Wróć do katalogu

Keep on Singing - Rozdział 9

Następna banalna opowieść o rodzinie, przyjaźni i miłości. W części rzeczywista, oparta na życiorysach znanych niektórym z Was ludzi, w części zmyślona, tworząca linearną czasoprzestrzeń, gdzie słodycz fantazji zespala się z goryczą dzisiejszości.

Sheena, opublikowano , 16 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Auvers-sur-Oise, 23 lipca 1984

Wystarczyło, że jakaś wątła smużka światła zabłąkała się pod jego powiekami, a obudził się od razu, z pełną świadomością, momentalnie lustrując ten skromny, a tak bardzo przytulny pokoik. Jego łóżko stało pod naprzeciwległą oknu ścianą. Podpierając ją drewnianym wezgłowiem o wyraźnym, bardzo naturalnym usłojeniu, stanowiło wraz z komodą jedyne umeblowanie tego małego bądź co bądź pomieszczenia. Jako że pokój znajdował się na poddaszu, sufit zdobiły masywne belki stropowe o tym samym co meble głębokim i ciemnym odcieniu; choć upstrzone bezlikiem sęków i świadczących o ich wieku nierówności, swojskie i niezwykle urokliwe. Ściany zaś, niegdyś chyba białe, zszarzały i poprzecierały się gdzieniegdzie, gubiąc nie tylko naniesioną przed laty farbę, ale i całe połacie zestarzałego, dręczonego wilgocią tynku. Po lewej stronie łóżka, w samym rogu wiejskiego pokoiku, stał wiklinowy kosz na bieliznę i wznoszący się nad nim wieszak z czarnego żeliwa – przechowalnia dla płaszczy i parasolek, zbędnych jego zdaniem w sypialni, a po stronie prawej, tuż obok topornych drzwi z misternie rzeźbionego drewna, rozpościerał się na ścianie wełniany kilim z ludowym wzornictwem, w przebogatej gamie kolorystycznej, idealnie współgrający z dominującymi tu kontrastami. Nie był to być może wymarzony pokój dla dziecka, ale miał w sobie coś, co z miejsca Paddy’ego urzekło. Ledwo sobie o tym przypomniał, zrzucił z siebie miękką i puszystą pościel, oparł bose stópki o deski chropowatej podłogi i poderwał się prężnie do pionu. Radość obudzenia się we własnym domu była tym większa, że za oknem jego sypialni roztaczał się najlepszy z możliwych widok. Chłopczyk w stronę okna szedł powoli, zupełnie jakby wciąż jeszcze nie wierzył, że nie jest to sen, a jawa. Piętka za piętką uderzały rytmicznie w podłogę, przyprawiając ją o regularne i markotne skrzypienie, aż wreszcie, skąpane w snopie lejącego się zza niedomkniętych okiennic światła, zakończyły powłóczystą wędrówkę. Nozdrza chłopca wypełniły się wtedy rześkim i cucącym powietrzem. Jego niecierpliwy dotychczas oddech ukołysał się w miarowym tempie zaraźliwej w tym miejscu beztroski. Po tym, jak otworzył na oścież oba skrzydła okna i wypchnął do zewnątrz okiennice, zastygł w niezłomnym zachwycie. Złociste promienie przedpołudniowego słońca nurzały się w toni strumienia. Tam, dokąd płynął, pyszniło się jego zakole. Gdyby jednak spojrzeć w przeciwnym do niego kierunku, była wierzba… i żółcąca się plama stulonej pod lasem polany. Oniemiały, niedowierzający własnemu szczęściu, wdrapał się bezwolnie na parapet. Usiadł na nim bokiem, z kolanami wciśniętymi w ramiona. Mętnym wzrokiem badał urzeczywistnienie swoich marzeń, gdy: - Czy ty nie mógłbyś przynajmniej udawać, że nie jesteś aż tak rąbnięty, za jakiego wszyscy cię mamy? – Jim się odezwał. To była ich pierwsza noc w nowym domu. Obaj mieli nadzieję, że począwszy od kolejnej nie będą musieli dzielić tego samego łóżka i pokoju. - Zamknij okiennice! Daj żyć! – warknął i na powrót zakopał się w kołdrę. - Światło czy powietrze ci przeszkadza? - Hałas. - Jesteśmy w Auvers. – Paddy aż się uśmiechnął. – Hałas tu nie istnieje. - Dziesięć, dziewięć, osiem… - Co robisz? - Zaraz się przekonasz. – Głos zakutanego w pościel Jima brzmiał jak spod ziemi. – Siedem, sześć, pięć, cztery… - A po „jeden” wypchniesz mnie z okna? - Trzy, dwa, i… Stuk, stuk, stuk, rozległo się gdzieś na podwórku. Paddy, zdębiały, wychylił się nieco za kamienną fasadę budynku. W ich niewielkim ogródku tuż pod dorodnym żywopłotem stał Joey. Z nietypową dla siebie miną męczennika wbijał gwoździe w długi na półtora metra panel. - Hej! – chłopiec zakrzyknął. – Co robisz? Brat obrócił się przez ramię, już z odległości mrożąc go wrogim spojrzeniem. - To, co ty powinieneś – odburknął. Paddy wtedy przyjrzał się leżącym na trawie elementom. Wygięte w łuk deski wyglądały jak płozy, a walcowate pręty o identycznych długościach… - Łóżeczko dla Bianci… – Na rozwartych ustach chłopca te słowa zastygły bez wymaganego potwierdzenia. W mig zeskoczył z parapetu. Nie zważając na utyskiwania Jima, nie zamknął okna, nie zasłonił okiennic i tak jak spał, w białym podkoszulku i bokserkach, wypadł jak burza z pokoju. Schody pokonywał w takim tempie, że u ich podnóża, wpadłszy z impetem na Patricię, przewrócił i ją, i samego siebie przy okazji, przepraszając, chichocząc, podnosząc się, podnosząc siostrę, chichocząc i gnając dalej. - Joey, zaczekaj! Joey, ja ci pomogę! – zawołał z werandy i znów się przez pośpiech poślizgnął. Joey jęknął, Jim wrzasnął przez okno „czubek!”, a z parteru, z kuchni najprawdopodobniej, dało się słyszeć gromkie, a stateczne „słownictwo!”. Paddy, zaalarmowany tym ostatnim, zawrócił na chwilę do domu. Zastanemu w kuchni tacie posłał szybki, a wymowny uśmiech. Nie lubił i nie chciał, by papa się za nim wstawiał, ale tego ranka wszystko sprawiało mu radość. - Skoro już wstałeś – ojciec zagaił – to nie pomagaj Joey’owi, bo czas tylko stracimy. Chcę zabrać ją z tego szpitala tak szybko, jak to tylko możliwe. Dość już tam czasu spędziła. – Okrążył kuchnię, ich nowy przybytek sztuki kulinarnej, wymachując jednocześnie trzymanym w dłoni kubkiem. – Kathy zrobiła śniadanie – oznajmił. – Jest – rozejrzał się z roztargnieniem – gdzieś tu je odłożyła… - Pewnie do lodówki. - Ach, właśnie! – Starzec skrzywił się w pełnym skrępowania uśmiechu. – Na pewno jest w lodówce. - Nie jestem głodny. – Paddy wzruszył ramionami i wszedł żwawo do środka. Kuchnia wynajmowanego przez nich domu, w przeciwieństwie do wszystkich sypialni, była w pełni wyposażona. Duża, przestronna, urządzona w rustykalnym stylu, kojarzyła się Paddy’emu nie tylko z przysłowiowym, ale i dosłownym ciepłem domowego ogniska, albowiem znajdował się tutaj najprawdziwszy piec kuchenny, obity błyszczącymi, śnieżnobiałymi kaflami; doskonała pamiątka świetności minionej epoki. Chłopiec, przeszedłszy obok niego, nie mógł się nie uśmiechnąć. Kiedy usiadł przy olbrzymim, wspieranym przez finezyjne kolumienki stole, zerknął z ciekawością na stojący nieopodal kredens. Przeszklenia mebla ukazywały niemodną już, a wciąż zachwycającą porcelanę, i nie taką codzienną, używaną regularnie, a odświętną i zadbaną, rozstawioną na półkach z rozmysłem, namaszczeniem i wyczuciem dawno zapomnianej estetyki. Ten swoisty, rażący drobiazgowością artyzm odmalowywał się także na ścianach. Wszędzie, gdzie okiem nie sięgnąć, wisiały jakieś akcesoria: drewniane łyżki i widelce, chochle rozmaitej maści, istne zatrzęsienie palmowych słoiczków na przyprawy i lniane ściereczki, przeplatane tu i ówdzie warkoczami czosnku, grzybów oraz warzyw i owoców, wszystkich ususzonych. Przebywając w takim pomieszczeniu, nie można było opędzić się od wrażenia, że gdyby dać projektantowi kolejną tonę ekologicznych lub organicznych dekoracji, wyburzyłby ściany i wymurował następne – powiększyłby tę kuchnię tylko i wyłącznie po to, żeby mieć je później gdzie z celebracją rozwiesić. Innych mogło to razić – Paddy’ego oczarowało. Sam chciałby być aż tak dumnym z każdego, najdrobniejszego nawet tworu swojej wyobraźni. - Znalazłem! – Triumf w głosie papy wyrwał go z oszołomienia. Ojciec, przeciąwszy kuchnię w poprzek, zaserwował mu rogalika z masłem na talerzu i malutką miseczkę, wypełnioną po brzegi gęstym i apetycznym musem czekoladowym. – No co? – spytał na koniec, samemu inspekcjonując podane synowi śniadanie. - To chyba dla Maite – Paddy wybąknął. – Ta czekolada… - Twoja siostra nie jest gruba! – papa natychmiast się zżymnął. – Jest troszkę przy kości – odchrząknął – taka słodko pulchna – pokiwał dla potwierdzenia głową – ale nie wolno ci z tego żartować… ani nawet tak myśleć! Paddy wybałuszył oczy. - Niczego z powyższych nie miałem przecież na myśli!…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych