Każdy ma swojego Daniela
paranoja dla wytrwałych
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
W imię Ciebie i Mnie i Małżeństwa Cudnego! W imię Nas, Świętej Miłości i Seksu Zajebistego! W imię Błogiej Równowagi i Wesołej Harmonii Naszej - oto moja Wielka Tajemnica Paranoi. Otóż i ona: podstępna rodzicielka małych znaczeń i nieistotnych z pozoru szczegółów, za którymi krokiem cichym, wręcz bezszelestnym i niezauważalnym, podąża wielkie gówno strachu, bagno zagubienia oraz mgła niepewności. O Matko Lęków, przeraźliwych smutków i karkołomnych przeinaczeń! To ty wykuwasz z nieprzeniknionej głębi poczucie niestałości, dajesz poczucie grząskiego, ruchomego gruntu pod nogami. Uaktywniasz mnóstwo ciemnych myśli pod kopułą i powodujesz trwożliwe bicie serca. W którą stronę iść, komu wierzyć, kto nas podpierdala? Gdzie podążać, kto jest godny zaufania? To ty dzień w dzień, przy każdej najmniejszej czynności – gdy kroję chleb, podcieram się, obcinam paznokcie, kicham i kaszlę, gdy zasypiam i budzę się - przypominasz, że obrzydliwie obcy (naprawdę „obcy”?) robak zazdrości jednak istnieje, ukryty był głęboko, podskórnie i co tu dużo mówić: bardzo sprytnie. To dzięki tobie brak mi teraz dystansu, miewam koszmarne, ciężkie sny i prawie wszędzie doszukuję się miłosnych niebezpieczeństw i pożądliwych zasadzek. W spojrzeniach, zdaniach i wszelkich dialogach – zapewne nic nie znaczących. W gestach, przysłowiach i gazetowych, niewiele wartych horoskopach. W smsach, książkach, w tekstach piosenek. „Na początku tygodnia będzie wydawało ci się, że zwali się na ciebie cały świat. Karty nie precyzują, o jaki rodzaj zagrożenia tu chodzi. Z opresji wyjdziesz cało pod jednym warunkiem: przyjmiesz zrządzenie losu z absolutnym spokojem” – czytam ze trzy razy, odkładam na moment, wracam do lektury ponownie i sam już nie wiem: bać się czy nie? Jest piątek, równie dobrze mogłaby być środa albo poniedziałek. Poszczególne dni nic nie znaczą, tak czy siak widzę – a raczej dostrzegam - znaki, o których wcześniej mi się nie śniło, nie przypuszczałem, że istnieją! Dzięki tobie myślę: użyję tego a tego długopisu, muszę wyrzucić śmieci zanim ugotuje się woda na kawę, wyjrzę przez okno i jeśli nie zobaczę numeru przejeżdżającego autobusu to… No właśnie, co? Ano to, że poczuję piekielnie zimny dotyk zdrady, gorzki smak porzucenia. Gdybyż to był tylko uciążliwy, lecz przecież znośny zapach niezrozumienia, zwykłe i banalne kłótnie małżeńskie, których jeszcze - na szczęście - się nie nauczyliśmy i mam nadzieję, że szybko ich nie przyswoimy. O przesoloną czy nie dosoloną zupę, zbyt późne wracanie do domu. O to, kto ma obrać ziemniaki, o zajętą łazienkę i program telewizyjny. A tak niemal wszędzie słowne pułapki, trzęsawiska intrygująco niepokojących znaczeń. Jak mam sobie wyjaśnić Twoje łzy w oczach? Szybko myślę, że to on jest ich sprawcą! Bo coś Ci powiedział, obraził, wbił z premedytacją ostry i co gorsza n i e z a p o m n i a n y szpikulec złośliwości. Nie chce mi się wierzyć, że nie wysłał do Ciebie (ani Ty do niego) choćby jednego smsa i ani razu nie zadzwonił, zaś w głowie pojawia się niebezpieczna iskra: wykasowałaś wszystko, co z nim związane! Bo jednak pewnej nocy zaświerzbiła mnie ręka, sprawdziłem Twój telefon. Po Twoim do mnie, lakonicznym jak nigdy, suchym niczym chleb dla konia, nie został „w utwórz wiadomość” żaden ślad. Wcześniej czekałem na odpowiedź ponad sto dwadzieścia długich minut, lecz układanka dla popadającego w obłęd pacjenta była jasna i przejrzysta: „pewnie nie miała czasu, bo pisała właśnie do niego”. Co mam myśleć, gdy dowiaduję się, że jednak zamiast chipsów piła whisky i to nie w hotelu, w którym zjawia się codziennie, ale tam gdzie on śpi? Co sądzić, jeśli najwięcej portretów, jakie zrobiła cyfrówką danego dnia ukazują właśnie jego? Moje myśli tym razem ograniczają się do prostych, niekoniecznie świadomych założeń - i nienawidzę siebie za to, obwiniam się z wielką skruchą. „Może specjalnie tak lawirował tym swoim samochodem, aby być z nią przez chwilę sam na sam” - pomyślałem, gdy kluczyliśmy za nim w poszukiwaniu teatralnego parkingu. „Tak dziwnie jechał i w końcu znalazł miejsce, z którego jej nie widziałem”. Nie lubisz słabych, tłamsisz ich,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil antoni
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…