Wróć do katalogu

Keep on Singing - Rozdział 3

Następna banalna opowieść o rodzinie, przyjaźni i miłości. W części rzeczywista, oparta na życiorysach znanych niektórym z Was ludzi, w części zmyślona, tworząca linearną czasoprzestrzeń, gdzie słodycz fantazji zespala się z goryczą dzisiejszości.

Sheena, opublikowano , 14 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Paryż, 23 maja 1984

Gdy autobus zaparkował niedaleko Placu Zgody, Paddy zerwał się jak oparzony i pierwszy wybiegł na zewnątrz. Uśmiechnął się do świata, a świat to szybko odwzajemnił. Radosny świergot ptasich, toczonych na parapetach konwersacji przeplatał się z gwarem budzącego się do życia miasta. Pod stylową, odzianą w bluszcz kamieniczką spacerował sennie wielki i opasły kocur, a tęga dozorczyni w fartuchu, zamiatając nieopodal podwórko, nuciła pod nosem rytmiczną i wesołą mruczankę. Z nieba lał się taki żar, że wszystko dookoła świeciło, a powietrze pachniało świeżym, wypiekanym gdzieś w pobliżu pieczywem i czystą pościelą, powiewającą jak żagiel na sznurze w wąziutkiej alejce. Chłopczyk stał oszołomiony i napawał się bezkresną idyllą. Od pół roku ponad, odkąd jego wujek wrócił, życie obu rodzin diametralnie się zmieniło i malec, zafascynowany otoczeniem, mógł się wreszcie skupiać na jaśniejszej jego stronie. Kalendarz w postaci gitary odszedł w zapomnienie. Zastąpił go notes, w którym Paddy, skrzętnie, to wszystko spisywał, co wprawiało go na co dzień w zachwyt lub warte było utrwalenia. Zazwyczaj były to słowa piosenek i przemyślenia, czasami rysunki. Teraz akurat, przyglądając się placu z niewielkiej, acz wystarczającej odległości, naszkicował w kajeciku wysoki, piętrzący się nad panoramą obelisk. - Znów bazgrolisz? Zatrzasnął zeszycik i spojrzał przez ramię na Joey’a. Joey był jego starszym o pięć lat bratem. Z całego rodzeństwa to właśnie on był największym nicponiem; chłopcem, którego zawsze wszędzie było pełno i za którym nikt nigdy nie mógł nadążyć. Był silny i odważny, czego Paddy oczywiście mu zazdrościł, lecz bardzo przy tym roztrzepany, impulsywny i konfliktowy. Choć nie raz się zdarzyło, by stanął w Paddy’ego obronie, to częściej, tak jak dzisiaj, po prostu się z niego naigrywał. - Daj mu spokój, Joey. On przynajmniej w przeciwieństwie do ciebie coś pisze i jeśli uda nam się przebić kiedyś czymś chwytliwym, to ty jesteś akurat ostatnim z potencjalnych szczęśliwców! – Kathy, wstawiając się za bratem, dolała nieświadomie oliwy. Joey tylko jeszcze bardziej się zapieklił. - Ej! – Krzyk Paddy’ego ściągnął wszystkich uwagę. – Oddawaj! To moje! Notes w rękach Joey’a poszybował tak wysoko w górę, że Paddy, choć skakał jak tylko potrafił, nie mógł go dosięgnąć. - "Madeleine, Madeleine, Madeleine. Jej imię jest słodkie jak sen. A stary Macdonald, gdzieś hen, zaprzedałby za nią część ziem". - Gdy chłopczyk usłyszał, jak brat jego wierszyk cytuje, rozejrzał się nerwowo i jeszcze wyżej podskoczył. - "I świnki, i kaczki, i kurkę, co gdacze. I farmę calutką, w tym osły i klacze! Zaprzedałby, sprzedałby, oddał za dzień. Za krótki i słodki z uroczą Madeleine". Joey parsknął, ledwo doczytał do końca, i zatoczył się w tył ze śmiechu. Nie spostrzegł przy tym miny stojącego za nim Jima i runął na ziemię, zahaczając o podetkniętą mu nogę. Jim był raptem rok od niego starszy. Odzywał się rzadko, a gdy już to robił, to z lekceważeniem. Schylił się. Podniósł z ziemi zeszyt. Gdy Joey się dźwignął i rękę do niego wyciągnął, przybił mu piątkę, a wstać nie pomógł. Notesu