JESZCZE BĘDZIE PRZEPIĘKNIE
opowiadanie. raczej ta niezbyt ciekawa strona świata. inna? zapraszam. nie chcę pisać na temat tego opowiadania, bo nie wiem co. przeczytajcie samo.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
„Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie....” Tilt
Rozłożyłem się wygodnie w wielkim, zdezelowanym, skórzanym fotelu w mieszkaniu Jacka. Mimo iż nie było duże, chciałem kiedyś się takiego dorobić. Mój malutki pokój, kantem u matki niekoniecznie był szczytem moich marzeń. Jacek mieszkał tutaj sam, czasem ja mu wchodziłem na głowę, niekiedy trafiła się jakaś przelotna panienka. Wnętrze urządził w stylu starych muzycznych klubów pachnących kurzem, piwem i zacinającymi się płytami winylowymi. Odwiedzając go zawsze mogłem liczyć na rozmowę i coś mocniejszego. Tutaj też zawsze mogłem się wyciszyć. Na ścianach wisiały winyle z jakimś rosyjskim gównem, którego opisy celowo zamazał czerwonym sprayem, żeby nie wstydzić się przed gośćmi. Pod ścianą leżał materac pokryty czarną pościelą, w kącie stał wielki bongos, który aż się prosił, żeby w niego uderzyć. Na szerokim parapecie dostojnie leżała gitara elektryczna przykryta warstewką kurzu. Bardzo rzadko grał, a jeszcze rzadziej tutaj sprzątał. W powietrzu unosiły się dźwięki Led Zeppelin, dlatego od razu po wejściu tutaj poprawiał mi się humor. Podłoga była naga, same popękane, nierówne klepki parkietowe, z których wystawały liczne drzazgi. Chodząc po nich boso zawsze podnosiła mi się adrenalina, dlatego też bardzo rzadko się to zdarzało. Wszyscy tutaj wchodzili w butach, dlatego może panował tutaj taki syf. Mimo to czułem się tu o wiele lepiej, niż u siebie - w nieskazitelnie czyściutkich kilkunastu metrach kwadratowych. Lubiłem u niego nocować. Przynajmniej matka ciągle nie jęczała mi za uszami, że zmarnowałem sobie przyszłość przerywając studia. Podczas wieczorów spędzonych z nim liczyło się tylko piwo i muzyka. Czasem jakaś przelotna pani.
„Nie mieli celu i nie mieli dzieciństwa jak my Dokoła trudny świat, ulica była domem, nauką tych lat.” Wilki
Zza ściany dobiegały odgłosy parzenia kawy, stukot obijanych szklanek i wyjmowanych łyżeczek. Powoli też docierał do mnie aromat mielonego, zielonego Jacobsa. Jacek po tylu latach znajomości dobrze wiedział co lubię. Chwilę potem pojawił się w drzwiach z dwiema szklankami dymiącego napoju, a potem postawił je na ławie, a sam usiadł na drugim fotelu, naprzeciwko mnie. Bardzo szybko zapach świeżo parzonej kawy wypełnił pomieszczenie. - Pij - nakazał sam biorąc swoją szklankę. Nie mam pojęcia jak mógł pić tak gorący napój. Z pewnością już w wieku dwudziestu kilku lat nabawił się wrzodów. - Specjalnie dla ciebie umyłem szklanki, bo wszystkie jak zwykle były brudne. Chciałem po prostu, żebyś więcej wypił, a nie szemrał za plecami, że ci nawet kawy żałuję! - tutaj nikt nie dbał o takie rzeczy typu zmywania naczyń, czy sprzątania kuchni. W korytarzu na komodzie był cały arsenał brudnych szklanek, których nikomu nie chciało się chociażby opłukać. Gdzieś stała czerwona