Wróć do katalogu

Każda z nas ma coś z czarownicy

Walka kształtuje charakter, a każda z nas ma coś z czarownicy...- pomyślałam.

jolsokolowska079sok, opublikowano , 16 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

"Moja mama jest poetką. Spoza lekkiej zasłony liter, jak magik z kapelusza, wyciąga słowa, składa je kropla po kropli, buduje wiersze".

***

Rano, gdy jeszcze śpimy, w łazience suszy sny na sznurku. Przypina je drewnianymi klamerkami tuż pod sufitem, jeszcze wilgotnymi palcami od nocy, aby nie uleciały do innych poetów. Uśmiecha się do nas radośnie przy śniadaniu i opowiada o niczym. Zdyszana biegnie do pracy, stukając obcasami, powiewając płaszczem i długim niebieskim szalem. Kasztanowe włosy naszej mamy wplątują się w przedszkolne firanki, misie rzucają za nią pełne podziwu spojrzenia, samochodziki zapuszczają plastikowe silniki, jakby ze wszystkich sił pragnęły ją dogonić. Patrzymy z siostrą ze smutkiem jak odchodzi i natychmiast zaczynamy za nią tęsknić.

Mój tata jest wysoki jak szafa, prawie zahacza o futrynę, przechodząc przez drzwi. Ma pomysł na życie i fascynują go stare samochody. Mówi, że pieniądze to nie wszystko i rzadko odzywa się nie pytany. Mam po nim kolor włosów, zadarty nos, głos i ciszę w sobie. W czasie niedzielnego obiadu nie powiedział ani słowa. Nachylony nad rosołem, wsłuchiwał się w muzykę, a wszyscy i tak uważali, że jest sympatyczny.

Głos mojej młodszej siostry Aurelii, pociesznej istotki z blond warkoczykami, rozlega się na wysokości klamki. Potrafi rozpłakać się na zawołanie, jeśli to tylko dla niej wygodne. Ma niewzruszone zdanie na każdy temat i nic nie kombinuje na boku. Sepleniąc, przypomina babcię. Wygląda jak kolorowa wycinanka z papieru, o rumianych policzkach z przejęcia. Można, by ją oprawić w ramki i powiesić na ścianie. Chwyta powietrze jak ryba wyciągnięta z wody, gdy wychodzi z szafy. Ma tam uciechę, obcując ze szmatami. Gdy na nią krzyczę za bałagan, robi przestraszone oczy wielkanocnego zajączka. Ostatnio dostała szlaban za hałasowanie przy stole. Dobrze wiem jak on boli, nawet, gdy szlaban jest zasłużony. Bardzo oszczędnie wykorzystywałam swoją moc domowej wróżki, dostarczając jej cukierki ukryte w wagonikach kolejki elektrycznej.

****

W Boże Narodzenie, w taki dzień, jak dzisiaj, już wczesnym rankiem, odwiedza nas ciotka Matylda. Sucha jędza o kościstej twarzy i cerze zeszłorocznego jabłka, o nosie podobnym do haczyka na ryby, rzadkich srebrnych włosach starej nauczycielki i palcach jak ołówki. Nie wzbudza mojego współczucia, bo nie ma w sobie nic z łagodności i hojności Świętego Mikołaja. Na powitanie zaciska pięść na moim ramieniu, pochyla się i całuje w policzek.

– Och! Jesteś taka śliczna, nasza mała diablico.

Gdy powtarza to kilka razy, wpadam w złość i jednym susem ląduję w najciemniejszym kącie domu. Popularność jest okropna, ciśnie się na usta, ale wstrzymuję oddech, żeby tylko czegoś nie palnąć. Dawno zorientowałam się, że mam do czynienia z niebezpiecznym człowiekiem. Od małego, zwraca się do nas łamaną francuszczyzną, zapamiętaną w szkole, przynajmniej tak twierdzi mama. Jej ojczysty język często pozostaje w ukryciu. Kiedyś powiedziała, że w Paryżu nikt do niej nie mówił po imieniu, więc ona też nie będzie, a poza tym Zofia to brzydkie imię i do mnie zupełnie nie pasuje. Muszę trzymać się od niej z daleka, gdy mnie przytula mam ochotę wbić wszystkie paznokcie w jej czarną sukienkę .

To moja rodzina, a ja jestem niekompatybilna, cokolwiek to znaczy. Nie lubię lalki Barbie, nie jestem księżniczką, nie noszę różowych ciuchów i sama nauczyłam się czytać. Czytam z latarką pod kołdrą wszystko, co wpadnie w ręce. No może nie zupełnie wszystko, kręcą mnie bajki poczciwego Andersena no i zakazane Teletubisie. Pływanie i czytanie książek to zajęcia niewymagające mówienia. Gdy to zrozumiałam, stałam się niepozorna, przynajmniej w domu. Tak, po prostu w jednej chwili.

– Ma dopiero siedem lat – powiedziała ciotka Matylda, wyjątkowo po polsku, przerywając wydawanie poleceń do telefonu komórkowego.