jednak, na przekór pozorom, nie oddał też właścicielowi. To Maddie stała najbliżej. Ona go od niego odebrała. Chwilę później podeszła do Paddy’ego, by bez jakiegokolwiek słowa, czy nawet kpiącego uśmiechu, jakiego mógł się w tym momencie spodziewać, oddać mu zgubę, obrócić się na pięcie, zdzielić go po twarzy pętem prostych, kasztanowych włosów i odejść jakby nic, ot tak, zupełnie zwyczajnie, puszczając to wszystko w niepamięć bądź z góry i bezdusznie ignorując. Choć w pierwszej chwili chciał się rozpłynąć w powietrzu, pobiegł zaraz za dziewczynką. I gdy wreszcie krok z nią wyrównał: - Nie zakochałem się w tobie! – zapewnił gorączkowo. A ona szła. Nie zatrzymała się, nie odpowiedziała, nie spojrzała na niego… nie posmutniała… - To był tylko wierszyk. Wiesz, taka wyliczanka – tłumaczył niezłomnie. – Znasz tą piosenkę? Old Macdonal had a farm? Tą, którą ćwiczyliśmy dzisiaj i wczoraj na próbach? To jest właśnie coś w tym stylu. Coś a’la następna zwrotka – łgał jak z nut. – Dużo mam takich własnych tekstów w notesie! Kiedyś, jeśli będziesz chciała, mogę ci kilka pokazać. Zatrzymał się, gdy i ona to zrobiła. Przy jednym z jarmarcznych straganów. Wgapiał się w nią, czekając jakiejś reakcji, ale Maddie zachowywała się tak, jakby w ogóle dla niej nie istniał. Sięgnęła do kieszonki swojej lnianej i przewiewnej sukienki, wyjęła z niej kilka drobnych i skrupulatnie je przeliczyła, a gdy upewniła się, że ma wystarczająco pieniędzy, podniosła brodę i uśmiechnęła się do sprzedawcy. Choć duma Paddy’ego popychała go ku rezygnacji, w przypadku Maddie zawsze postępował na odwrót. Znał chłód cierpiącego spojrzenia i wiedział już, po ojcu chociażby, że da się go skutecznie i trwale przełamać. - Wanilia, banan, truskawka czy pomarańcza? – Usłyszał nagle. I bezwolnie się wyszczerzył. - Pomarańcza – odparł z podekscytowaniem. - Poproszę zatem jedną dużą. Waniliową – rzuciła do sprzedawcy i uleciał z niego cały entuzjazm. - W kubeczku? - Na patyku. – Znów się uśmiechnęła. Sprzedawca się rozpromienił, a Paddy przewrócił oczami. Jej uśmiech roztapiał lodowce. Pamiętał dobrze mima, jaki ostatniej zimy, gdy występowali na ulicach Lyonu, stał pod wystawą jednego z ekskluzywnych butików, a jego trik na zarabianie był prosty i godny podziwu zarazem: poruszał się tylko wtedy, gdy ktoś mu rzucał pieniążek. Wykonywał wówczas ruchy jak ciągana za sznureczki marionetka, do łez rozbawiając tak dzieci, jak i dorosłych. W pozostałym czasie, wlekącym się niekiedy i godzinę, stał w kompletnym bezruchu. To był ich pierwszy dzień i Maddie, zaintrygowana mimem, przyglądała mu się z takim oczarowaniem, z jakim nigdy na Paddy’ego, gdy śpiewał, nie spojrzała. Jej wzrok go w końcu zwabił, wszystkich zresztą zwabiał, i mim, gdy natrafił jeszcze na ten pełen magnetyzmu uśmiech, taki taniec odstawił, że wszyscy przechodnie się zlecieli. Paddy pamiętał też, co Kathy mu wtedy powiedziała. Dzieci o tak nieprzeciętnym uroku osobistym jest garstka. I on również według niej miał mieć to coś w sobie. Szkopuł w tym, że - jak widać na powyższym przykładzie - nie potrafił się nim posługiwać. Zwłaszcza w stosunku do kogoś, kto sam już tę sztukę opanował. Gdy wracali już do autobusu - ramię w ramię, a jednak osobno – nie przestawał o tym rozmyślać. - Chcesz trochę? Tak, owszem. Usłyszał, że się odezwała. Był jednakże tak pochłonięty myślami, że jej słowa zadźwięczały jak muzyka, z indywidualnie interpretowanym przesłaniem. Obrócił się…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych