KARMIDOR
Horror
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
KARMIDOR (Wielość rzeczywistości)
Ktoś ostatnio się mną zainteresował, poważnie skierował świdrujący mnie niewybaczalnie strumień swej świadomości w moim kierunku, o zgodę bynajmniej nie pytając! Jakiś obcy mi człek, wścibski i natrętny z natury! Głodny kontaktu ze mną, właśnie ze mną i tylko ze mną! Czuję się obserwowany i śledzony, choć nie bardzo wiem, przez kogo. Z niebytu wyłonił się i w nieznanym mi bliżej punkcie czasoprzestrzeni proste naszych żywotów przecięły się, tworząc punkt wspólny. Poczułem to od razu! Natychmiast miałem co do tego pewność, choć twarzy jego nie widziałem. Skąd zdobył mój numer telefonu również zapewne pozostanie dla mnie wieczną zagadką. Odkąd odciąłem się od tzw. świata i zerwałem z nim wszelkie kontakty na wszystkich podstawowych płaszczyznach minęło już kilka miesięcy, lecz nie odbyło się to bez niemiłych dla mnie niespodzianek. Mam tu na myśli jego osobę. Wtedy właśnie nadszedł i dał mi poczuć, że istnieje. Jego pojawienie się zbiegło się dziwnie w czasie z mym ostatecznym adieu dla pospolitości bytu, który drażnił mnie już od lat głosem bezczelnego spikera radiowego czy przepełnionych mentalną gangreną artykułów prasowych, dla zmaterializowanych ludzi-robotów i ich małych istnień, ograniczonych do prymitywnej konsumpcji i wegetowania na smyczy mamony, dla egzystencjalnej papki, którą były poniekąd moje własne poglądy i sposób myślenia, w końcu dla zmechanizowanego, bezdusznego otoczenia-rzeczywistości, z którą nie zamierzałem mieć już nic wspólnego. Aczkolwiek wypowiadając słowo „rzeczywistość” powinienem zachować pewną, daleko idącą ostrożność – stała się ona bowiem od tej pory, jako zjawisko i problem naczelny, głównym i jedynym tematem mych rozmyślań i dogłębnej, wnikliwej analizy. Dlatego rzuciłem pracę na uczelni, na której wykładałem od lat filozofię i postanowiłem odnaleźć istotę tego, czym jesteśmy, co widzimy i odczuwamy, i co odbywa się wówczas w nas samych w zależności od „tła”, jakie nam towarzyszy, lub odwrotnie, kiedy my stajemy się owym „tłem” dla wydarzeń, które dzieją się na pierwszym planie. Postanowiłem poszukiwać prawdy za wszelką cenę, niczym Eremita z kart Tarota, odcinający się od świata celem odnalezienia światła prawdziwej mądrości, odziany w brązowy habit – kolor wyrzeczenia i pokuty, a także kolor ziemi, co sugeruje nadzieję na nowy początek i nowe życie. Tak jak on, i ja chciałem trzymać w ręce latarnię – symbol Słowa, światła prawdy, przyświecającej tym, którzy kroczą drogą sprawiedliwego. Latarnia ma kształt klepsydry, przypominającej o przemijalności czasu i o słynnym memento mori, o którym zawsze pamiętałem, odkąd przestałem, dawno temu, być człowiekiem młodym, tym samym beztrosko patrzącym w przyszłość. Wokół latarni krążą ćmy – symbol mistycznej, ofiarnej miłości duszy do boskiego Światła. Pragnąłem być choćby nimi, by zgłębić istotę tego, co miało odtąd być sensem mego człowieczego istnienia, aby rozjaśnić to, co dotąd uważałem za zakryte czarną płachtą niewiedzy… Powszechnie wiadomo, że w drugiej ręce Eremita trzyma kostur, symbol oparcia w surowych regułach życia, jakie prowadzi, siły woli, a także symbol walki z nieczystością i grzechem. I ja podjąłem postanowienie, że moje odejście od świata będzie radykalne i bezwzględne – stąd zarówno radio, jak i telewizor wyrzuciłem z hukiem przez okno pewnej, ciemnej nocy i szybko wziąłem