną się i zaczął pracowicie badać całą twarz Piotra. Ten w końcu wyswobodził się z objęć nawiedzonej kobiety i
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Richard
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…