herbata zaparzona tydzień temu w kubku oblepionym miesięcznymi fusami z jakiejś paskudnej plujki. Na tym piętrze, w tej kamienicy czułem się zupełnie jak w komunie hippisowskiej. Tutaj nikt nic nie musiał, każdy robił, co chciał. - Jakbym chciał taki wrzątek, to bym nie pił kawy, tylko dopiero co zagotowaną wodę prosto z czajnika. Masz piwo? - spytałem stukając w blachę mojego glana. Wydłubałem z podeszwy jakiś mały kamyk, który nieopatrznie się tam zaklinował. - Jestem po prośbie, czekam na święto Matki Boskiej Pieniężnej. - Kiedy nie miałem kasy, to piłem wina o nazwie sperma szatana - zakpił. - Wierz mi „Leśnego Dzbanu” żadna siara nie pobije. - A nie wpadła ci do głowy myśl, że masz aż dwie nerki? - podrapał się w podbródek, a ja w odpowiedzi kopnąłem go glanem. - Też nic nie mam. Jestem czysty jak łza. Żulę na mojej towarzyszce broni. Jagoda!? - krzyknął. - Przynieś piwo! - Kobieta na posyłki? - uniosłem brew. - Widzę, że do przyjacielskiej atmosfery tej klitki wdrażasz duktaturę. Jaka kara jest przewidziana za nieposłuszeństwo? Gilotyna, hiszpańskie buciki, czy słuchanie tych szarpidrutów z pokoju obok dwa-cztery na dwa-cztery? - w pokoju obok mieszkało trzech muzyków, którzy mimo że tak chwalebnie się nimi ochrzcili, ani trochę nie umieli grać. Niestety musieli w jakiś sposób wyładować napięcie artystyczne, dlatego też codziennie koło osiemnastej nie można było w ogóle być na piętrze, bo po rozkoszowaniu się pięć minut ich muzyką, wiło się na podłodze w przedśmiertnych drgawkach. Pokój Jacka mieścił się na najwyższym piętrze kamienicy położonej w jednej z najpiękniejszych dzielnic Krakowa. Z okna w jednej części mieszkania było widać wielką, zabytkową synagogę, a z innego jedną z bardziej ruchliwych ulic w tym mieście. - Jestem pewien - zaczął. - że wszystko już jest lepsze od pozwalania gwałcić sobie uszu tym ofiarom. W „Ferdydurke” był motyw gwałcenia przez uszy. Kiedy się tutaj wprowadzili, to zrozumiałem co ten cholerny Gombrowicz miał na myśli. Błyskawicznie drzwi się uchyliły i do pomieszczenia weszła Jagoda. Kiedyś się w niej strasznie podkochiwałem, kiedy przechodziłem fascynację gotykiem. Pociągały mnie jej czarne ubrania, czarny makijaż, tatuaże i wszechobecne zło. Szatan, mrok - cały rok. Ona od zawsze była przykładem posępnej gotki, która nie odzywała się niemal do nikogo, tylko ciągle siedziała przy drzwiach w korytarzu i rysowała jakieś mroczne obrazy ignorując wszystkich dookoła. Jej pokój był nimi poobwieszany od podłogi po sufit. Moja fascynacja mrokiem minęła w dzień moich dziewiętnastych urodzin, kiedy dostałem od niej wspaniały szkic, który przedstawiał moją zakrwawioną osobę wiszącą na szubienicy pośród jakichś przerażających postaci z twarzami wykręconymi w grymasie bólu. „Krzyk” Muncha, to prz tym był pikuś. Jagoda zawsze kazała się nazywać Jadą, ale niestety nikt tego nie praktykował. Chyba tylko sama o sobie tak myślała i mówiła. Dziś ubrana była w potargane czarne dżinsy i mega mroczną, czarną szmatę z rękawami niemal do ziemi. - Widzę, że w końcu ktoś się