Karczma ,,Pod rozjuszonym ogierem''
Perypetie pewnego karczmarza, który nigdy nie dostaje tego, czego chce. Mam nadzieję, że to opowiadanie choć trochę was rozbawi. Komentarze i oceny BARDZO mile widziane.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Tak hucznej zabawy już dawno nie było w karczmie ,,Pod rozjuszonym ogierem’’. Były ku temu trzy powody. Po pierwsze: nastał właśnie pierwszy dzień wiosny, więc wieśniacy tłumnie wracali znad rzeki, gdzie podrzynali gardło Mirenie- symbolowi zimy. Po drugie: śniegi już niemalże stopniały więc wschodni gościniec znów stał się przejezdny. Kupcy łapczywie korzystali z tej okazji, a że karczma była w połowie drogi do większego miasta to zatrzymywali się w niej, by omówić interesy. I wreszcie trzeci powód: do znanego wszystkim przybytku zawitał słynny bard o wdzięcznym pseudonimie: Pierwiosnek. Nie każdy był zachwycony tą sytuacją. Haran z rodu Miwronów - właściciel gospody nie orientował się już w licznych zamówieniach i okrzykach. Piwo lało się strumieniami a kucharki ledwo nadążały z przyrządzaniem potraw. Tego dnia Haran stał za szynkwasem i obserwował zręcznie uwijających się posługaczy. Zapatrzył się zwłaszcza na tyły pewnej nowo zatrudnionej dziewczyny. Nie zdążył się jednak rozczulić nad jej wdziękami. Poczuł silne pacnięcie w tył głowy i odwrócił się. Stała nad nim- wielka i tłusta – Jego własna żona. Wanda. - No na cóż się tak gapisz baranie? – ryknęła. - Nie widzisz, że mamy dziś urwanie głowy? Mężczyzna bez słowa podszedł do nowo przybyłych gości ignorując spojrzenia siedzących obok kontuaru czterech starców. - Proszę, proszę - pomyślał. - Co my tu mamy? Bogato zdobione pasy, czerwone odzienie. Szlachta jak w pysk strzelił. Jego świętej pamięci ojciec zwykł mawiać: - Pamiętaj, w naszym zawodzie najważniejsza jest umiejętność rozmowy z ludźmi. Haran już nie raz się o tym przekonał. - Witam szlachetnych mężów - ukłonił się przed nowoprzybyłymi. Nie tak nisko jak zwykła służba ale wystarczająco by oddać szacunek.- Jeśli panowie pozwolą wskażę specjalnie przygotowane miejsca w oddzielonym alkierzu. - Dziękuję dobry człowieku - uśmiechnął się szlachcic z czarnymi wąsami i łysą głową. Wyjął z sakwy trzy złote monety i wręczył karczmarzowi.- To na początek. Przynieś nam piwa. - Ależ oczywiście wielmożny. Mężczyzna wycofał się rakiem i schował pieniądze. - O takich klientów masz dbać bardziej niż o własną matkę - mawiał ojciec gdy matki nie było w pobliżu. Haran był pojętnym uczniem i zapamiętał wszystkie lekcje. Jego dziadek, Bolesław Miwron sam był kiedyś bogaty i wpływowy. W tajemniczy sposób większość majątku przepadła niespodziewanie, podobnie jak szacunek szlachetnej braci. Wtedy właśnie, Bolesław wpadł na pomysł by za pozostałe pieniądze wybudować karczmę. Wydzierżawił więc ziemię w miejscu, gdzie jak przewidział w przyszłości będą przecinać się największe szlaki handlowe. Trzeba przyznać, że miał głowę do interesów, bo karczma od samego początku przynosiła zyski. Lata mijały a Bolesław przed śmiercią nauczył wszystkiego swojego syna Waleriana. Z kolei Walerian przekazał tajniki zarządzania swojemu synowi Haranowi. I na tym, niestety linia Miwronów na razie się kończyła. Haran zerknął na swoją żonę i pomyślał, że wolałby oddać się diabłu niż spłodzić z nią dziecko. - Chociaż w zasadzie wychodzi na to samo - pomyślał smętnie gdy lał piwo do kufli. Nie miał pojęcia jak to możliwe ale w ciągu kilku lat jego żona ze smagłej, wiejskiej dziewoi zmieniła się w plującego jadem, stukilowego potwora. Nagle jego rozmyślanie przerwał odgłos rzygającego biesiadnika. - Nic ci już po takim kliencie - wpajał mu ojciec i trudno się było z tym nie zgodzić. Haran nie miał jednak zamiaru dotykać zabrudzonego pijaka. Od tego był Suchar – strażnik porządku i człowiek od brudnej roboty. Karczmarz tylko spojrzał w stronę bezzębnego, łysego osiłka i ten od razu wiedział co ma robić. Szybkim krokiem podszedł do skulonego pod stołem obwiesia i złapał go za kark. - Fu fawimy fie gwefnie – wymemłał Suchar po czym wykopał biesiadnika na dwór. Sądząc po odgłosach nieszczęśnik wpadł zapijaczoną twarzą w kałużę. - Uwaga, uwaga- rozległ się czysty i piękny głos młodzieńca w zielonym kubraku. Wszedł właśnie na podwyższenie trzymając w ręku bogato zdobioną lutnię.- Jak wiecie dzisiaj ja, Pierwiosnek – uśmiechnął się rozbrajająco. - Uraczę was perłami swojego talentu. Zaśpiewam między innymi balladę o pięknej księżniczce zamienionej w bestię. - Słyszałeś Haran?- Odezwał się jeden z siedzących przy kontuarze dziadów.- Coś o twojej żonie. Trubadur zlekceważył śmiech na sali i kontynuował swoją przemowę. - Cieszcie się i radujcie, albowiem dzisiaj skończy się klęska nieurodzaju artystycznego. - Jak szukasz nieurodzaju to zajrzyj do swoich majtek.- Krzyknął drugi z dziadów dołączając się do chóralnego śmiechu.- Boże co ja tu robię? To mi przypomina moją noc poślubną. - Tę w którą uciekłeś czy może drugą kiedy zasnąłeś porzygany? - Zamknąć się! - uciszył ich Haran. Karczmarz popatrzył z nienawiścią na starych, rozbawionych ludzi. Kulawy Wa, Stary Job, Zdun i Horacy. Byli jak wrzody na dupie ale wszyscy wiedzieli, że przesiadują ,,Pod rozjuszonym ogierem’’ niemalże każdego dnia. - A stałych klientów trzeba szanować- mówił tatuńcio a Haran i tę radę wziął do serca. Sam z resztą widział, że niestraszna była im żadna pogoda i że zawsze siedzieli przy tym samym stoliku, opowiadając sobie sprośne dowcipy. Pomyślał ile już pieniędzy wydali na piwo i od razu zrobiło mu się lepiej. - O Boże! Piwo!- przypomniał sobie i pognał z kuflami do zamożnych gości. Tak się śpieszył, że omal nie wylał trunku na jednego z bogaczy. - Proszę wielmożni. Uniżenie się kłaniam i czekam na jakiekolwiek życzenia. Haran bardzo starał się ukryć chciwy błysk w oku choć wiedział, że jest to daremna walka. - Kuropatwa w kaszy, oblana winem brzmi dobrze- odezwał się ten z wąsem.- Weźmiemy po jednej. - Ależ oczywiście. Pozwoli pan, że powinszuję wspaniałego wyboru. - Piwa!- krzyknął kolega biesiadnika, którego Suchar wyprosił na zewnątrz. - Zara!- warknął karczmarz w odpowiedzi i pognał do kuchni. Piwo w głównej beczce właśnie się skończyło więc trzeba było wnieść nową. Oczywiście najpierw ktoś musiał zmieszać złocisty płyn w równych proporcjach z wodą tak, by było go dwa razy więcej. Haran czuł kiedyś wstyd podejmując się tego, nie do końca uczciwego zajęcia, ale czasy stażu miał już daleko za sobą. Starał się to robić dyskretnie, bo słyszał jak parę kroków dalej Wanda wydzierała się na jedną z kucharek. A nie wiadomo było co mogłoby strzelić jej do łba. - Jak to możliwe, że tak się zmieniła?- pomyślał zerkając w stojące nieopodal lustro. Sam nie wyglądał tak źle. Widać było po nim upływ czasu ale wciąż mógł uchodzić za atrakcyjnego. Był dobrze zbudowany a podłużna twarz, wąski nos i blada cera przypominały o szlachetnym pochodzeniu. Jego przemyślenia wkrótce się potwierdziły. Zauważył, że nowa posługaczka ciekawie mu się przygląda. Postanowił zapamiętać ten charakterystyczny błysk w oku i wykorzystać go w późniejszej chwili. Na razie wyszedł do sali i rozdawał kolejne piwa. Pierwiosnek rozpoczął swój występ. Trzeba przyznać, że był naprawdę utalentowany. Słowa idealnie komponowały się z muzyką. Przemawiał z nieskończoną pasją i emocjami. Nawet starcy zamknęli się w końcu i słuchali z otwartymi gębami. Tylko przy jednym stoliku ktoś głośno wykłócał się o karty. - Za głośno - pomyślał z przekąsem Harad patrząc jak zanosi się na bójkę. Skierował się do stojącego pod ścianą Suchara. - Ucisz ich jakoś. Tylko wiesz...ostrzeż ich, nie musisz od razu wywalać. Po prostu upewnij się, że zwrócą na ciebie uwagę, jasne? - Ofyfiście profę fana- zapewnił gorliwie osiłek. Podszedł raźnym krokiem do głośnych klientów i ryknął na całe gardło: - Cicho! Uderzył przy tym z całej siły w stół, który pękł w połowie. - Co za idiota - mruknął karczmarz z niedowierzaniem patrząc na powstały bałagan. Wiele osób podskoczyło wylewając piwo. Nawet Pierwiosnek przerwał swoją pieśń i krytycznie spojrzał na Suchara. Dwóch delikwentów którzy siedzieli przy nieszczęsnym stoliku zbierało się z podłogi. - Najmocniej przepraszam - zaczął tłumaczyć się Haran.- Naprawdę upraszam o wybaczenie. Proszę dalej panie artysto. W końcu udało się wszystko uprzątnąć i zmęczony przeprosinami mężczyzna odwrócił się w stronę baru. Drogę zasłaniało mu wielkie cielsko. Podniósł głowę i zobaczył wściekłą twarz Wandy. - Co to ma być kurwa?! - wrzasnęła kobieta. - Już wszystko w porządku, wracaj do kuchni - odburknął Haran i cofnął się przezornie. W samą porę bo dostałby z pięści w nos. Wiedział, że Wanda nie będzie robić awantury przy gościach więc wycofał się za kontuar i zaczął nalewać piwa do kufla. Poczuł nagle przemożną chęć upicia się i postanowił jej pofolgować. Zawołał Jaśka - jednego z służących, by przejął dowodzenie a sam usiadł na zydlu i podstawił usta pod kranik. - Ot drobne korzyści bycia szefem- pomyślał czując jak poprawia mu się humor. W miarę spożywanych litrów świat stawał się piękniejszy a muzyka i słowa jeszcze bardziej wpadały w ucho. Postanowił jeszcze raz zobaczyć co słychać u wielmożnych panów i kiedy przeciskał się przez salę zauważył, że nowa posługaczka jawnie już na niego patrzy. Niby przypadkiem poszedł w jej kierunku i złapał ją za tyłek. Bardzo młody i jędrny tyłek - jak zauważył. Jak bardzo różniący się od tego, pod którym udusiłoby się co najmniej trzech mężczyzn. Haran poczuł nagle straszliwe pożądanie i wiedział, że nie może czekać. Dzisiaj, kiedy był największy rozgardiasz trzeba było załatwić sprawę. Dziewczyna nie była piękna w normalnym tego słowa znaczeniu. Jej rysy twarzy mówiły po prostu, że jej ulubiony sposób na spędzanie wolnego czasu ma wiele wspólnego z kosmatymi myślami, pojawiającymi się w głowie karczmarza. Mężczyzna zapatrzył się na jej pełne, zmysłowe wargi i gruby, kruczoczarny warkocz. Pochylił się i tchnął jej do ucha: - Za pięć minut w komórce na miotły. Pognał jak opętany w stronę zamkniętych drzwiczek pocieszając się, że posługujący poradzą sobie sami. W końcu przeszli już taką szkołę, że trudno, żeby popełnili błąd. Haran czuł, że alkohol szumi mu w głowie. Płomyki świec rozświetlające lokal rozchodziły się knotami - Ostatni raz tak się śpieszyłem gdy żona mi umarła- powiedział Zdun, patrząc na biegnącego karczmarza. - A gdzie ci było tak spieszno? - spytał Horacy. - Nie pamiętasz? Do ciebie, odebrać pieniądze bo wygrałem zakład. Haran słyszał jeszcze śmiech gdy zamknął za sobą drzwi od komórki. Było ciemno i ciasno ale od razu zrobiło mu się cieplej, gdy pomyślał co go za chwilę czeka. Po chwili drzwi się otworzyły a zadowolony mężczyzna opuścił portki. Coś się jednak nie zgadzało. Kobieta która weszła do środka była tak wielka, że zasłaniała niemalże całe światło dochodzące z izby. Haran poczuł, paraliżujący strach i okręcił się na pięcie. Odwrócił głowę i spytał przybierając najbardziej niewinny ton: - Kwiatuszku? Co ty tu robisz? - A co ty tu szczysz? - ryknęła Wanda. - A skądże! - To czemu masz porty opuszczone? - Booooooo...na tych zrobiła mi się dziura i szukam zapasowych. - To w komórce na miotły, zdurniałeś? - Rzeczywiście! - Haran pacnął się w głowę udając nagłe olśnienie. - Bo tutaj są miotły prawda? Znaczy oczywiście, że są miotły ale wydawało mi się, że były też ubrania. - Pokaż tę dziurę - rozkazała podejrzliwie kobieta. - Już już- mężczyzna pochylił się i rozpaczliwie zaczął szarpać się z portami aby tylko przerwać materiał. Nic z tego. Na szczęście już wcześnie była maleńka dziurka na lewej nogawicy o której, nawet nie wiedział. - Tu! - wskazał, zadowolony z siebie. - Przecież to ledwo widać. - Wiem, ale dzisiaj mamy gości i... - Zara - przerwała Wanda patrząc na jego krocze. - A co ty taki wesoły? - Boooooo... cię widzę. I tu jest tak przytulnie i w ogóle. Haran zrozumiał, że znalazł się w piekle. Ta sytuacja mogła się skończyć tylko na dwa sposoby i oba były równie tragiczne. Los jednak zadecydował, że spełnił się drugi scenariusz. I chyba, był on jednak gorszy od poprzedniego. - Och, mój puszczyku - zagruchała Wanda. - Postarajmy się tym razem o dzidziusia. Przysunęła się a wraz z nią nadeszła czarna rozpacz. Pół godziny później Haran wyszedł zziajany z komórki. Poszedł prosto do szynkwasu i nie zwracając uwagi na nową pieśń Pierwiosnka położył się pod beczką piwa, odkręcił kurek i pozwolił by złocisty napój oczyściło mu mózg z przerażających wspomnień.
