Keep on Singing - Rozdział 4
Następna banalna opowieść o rodzinie, przyjaźni i miłości. W części rzeczywista, oparta na życiorysach znanych niektórym z Was ludzi, w części zmyślona, tworząca linearną czasoprzestrzeń, gdzie słodycz fantazji zespala się z goryczą dzisiejszości.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Czuła się sobą dopiero wtedy, gdy matka na nią spojrzała. Nawet jeśli tylko po to, by zwrócić jej uwagę, zganić za niechlujny wygląd czy za nietaktowne zachowanie; nawet wtedy czuła się dumna… lub zwłaszcza wtedy… gdy wszyscy wokół wiedzieli, że jest córką tej kobiety, że są razem. Jolene mogła z niej drwić, żartować, mogła na nią krzyczeć, kiedy tylko chciała. Dla Maddie była wzorem do naśladowania, istnym obiektem kultu i bezwarunkowej miłości. Szykowna, przepiękna, z nobliwym uśmiechem na swych pełnych i wyszminkowanych ustach, przyciągała uwagę i odpowiednio nią później kierowała, niczego nigdy nie pozostawiając przypadkowi. Odkąd wróciła, Maddie się pilnowała. Czuwała też nad tym, by i inni się stosownie sprawowali. Sądziła, że tylko wtedy matka z nią zostanie, gdy nie będzie się nikogo i przed nikim wstydzić. To dlatego Paddy ją rozzłościł. Dlatego też go przegoniła. Był prostacki i zuchwały, nie pasował do wydumanego obrazka. Skrytykował jej matkę. Jej matkę! I nieważne, że zrobił to poniekąd w jej obronie. Z ulgą patrzyła, jak odchodził w stronę rodzeństwa. Z obrzydzeniem, jak rozstawiał instrumenty. - Jest ci posłuszny. – Usłyszała nagle. – Je ci z ręki. – W oczach jej pociemniało. – To dobrze, księżniczko. – Kamień spadł jej z serca. – W życiu trzeba takimi ludźmi się otaczać, którzy zrobią dla ciebie wszystko. – Zerknęła spode łba na matkę, która właśnie teraz, przyglądając się chłopcu spod zmrużonych powiek, zaciągnęła się ponownie papierosem. – Nieważne, jak wyglądają, jaki mają status społeczny, czy cieszą się szacunkiem i dobrą passą. Ważne, by byli ci wierni. - Nie rozumiem – odparła po chwili, ze strachem. - Gdy będzie chciał kiedyś pocałować cię w usta, ty go pocałuj pierwsza, w policzek. – Jolene, brwi przebiegle uniósłszy, dmuchnęła w Maddie chmurą mlecznego dymu. Dziewczynka przytknęła piąstkę do buzi i z trudem stłumiła napad spowodowanego tym kaszlu. – Nigdy nie dawaj wszystkiego, na czym komuś zależy, bo gdy tylko to zdobędzie, przestanie się o ciebie starać. - Ale ja mam dopiero siedem lat… - I dobre perspektywy przed sobą! – Kobieta wiedziała, jak wpłynąć na swoją córkę. Przysunęła się do niej, pogłaskała ją czule po włosach. Kiedy mała wskutek tego ożywiła się i chciała ją przytulić, pokiwała karcąco palcem. – Znaj swoją wartość i panuj nad emocjami – zrugała ją bezzwłocznie. – Rezerwuj takie gesty dla wybranych. Dla tych, nad którymi chcesz mieć kontrolę. – Maddie, potrząsnąwszy pokornie głową, przetarła wilgotniejące oczy. – Tacy muszą czuć się wyjątkowi. Muszą wiedzieć, że tylko na nich ci zależy. – Rzuciła na chodnik papierosa, przydepnęła go swoim obcasem. – Nawet jeśli wcale tak nie będzie. – Westchnęła przeciągle, kończąc tym samym swój dyskurs. Lada moment miał się zacząć koncert, a one wciąż siedziały daleko, na kamiennej obręczy fontanny. Od chlupiącej wody za ich plecami bił przyjemny i orzeźwiający chłodek. Jolene nie była zadowolona z miejsca, jakie Dan wybrał na występ. Perfekcyjna w każdym calu, niczego nie nienawidziła bardziej od swędu spieczonej słońcem skóry, nadmiernie w dodatku spoconej. Nie sprzeciwiała się jednak Danowi. Nigdy. Był zaradny, uczynny i obiecał jej przecież pomoc. To za jego prośbą zgodziła się donosić tę przeklętą ciążę, choć nie było godziny, by nie wyrzucała sobie tej nieprzemyślanej słabości. Jej życie byłoby prostsze, gdyby w żadną ciążę nie zaszła. Ciągnęło ją do świata, do przygód; do szans, jakie dzień w dzień traciła. Ceniła Louisa za jego szlachetność, uczciwość i opiekę, jaką ją otaczał, ale nigdy go nie kochała. Nikogo nigdy nie kochała. Nie spotkała mężczyzny, o którym mogłaby powiedzieć, że jest jej godzien. Nawet jeśli taki się urodził, stracił nadzieję, że ją znajdzie, i czezł u boku nie dorastającej jej do pięt kobiety, tracąc również na swej własnej atrakcyjności. Utknęła więc z Louie’m, jak go pieszczotliwie, choć z sarkazmem nazywała, a za miesiąc miała ugrząźć też z cuchnącym zasmarkańcem, zasypana pieluchami po poczerwieniałe z niewyspania oczy. W konkluzji przemyśleń wyciągnęła następnego papierosa. Zbyła spojrzenie Madeleine, która szybko, nie chcąc jej podpaść, odwróciła się w przeciwną stronę, i sztachnęła się nerwowo dymem. Nie czuła potrzeby przepraszać za to, co robi, czy wyjaśniać komukolwiek, jak ciasno jej w tym wielkim, na ironię, ciele. Wszyscy widzieli, a nikt nie chciałby przyznać, że stworzona została do czegoś zupełnie innego.