poczuł do pozamiatania podłogi... - westchnąłem niby od niechcenia. Bez ostrzeżenia cisnęła w nas dwiema puszkami Leszka. Oboje złapaliśmy je w locie. - Miłego otwierania - uśmiechnęła się szelmowsko swymi ponętnymi, czarnymi ustami. - Strzęp - rzucił w jej stronę Jacek. - Zrobiliśmy porządek w pokoju Venoma. Znaleźliśmy dwie gitary basowe bez strun, dyskografię Deep Purple, jakieś zdjęcia, walizkę z damskimi ubraniami, kajdanki z czarnym futerkiem, dziennik z jakimiś tekstami piosenek i co najistotniejsze jakieś pół kilo trawy. Zrób coś z tymi rzeczami, bo ja nie mam ochoty nawet na nie patrzeć. Przygnębia mnie jego pokój. Nie chcę mieć z nim już nic wspólnego - oparła się o ścianę i paznokciem zaczęła po niej coś pisać. Tapeta odchodziła już płatami, więc nikt by nie cierpiał, gdyby wypisała na niej jakieś bzdury markerem. Dopiero teraz jak stanęła do mnie bokiem, zorientowałem się jak bardzo ostatnio schudła. - Dobra. Coś zrobimy. Mnie zostaw płyty. Tylko tym szarpidrutom nie dawaj zeszytu z piosenkami, bo jeszcze wpadną na genialny pomysł napisania do nich muzyki. A moje uszy mogą tego nie zdzierżyć - ostrzegł Jacek. Wzruszyła ramionami. - Jak chcesz, to je bierz... a tego zeszytu im na pewno nie dam. Nie jestem samobójcą. Nie miałem pojęcia dlaczego przeszukali jego pokój i znaleźli wszystko, co wydawało się wartościowe. Swoją drogą nie wiem po co im jakaś walizka z damskimi ciuchami, czy fotografie, o kajdankach nie wspominając. Taktownie milczałem. Tylko dlatego, że nigdy go nie lubiłem. Jego kontakty z współlokatorami w ogóle mnie nie interesowały. - Słuchaj... - zwróciła się do mnie. Uniosłem głowę i zamieniłem się w słuch. - Nie chciałbyś sprzedać tej trawy? My tego nie chcemy tu mieć... musimy się jak najszybciej tego pozbyć. Jak chcesz, to sobie weź. Możesz nim dilować w spokoju. Dajemy ci to za darmo. - Jagoda... twój mózg jest jak Bóg. - W twoich ustach każdy komplement brzmi jak obelga - odparła zdezorientowana. - Naprawdę ciężko udowodnić, że istnieje - dokończyłem śmiertelnie poważnie. - Ja się do tego nie mam zamiaru mieszać. Co się stało z Venomem, że tak rozdzielacie między sobą jego rzeczy? Biblią mi zajeżdża... to takie dzielenie szat. Jak wróci, to dostaniecie po łapach. Wiecie sami jakie on czasami ma jazdy. - To ty nie wiesz? - Jacek popatrzył na mnie jakbym spadł z palmy. Jego oczy stały się okrągłe jak pięciozłotówki, a na usta wpełzł jakiś dziwny uśmieszek. - Co mam kuźwa wiedzieć!? Ja jego matka jestem, czy co? - Przecież jak wyszedł wczoraj, tak do dziś się nie pojawił. Mówią na bajzlu, że się zaćpał... kogoś podobnego do niego zabierali. Wiem, że to on. Dużo mówił o samobójstwie. Jeśli w ogóle był w stanie mówić... Pewnie to on. A że nikt nie wie, że on mieszkał u nas, to sam wiesz... lepiej będzie jak ktoś inny wprowadzi się tam jak najszybciej, zanim ktoś zakapuje. - Rozumiem... - wiadomość o Venomie skutecznie zepsuła mi humor. - Chodź, to sobie weźmiesz co chcesz... - podeszła do mnie i wzięła mnie za przegub. Zaciągnęła mnie przez korytarz do pokoju