Jezioro śmierci
Czym zajmują się naukowcy w tajnej bazie NASA?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
1.
Arizona 05.05.1997 - laboratorium NASA.
- Nienawidzę dni, kiedy sam, osobiście muszę zajmować się takimi sprawami! - Warknął lekko siwiejący mężczyzna, tonem, mogącym przyprawią o gęsią skórkę.
- Staramy się pułkowniku, ale to w końcu też człowiek. - Odparł spłoszony rozmówca.
- To po jaką cholerę pchał się pan do tej roboty, doktorze Blake? Musi pan w końcu zrozumieć, że pracuje pan dla NASA, dla Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, dla naszej demokracji. Mieliśmy kupę szczęścia, że obiekt dostał się w nasze ręce, a nie w łapy komuchów. Oni nie mają w sobie krzty humanitaryzmu, więc swój też niech pan zostawia w domu. Góra czeka na rezultaty. Jeśli nie zdobędziemy tego, czego od pana wymagamy, to prawdopodobnie spadnę ze swojego stołka, a bardzo go lubię. Prócz tego obiecuję, że pan poleci ze mną. Daję panu dokładnie tydzień i oczekuję na raport z rzetelnymi wynikami. Zrozumiał pan?!
- Tak...
Pułkownik spojrzał przez weneckie lustro na powód swoich zmartwień. Ta sprawa miała dać mu być może nawet awans, a tu nagle w tym imbecylu doktorku odezwało się sumienie. Sam był prawdziwym żołnierzem i nie zawsze potrafił zrozumieć sposób myślenia cywilów. Zdarzało mu się czasami żałować, że nie urodził się w Związku Radzieckim. Tam, za taką opieszałość mógłby Blake'a po prostu rozstrzelać. Otrząsnął się z posępnych myśli.
- Tydzień! - Rzucił jeszcze raz w stronę naukowca i ruszył do wyjścia.
2.
Arrizona 10.05.1997 - miasteczko Golden City
Chłopak wyglądał na około 20 lat. Był wysoki, miał ciemne, zadbane włosy. Jego ubranie z materiału przypominającego dżins, również wyglądało na schludne. Szedł główną ulicą miasta, rzucając wokół nerwowe spojrzenia.
Mieścina leżąca w pół drogi między Stafford a Willcox nie różniła się praktycznie od innych położonych z dala od centrów cywilizacji. Liczyła prawie stu pięćdziesięciu mieszkańców, miała sklep, stację benzynową i bar. W ostatnim z miejsc było zwykle tłumnie, bez względu na porę dnia. Chłopak najwyraźniej o tym wiedział, gdyż właśnie tam kierował swe kroki. Zanim przekroczył próg zatrzymał się na chwilę, wziął głęboki oddech i niezbyt pewnym krokiem wszedł do środka.
Jako, że w Golden City nigdy nic się nie działo (prócz dość częstych burd pijackich), toteż pojawienie się przybysza wywołało spore zainteresowanie tych, którzy jeszcze trochę kontaktowali. Obcy zwykle oznaczał kłopoty, ale mimo znacznego upojenia alkoholowego szybko uświadomiono sobie, że dzieciak jest bardzo wystraszony. Rozmowy przycichły.
Chłopak podszedł do bufetu.
- Co ci podać synu? - Spytał barman.
- Szklankę wody proszę. - Odparł młodzieniec.
Jego dziwny akcent dosadnie wskazywał, że nie pochodził z południa.
Ben Luster, niekwestionowany przywódca miejscowych pijaczków, poczuł się do obowiązku reprezentowania grupy. Tym bardziej, że właśnie nadarzała się okazja do zrobienia kolejnego świetnego żartu. To dzięki mocnej głowie, twardej pięści i ostremu dowcipowi zyskał sobie pozycję w lokalnej społeczności.
Pociągnął ostatni łyk piwa i z pustą szklanką podszedł do chłopca.
- Skąd jesteś, mały? - Spytał Ben.
- Z daleka, szukam swojego brata. - Odparł szybko młodzieniec.
Barman nie kwapił się z podaniem napoju.
- Sam, kurwa, nie stój tak, nalej naszemu przyjacielowi szklaneczkę "wody". - Ostatni wyraz mocniej zaakcentował, dodając do tego porozumiewawcze mrugnięcie. - Mamy tu bardzo dobrą "wodę". Mnie też nalej. - Dodał odstawiając puste naczynie.
