Kalasanty Świerk podejmuje się zadania
dalszy ciąg żartobliwej opowieści
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Kalasanty Świerk, poszukiwacz listów zagubionych, patrzył w zamyśleniu na talerz zupy pomidorowej z ryżem. Talerz znajdował się na poplamionej sosem pieczarkowym ceracie w truskawki. Stół, jak większość mebli w barze mlecznym „Jagienka”, kulał na jedną nogę. Tu była to noga przyokienna. Świerk przychodził do baru codziennie. Początkowo wchodził by słuchać historii, które być może naprowadzą go na trop nieodkrytej jeszcze, schaszczałej, skrzynki pocztowej. Szukał początków, wątków, punktów zaczepienia, by potem rzucić się w wir akcji i znaleźć kolejny list, który nie trafił o czasie do adresata. Zupełnie mimochodem, tak się przysłuchując, podgadując, czerpiąc informacje i nawlekając je na niteczki pamięci, skojarzeń, faktów, mitów, itd. polubił zapach zupy pomidorowej. Zasmakował w podwójnych ruskich z kefirem. Kolor kompotu z truskawek działał na niego uspakajająco a smak podrywał do dalszego działania. Kalasanty jadał więc obiady w barze mlecznym „Jagienka” między czternastą a piętnastą, z wyjątkiem sobót i niedziel, bo wtedy jadał między trzynastą a czternastą. Smakował, słuchał, wiódł rozmowy i był. Teraz zamyślony. Spotkanie z Gniewościskiem Szponderem podziałało na niego zadumująco. Dumał więc nad ludzką naturą, pazernością cywilizacji, problemami zdrowotnymi Fidela Castro, problemami rasowymi w Nowym Orleanie, a zupa pomidorowa stygła. W niej stygł ryż. Kalasanty najpierw poczuł, a dopiero potem zobaczył, siadającego przy jego stoliku mężczyznę. Świerk wyczulony był bowiem na krzywdę ludzką, a ten mężczyzna musiał być skrzywdzony okrutnie, bo śmierdział bardzo. Czosnkiem, cebulą, rybami, starym salcesonem oraz zgniłymi skórkami pomarańczy. Ubrany był w jeden łachman, który workiem pokrywał go od stóp do głowy. Bez oddzielania rękawów, nogawek czy wcięcia w talii. Bezkształtny ubiór pokrywał postać niskiego wzrostu, łysą na głowie i bujnie owłosioną na brodzie, gdzie wiła się broda. Z obawy, by nie dostrzec, czy coś się też wije w brodzie, Kalasanty spojrzał mężczyźnie w oczy. Niebiesko zamglone już porannym winem. A teraz wpatrzone w talerz zupy, który stał przed Kalasantym. Spojrzenie miało typowy charakter żebraczo – żądalny. Kalasanty nie mógł mu odmówić. Podsunął talerz mężczyźnie. Mężczyzna z ochotą talerz przyjął. Zaczął jeść. Ryż. Wyławiał go z zupy, dmuchając w łyżkę osuszał z pozostałości po cieczy pomidorowej, i zjadał. Powoli. Bardzo. Dopiero po chwili Kalasanty spostrzegł, że powolność ta spowodowana jest tym, że mężczyzna zatrzymywał ryż przed zębami, a następnie wsysał go sobie w usta przez wąską szczelinę między zębami. Ziarenko po ziarenku. Kalasanty patrzył zafascynowany. Po chwili stał przed nim talerz zupy bez jednego ziarenka ryżu. - Już – odpowiedział mężczyzna w worku. - Widzę – odpowiedział Kalasanty. - Co? - Widzę, że pan zjadł cały ryż. - I co z tego? - Jak to? Powiedział pan, że już, ja na to, że widzę, że zjadł pan cały ryż, więc czemu mnie pan pyta „co?”, skoro pan pierwszy powiedział już, ja tylko potwierdziłem. Workowaty patrzył na niego dziwnie. Kalasanty poczuł się nieswojo. - Co? – zapytał cokolwiek niepewnie, i ledwo to powiedział, to już był zły, że konwersacja ledwo się rozpoczęła a już utknęła na miałkich „cowaniach”. – Coś nie tak? Workowaty wyciągnął rękę. Spod mankietu błysnęła wypielęgnowana dłoń, paznokcie po manicure i na palcu serdecznym sygnet. Złoty. - Już czas się przedstawić. Atanazy Abażur. Kalasanty wziął jego rękę w swoją, uścisnął. - Kalasanty Świerk. - Wiem. Kalasanty zdziwił się. Nawet trochę wzruszył. Znają go. - Pan mnie zna? - Słyszałem. - O! Zdziwienne „O!” zawisło nad stołem. Kalasanty widział je jako otwarcie do dalszej rozmowy, jako oczekiwanie na kolejny zestaw pytań, podziwów, wynurzeń, jako ochotę do ciągnięcia tego wątku dalej. Atanazy widział w nim samogłoskę, która jest kolejną literą, która ma prowadzić go do celu. Zdań, które wyłuszczą sens tego spotkania. - Szuka pan zagubionych listów... Kalasanty kiwnął głową. - Znajduje je pan, dostarcza na pocztę, oni dostarczają adresatom... Kalasanty kiwnął głową. - Czasem znajduje pan w skrzynkach starych, czasem u listonoszy, czasem w piwnicach, czasem na strychach, pod mostem, na dnie rzek... Kalasanty kiwnął głową. - Musi pan znaleźć list wysłany do mnie. Kalasanty kiwną głową. - Już. - Widzę – odpowiedział machinalnie Kalasanty. Od razu też poczuł, że znów jest na początku, a chyba powinien być znacznie dalej. – Przepraszam. - Za co? – zdziwił się Atanazy. - Nie wiem. Proszę dać mi chwilę. Atanazy dał. Nawet kilka chwil. W czasie tych chwil Kalasanty przypomniał sobie całą rozmowę, od pierwszego ziarenka ryżu do ostatniego „chwilę”, przecedził, odrzucił „cowanie” i „o!” oraz własne myśli nieskromne, włączył analityczny umysł poszukiwacza i już był gotów. Jeszcze. Mankiety wygładził. Kanty wyprostował. Już. - Skąd pan wie, że list do pana nie dotarł? - Bo dotarł pierwszy. - Proszę? - Dotarł do mnie pierwszy list, który zapowiadał przyjście listu kolejnego. - Czy to było pismo urzędowe, wiarygodne? - Nie urzędowe. Wiarygodne. - Na czym pan opiera jego wiarygodność? - Bo się spełniło. - Co? - No właśnie... – Atanazy westchnął. Musi to opowiedzieć. Znów. Opowiedział. Atanazy Abażur pracował jako kierowca karetki pogotowia w Szpitalu dla Niespokojnych. Praca była ciężka, stresująca, słabo płatna. Przez żonę i dwójkę dzieci zmuszony by zarabiać popełnił dwa czy trzy telefony do zaprzyjaźnionych firm pogrzebowych. Nie patrzył w lusterko wsteczne, nie pytał czemu czasem każą jechać szybciej a czasem całkiem powoli i jeszcze na dodatek skręcić dwa razy nie tam gdzie trzeba. Starał się robić swoje, nikomu nie przeszkadzać, czasem prezent dla domowników zrobić. Wiedział, że z pracą ciężko, więc trzymał się jej jak mógł pazurami. Choć uwierało go takie życie. Piło w podeszwy. On też czasem wypił za dużo. Za kółko wypity nie siadał, tylko żal w nim większy do świata rósł – że Kubica w BMW, że Rasiak w drugiej angielskiej, że Gosiewski perony buduje, że poetów tylu w internecie, każdy ma swoją stronę, a on – w karetce jeździ. Zwykły taki żal w kieliszku przelewał jak każdy. Zalany wtedy wracał z baru „Meduza”. Na piechotę, po dyżurze, do domu, gdzie już nie za bardzo czekali. Zanurzył się w wilgotną, ciemnistą parabolę bramy, potem dalej, te kilkanaście kroków, już był za drzwiami kamienicy. Teraz tylko na drugie piętro, jeszcze 28 schodów, trzymając się poręczy, tak łatwiej. Przed ta drogą jeszcze się zatrzymał, nabrał powietrza, poszukał wzrokiem punktów oparcia dla swojej chwiejności. Uśmiechnął się nawet, że to takie metaforyczne. Błysnęło bielą. W skrzynce na listy. Dziwił się, że żona nie wyjęła, że nikt nie ukradł włamując się do skrzynki, że tak leży i świeci na biało. Wokół ciemno – a list jasny. Na skrzynce były ślady, jakby ktoś chciał otworzyć, rysy po śrubokręcie, wygięta blacha. Zamek wytrzymał. Normalnie – byle zahaczyć, szarpnąć i już otwarte, a tu nie, nie dał się. List był. Wziął. Spojrzał. Kiedy spoglądał, to pomyślał – „głupiś, przecież ciemno, co zobaczysz?”. Ale zobaczył, adresat wyraźny: Atanazy Abażur, adres: Uklejna 7/6. To on. Do niego. Wystraszył się. Nie żeby sąd czy prokuratora, żeby policja
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil ryszelie
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…