Jovita
Wszechświat nie jest miłym miejscem, czy piękna kobieta jest warta, by dla niej ryzykować życie?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Bar był piekielnie zatłoczony, zadymiony i strasznie rozkrzyczany. Gdzie nie spojrzałem pełno było twarzy, których wyraz nie zwiastował niczego dobrego. Z napięciem wyczekiwać można było zaczepki, która skończyć by się mogła w najlepszym przypadku obiciem gęby. A najgorsze jest to, że przychodząc tu, właśnie czegoś takiego oczekiwałem.
Nie pasowałem do tego miejsca, co było widoczne już na pierwszy rzut oka. Siedziałem przy barze w pachnącym świeżością, białym mundurku Floty Europy i prowokowałem. Jednakże spocone, często zakolczykowane i wytatuowane postacie rodem z niskobudżetowego filmu kryminalnego najwyraźniej traktowały mnie, jak powietrze. A ja bardzo potrzebowałem rozrywki i to tej najprymitywniejszej jej odmiany. Po kilkunastu latach samotnej podróży miałem w sobie tyle energii, że nawet najlepszy seks nie był w stanie rozładować nagromadzonego napięcia. Toteż uznałem, że najpierw mordobicie, a dopiero potem przyjemności.
Nie dopuszczałem do siebie myśli, że ktoś mógłby mi skopać tyłek. Lata treningów i wzmocnione jakimiś polimerami tkanki dawały mi miażdżącą przewagę nawet nad kilkunastoma naturalnie silnymi przeciwnikami.
Widząc, że nic nie osiągnę czekając, wstałem od baru. W ręku trzymałem opróżnioną do połowy szklankę jakiegoś marnego trunku. Niby przypadkowo potknąłem się i wylałem całą jej zawartość na twarz potężnie zbudowanego gamonia. Z radością przyjąłem widok zapalających się w jego oczach iskier. Otoczenie zamilkło, a ja z głupawym uśmieszkiem czekałem na rozwój wydarzeń. Dryblas nerwowo przetarł ręką twarz i... odwrócił się do mnie plecami. Teraz już byłem wściekły!
- Ej! - warknąłem - Nic nie powiesz?
Osiłek spojrzał na mnie rozognionym wzrokiem. Czułem, jak adrenalina przejmuje nad nim kontrolę, widziałem też, jak walczył ze sobą. Ręce mu drżały, zresztą cały się trząsł, ale tylko odparł spokojnie:
- Gościu, daj ty mi spokój. Nie szukam guza. - Chyba się mnie nie boisz? Ja jestem sam, a ty masz tu kupę kolesiów. - Facet! Jak cię spróbuję pstryknąć, to mnie udupią w pace na długie lata i to, jak będę miał duży fart. - pokazał palcem w górę, na obserwującą wszystko kamerę - Długo cię tu nie było? - Na Ziemi? Ponad piętnaście lat. - No to, kurde, nic nie wiesz. To już nie ta Europa, co kiedyś. Poczytaj gazety, to sam się kapniesz, co jest grane. Flota wszystko kontroluje. Chcesz się tłuc? To poszukaj se samobójcy, tu nikogo nie znajdziesz. - Nawet, jak ci sam przyłożę? - He, he. - zaśmiał się - Tego to nie zrobisz, bo sam byś trafił do pierdla, co nie?
Skubany miał rację. Za uderzenie cywila inaczej, niż w obronie własnej czekał mnie areszt do kolejnego lotu. To przekreśliłoby moje szanse na jakąś panienkę.
- Dobra. - odrzekłem - Wygrałeś. Chodź, postawię ci kolejkę.
Przyjął moją propozycję bardzo ochoczo i po następnych dwóch godzinach byliśmy już wielkimi przyjaciółmi. Niewątpliwy wpływ na to miały trzy niegdyś pełne butelki po tutejszej wódzie.
Ledwo trzymając się na nogach opuściłem spelunę i sinusoidalną ścieżką podążałem do hotelu. Nawet specjalnie nie zastanawiałem się, czy obrałem poprawny kierunek.
Ni stąd, ni zowąd zostałem zaatakowany. Ktoś złapał mnie za kołnierz i z dużą siłą rzucił o ścianę pobliskiego budynku. Już miałem zareagować, gdy napastnik mocno wbił się swoimi ustami w moje. W jakimś pijackim zwidzie postanowiłem przeprowadzić test płci i mało wyszukanym ruchem złapałem ową osobę za krocze. Kiedyś już się nadziałem, to teraz dmuchałem na zimne. Tym razem to jednak nie był transwestyta, tylko autentyczna, ładnie pachnąca i najwyraźniej bardzo napalona dziewczyna. Szybko przejąłem inicjatywę i poczułem się dużo lepiej. Kątem oka tylko zobaczyłem policyjny patrol, który widząc mój mundur szybko przeszedł na drugą stronę ulicy. Chwilę później dziewczyna oderwała się ode mnie i wreszcie mogłem zobaczyć jej twarz. Widziałem w swoim długim życiu już wiele ładnych i pociągających kobiet, ale ją mogłem określić tylko w jeden sposób. Była piękna. Tak idealnej urody jeszcze nie dane mi było oglądać. Może wpływ na to miała emanująca z niej taka dziewicza dojrzałość. Lepiej nie udało mi się tego określić, choć czułem, że szybko trzeźwiałem.
- Dobrze całujesz, ale muszę lecieć. - powiedziała stłumionym głosem.
Złapałem ją za rękę. Spojrzała na mnie, jakby chciała mnie zaraz zabić.
- Hej! Dokąd? Najpierw się na mnie rzucasz, potem rzucasz na mnie urok, a w końcu rzucasz mnie? - Puść! - zabrzmiało to groźnie - Chcę odejść! - No co ty, boisz się czegoś? Chyba nie mnie? - Proszę!... - szarpnęła wyjątkowo mocno, jak na kobietę, ale nie zamierzałem spełnić jej żądania. - Uciekasz przed glinami! - skonstatowałem - Mam rację?
Nic nie odparła, widać trafiłem w dziesiątkę.
- Jeśli chcesz się gdzieś zadekować, to gdzie będziesz bezpieczniejsza, niż pod opieką oficera Floty? - Coś znajdę... - przestała się szarpać, najwyraźniej rozważała moją propozycję. - Przestań gadać bzdury! Chodź!
Pociągnąłem ją za rękę. Jej opór był tylko prowizoryczny. Zresztą po chwili znikł zupełnie.
- Jak masz na imię? - spytałem. - Jovita. - Ładnie... - przyznałem szczerze - Co przeskrobałaś? - To skomplikowana sprawa, lepiej, żebyś nie wiedział. - Pamiętaj, że będę nadstawiał za ciebie karku... - Nie prosiłam o to. - jej głos znów przestał być łagodny. - Jak uważasz, ale musisz wiedzieć, że siedzę we Flocie nie ze względów ideologicznych. Po prostu kocham latać. Bez względu na to, co zrobiłaś i tak cię nie wydam.
Jednak Jovita milczała. Trudno. W końcu to rzeczywiście nie była moja sprawa. Nie wlokłem jej ze sobą, żeby zostać bohaterem. Ja tylko miałem na nią ochotę, a i liczyłem na rewanż z jej strony za okazaną pomoc.
W hotelu podbiegł do mnie recepcjonista.
- Przepraszam pana najmocniej, majorze, ale muszę wiedzieć, czy ta dama... - tu przełknął ślinę spoglądając na Jovitę - będzie pana gościem tylko dziś, czy zamieszka z panem do odlotu. Muszę ją wpisać do rejestru...
Dziewczyna stała się niespokojna. Ja zaś sapnąłem ciężko i sięgnąłem do kieszeni. Wyjąłem z niej jakiś banknot o wysokim nominale i wcisnąłem go chłopcu do ręki.
- O kim mówisz?... - spytałem. - Przepraszam, coś mi się przywidziało...
Nadal za kasę można było ominąć wiele przepisów.
