Keep on Singing - Rozdział 5
Następna banalna opowieść o rodzinie, przyjaźni i miłości. W części rzeczywista, oparta na życiorysach znanych niektórym z Was ludzi, w części zmyślona, tworząca linearną czasoprzestrzeń, gdzie słodycz fantazji zespala się z goryczą dzisiejszości.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Auvers-sur-Oise, 1 czerwca 1984
Lato przyszło wcześniej niż zapowiadano i rozpanoszyło się w Paryżu dokuczliwym, determinującym skwarem. Barwy przybierały na swym nasyceniu, zapachy na intensywności; wszystko stawało się albo tak piękne, że zniewalające, albo przytłaczające, zbyt napastliwe w swym niedostrzegalnym dotychczas jestestwie. Odwrotnie było z Paddy’m. Jego przebojowość na tle lata bladła. Od koncertu na Placu Zgody, przełomowego dla obu zaprzyjaźnionych rodzin, chłopiec izolował się i wycofywał, nawet w stosunku do Maddie zupełnie obojętniejąc. A starzec nie mógł tego nie spostrzec. Stał właśnie w progu autobusu, na najniższym schodku, zanurzając raz po raz wąsy w kubku z mrożoną kawą. To był pierwszy dzień od niepamiętnego już dawna, kiedy podjął decyzję o przerwie w występach i zwyczajnym wypadzie za miasto, daleko od zgiełku, do lasu. Dzieci, choć zaskoczone, przyjęły to z entuzjazmem i każde – w zależności od upodobań – spędzało czas aktywnie, na świeżym powietrzu, nie będąc skrępowanym ani sztywnymi ramami czasowymi, ani obowiązkami. I tak Barby na przykład, zafascynowana ostatnio tańcem, pląsała boso po łące. Jej długie blond loki, lekkość ruchów i gracja sprawiały, że wyglądała w soczystej zieleni jak urokliwa, a eteryczna rusałka, w każdej chwili gotowa pierzchnąć lub rozpłynąć się dosłownie w powietrzu, lub wzbić się w przestworza i odlecieć z babim latem w stronę słońca. Była tak urzekająca, tak bardzo podobna do matki, że Dan, oczarowany, patrzeć mógł na nią godzinami. Od jej piękna odciągnęła go Maite, pięcioletnia kabarecistka. Parodiując figury swojej starszej, oddającej się baletowi siostry, podrygiwała za nią w komicznych i pociesznych podskokach, nucąc rymowankę „Humpty Dumpty” i burząc tym samym magię hipnotycznego widoku. Dan zaśmiał się krótko i głową z zachwytem pokiwał. Wyszedł na zewnątrz, choć nie czuł się tego dnia dobrze. Drogę, niespodziewanie, przeciął mu drałujący z wrzaskiem Angelo. Trzylatek, chybocząc się na swoich krótkich jeszcze nóżkach, uciekał co tchu przed Joey’em. Kiedy z drugiej strony, zza autobusu, wyskoczył mu Johnny, zatrzymał się, odwrócił za siebie i zmienił kierunek, z jeszcze gorszym jazgotem pędząc do Patricii. Patricia zaś odpoczywała na leżaku. Wertując jakieś czasopismo oraz popijając bezustannie lemoniadę, sprawiała wrażenie rozdrażnionej panującym hałasem. Azylu jednak udzieliła, co John skwitował wyrażającym bezradność westchnieniem, a Joey postulatem o zwrócenie zośki, czyli wykonanej z pęczka włóczki piłki, którą grali, a w której junior upatrzył sobie znakomitą, znakomitszą od własnych zabawkę. Dan nie wiedział, czy Patricia się ugięła, bo Chloe, córka Louisa, zaniosła się nagle gwałtownym i niezmordowanym płaczem. Na nic zdały się zapewnienia Kathy, że jej tata i siostra zaraz wrócą. Odkąd jeździli codziennie do szpitala, dziewczynka stała się marudna i przewrażliwiona, a gdy ktoś jej czegoś odmawiał lub coś nie szło po jej myśli, wpadała w prawdziwą, agresywną niekiedy histerię. - Mogliby jednak zabierać ją ze sobą. – Jim się zjawił znienacka. - Szpital to nie miejsce dla dzieci. - Madeleine wujek zabiera. - Maddie to co innego. Chłopiec wbił w ojca zdumione, domagające się wyjaśnień spojrzenie. Dan jednak cmoknął tylko z przekąsem. Nie chciał tłumaczyć Louisa, z którego decyzjami sam się ostatnio nie zgadzał. - Gdzie jest Paddy? – Zmienił szybko temat. – Mieliście się przecież nie oddalać. - Mówił, że idzie nad rzekę. – Jimmy, jakby nigdy nic, wzruszył apatycznie ramionami. Niańczenie dzieci nie leżało w kręgu jego upodobań. – Nie zgubi się, nie utopi – dodał po namyśle. – Znów coś pewnie bazgrze w swoim zeszyciku. Starzec się rozejrzał. Coś mu w tym wszystkim nie grało. Objął wzrokiem polanę i hasające po niej córeczki, leżak Patricii i negocjujących z nią braci, Kathy na kocu, nadpobudliwą Chloe… - W tamtym „zeszyciku”? – Wskazał na koniec na leżący przy dziewczynce notes. Jim powiódł za nim spojrzeniem. I oniemiał. - Paddy bez niego nigdzie się przecież nie rusza – wyjaśnił sam sobie i spojrzał z przestrachem na ojca. Coś w starcu pękało. Wiedział przecież, obserwował syna od tygodnia! Wiedział, że Paddy nie sypiał. Wiedział, że stracił apetyt. Wiedział, że coś się stało, lecz w natłoku codzienności i pod presją wciąż mknącego czasu odwlekał tę chwilę, rozmowę… odwlekał ją, bo nie wiedział, jak zacząć. - Czy naprawdę tak trudno jest patrzeć jeden na drugiego? – wydusił łamiącym się głosem. – Ile razy… – Pięści zacisnął. – Ile razy mam wam jeszcze powtarzać, że starsi doglądają młodszych, a młodsi słuchają się starszych? – stracił kontrolę i huknął przeszywająco. Jego słowa poniosły się echem po lesie i dzieci, przerażone krzykiem, oderwały się od swoich zajęć. – Czy naprawdę musi dojść do tragedii, żebyście to w końcu zrozumieli?! Kathy patrzyła z pokorą, Maite z Barby ze strachem, Pat mrużyła oczy zza gazety, a John z Joey’em głowy solidarnie spuścili. Jim jako jedyny zatapiał w nim zuchwałe spojrzenie. Nie poczuwał się do winy, nie usprawiedliwiał. Z odwagą osądzał. Bez skrupułów piętnował. Stał się głosem tych, co bali się mówić za siebie. - Opiekowaliśmy się sobą po śmierci mamy – wychrypiał z mocą. – Gdy tobie było jeszcze obojętne, co się z nami stanie.
***
Znalazł to miejsce przypadkiem, przedarłszy się przez las za zduszonym szelestem strumienia, i od razu się w nim zakochał. Za krawędzią leśnej gęstwiny chełpiła się upstrzona mniszkami polana. Kwiatów było mnóstwo, gdziekolwiek okiem by nie sięgnął. Tworzyły miękki, kładący się pod wiatrem dywan, żółcący się tak, że aż oczy od radości bolały. Mimo czaru, jaki roztaczały, nie mógł oprzeć się dziwnemu i nienazwanemu przeczuciu, że coś, skądś, doskonale zakamuflowane, że coś go obserwuje. Z lasu wychodził pomału, jak dzikie, bojące się otwartych przestrzeni zwierzę. Buty stawiał tak, by nie przydepnąć kwiatów, a usta miał ściśnięte, nie chcąc zbyt głośno oddychać. Polana – im bliżej był strumienia – wybrzuszała się w wąziutki cypelek. Na jego środku, w towarzystwie dojrzewających porzeczek, rosła olbrzymia wierzba. Była najbardziej niezwykłym drzewem, jakie kiedykolwiek i gdziekolwiek widział. Wołała go, nęciła. Zjednywała go sobie lejącymi się do wody pędami. Majestatyczna, melancholijna, pełna ambiwalentnych wartości. Mimo przepięknego sąsiedztwa i znamienitych kompanów, pogrążała się we własnym świecie zachwianej i niestabilnej percepcji, tylko to dostrzegając, czego była w stanie dotknąć, i tonąc w efekcie w zamglonej toni wciąż uciekającej gdzieś rzeczki. Miała osobowość. Przekonał się o tym, gdy ją objął. Jej szaro-brązowa, wszędzie spękana kora ostrzegała bowiem przed niebezpieczeństwem wspinaczki. Paddy jednak, raz zafrapowany, nie zniechęcał się takimi błahostkami. Przywarł do drzewa. Poczuł, jak przyjemnie jest chłodne. Dzięki licznym rozgałęzieniom szybko wdrapał się na górę. Przewiesił nogę nad…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Sheena
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…