Rzucił szeroki uśmiech po sali. Rozradowane gęby kumpli utwierdziły go w przekonaniu, że jest wyjątkowo sprytny.
Barman nalał dwie szklaneczki czterdziestoprocentowej wódki i postawił ją przed klientami wzdychając z dezaprobatą.
- Nazywasz się jakoś? - Spytał Ben.
- Steven Clark. - odparł przybysz.
- No, Steve, co z tym twoim bratem, wisi ci kasę, czy uciekł z twoją dupcią? - Luster parsknął śmiechem.
- Nie. Przybył w tą okolicę jakiś miesiąc temu, ostatnio widziano go w Stafford. Potem zaginął. Obawiam się, że mogło mu się coś złego przytrafić. Mam jego zdjęcie... - Chłopak przez chwilę pogrzebał w kieszeni, po czym podał fotografię swojemu rozmówcy.
Ben przyjrzał się zdjęciu, po czym zerknął na jego drugą stronę.
- Kodak... - Przeczytał. - Dziwne jakieś... Patrz Morgan - zwrócił się do barmana - to tej naszej pieprzonej dziury jeszcze takie cuda nie doszły.
Morgan przez chwilę popatrzył na trójwymiarową fotografię.
- Japońce zawsze coś wymyślą. - skwitował.
Ben znów przyjrzał się bratu Stevena.
- Nawet podobny do ciebie. Ale nigdy go nie widziałem. A ty, Morgan?
Barman tylko przecząco pokiwał głową.
- Będziesz musiał szukać dalej, ale najpierw się napijmy.- Benowi znów zagościł uśmiech na ustach - Żebyś go znalazł. - Zaproponował toast.
Steve za przykładem Bena podniósł szklankę. Cała sala zamarła w wyczekiwaniu. Barman z dezaprobatą pokiwał głową, nie przestając osuszać ściereczką dopiero umytej szklanki.
- Dziwnie pachnie. - Stwierdził Steve wyczuwając zagrożenie.
- Bo to lecznicza "woda", zabija robale. - Zapewnił Ben, po czym przechylił szklankę.
Chłopak wziął małego łyka, po czym zaczął się krztusić. Cisnął szklanką o podłogę, by po chwili wciąż kaszląc, klęczeć wśród odłamków rozbitego szkła, trzymając się za krtań.
Ben, jak i pozostali jego kumple, również zwijali się, tyle, że od spazmatycznego śmiechu. Nawet zachowującemu zawsze stoicki spokój Morganowi uśmiech zagościł na twarzy, co było widokiem bardziej, niż rzadkim.
Po kilkudziesięciu sekundach Steven opanował kaszel i wolno podniósł się z podłogi. Nie wiedział, czym był ten napój. Smakował potwornie i palił jak kwas.
Ben spojrzał na chłopaka i nagle przestał się śmiać. W oczach przybysza ujrzał przerażający blask.
Steven nabrał powietrza w płuca i wdarł się początkowo z całą siłą w umysł Bena. Natychmiast jednak stonował swoje zapędy. Przez moment nawet był gotów go zabić, ale świadomość zostania mordercą utemperowała jego złość.
Ben znieruchomiał i nie wydawszy z siebie żadnego dźwięku upadł jak kłoda na podłogę Steven wyciągnął z dłoni nieprzytomnego zdjęcie brata i szybkim krokiem ruszył do wyjścia.
- Chłopaki! - Wrzasnął Morgan, który jako jedyny obserwował całe zajście. - Ten gnojek załatwił Bena!
Sala natychmiast umilkła. Jim złapał ze stołu butelkę i rzuciwszy tylko przelotne spojrzenie na Bena popędził za uciekinierem. Za nim ruszyło ośmiu innych, którzy byli w stanie jeszcze chodzić.
- Tylko na zewnątrz! - Rzucił za nimi barman.
Jim wypił dopiero jedno piwo, toteż nogi mu się nie plątały. Dopadł Stevena już po kilkunastu metrach. Zanim chłopak się odwrócił, by spojrzeć Jimowi w oczy, ten rozbił butelkę na jego głowie. Uderzenie nie było na tyle silne, by rozbić czaszkę, ale wystarczyło, by Steven stracił przytomność.
Jim żałował, że obcy nie będzie czuł kopniaków, jakie mu serwował. Nie zmniejszyło to jednak przyjemności w zadawaniu kolejnych razów.