Jadąc windą jednak zacząłem się zastanawiać, czy aby postąpiłem słusznie biorąc ją ze sobą. Wytrzeźwiałem całkiem i nie byłem już tego taki pewien. O pieniądze nie dbałem i tak nie zdążyłbym ich wszystkich wydać. Bardziej niepokoiłem się, czy otrzymam od niej to, czego oczekiwałem. Już dawno bowiem wyrosłem z miłości platonicznych. Ze zwykłych zresztą też.
Niedługo później wszelkie wątpliwości zostały przez dziewczynę rozwiane. Nie okazała się być jedną z tych delikatnych panienek, które łatwo było połamać przez nieuwagę. Nie, ona była silna i sprężysta. Do tego miałem nieodparte wrażenie, że starała się bardziej dawać, niż czerpać, a dostałem od niej więcej, niż mógłbym oczekiwać.
Mimo, iż kondycja była moją mocną stroną, po kilkudziesięciu minutach wspólnych igraszek leżałem całkiem wypompowany. Zaniepokoiłem się tylko tym, że po niej nie widać było śladów zmęczenia. Też wydawała się być zadowolona, choć przyznałem sobie w duchu, że wcale się o to nie starałem. Zmęczony szybko zasnąłem.
Gdy się obudziłem Jovita brała prysznic. Miałem ogromną ochotę przyłączyć się do niej, ale ponowne pukanie do drzwi uświadomiło mi, co też mnie obudziło. Śniadanie było ogromne, toteż nie bojąc się, że go zabraknie dla dziewczyny, ochoczo zabrałem się za konsumpcję.
Praca dla Floty dla wielu miała masę minusów. Głównym powodem, dla którego paru zdolniejszych ode mnie pilotów nie wstępowało w jej szeregi były długie loty. Ktoś, kto chciał założyć rodzinę musiał zdawać sobie sprawę, że trzeba się nią opiekować, a nie wybywać na kilka, czy nawet kilkadziesiąt lat. Ja nie miałem nikogo, toteż nie musiałem się martwić, że, gdy wrócę z kolejnej podróży moje dziecko będzie biologicznie starsze ode mnie.
Plusów jednak było więcej. Podczas tych krótkich zazwyczaj przerw w lotach miałem zapewniony maksymalny luksus. Najlepszy hotel, praktycznie nieograniczone finanse i status krezusa. Lubiłem to i z radością korzystałem z tych dobrodziejstw.
Wziąłem do ręki gazetę i włączyłem opcję "aktualności z miasta". Moją uwagę zwróciła niewielka notka o zabawnym tytule "Zło wyplenione".
"Wczoraj, późnym wieczorem zjednoczone siły Policji i Piechoty Floty zdobyły budynek okupowany przez grupę anarchistów. W wymianie ognia rannych zostało trzech Policjantów. Wszyscy przestępcy zginęli ponosząc słuszną karę. Władze miasta przepraszają mieszkańców zbiegu ulic piętnastej i sto siedemdziesiątej czwartej, za zakłócenie ciszy nocnej"
Odświeżyłem sobie w myślach plan miasta i wcale nie zaskoczony stwierdziłem, że było to nieopodal miejsca w którym natknąłem się na Jovitę. Chyba pakowałem się w jakieś polityczne gówno. A co tam...
Drzwi łazienki otworzyły się i moim oczom ukazał się iście imponujący widok wykąpanej bogini, w ręczniku zbyt krótkim, by okryć wszystkie intymne części ciała. "Zobaczyć Jovitę i umrzeć" przeleciało mi przez głowę jakieś stare powiedzonko.
- Śniadanie podane. - poinformowałem - Jak ci się spało? - Dobrze. - odparła zdawkowo - Dzisiejsza? - wskazała na gazetę. - Tak.
Jovita wzięła ją do ręki i pośpiesznie wertowała tytuły. W końcu znalazła to, czego szukała.
- Wiesz? Nic się nie zmieniło. Gazety wciąż kłamią... - rzuciłem zaczepnie. - O czym ty mówisz? - Nie wszyscy zginęli, a ty jesteś na to najlepszym dowodem. - Prosiłam cię, byśmy nie rozmawiali na ten temat. - Posłuchaj! Już się i tak w to wpakowałem, ale na Ziemi zostaję jeszcze tylko dwa dni, potem stąd spadam. A ty? Zostaniesz tu sama - ścigana, a twoi kumple nie żyją. Co ty w ogóle zamierzasz? - Opuścić Ziemię. - Jak? Kupisz bilet i wsiądziesz na statek? Mają twój rysopis? - Nie wiem. Coś wymyślę. - Może znajdziemy ci jakiegoś chirurga plastycznego? Za odpowiednią kasę... - Nie! To wykluczone. - Masz rację. Nie wolno niszczyć takiej doskonałej buźki. A teraz i tak sprawdzają kod genetyczny na odprawie. Signum temporum... - zakończyłem sentencjonalnie. - Refugire ad astra... - szepnęła.
Uciec do gwiazd... Nie sądziłem, że jeszcze ktoś prócz mnie znał łacinę, język martwy od tysięcy lat i nie używany od kilkuset. Teraz mi zaimponowała i kolejny raz zaskoczyła.
- Daj temu spokój, lepiej mnie pocałuj. - zaproponowała.
Nie trzeba mi było tego dwa razy powtarzać. Jej pachnące świeżością ciało szybko znalazło się w moich objęciach i oboje wylądowaliśmy awaryjnie na podłodze. Niedługo później byłem znów w siódmym niebie, a to rozanielenie przywiodło ze sobą dziwne i zupełnie pozbawione logiki myśli.
- Gdyby to było bezpieczne, zabrałbym cię ze sobą... - westchnąłem. - A dlaczego mogłoby nie być? - podchwyciła. - Mój statek to transportowiec - jedynka. Jedna kabina anabiotyczna, prowiant dla jednej tylko osoby... - Daleko lecisz? - Na Argento, To dwadzieścia siedem lat podróży. - Nie muszę spać. - A jeśli moja kabina się popsuje? Oboje umrzemy z braku wody, bo zakładam, że tlenu jakoś by wystarczyło. - Masz rację. Za dużo ryzykujesz. - westchnęła.
Popatrzyłem na charakterystyczną dla mężczyzn część ciała. Sugerowała ona coś zupełnie pozbawionego sensu. Jeszcze chwilę się wahałem, ale decyzja już zapadła.
- A do cholery z tym wszystkim. - szepnąłem jej do ucha - Wywiozę cię stąd. - Dziękuję... - odparła również szeptem.
Przez pozostałe dwa dni nie rozmawialiśmy ani o powodach jej ucieczki, ani o niej samej. Przeżyłem dwa najlepsze dni w moim grubo ponad dwustuletnim życiu. Mimo, że znałem ją tak krótko i w zasadzie nic o niej nie wiedziałem było mi z nią dobrze. Dla kogoś takiego warto było rzucić Flotę, ale też zdawałem sobie sprawę, że nie byliśmy sobie przeznaczeni. Gdy dowiozę ją na miejsce będzie miała pięćdziesiąt lat, a lotu spędzić z nią nie mogłem z oczywistych przyczyn. Niestety to była jej jedyna szansa na wyrwanie się z Ziemi. Wysadzenie jej gdzieś po drodze też nie wchodziło w rachubę. Paskudna sprawa...
- Powiedz mi, dlaczego mi pomagasz? - spytała zanim opuściliśmy pokój hotelowy. - Sam nie wiem. Początkowo myślałem, że chodzi o seks. Ale zdaje sobie sprawę, że nie. A może po prostu mam raz w życiu okazję komuś pomóc? Wiem, że Ziemia przestała być miłym miejscem. A ci, jak to na nich mówią, anarchiści, to ludzie, którzy chcą normalnie żyć. Zawsze tak było. Wolność, to jedyna rzecz, dla której warto poświęcić życie. Ja się nigdy w nic nie angażowałem i nadal uważam, że nie powinienem, ale dla ciebie raz w życiu zrobię wyjątek. - Czy ty mnie kochasz? - tym pytaniem ścięła mnie z nóg. - No co ty? Ja? Nie. Chyba nie. Nie wiem... - dziwnie gadałem - Cholera. A może tak się to objawia?... - I tak nie zrozumiesz, co chcę przez to powiedzieć, ale zmieniłeś moje priorytety... - Dobrze. - przerwałem tą sielankę - Dość tych wyznań. Jest robota do wykonania.
Wyszliśmy z budynku. Oddałem klucz, rachunek pokrywała oczywiście Flota. Wsiedliśmy do wypożyczonego samochodu. Rzuciłem: "Kosmoport" i pojechaliśmy.
Przed bramą dla personelu stało dwóch strażników. Tu też nic się nie zmieniło. Na szczęście nadal byli to zwykli ochroniarze, marnie opłacani przez zarząd portu. Pokazałem identyfikator i oddałem próbkę krwi.
- Zgadza się. Miłego lotu, majorze. Ale zaraz... - zerknął do auta. - Panowie... - wziąłem obu na bok - Lot mam za cztery godziny, a chciałem jeszcze zaszpanować przed laską. No wiecie, prawie trzydzieści lat w kosmosie... A tu mam szansę na ostatni numerek. Widziałeś jej nogi? - To wykluczone! Regulamin zabrania... - Tysiąc dla ciebie, tysiąc dla kolegi i jeszcze tysiąc dla waszych kobiet, żebyście je zabrali na ekstra wakacje. Nie warto czasem zapomnieć o głupim punkcie regulaminu? - Jeśli ją wpuścimy to złamiemy ich z dziesięć... - Pięć. - Osiem - Sześć! - Dobra.
Musiałem się potargować, żeby nie myśleli, że aż tak mi zależy. Dopłaciłem trzy kawałki i przejechaliśmy. W zasadzie to najgorsze mieliśmy już za sobą. Nikt raczej nie miał prawa o nią spytać. Skoro tu była i to w towarzystwie oficera Floty, to znaczyło, że miała do tego prawo.
Z daleka dostrzegłem mój międzygalaktyk. Wyposażono go w najnowsze osiągnięcia techniki i już zżerała mnie ciekawość, co tym razem w nim ulepszono. Ten statek wiele dla mnie znaczył. Był przecież moim domem, na jego pokładzie spędziłem większość życia, a Ziemię, jak zwykle opuszczałem bez żalu. Powoli zbliżaliśmy się do wejścia, gdy nagle zawyły syreny alarmowe.
- Kurwa! - krzyknąłem, gdy odwróciłem głowę.
Za nami, w odległości kilkuset metrów, stał szpaler złożony z Piechoty Floty. Oddział miał wycelowaną broń w naszą stronę.
- Poddajcie się! Nie macie szans! Jesteście otoczeni!
Spojrzałem przerażony na Jovitę. Wpatrywała się we mnie złowrogo.
- To nie ja... - jęknąłem. - Wiem... złagodniała.
To, co nastąpiło po chwili zaskoczyło mnie całkowicie. Nieprawdopodobnie szybkim ruchem wyrwała mi broń z kabury i mówiąc "Wiem, że to nie ty" strzeliła mi w głowę! Ogarnęła mnie ciemność. Ostatnim, co czułem było twarde zderzenie z nawierzchnią lądowiska.
Ocknąłem się w szpitalu. Nade mną stała pielęgniarka.
- Pamięta pan, kim pan jest? - Major Robert Markow, Flota Europy. Co się stało? - Niech pan odpoczywa. Niedługo ktoś się u pana zjawi.
Zasnąłem.
- Majorze! - obudził mnie ostry głos.
Otworzyłem oczy. Obok mojego łóżka stała czwórka mężczyzn. Lekarz, dwóch wysokich oficerów Wywiadu Floty, pułkownik i major oraz jakiś starszy, schorowany jegomość. Miałem prawo oczekiwać informacji i przede wszystkim nieprzyjemności.
- Doktorze?! - dał prawo głosu lekarzowi pułkownik. - Pana stan…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil djas
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…