*****************************************************
Pierwsze co zobaczył Haran po podniesieniu ociężałych powiek to wielka głowa łosia wisząca nad głównym wejściem. Zagapił się na nią tępo po czym rozejrzał po sali. Karczma przedstawiała obraz nędzy i rozpaczy. Stoły i krzesła stały na miejscu ( bo Haran bardzo roztropnie poprzybijał je do podłogi ) ale sztućce, talerze i kufle były rozrzucone jakby do lokalu wdarła się trąba powietrzna. Mężczyzna westchnął ciężko i omal nie upadł, gdy wspomnienia ostatniej nocy uderzyły go niczym bojowy młot. Przez około dziesięć minut gapił się na własne dłonie w pijackim otępieniu, po czym wstał. Było mu niedobrze i wciąż miał lekkie trudności z zachowaniem pionu. - O! Obudził się pan? - usłyszał za sobą młodzieńczy głos. Obrócił się i zobaczył, szeroko uśmiechniętego Jaśka. Widok ten, nie poprawił mu humoru. - Co się szczerzysz? Budź pozostałych i sprzątać! Chciał powiedzieć coś więcej ale nagle drzwi wejściowe otworzyły się z hukiem i do środka wpadł nieznajomy mężczyzna. Trzymając się kurczowo za brzuch zatoczył się na stolik. - Nic panu nie jest? - spytał Jasiek ale nie doczekał się odpowiedzi. Nieznajomy podszedł chwiejnie do szynkwasu i zwrócił się do Harana: - Proszę...musicie przechować ten miecz. Drżącymi rękami sięgnął za plecy i wyjął owinięty w czarny materiał oręż. Karczmarz wymierzył solidnego kopa Jaśkowi. - Do kuchni - warknął. Chłopak popatrzył z wyrzutem na właściciela i szybko się oddalił. W głowie Harana rozbrzmiewał gniewny głos ojca: - Pamiętaj, to jest karczma, nie bank. Nigdy nie pożyczaj od nikogo i nikomu a już przede wszystkim nigdy, ale to nigdy nie bierz żadnego przedmiotu na przechowanie. Trzymaj się z dala od jakichkolwiek konfliktów, czy kłopotów rozumiesz? Jeśli ktoś coś ci ofiaruje, to nie przyjmuj! Pamiętaj, że za ofiarowany skarb zawsze trzeba, prędzej czy później zapłacić. Mężczyzna doskonale pamiętał te wywody dlatego też wiedział co ma uczynić w tej sytuacji. - Niczego nie wezmę! Zamówcie coś albo wynoście się. - Proszę, tylko na parę dni. To bardzo ważne! Haran spojrzał na niego spode łba. - Mówię, że nic nie wezmę, nawet nie próbujcie tu tego zostawiać. - Nie mam wyboru. - odparł z desperacją nieznajomy i popchnął miecz w stronę karczmarza. - Tylko parę dni obiecuję. - Suchar! Choć tu i wykop tego człowieka! Nieznajomy wyglądał na wykończonego i rannego i z całą pewnością nie miał ochoty do bitki. Karczmarz nie pomylił się w swojej ocenie. Mężczyzna rozejrzał się niepewnie, jeszcze raz spojrzał na miecz, odwrócił się i wybiegł. Haran zaklął szpetnie, patrząc na owiniętą materiałem broń. Tego właśnie się obawiał. - To kłopoty - pomyślał. - A kłopoty trzeba jak najdalej odrzucać. Wiedział co należy uczynić z ofiarowanym mieczem ale nie mógł powstrzymać ciekawości. Powoli i ostrożnie zaczął rozwijać tkaninę. W końcu odwinął ostatnią połę i jego oczom ukazała się piękna rękojeść. Dwa węże oplatające gruby pień drzewa. A pośrodku wielki, czerwony kamień. Haran otworzył szeroko oczy, gdy rubin zaczął lekko świecić. - O kurwa! - sapnął tylko i z powrotem owinął miecz. Trzymając pakunek jak najdalej od siebie, wyszedł szybko z karczmy. Słońce poraziło mu źrenice. Przez chwilę stał w miejscu i mrugał. - Łocho cho, patrzcie kto wstał. Odwrócił się szybko, by zobaczyć Zduna, Horacego, Kulawego Wa i Starego Joba. Siedzieli we czwórkę na długiej ławie i wystawiali pomarszczone twarze do słońca. - Toś miał wczoraj pracowitą noc bratku - zaśmiał się Job. - Co tam trzymasz?