solidną, gorącą kąpiel, by poczuć się w końcu czystym i wolnym od światowego plugastwa. Las, w którym mieszka Eremita, oznacza medytację i skupienie, którym sprzyja absolutne odosobnienie. Tylko tak można odnaleźć Światło i wewnętrzną harmonię, ponadto odpowiedź na dręczące duszę pytania, której próżno by szukać w dzikim, miejskim zgiełku… Dlatego też istniałem już teraz tylko we własnym, hermetycznym świecie, do którego nikt nie miał dostępu i mieć nigdy nie powinien. Ostatecznie życie płata figle i nie wiadomo do końca, czy są to tylko figle, a może coś poważniejszego? Jak już wcześniej wspomniałem, nie potrafiłem nijak wytłumaczyć faktu, skąd ów śledzący i obserwujący mnie podejrzany osobnik zdobył bez trudu mój numer telefonu. To mnie w tym wszystkim najbardziej niepokoiło swą jawną niedorzecznością, gdyż w obecnej chwili nie mógł go zdobyć od żadnego z mych znajomych, gdyż doczesne szczątki ich wszystkich od lat czule pieściła na pobliskim cmentarzu Matka Ziemia, a dusze, pokonawszy po drodze przeróżne, pośrednie poziomy bytu, w innym zgoła wymiarze zamieszkiwały, nie kontaktując się już ze mną od dnia pożegnania tego padołu łez i smutku. Rodziny nie posiadałem. Wszyscy pomarli przede mną. Jedni w łóżku, inni na wojnach. Nie było więc nikogo, od kogo mógłby w podstępny sposób dnia pewnego ów numer otrzymać. Nawet nie wiedział, bo niby skąd miałby to wiedzieć, że od dawna nie płaciłem rachunków za telefon, gdyż taką miałem akurat ochotę, więc mi go pewnego dnia odcięto, bez specjalnego zresztą żalu z mojej strony. Zwykły, zbędny klamot… Ostatecznie bezduszny kawałek plastiku pozostawiłem ze względów „sentymentalnych” na stole – a niech mi czasem przypomni czasy, kiedy byłem jeszcze bezwolną ofiarą świata, kukłą bez duszy, niech mi będzie przestrogą, by starych błędów nie popełniać… Tamten wyczytał me myśli z oddali i w mig pojąłem, że mam w nim wroga. Musiało zatem istnieć coś na kształt tajemniczego związku, jaki po drodze między nami się wytworzył, choć mój udział w jego powstawaniu był żaden, gdyż w ciągu jednej sekundy, metodą faktów dokonanych, stał się rzeczywistością i został mi niejako „ukazany”, najzwyczajniej narzucony siłą, bezwzględnie i podstępnie… Ów osobnik krążył wokół mnie jak satelita dookoła wielkiej planety i nawet nie raczył pokazać mi swej twarzy i wyjawić powodów, dla których tak kurczowo się mnie uczepił. Był mi tajemnicą. Jak upiór krwawy. I spokój zatruwał, zapewne wiedząc i doskonale wyczuwając, jak bardzo mi na nim zależy. Coś dręczyło mnie myśli natrętną, że jak rzadko kto wyczuwa mnie bezbłędnie na odległość, pomimo murów i innych fizycznych barier, których istnienie jawiło się tu jeno jako przeźroczysta nicość, nie przeszkadzająca mu bynajmniej w ciągłej obserwacji mojej osoby, tudzież swoistej „psychicznej kontroli”, którą czułem na mej jaźni, jak dotyk ciężkiej, lepkiej, spoconej łapy jakiegoś namolnego osiłka, który chce mnie pchnąć w wybranym przez siebie kierunku, nie pytając o zgodę… Moje kontemplacje wymagały wyciszenia zmysłów. On zdawał się przejawiać przedziwną chęć, osobliwy zamiar, przeszkodzenia mi w tym i pokrzyżowania mych planów. Złośliwiec przebrzydły! W końcu przeszedł od myśli do czynów. Miało to miejsce dość szybko po tym, jak się zorientowałem, że mam go na karku. Jak tego dokonał, diabła samego pytać! Mnie aż ciarki po grzbiecie przelatują na wspomnienie tego dnia… Jednak tak było, taka była cała, niesamowita prawda. On najzwyczajniej do mnie…zadzwonił! Kompletnie ignorując doniosły fakt, iż mój telefon jest od miesięcy wyłączony! Pewnie jakoś to sobie załatwił „na górze”, że go specjalnie na tę okazję ponownie podłączono! Podejrzany typ, niebezpieczny, posiadający koneksje… Nie życzyłem sobie mieć z nim żadnych kontaktów – jego jednak, jak widać, nie interesowało wcale moje zdanie, i kierując się mętnymi intencjami, tudzież zwierzęcym tupetem, wykonał pierwszy ruch… Przeraziło mnie coś jeszcze: był doskonale zorientowany we wszystkim, co robiłem na płaszczyźnie umysłowej, znał owoce mych wielomiesięcznych medytacji i głębokich rozmyślań, znał także me rozterki duchowe i egzystencjalne, jakby był mną samym i żadna ma, najmniejsza bodaj myśl nie była mu obca, posiadał także absolutną wiedzę odnośnie mych przyszłych zamiarów, a mianowicie napisania pracy naukowej, czegoś w rodzaju poważnego traktatu, opisującego zjawisko wielości rzeczywistości, nad którym pracowałem od dawna, dochodząc do wyjątkowo ciekawych wniosków. Jednak największy szok przeżyłem, gdy odezwał się do mnie po imieniu – nie tym, które mi nadali moi szanowni rodzice – ale tym, które sam sobie nadałem w trakcie owych owocnych miesięcy mej umysłowej pracy… Wymagała tego chwila, wymagała tego ma przemiana. - Witaj, Karmidorze… - rzekł prawie szeptem. - Z kim mam przyjemność? – spytałem mocno zaskoczony. - Dla potrzeb naszej, że się tak wyrażę, „znajomości”, nazywaj mnie dziś w trakcie naszej rozmowy telefonicznej Głosem, a gdy dane nam będzie spotkać się oko w oko, wówczas będę Rodimrakiem… Usłyszałem w słuchawce jego rytmiczny, nieco sapiący oddech. Zrazu zamilkł, nie dając wciągnąć się w pogawędkę, choć sam jej jak widać pragnął, i dyszał tylko ciężko, jakby chciał z tego dyszenia stworzyć jakieś zdania i tak do mnie przemówić. - Karmidorze – zapytał w końcu. – skąd to imię? Niespotykane, rzekłbym. Czemu nie nazywasz się obecnie Karpidor, Karmitor, Kasimor czy choćby Karmid lub Dor? Dziwak jakiś czy co? Głupie pytanie, bez dwóch zdań! Jak można o coś takiego pytać kogoś, kto przeszedł tak daleką drogę jak ja? - Wyższa konieczność lub jak wolisz, nagroda za ciężki trud. Od biedy tłumacz to sobie wyrokami metafizycznych przeznaczeń, które obdarzyły mnie tym zacnym imieniem. Nieprzenikniony Los tak chciał – odparłem z dumą. - All right. - Muszę wiedzieć, skąd zdobyłeś mój numer telefonu – wszak nikt go poza mną obecnie nie zna. - Jak widzisz prawda jest nieco inna. Teraz jest nas dwóch. Nie było to trudne – wręcz przeciwnie – banalnie proste. Pewnie zabrzmi to dziwacznie i wprost nieprawdopodobnie, ale czytam w twych myślach, jak w otwartej księdze. Nie mam z tym najmniejszego problemu. Odległość nie gra tu roli. Ani to, że się jak dotąd osobiście nie poznaliśmy. - Jesteś urojeniem…Ciebie nie ma. - Wyłoniłem się z nicości, gdzie spokojnie sobie czekałem na chwilę, kiedy mnie do siebie zaprosisz… - Ja? - Tak, ty. - W jaki niby sposób? - Swoimi niedorzecznymi teoriami. To one zmusiły mnie do zajęcia jednoznacznego stanowiska. Ich fikcyjność i metafizyczna miałkość nie przemawia do mnie wcale. Stąd ma obecność… - Kim jesteś? - Jestem Niezależnym Krytykiem Złych Idei. Nie podlegam nikomu. Działam na własną rękę. Ma bezkompromisowość znana jest we wszechświecie. Lekceważę Byt jako siłę i jako moc – ani ona nade mną, ani pod nią ja! - Butnyś niebywale… - Szczery jeno, bo w szczerości siła tkwi i świeci jak latarnia morska. Nic