Kiedy na nią zerknął, wszystko w nim zawrzało. W konfrontacji z jego matką, która śmiercią życie jego brata wykupiła, była podła, nikczemna, wyjałowiona ze wszystkich wznoszących człowieka uczuć. Nie czuł do niej nic prócz wstrętu i pogardy. I nie mógł pozostać obojętnym. Nie mógł, bo był synem swojej mamy. Bo wiedział, że wciąż na niego patrzy. - Tato? – Pociągnął ojca za rękaw. - Ustaw się, Paddy, już zaczynamy! – Dan, posławszy promienny uśmiech kilku zaciekawionym, kręcącym się opodal przechodniom, zlustrował migiem dzieci, upewnił się, że są gotowe, i wydał znak do rozpoczęcia koncertu. Pierwsze weszły bębny, trzymane przez Johnny’ego i Patricię. Zaraz po nich akordeon Kathy i mało wymagający tamburyn Jimmy’ego, nadające piosence swojskiego i lekkiego klimatu. „Ande Ande Ande” była idealną pozycją na rozruch. O umiarkowanym, choć skocznym tempie i z wokalnym udziałem wszystkich kolejno, ściągała złaknioną dynamiki publiczność, a dla nich stanowiła energiczną co prawda, lecz nie za bardzo forsowną rozgrzewkę. Po niej rozbrzmiały pierwsze takty „Peces” i głęboki głos Kathy na wstępie. Jej wejście zwabiło pierwszych tego dnia słuchaczy – młodych, obcinających ją wzrokiem chłopaków, szturchających się nawzajem z ironicznym na pozór, a pełnym zafascynowania błyskiem w pociemniałych oczach. Przy tym kawałku Paddy ustać nie umiał. Zaczynał nieśmiało, podrygując dziarsko w rytm żwawej piosenki, a kończył wraz z Maite, hulając w podskokach przed lub wokół nieporuszonego ich harcami rodzeństwa. Był to zabieg w pełni instynktowny. I zaskakująco chwytliwy. W mig zleciały się dzieci, które wcześniej, niezauważone, snuły się po placu za swoimi rodzicami. Paddy witał je szybkimi machnięciami, a łapiąc pospiesznie za ręce, wplatał je wszystkie w wijącego się z obłędną prędkością wężyka. Rodzice rozswawolonych pociech zjawiali się w ślad za nimi, a gdy nijak nie mogli odciągnąć dzieci od zabawy, sami stawali się jej aktywnymi i pełnoprawnymi uczestnikami. Nie tylko oni zresztą zapominali się w dokazywaniach, bo i Paddy wraz z każdą piosenką oddalał się myślami od Maddie i jej podłej matki. To dlatego właśnie kochał występować. Dla tych krótkich momentów oderwania od rzeczywistości gotów był poświęcić całe swoje dzieciństwo. Nie robił tego dla pieniędzy, a dla frajdy. I tego ciepłego uczucia, gdy obcy sobie ludzie, spotkani przypadkiem na ulicy, znajdywali powód, by śmiać się monotonii w oczy. Po fali szybkich numerów, wśród których triumfy święcił „Old Macdonald”, „Chi-Qui-Rri-Tin” i „Brincan y Bailan”, nastała ta trudniejsza dla niego chwila. Powrót na ziemię, zmierzenie się z cieniem niewystarczająco odległej przeszłości, „Amazing Grace” – ukochana pieśń jego matki. Gula rosła mu w gardle na długo przed tym, gdy miał wejść ze swoją partią, a ciąg obrazów przed oczami, przetaczając się w tempie dudniącego karkołomnie serca, skutkował łzami, których nie był w stanie odeprzeć. Łzami, które… - Pomóż mi – zdawały się wołać jej usta. Rodzeństwo powtórzyło takty, w które wbić się ze swoim śpiewem nie zdążył. - Pomóż mi! – Maddie, wyłaniając się zza sylwetek otaczających ich kordonem ludzi, patrzyła wprost na niego… i wołała go na pomoc! Podziałało to na niego niczym kubeł zimnej wody. Wyrwał naprzód, przedarł się gwałtem przez publiczność. Gdy zobaczył, jak dziewczynka, pochylona nad fontanną, przytrzymuje leżącą matkę, zawrócił, znów ludzi łokciami poodpychał, a stanąwszy na samym środku, twarzą w twarz z rozwścieczonym, nie rozumiejącym nic ojcem, wychrypiał drżącym głosem, że cioci coś się stało. Muzyka wnet ucichła, wszyscy osłupieli. Ziemia się na moment jakby zatrzymała i wszystko wokół stanęło. Kiedy znów zaczęła wirować, to tak, że chłopczyk już nie nadążał. Wujek Louis pierwszy wyrwał się z transu. Po tym, jak przedostał się przez zbiorowisko, chłopiec usłyszał głośny i…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Sheena
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…