- Zdun uśmiechnął się złośliwie.- Bo na pewno nie swoją żonę. - Może swoją cnotę idzie wyrzucić?- dodał Wa, ale towarzysze zgromili go wzrokiem. Widać miał najniższą rangę i nie miał prawa wcinać się w ich niewątpliwie błyskotliwe dowcipy. Haran wzruszył jedynie ramionami i poszedł na tyły karczmy. Minął sporych rozmiarów stajnię po czym skierował się do lasu. Czuł przez materiał, że miecz staje się gorący co bardzo go zaniepokoiło. Przyśpieszył kroku i zagłębił się w knieje. Wędrówka nie trwała długo. W końcu, stanął na skraju przepaści. Spojrzał w dół i zobaczył korony rosnących na dole drzew. Niewiele myśląc wziął krótki rozbieg i cisnął pakunek nie zadając sobie nawet trudu, by spojrzeć gdzie upadł. W ten oto sposób radził sobie z najgorszymi problemami. - Szkoda tylko, że nie mogę w ten sam sposób potraktować poborcy podatkowego - pomyślał cierpko. Karczmarz przystanął jak wryty. Przypomniał sobie, że to właśnie tego dnia miał się zjawić znienawidzony urzędnik. Nie chciał nawet myśleć co by się stało, gdyby zobaczył karczmę w obecnym stanie, więc pognał szybko z powrotem besztając sam siebie za zapominalstwo. Gdy wyszedł z lasu zwolnił krok. Gościniec świecił pustką, więc odetchnął z ulgą. ,,Rozjuszony ogier’’ był drewnianym, solidnie obmurowanym budynkiem. Wysoki nawet jak na standardy stolicy, bo aż trzy piętrowy. Haran zawsze czuł dumę przyglądając mu się z daleka. Na pierwszy rzut oka widać było, że nie jest to byle speluna ale prawdziwa przystań dla strudzonego wędrowca. Nad drzwiami frontowymi wisiał szyld przedstawiający konia w chwili wyskoku. Artysta postarał się by widać było, że jest to ogier a nie klacz. Właściciel po raz kolejny pomyślał, że przydało by się zmienić szyld ale odłożył tę sprawę na później. Wszedł do karczmy, nie słuchając zażarcie kłócących się o coś staruchów. - Suchar! - wydarł się na całe gardło. - Juf, juf pane - usłyszał z kuchni i po chwili do głównej izby wszedł wysoki osiłek. Nie wyglądał zbyt rześko i zdrowo ale jego stan był niewątpliwie lepszy od Harana. Karczmarz poprzedniej nocy surowo zabronił mu pić i na całe szczęście posłuchał tej rady. A przynajmniej posłuchał w wystarczającym stopniu. - Budź pozostałych – rozkazał Haran.- Dzisiaj przyjeżdża poborca podatkowy. Rozpoczęła się normalna, po imprezowa krzątanina. Wszyscy posługacze zajęli się sprzątaniem i po paru chwilach karczma znów wyglądała schludnie i czysto. Z kuchni dobiegał głos Wandy, która żelazną ręką dowodziła kucharkami. Właściciel przybytku postanowił, że będzie omijał ten pokój szerokim łukiem. Po ostatniej nocy spotkanie z żoną było ostatnią rzeczą o której marzył. O wiele bardziej ucieszył się gdy z piętra zszedł jeden z bogato odzianych szlachciców. Nie był to co prawda szczodrobliwy wąsacz ale pozostawało mieć nadzieję, że jest równie hojny co jego konfrater. - Dzień dobry wielmożnemu panu. - Karczmarz skłonił się nisko.