ponadto. Tu zniesmaczony chrząknąłem znacząco do słuchawki – niech wie, że nie lubię snobów oraz tego ich tonu, pełnego niczym nieuzasadnionego samozadowolenia. - I postanowiłeś wziąć na ząb to, nad czym pracuję ciężko od miesięcy, tak? - Właśnie. - A skąd tak dobrze znasz podwaliny mej teorii Wielości rzeczywistości i licznych jej aspektów, jeśli można wiedzieć? Nikt poza mną na całym świecie nie wie o istnieniu tego, w co zaangażowałem się kilku miesięcy temu. Nikt nie ma zielonego pojęcia, czym się ostatnio zajmowałem. To ewidentne. Nie mam co do tego wątpliwości, bo wśród tych czterech ścian dojrzewał owoc mego umysłu. Żadne oko mnie nie podejrzało. Cała ma wiedza spisana jest odręcznie w głębokiej tajemnicy na dziesiątkach stronic papieru kredowego, gdyż tak sobie zażyczyłem i wszystko to mam pod mym łóżkiem, w wielkiej, brązowej walizie, gdzie przechowuję owoce mej pracy. To wszystko, do czego doszedłem sam, o własnych siłach, bez niczyjej pomocy. Nagle znasz to na wylot? Ta kwestia nie daje mi spokoju… - Przecież już ci mówiłem – czytam w tobie jak w otwartej księdze. Czy ta odpowiedź cię nie zadawala? - Jesteś jakimś Magiem Chaosu? - Ależ coś ty! Chaos jako bezładny ruch w ruchu nie wydaje mi się ciekawy ze względu na swą idiotyczną naturę. Dlatego nie tu kieruję me zainteresowanie. Lubię konkret, choćby był, jak twój, wyimaginowany i urojony. W chaosie go nie znajdziesz… Kiedy to mówił, w głosie jego wyczułem wyraźną nutę ironii – w duchu śmiał się pewnie z mych niecodziennych odkryć i marzył o sprowokowaniu mnie do ostrzejszej polemiki. Gdyby nie był aż tak wrogo nastawiony do mnie i mych badań, wnet w przypływie świadomego myślenia pojąłby lotem błyskawicy, że nie minie pięć, no może dziesięć lat, kiedy ludzkość doceni mój trud i poświęcenie, wynosząc mą osobę do panteonu wielkich uczonych tego świata, a moją teorię wykładać będą na każdym uniwersytecie, jako przełomową i zamykającą pewien etap „błądzenia po omacku”, kiedy to z marnym skutkiem badano zjawisko tzw. rzeczywistości. Ja jako pierwszy „przełamałem lody” niewiedzy i niekompetentnej amatorszczyzny w tej niebagatelnej kwestii – nie jest tajemnicą, że nie raz zabierano się za ten temat, lecz efekty były żadne… - Prawda, że pięknie napisane? Sprecyzowałem to zjawisko najdokładniej jak mogłem – rzekłem z niekrytą dumą. - Zjawisko? Nie żartuj! Czym jest rzeczywistość, każdy widzi! Po co mydlisz mi oczy jakimiś urojonymi teoriami, skoro jest to tak bezmyślne i niedorzeczne, jak tworzenie pseudonaukowych podwalin pod proces, powiedzmy, wbijania gwoździa w ścianę lub obcinania paznokci. Czy nie razi cię bełkotliwość i miałkość tego, czym się niesłusznie chlubisz? - Twoje słowa obrażają mnie! – zawołałem do słuchawki. - Ha, ha, ha! – zaśmiał się ochryple w odpowiedzi na me zdrowe oburzenie. - Ależ z ciebie nadwrażliwiec! Trochę dystansu do siebie i do świata! Jesteś za poważny, a jak pewnie wiesz, od powagi do śmieszności blisko, oj blisko. Nie ma wielu rzeczywistości, jest tylko jedna, którą widzisz na oczy, mój drogi. Nie ma innych wymiarów – to bujda wierutna! Ach ten porąbany, przereklamowany kosmos! Nie mają tam nawet marynowanych boczniaków i nikt nie sprzedaje tam zdrowej, wietnamskiej żywności. To hańba, to skandal! A ty przynudzasz bezkrytycznie o wielości światów, wielości płaszczyzn bytu! Liczy się tylko to, co można dotknąć i empirycznie określić. Poznać za pomocą zmysłów. Wyliczyć wzorem