Po chwili dołączyła do niego reszta pościgu. Zrobił się tłok, który uniemożliwił napastnikom zrobienie poważniejszej krzywdy leżącej ofierze.
- Oszaleliście? Zatłuczecie go! - Do napastników doszedł nagle dziewczęcy głos.
Ku jej zaskoczeniu okrzyk poskutkował. Grupa zaciekawiona, kto próbuje przerwać im zabawę, przerwała lincz.
- Spieprzaj dziwko, to nie twój interes, wracaj lepiej do swojego trupka. - Odparł dziewczynie Jim, gdy tylko zorientował się z kim ma do czynienia.
- Przecież wy go zabijecie. - Próbowała przemówić im do rozsądku, choć zdawała sobie sprawę, że jest to wręcz niemożliwe.
- A co, to twój chłopak? Ach, zapomniałem, że ty się już z nikim nie pieprzysz, może ci znów zrobię dobrze, co?
Jim nowy pomysł postanowił natychmiast wcielić w życie. Podszedł do dziewczyny. Na dobry początek uderzył ją w twarz i starał się zerwać z niej bluzkę. Był to wielce interesujący widok, toteż zapomniano o Stevenie, który powoli odzyskiwał świadomość.
Zanim chłopak zebrał siły do ataku, Jim zdążył już przewrócić dziewczynę i właśnie ściągał jej spodnie.
Uśpienie ludzi, którzy nie potrafili się bronić przychodziło mu z łatwością, mimo bólu jaki odczuwał. Powalenie całej ósemki trwało ledwie kilkanaście sekund. Kiedy już się z nimi uporał podniósł się z miejsca i podszedł do Jima.
- Hej! - Warknął Steven.
Jim przerwał szamotaninę i spojrzał na Stevena. Chłopak po raz kolejny dziś wszedł w umysł człowieka i bez wahania pozbawił go przytomności.
Dziewczyna zrzuciła z siebie nieprzytomnego Jima. Mocno przestraszona wciągnęła spodnie i próbowała poprawić bluzkę. Steven podszedł do niej, by spojrzeć jej w oczy. Tym razem wejście było znacznie łagodniejsze. Musnął lekko jej wspomnienia z ostatnich chwil, by dowiedzieć się, co zaszło od momentu utraty przytomności.
- Dziękuję ci Kate. Uratowałaś mi życie. - Stwierdził, gdy już się wycofał z jej umysłu.
- Skąd znasz moje imię? - Zdziwiła się. - Przecież mnie nie znasz... Co im zrobiłeś?
- Nic wielkiego. Ci tutaj będą spali przez kilka godzin, tamten w barze trochę dłużej.
- Ale w jaki sposób?...
- Bardzo boli? - Zmienił temat dotykając delikatnie jej spuchniętego policzka.
- Troszkę...
Ponownie spojrzał jej w oczy. Opuchlizna wolno zaczęła ustępować.
- To cud. - Stwierdziła potężnie wystraszona.
- Nie, to medycyna. - Odparł.
- Jesteś lekarzem?
- U nas jest się wszystkim. Na imię mi Steven.
- Gdzie jest to "u nas"?
- Daleko stąd. Może ty mi pomożesz? Szukam brata...
- Powiesz mi w samochodzie. Teraz lepiej stąd chodźmy. Unikniemy kłopotów.
Podeszli do jej kilkuletniego chevroleta.
- Wsiadaj, pojedziemy do mnie, mieszkam cztery mile stąd. Może wspólnie sobie pomożemy... - Ruszyli.
Steven z uwagą przyglądał się jak Kate prowadziła pojazd. Po chwili jednak ustępująca adrenalina pozwoliła, by poczuł trawiący go ból. Chłopak zamknął oczy zagłębił się w sobie i zaczął regenerować organizm.
- Teraz możesz mi wszystko opowiedzieć. - Przerwała mu zabieg Kate. - Czego od ciebie chcieli?
- Gdzieś w tych okolicach zaginął mój brat. Szukam go od kilku dni. W końcu trafiłem tutaj. Wszedłem do baru, żeby czegoś się dowiedzieć, ale dali mi do wypicia jakiś palący przezroczysty płyn. Uśpiłem tego, który mnie oszukał i próbowałem uciec. Resztę widziałaś.
- Jak znam życie, to załatwiłeś Bena. Należało mu się. - Kate uśmiechnęła się na samą myśl, że ktoś wreszcie utarł nosa Lusterowi. - Musieli dać ci wódki.
- Nie wiem co to było.
- Nigdy nie piłeś wódki? Na jakim świecie ty żyjesz? - Zdziwiła się dziewczyna.
- Staram się unikać rzeczy, które mogą mnie zabić. - odparł Steven lekko obrażony.
- Właśnie widziałam... - Odparła z lekką ironią w głosie. - No, ale nie gniewaj się. Masz rację. Gdyby inni tak myśleli, to może żyłoby nam się lepiej.
- Sądzę, że tak. - Przytaknął Steven już udobruchany.
Zbliżyli się do pięknego piętrowego domku.
- Tu mieszkam. - Oznajmiła Kate, parkując przed wejściem.
Wysiedli z samochodu.
- Chodź, chcę ci coś pokazać.
Złapała Steve'a za rękę i poprowadziła na piętro. Dotarli do zamkniętych drzwi pokoju.
- Czy ty czytasz w myślach? - Postanowiła wreszcie zadać nurtujące ją pytanie.
- Mniej więcej.
- Nie wiem kim jesteś i w jaki sposób robisz te wszystkie rzeczy, ale na pewno masz nadprzyrodzone zdolności. Może uda ci się pomóc mojemu bratu.
Dopiero teraz puściła rękę chłopaka i otworzyła drzwi za którymi na łóżku, podłączony do aparatury medycznej leżał może 10-cioletni, bardzo blady chłopiec.
- Możesz mu pomóc? - spytała z nadzieją w głosie.
- Co się stało?
- W zeszłym roku, w zimie, mieliśmy ja, on i rodzice, jechać na przyjęcie do znajomych. Ale udało mi się od tego wymigać. Byłam umówiona z chłopakiem... To był Jim... Ale rodzice wpadli na pomysł, że skoro ja będę w domu, to pojadą sami. Chcieli zostawić mi Tommy'ego, ale my z Jimem mieliśmy... No wiesz... Powiedziałam, że będę się uczyć i że Tommy tylko by mi przeszkadzał, więc w końcu zabrali go ze sobą. Nigdy nie dojechali na to przyjęcie. Policja uznała, że ojciec zasłabł nad kierownicą. Zjechali na drugi pas i wpadli pod ciężarówkę. Rodzice zginęli na miejscu, a Tommy... Sam widzisz w jakim jest stanie. Gdybym z nim została, to chociaż on były cały. A tak leży w śpiączce, a ja zostałam całkiem sama. Lekarze powiedzieli, że nigdy z niej nie wyjdzie. - Kate spuściła głowę.
Steve przytulił ją do siebie.
- Zrobię, co będę mógł. Ale niczego nie mogę obiecać. Nie mam doświadczenia, a bardzo trudno jest ściągnąć kogoś z Labiryntu. Wierz mi, że twój brat miał dużo szczęścia, że jeszcze go nie dopadli, a przynajmniej nie zaciągnęli go do Jeziora.
- Jeziora? - zdziwiła się Kate.
- To bardzo skomplikowane. Długo musiałbym tłumaczyć, a chyba nie mamy na to czasu.
- Po prostu pomóż mu...
Steve wziął głęboki oddech.
- Boję się. - Przyznał szczerze. - Widzisz, ja też straciłem ojca. Ojciec był najlepszy w mieście, to on mnie wszystkiego nauczył, także tego, żeby wchodzić tam tylko w ostateczności. Raz namówili go do zajęcia się bardzo trudnym przypadkiem. Nie wrócił... Byłem przy tym. Dlatego boję się.
- Ja też się bałam, kiedy Jim z kumplami zamierzali cię zabić. - Kate zrobiło się głupio, że wykorzystała taki argument, ale dla Tommy'ego uczyniłaby wszystko. Znacznie ciężej było jej żyć ze świadomością, że to z powodu jej rozwiązłości był teraz prawie martwy.
- Wiem. Dlatego zrobię to dla ciebie. Ale lepiej wyjdź, to raczej nic przyjemnego.
- Chcę zostać.
Steve zbył to milczeniem. Spojrzał Tommy`emu w oczy, zasłonięte powiekami. To nie miało znaczenia. Potrafił przez nie przeniknąć, a potem już
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil djas
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…