Venoma. Otworzyła drzwi. W pokoju panował niesamowity burdel, na środku była usypana kupa różnych rzeczy, a w kącie siedział jeden z muzyków, którego imienia nie pamiętałem i bawił się lutownicą przy gniazdku. Drugi Janko muzykant szperał właśnie w szafie. - ... i jak z lutownicy unosi się czarny dym - nauczycielskim tonem mówił do drugiego ten pierwszy. - to znaczy, że jest z nią coś nie tak - powiedział przekonany. - A jak unosi się biały? - To wtedy Habemus Papam - zaśmiałem się wchodząc do środka. Odwrócili się w moją stronę i mruknęli coś na powitanie. Nie widziałem w tym pokoju nic ciekawego. Samo to, że te rzeczy dotykała martwa już teraz osoba przyprawiało mnie o gęsią skórkę. Dziwiło mnie tylko to, że tak szybko go uśmiercili, choć właściwie nie było wiadomo, czy pod bajzlem to właśnie jego zabrano. Przerzuciłem kilka płyt, kopnąłem paczkę grass’a pod łóżko, a pod koniec obejrzałem kilka zdjęć. Kilka fotografii jakichś dziewcząt, kilka fotek Venoma z pustym Herkulesem w ręku, kilka znów z jakimiś panienkami... Stwierdziwszy, że nie ma tu dla mnie nic ciekawego wyszedłem z powrotem na korytarz. Chciałem iść do Jacka, ale zobaczyłem, że zakłada przy drzwiach czarną ramoneskę i ma zamiar wyjść. - Gdzie się idziesz szlajać? - zapytałem opierając się przyjacielsko na jego ramieniu. - Beze mnie? - Tu i tam. - Na dziewczynki idzie - oznajmiła Jagoda. - Tylko nie chce iść z tobą, bo będzie miał mniejsze branie - odrzuciła włosy do tyłu i ugryzła jabłko, które leżało na komodzie. Szczerze mówiąc brzydziłbym się go jeść. - Idę podotykać paluszkami kształtne krągłości... - zaczął rozmarzony. - Będę pieścić ustami otwory pełne życiodajnych soków, postukać kijem w te okrągłe, pełne kształty i zaliczyć przynajmniej trzy rundy... - Piwo i bilard? - spytałem z cynicznym uśmiechem. - Dokładnie - przytaknął. - A co będziecie robić u mnie, kiedy mnie nie będzie? - Uprawiać seks - odparła Jada. - Palić, ćpać... - kontynuowałem. - Mordować dziewice... - Palić wioski. - Jeść koty... - A to w porządku... - wzruszył ramionami i położył dłoń na klamce. - Już się bałem, że coś złego... jakieś modlitwy, czy coś... - cmoknął w stronę Jagody i wyszedł mocno trzaskając drzwiami. Zacząłem czegoś szukać po kieszeniach. - Papierosa? - spytała. Przytaknąłem, a ona podała mi paczkę popularnych. - Coś ty taka miła? - spytałem. Jej zachowanie było co najmniej podejrzane. - Sprawa Venoma tak cię rozstroiła? - próbowałem zgadywać. - Wal się - prychnęła. - Chodź do Jacka, nie skończyłeś kawy i Leszka. W milczeniu podążyłem za nią. W przedpokoju nie było żadnej lampy, ani niczego w tym guście. Był już wieczór i było ciemno jak w dupie, ale światło latarni stojącej przed oknem roztaczało ciepłą poświatę na klatce. Nic nie było widać dokładnie, tylko same zarysy przedmiotów. Przejechałem dłonią po komodzie zastawionej szklankami, która zdawała się pamiętać poprzednie pół wieku. Sypiący się ze ścian tynk tak samo. Bałem się, że za chwilę pieprznę w jakiś mebel. - Zapyziała kamienica, ale klimat ma, muszę przyznać... - rozejrzałem się dookoła. - Nie zrażaj się, tylko poczuj klimat! Ciesz się, że małe, brudne dzieci się nie plątają pod nogami, jak niegdyś w komunach hipolów - miała niesamowity dar mówienia wszystkiego tak bezpłciowym głosem, że aż się rzygać chciało. W końcu dotarliśmy do pokoju Jacka. - A teraz witamy w jaskini seksu i rozpusty! - zatoczyła dłonią łuk i wskazała drzwi, w których nie było klamki. Popchnęła je nogą, a one posłusznie szeroko się otworzyły. Ich dolna część była całkowicie pozbawiona brązowej emalii, co wskazywało na to, że taki sposób otwierania jest dosyć często używany. - Siadaj. - Mrr, jaka stanowcza. Zawsze jesteś taka despotyczna jak jesteś podniecona? - Zawsze jestem despotyczna jak obcuję z idiotami. - Posłuchaj co się w naszym pięknym kraju dzieje - zacząłem biorąc duży łyk spienionego piwa. Jada zrobiła to samo i usiadła obok mnie. - Jakiś poseł stwierdził, że prezerwatywy są tak samo szkodliwe jak alkohol i papierosy. - To niech je przestanie żreć... - wzruszyła ramionami. Zaśmiałem się. - Jada, potrzebuję kasy - powiedziałem otwarcie. Owijanie w bawełnę nie leżało w mojej naturze, a kasa naprawdę była mi potrzebna. Stawałem się coraz bardziej ospały i kości bolały mnie coraz bardziej. Spojrzałem na nią błagalnie. Szedłem na łatwiznę, bo mogłem iść jeszcze do Witka, czy Marka. Jednak wolałem sprawę załatwić jak najszybciej. Poklepałem ją dłonią po kolanie. - W tobie nadzieja. - A na co ci potrzebna kasa? I ile? Spojrzałem na nią wymownie. W tym wypadku spojrzenie mogło powiedzieć wszystko. Zaśmiała się szyderczo i wstała. Wyszła z pokoju Jacka i pewnie poszła do swojego. Ja również wstałem i podszedłem do okna. Obserwowałem jakiś czas ruch na Starowiślnej, a potem palcem zacząłem kreślić jakieś wzorki na warstwie kurzu, która osiadła na gitarze. Po dłuższej chwili Jagoda znowu pojawiła się w pokoju. Odwróciłem się w napięciu. - Nie mam pieniędzy, ale mam to - podeszła do mnie majestatycznym krokiem i do kieszeni ramoneski wsunęła malutki pakunek. Nigdy nie używałem słowa „dziękuję”. Uśmiechnąłem się szelmowsko. Przysunąłem twarz do jej twarzy i pocałowałem ją w policzek. Następnie odgarnąłem jej czarne, proste włosy z szyi i ucałowałem zagłębienie nad ramieniem. Odsunęła się jeden krok do tyłu i zaśmiała się pogardliwie. Chwilę potem znów się do mnie zbliżyła i zarzuciła dłonie na moją szyję. Ujęła moją twarz w dłonie i przybliżyła się do mnie. Zagryzła swoje czarne wargi. Mówiła cicho, szeptem ale tak, żebym rozumiał. Uwielbiałem jak kobiety szeptały. - Magiczne słowo? - spytała. - Abra-kadabra... jesteś boska. - Nie obrażaj mnie. A teraz spierdalaj stąd, dziecię spłodzone w alkoholu... - zakończyła melodyjnie. Wydąłem usta i skierowałem się do drzwi. - Idę się powiesić... - rzuciłem na odchodnym. - Mogę cię pobujać? Tego pewnego siebie spojrzenia nigdy nie zapomnę. - Wpadnę do was na nockę z piątku na niedzielę - obiecałem ignorując jej przewracanie oczami.
Wyszedłem z tej zapyziałej kamienicy. W końcu poczułem ulgę. Już mogąc żyć skierowałem się w stronę rynku.
„A Ty rzeźbisz życie w swoich dłoniach, czasem czekając na cud Człowiek jest tym czym jest, przyjdzie czas kiedy padnie z nóg.” Koniec Świata
Nic się nie zmieniło. Wszystko pozostało takie same. Nadal potrzebowałem pieniędzy, a ratunek ze strony Jady na nic się nie zdał. Była to tylko chwilowa pomoc. Kilka godzin szwendałem się bez celu po mieście. Ręce wsadziłem głęboko w kieszenie i każdej napotkanej osobie patrzyłem w twarz. Uwielbiałem obserwować ludzi. Byli jak księga, z której raz można było dużo wyczytać, a kiedy indziej nic, nawet jeśli się bardzo chciało. Wysyłając uśmiech przechodniom rzadko otrzymywało się odpowiedź. Ludzie nie umieli odpuścić tego sygnału dobra, bo byli urażeni moją powierzchownością. Usiadłem pod Świętym Wojciechem na murku i jak idiota patrzyłem na ludzi, którzy wylewali się z Grodzkiej. Niemal każdy człowiek, który siedział tutaj, gdzie ja w tej chwili, czkał na kogoś. Przed wyjściem z mieszkania Jacka wepchnąłem naprędce do kieszeni jakiś kryminał, żebym miał co czytać. Lubiłem tego typu książki. Najwyraźniej nie dojrzałem do bardziej ambitnej lektury. Przerzuciłem kilka stron, ale zrezygnowałem, bo było już ciemno. Rozejrzałem się wokół siebie. Kilka metrów z mojej lewej strony siedziały dwie dziewczyny, ubrane na czarno, na oko w wieku licealnym. Śmiały się bardzo głośno doprowadzając mnie tym do szewskiej pasji. Znów spróbowałem się skupić na książce. Z bardzo marnym skutkiem, niestety. Wzniosłem oczy ku niebu. Kątem oka widziałem, że obydwie nie spuszczają mnie na ani chwilę z oczu. Jeszcze tego mi brakowało. Jakichś rozchichotanych licealistek, które myślą, że nie wiadomo kim są. Wystarczyło mieć długie włosy, ramoneskę i glany, a już początkujące latały z językiem na wierzchu. Miałem już schować książkę do kieszeni, ale podeszła do mnie jedna z dziewcząt. Z jej rzęs niemal kapał czarny tusz, a twarz miała taką bladą, że aż chciało się spytać w którym zamku straszy. Byłem w stanie to zauważyć, mimo że wcale dużo nie widziałem, bo stała pod światło latarni. Uniosłem głowę i spojrzałem na nią wyczekująco. - Cześć - powiedziała w końcu. Kiwnąłem głową też w geście powitania. - Mam wewnętrzną potrzebę powiedzenia ci, że jesteś zajebisty. - I to dlatego od piętnastu minut się na mnie gapisz? - uśmiechnąłem się zalotnie. - Po to mam oczy - powiedziała luźno. Uśmiechnęła się pewnie. - poza tym pomyślałam sobie, że ty jesteś przystojny, ja jestem ładna... pasujemy do siebie - usiadła obok mnie. Miałem ochotę się odsunąć. Była nad wyraz pewna siebie. Wyglądała na jakąś pieprzoną groupie. - A pozwól jeszcze, że zapytam się z ciekawości... nie masz czasem cukrzycy? - spojrzała mi w oczy. Byłem zdegustowany. - Tak, mam cukrzycę - odpowiedziałem zawiedziony. Następnie spiąłem usta i dokończyłem z ironicznym uśmiechem. - Kochana, mam jeszcze kiłę, HIV, grzyba i czego tam sobie zapragniesz. - Chciałam tylko spytać czy to dzięki temu masz takie słodkie oczy... - Nie wyszło - wzruszyłem ramionami i schowałem książkę do wewnętrznej kieszeni kurtki. Wstałem i pomachałem drugiej panience. Pokręciłem tylko z niedowierzaniem głową. W końcu po kolejnych godzinach bezcelowego spaceru po mieście postanowiłem wrócić do domu. Dowlekłem się do przystanku autobusów nocnych i zacząłem przestępować z nogi na nogę. Było dość zimno. Autobus miał przyjechać dopiero za dwadzieścia minut. Nogą wystukiwałem tylko sobie znany rytm. W moim otoczeniu nikogo więcej nie było. Miotałem przekleństwa pod nosem, aż w końcu po tych dwudziestu-kilku minutach na horyzoncie zobaczyłem zdezelowanego autosana. Uśmiechnąłem się na sam widok. Teraz wrócę do domu, matka już będzie spała, w lodówce będzie na mnie czekał kotlet, czy jakieś inne świństwo, które zjem, a potem do rana będę słuchał jakiejś psychodelicznej muzyki. Obudzę się w południe z taką papką w mózgu, że już mnie nic nie będzie interesowało. Potem pójdę do Jacka. On na pewno będzie miał coś dla mnie. Jeśli nie, to najaram się trawy Venoma i zacznę gonić Jagodę po całym Krakowie, bo będzie mi się wydawało, że jestem grabarzem. Genialna perspektywa. W tym samym momencie niespodziewanie na przystanku pojawiła się inna osoba. Po prostu poczułem jej obecność. Kiedy odwróciłem się do tyłu, zobaczyłem dziewczynę, która właśnie usiadła na ławeczce. Miała może osiemnaście lat, była dość niska. Zdziwiłem się, że o tej porze się szwenda po mieście i to wcale nie po bezpiecznej dzielnicy. Miała na sobie brudne, wyświechtane dżinsy i wyblakły czarny podkoszulek, a przy jej nogach plątała się gdzieś płócienna torba. Dziwiłem się jak nie jest jej zimno, ale po chwili zobaczyłem, że splotła ręce na piersiach, czyli nie było jej zbyt gorąco. Jej twarz przykrywały całkowicie długie, brązowe włosy, które sięgały jej co najmniej do połowy pleców. Niby kręcone, niby proste. Rzuciłem okiem na zbliżający się autobus, a potem znów na dziewczynę. Autobus zatrzymał się na przystanku, a jego drzwi się rozsunęły. W środku były może trzy osoby. Dziewczyna nawet nie drgnęła. Odgarnęła włosy teatralnym gestem ukazując swoją bardzo ładną twarz. Odruchowo spojrzałem na nogi, biodra, piersi zakryte zmarzniętymi rękoma. Ostatecznie znów moje spojrzenie spoczęło na twarzy. Na ostro zarysowanych kościach policzkowych i niebywale czerwonych ustach, których kolor od razu rzucał się w oczy. Na pewno nie była to szminka. Na tym przystanku zatrzymywał się tylko jeden autobus. Ten, który właśnie odjeżdżał. Na co więc ona czekała? Była sama. Wokół nie było nikogo z wyjątkiem mnie. Do okoła noc. Odludne miejsce, które podczas dnia nie jest zbyt uczęszczane, a co dopiero w nocy. Uśmiechnąłem się szelmowsko i zacząłem się zastanawiać jak rozegram tę sytuację.
„Nawet nie wiem czy wiesz Nasze życie to dym Ucieka nam między palcami.” Pidżama Porno
Odwróciłem się na pięcie i usiadłem na drugim końcu ławki. Na razie asekuracyjnie. Tak naprawdę cały czas miałem ją na oku, a ona nawet nie podnosiła głowy. Może spała? Nie wiem. Wiedziałem tylko, że jest bardzo atrakcyjna, a ja mam bardzo dużo czasu. Dawno nie spałem z żadną kobietą, a ta naprawdę mnie pociągała. Niewytłumaczalnie. Lubiłem szybkie przygody z nienzajomymi. Pieniądze, które może były w jej torbie - też by mi się bardzo przydały. Śmiałem się już sam do siebie, patrząc tym razem na chodnik.
„Są miejsca, w których grzech spaceruje chodnikami, są miejsca, w których gniew rozbrzmiewa milczącymi słowami.” Pidżama Porno
Nie miałem zielonego pojęcia jak…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil hermenegilda
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…