matematycznym i przyporządkować prawom logiki. Czysta fizyka! Nie ma żadnej innej wiedzy niż ta, którą człowiek może osiągnąć poprzez własny umysł, odrzucający takie jej źródła, jak: objawienie, doświadczenie mistyczne czy jakże często wprowadzająca w błąd tzw. intuicja, którą postrzegam jako myślenie paranoidalne, czyli część składowa rzeczywistości wrażeń reproduktywnych zwanej rzeczywistością wizjonerów. To, co racjonalne, jest prawdziwe, reszta to bzdurne rojenia, takie jak twoje, śmieszne i karykaturalne – ni przypiął, ni wypiął. Jedyna rzeczywistość to rzeczywistość praktyczna, pełna konkretu i namacalna w całym swym bogactwie, zapamiętaj to na zawsze. Jestem wrogiem ekscentryków wszelkiego rodzaju. Mówię ci to jako Niezależny Krytyk Złych Idei. Twoich groteskowych bajeczek nikt nie kupi. Nie trzymają się kupy. Widać od razu, że wymysł szaleńca… Nie wytrzymałem. Dotknął mnie do żywego! Odrzuciłem na bok słuchawkę i skoczyłem pędem do kuchni, drżąc na całym ciele ze wściekłości, która wstąpiła we mnie jak dziki duch pierwotnej sprawiedliwości, i gdy po chwili wróciłem z wielkim nożem kuchennym, jednym, śmiałym pociągnięciem obciąłem kabel od telefonu po obu stronach aparatu. - Mów do mnie jeszcze! – krzyknąłem do słuchawki, oddzielonej od reszty, lecz jakie było me zdziwienie i przerażenie, kiedy jak gdyby nigdy nic usłyszałem w niej ponownie jego spokojny, nasycony złośliwością głos: - A nie mówiłem, że z twoim nerwami nietęgo… Zbyt łatwo dajesz się wyprowadzić z równowagi. Taki wielki uczony, a zachowuje się jak dziecko. I jak tu zaufać twoim teoriom, Karmidorze? - Mam gdzieś twoją opinię! – ryknąłem ciskając z całej siły przeklętą słuchawką o ścianę. Niestety na nic się to zdało… Po chwili on znów ciągnął swe zjadliwe wywody, gdzieś spod stołu, bowiem tam ów znienawidzony przeze mnie w jednej chwili kawałek plastiku sromotnie wylądował. - Czy nie przedstawiłem ci się jako Głos? Masz tego dowód! Miotanie przedmiotami domowego użytku ma się do uciszenia mnie tak, jak grabienie drewnianymi grabiami sufitu w nadziei, że pewnego dnia wyrośnie tam piękna, rozłożysta palma, do spełnienia tego ekscentrycznego pragnienia. Przejdę do sedna: kłamiesz jak najęty, a twoje mrzonki nie znajdą posłuchu wśród ludu łaknącego rzetelnej, prawdziwej wiedzy. - Co ty możesz o tym wiedzieć? Coś ty za jeden, żeby mnie tak napastliwie podgryzać? Bratasz się ze mną jak świnia z pastuchem, a nawet twarzy nie pokazałeś jak dotąd. Odważny, bo anonimowy! Wtem spod stołu rozległ się ochrypły, charkotliwy rechot. To on kpił sobie ze mnie dalej w najlepsze. Zakasłał i rzekł: - Karmidorze, gdybyś tylko wiedział… - Co? – spytałem oczekując kolejnej prowokacyjnej wypowiedzi. - …gdybyś tylko wiedział, com gotów uczynić, jeśli dnia pewnego napiszesz w końcu coś godnego uwagi… - A niech cię szlag! - Własną skórę poświęcę na oprawę tej księgi, bylebyś był tylko łaskaw kośćmi swych palców wiekopomne rozdziały naskrobać. Swe włosy w rzemienie do tej księgi przekształcę, by się nigdy nie rozpadła w rękach umysłów ciemnych i niskopiennych. Z naskórka strony ulepię, a paznokciami ozdobię początki rozdziałów. Łzami mięso twego dzieła zakonserwuję dla szczurów mieszkających w moszczonych okuciach tegoż tomiszcza, gdy już powstanie. Krew sobie nawet od żyrafy przetoczę, gdy zabraknie mi własnej, by świętą słowem recenzję ci dać. Przegonię krasnoludy, które przyjdą pewnie wysysać z twego wnętrza talentu strumienie, by później mieć czym popijać strawę z Wielkiego Grzyba…i przesunąć pająka o jedną nitkę dalej, by mieć podgląd wydarzeń tu i ówdzie, w krainach przeróżnych. Pierścień Nibelungów też jest prawdziwy tylko nikt tego nawet nie zakłada... Strzeż się Globalnego Kowalstwa! I cyklistów! - Precz mi stąd! – zawołałem. – Precz mi stąd, ale już! - I nawet piosenkę ci zaśpiewam. Posłuchaj: Jakże miło spotkać Zaprawioną w bojach Pożądaną w konwojach Nadobną Elficę Co pod spodniami Nawet w dzień szturmu Na morzu Iluzji Nosi spódnicę A w ręku nóż… I celu swego w noc czarną Szuka bacznie już! Tralala-tralala-la! - Cicho siedź, ciebie nie ma! Ty nie istniejesz! - Jestem, jestem, jestem! – trajkotał, jak maszyna, która się zacięła. Tego było stanowczo za wiele. Skoczyłem naprędce w stronę stołu, wszedłem podeń w mgnieniu oka i złapałem słuchawkę pewnie w dłoń. Teraz mi się już nie wymknie – teraz się go definitywnie pozbędę! - To jakaś szczwana bestia, ale na głupiego nie trafiła! – i rzekłszy te słowa przepojone przyszłym triumfem, którego intensywny zapach krążył już wokoło, otworzyłem szafę i wyciągnąłem z niej worek z cementem, którego spora ilość pozostała mi po tym, jak przed kilkoma miesiącami zamurowałem jedno z mych okien – te, która najbardziej drażniło mnie miejskim, prostackim gwarem i odgłosami zmechanizowanego, skretyniałego świata. - No to teraz patrz, gaduło! - Jestem, jestem, jestem! - Już niekoniecznie! Zaraz ci pokażę, jak od środka wygląda nabój! Do plastikowego wiaderka wrzuciłem paskudną słuchawkę i w międzyczasie rozrobiwszy cement z wodą, zalałem ją na amen. Początkowo coś zabulgotało, lecz nie trwało to długo. Odetchnąłem. Od tej pory nie będzie mi szczekać – żarty się skończyły! Wyrwałem z podłogi cztery deski i wrzuciłem tam całe to ohydztwo, oczywiście nie w dosłownym tego słowa znaczeniu, gdyż wówczas wylałoby się i efekt byłby żaden. Ponieważ w przestrzeni między podłogą a sufitem była przerwa głęboka na około metr, wysypana trocinami i jakimś wiórem pochodzącym zapewne z kory nieznanych mi bliżej drzew, właśnie tam, w pionie, ustawiłem ostrożnie zalane po brzegi cementem wiadro i pożegnałem na wieki wieków. A niech je piekło pochłonie i robactwo, co pod podłogą żyje i konsumuje, co popadnie. - Enjoy your meal! Deski po chwili przybiłem jak należy i położyłem dywan, aby wszystko było po staremu, jak gdyby przed chwilą nie było tego nieprzewidzianego, dziwacznego incydentu, który chciałem szybko wyprzeć z mej pamięci. Wszystko naprawiałem tak umiejętnie i starannie, iż żadne ludzkie oko nie mogłoby dostrzec żadnej „poszlaki”. Obeszło się bez większych posunięć. Pozornie nic się przecież nie stało… Założywszy me ukochane, różowe kapcie, przeszedłem się po nim dostojnie, jakbym szedł ku wieczności – wielki, zasłużony, jedyny w swym rodzaju i co najważniejsze, genialny. Na koniec uśmiechnąłem się radośnie, że ma praca, która po drodze tak raźne poczyniła postępy, zakończyła się zasłużonym sukcesem. Wprawdzie jeszcze przez kilka minut miałem wrażenie, że słyszę jakieś stłumione szmery, ale już mnie to nie drażniło – sprawę uznałem za zakończoną. Co martwe, to martwe! Jakiś czas było spokojnie. Odetchnąłem z ulgą i nawet próbowałem trochę medytować, gdyż pozwalało mi to zazwyczaj łączyć się we wspólnej, radosnej harmonii ze wszechświatem, co obecnie…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil mike17
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…