- Może śniadanko? Proponuję jajeczniczkę na bekonie lub cielęcinkę oblaną pysznym sosikiem. Do tego świeżutko upieczony chlebek. - A gdzie ty się nauczyłeś takich długich słów? - prychnął w odpowiedzi mężczyzna. - Jak będę coś chciał to sam powiem. Każ siodłać mojego konia. - Natychmiast wielmożny. - Dupiak - mruknął Haran gdy szlachcic wyszedł na zewnątrz. Po dwóch godzinach, zaczęła schodzić z piętra reszta gości. Większość oczywiście chciała coś z rana zjeść i wypić więc karczma ,,Pod rozjuszonym ogierem’’ znów zaczęła pracować na pełnych obrotach. W przeciwieństwie do właściciela, który wciąż odczuwał bolesne skutki kaca. Karczmarz znów czuł na sobie wzrok pięknej posługaczki ale tym razem patrzyła na niego w inny sposób. - Coś jakby ze współczuciem i litością?- spytał sam siebie w myślach i poczuł się żałosny. No tak, Zdun i reszta towarzystwa musieli już opowiedzieć wszystkim o jego nocnych przygodach. Popatrzył z wściekłością na czterech dziadów którzy zajęli już swoje stare miejsce. Śmiali się głupkowato i klepali po plecach. Chciał już coś im powiedzieć, gdy skrzypnęły drzwi wejściowe i w progu pojawił się nowy gość. Miał na sobie żelazną kolczugę, a u pasa wisiał mu prosty miecz. Karczmarz przyjrzał mu się uważnie i doszedł do wniosku, że musi to być poszukiwacz przygód lub najemnik. Nieznajomy podszedł do szynkwasu i oznajmił dobitnie: - Szukam kogoś. Haran z trudem powstrzymał uśmiech. Ojciec nauczył go jak zachowywać się w takiej sytuacji. Najważniejsza była początkowa obojętność i niechęć do rozmowy. - Różni tu bywają – bąknął, niby od niechcenia. Uniósł wzrok na blat i nie zawiódł się. Po chwili potoczyła się po nim złota moneta. Złapał ją zręcznie w palce i spojrzał pod światło czy aby nie jest oberżnięta po brzegach. Nie była. - Tego na pewno byście zapamiętali. Był ranny w brzuch, mniej więcej mojego wzrostu. Młody, gładko ogolony. - Oho - pomyślał karczmarz. - Mój dobroczyńca jest przez kogoś ścigany. Dlaczego nie jestem zdziwiony? Przez chwilę zastanawiał się, co odpowiedzieć. Doszedł do wniosku, że najlepiej będzie skłamać. Gdyby przybysz dowiedział się, że jego ofiara tu była to na pewno zaczął by dopytywać się o miecz. A to z pewnością doprowadziło by do niechcianych kłopotów. - Nikogo takiego nie było- stwierdził Haran. Po blacie potoczyła się druga moneta. - Na pewno? Nie przypominacie sobie? - dopytywał się nieznajomy. Karczmarz zawahał się po czym oddał mu pieniądz. - Nie. - Szkoda. - westchnął przybysz.- Miał przy sobie przedmiot za który wyznaczyli milion dublonów nagrody, wyobrażacie sobie? No i gdzieś tutaj urywa się ślad, a ty człowieku szukaj wiatru w polu. - Niebywałe - odparł niechętnie Haran ledwo tłumiąc burzę narastających uczuć. - No nic. Ruszam na dalsze poszukiwania. Bywajcie. Nieznajomy skinął uprzejmie głową i wyszedł zostawiając za sobą oszołomionego karczmarza. Przez następne pół godziny właściciel ,,Rozjuszonego ogiera’’ udawał, że czyści kufle. Zapomniał o wszystkim. O żonie czy o poborcy podatkowym. W końcu nie wytrzymał. - Zastąp mnie na chwilę - syknął w ucho stojącemu niedaleko Jaśkowi po czym wybiegł z karczmy, jakby go goniło stado demonów. - Po cholerę on tak biega w kółko?- spytał stary Job.- Wychodek jest przecież w środku.…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil *Jazon*
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…