– Tym lepiej, zdążę jeszcze stetryczeć – warknęłam.

Poderwałam się z kanapy i uciekłam do łazienki. Trzęsąc się z bezsilnej złości, siedziałam na desce chyba z pół godziny, jakby nigdy nic. Nie było wygodnie, ale czułam jak spływa na mnie święty spokój, prawdopodobnie za sprawą snów mojej mamy, na sznurku wisiało ich dużo.

Jak dorosnę też będę pisać wiersze, pomyślałam, wychodząc. Z trudem zaczerpnęłam powietrza, żeby nie upaść, tak kręciło się w głowie. Oparta o parapet wyjrzałam przez okno, na podwórko. Pod murem właśnie przemykała pręgowana kotka. Należy do starszej, miłej pani mieszkającej nad nami. Kotka wyglądała na szczęśliwą, węszyła, jakby smakowała powietrze. Czysta, ciepła skóra i świeże mleko w porcelanowej, niebieskiej miseczce. Tego zawsze chciałam, właśnie tego, ale okazało się, że jestem uczulona na kocią sierść, a mama ma niezłomne zasady.

– Córeczko, czy wszystko w porządku?

Tuż za plecami usłyszałam głos taty i poczułam przyjemny zapach jego wody toaletowej. Od niego zawsze kręci mnie w nosie. Kocham tatę, jest wyrozumiały i czuły. Nigdy jeszcze nie gniewałam się na niego.

Przez świetlik w dachu sączyło się słabe grudniowe światło, muskając jego potężne ramiona. Chciałam się w nich schronić jak w dziupli, ale nie, tata lubi obcałowywać mnie po karku. Wtedy czuję łaskotki i nie wzbraniam się. Niedawno miał nadzieję, że oszaleję ze szczęścia na widok zielonego żółwia i sowy na biegunach, które wykonał znajomy stolarz z naprzeciwka. Tata z podekscytowania, aż dreptał na palcach. Nogi się pode mną ugięły na widok tych brzydactw, wolałabym szybszego laptopa lub komiks. Uratowała mnie kojąca obecność Aurelki, ona wszystkie zabawki łyka jak pelikan.

Otworzyły się oszklone drzwi od kuchni, zobaczyłam w nich mamę.

– Upiekłam pierniczki z cytrynowym lukrem. To dla was, dzieciaki – krzyknęła, w celu poinformowania

Minęła mnie i tatę, prawie nie patrząc w naszą stronę. Była smutna i ciężko dyszała. Powoli pokonała korytarz i osiadła w uszatym fotelu. Wtedy dotarło do mnie, że musi być bardzo zmęczona. Jak mogłabym, bez niej żyć?

– Odwróć wzrok, Zosiu, w przeciwnym razie poczujesz się tak, jakbyś patrzyła w słońce – wyszeptałam sama do siebie.

Naprawdę moja mama jest jednym z cudów tego świata, i nie szkodzi, że nie cierpi moich Teletubisiów. Fajnie jest wpełzać pod kołdrę i kłaść głowę na jej brzuchu. Gdy jestem smutna, ona szuka moich oczu, a ja nie wiem, gdzie one są, a ona wtedy mówi:

– Spójrz na mnie, spójrz w oczy córeczko...

Mówiąc, potrząsa moją głową, żeby przegnać cały smutek. Przytulam się, czuję jej ciepło i jest mi dobrze, i jest już po wszystkim. Miłość do rodziców to dość tajemnicza sprawa, sama się zdarza – tak często myślę.

****

Wigilijna kolacja czekała jak zwykle w salonie, hałasując talerzami. Już się przyzwyczaiłam, że gdy mnie nie ma za długo przy stole, ciotka Matylda okazuje zniecierpliwienie. Jej szyja wydłuża się niczym u zgorszonego strusia. Unosząc brwi, mruży oczy i pochyla się w moją stronę, używając tych niezrozumiałych francuskich wyrażeń. Głos miała równie szorstki jak jej powierzchowność i jeszcze na dodatek szurała tymi okropnymi, wielkimi butami pod stołem. Potem nie będę mogła odczyścić parkietu. Wszystko zawsze kończy się w ten sposób. Masakra!

Odparowałam dopiero na widok pachnącej z daleka choinki. Wysoka pod sufit, zajmowała prawie pół pokoju. Gdy migocze kolorowymi światełkami, w kominku pali się ogień, a pod sufitem na żyrandolu dynda wielka jemioła mój dom staje się jedynym na świecie. Już nie martwiłam się, że nie ma śniegu i, że nie pójdziemy z tatą do ogródka lepić bałwana o oczach z guzików. Przy stole zwykle milczymy, pochłaniając cudowne potrawy przyrządzone przez mamę. Tym razem było inaczej.

– Chciałabym tu przyjechać latem, otworzę w waszym miasteczku cukiernię z francuskim specjałami – niespodziewanie odezwała się

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych