Klejnot Asybi - Rozdział drugi
Rozdział drugi mojej powieści o Klejnocie Asybi
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Kelvan otworzył oczy. Pierwsze promienie słońca wpadały poprzez okna zdobione witrażami, rzucając na podłogę i ściany kolorowe refleksy. Usiadł powoli i rozejrzał się uważnie dookoła. Bogini nie było nigdzie widać. Przetarł ręką zaspane oczy, zastanawiając się, gdzie też Ashea mogła odejść. Po chwili dopiero przypomniał sobie, iż bogini powiedziała mu, że rankiem najprawdopodobniej już się nie spotkają. Zaczął zastanawiać się, czy wydarzenia poprzedniego dnia nie były tylko snem, lecz dostrzegł leżący na ołtarzu miecz. To utrwaliło go w pewności, że wszystko, co zdarzyło się wczoraj było realne. Obok broni leżał talerz z jedzeniem. Mężczyzna uśmiechnął się na to w duchu. Chociaż jej tu nie było, bogini zadbała, by był w pełni sił przed trudną podróżą. Pomimo iż rozmawiał wczoraj z Asheą do późna, czuł się dzisiaj wypoczęty i rześki. Gdy z nią roz-mawiał, czuł emanujący od niej spokój, miłość i troskę. Sprawiło to, iż czuł się, jakby znów rozmawiał ze swą matką, jakby ponownie była przy nim. Kiedy miał pięć lat, jego matka umarła na panoszącą się w tamtym roku zarazę. Od tamtej pory bardzo mu jej brakowało. Jej śmierć sprawiła, iż w jego sercu powstała bolesna pustka. Pomimo upływu lat wciąż odczuwał ten sam tępy ból. Teraz jednakże, bogini uleczyła tę ranę. Kelvan uważał, że zrobiła to, by choć trochę wynagrodzić mu brzemię, jakie na niego nałożyła. Wstał i zjadł pozostawione mu jedzenie. Po skończonym posiłku przypiął do pasa pochwę z mieczem i po raz ostatni rozejrzał się po otaczających go pięknych rzeźbach i witrażach. Odetchnął głęboko, po czym ruszył powoli w kierunku wyjścia. Wiedział, że gdy tylko opuści progi tej budowli, będzie stale narażony na niebezpieczeństwo. Na ulicach nie było jeszcze nikogo; wiedział, że ten stan rzeczy szybko się zmieni. Trzymając rękę na wrotach świątyni lustrował uważnie otaczający go teren w poszukiwaniu niebezpieczeństwa. Wiedział, że spędził w świątyni wiele czasu, a Ashea powiedziała mu, że kontaktując się z nim, zdradziła wrogom miejsce jego pobytu. Nagle usłyszał cichy szept i poruszenie pomiędzy drzewami rosnącymi w małym pasie zieleni po bo-kach i od tyłu świątyni. Spojrzał w tamtą stronę i zobaczył wpatrzone w niego oczy Terusa i Cedisa. Za-krztusił się gwałtownie ze zdziwienia; to były osoby, których najmniej spodziewał się tutaj zobaczyć. - Co wy tutaj robicie? – spytał, gdy tylko udało mu się odzyskać oddech. - My? No cóż… - zaczął niepewnie Cedis, jakby nie wiedząc, czy odpowiedzią na to pytanie nie roz-złości Kelvana. – Wczoraj dziwnie się zachowywałeś, więc postanowiliśmy sprawdzić, czy wszystko z tobą dobrze. - I zamiast pójść do mojego domu, przyszliście tutaj, bo jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności do-myśliliście się, że tu jestem? – Uniósł podejrzliwie brew. - No… niezupełnie… - Jego przyjaciel wydawał się coraz bardziej zmieszany. - A więc co? Śledziliście mnie? - Śledziliśmy? – Jego rozmówca lekko pokręcił głową. – To takie nieładne słowo. Po prostu poszliśmy za tobą… - Ach, a więc tak to się teraz nazywa – rzucił z przekąsem Kelvan. Cedis puścił jego uwagę mimo uszu. - Poszliśmy za tobą – kontynuował, jak gdyby nigdy nic – i dostrzegliśmy, że wszedłeś do tej świątyni. Gdy jednak próbowaliśmy wejść za tobą do środka, drzwi były zamknięte. Po co, u licha, zamykałeś się w świątyni? Kelvan szeroko otworzył oczy z zaskoczenia. - Zamknięte? Ja ich nie… - Po chwili uderzył się dłonią w czoło. – No tak, głupek ze mnie - wymam-rotał pod nosem. – Powinienem był od razu się domyślić, że je zamknęła. - Co? – zapytali chórem jego przyjaciele. Teraz to oni mieli wybałuszone oczy. Kelvan zbył to machnięciem ręki. - Nie teraz – powiedział, po czym rozejrzał się dookoła. Ludzie zaczynali wychodzić na ulice, na rynku robiło się coraz tłoczniej. – Chodźcie. Ruszył przed siebie. Jego kompani wymienili zaskoczone i zaniepokojone spojrzenia, po czym bez słowa poszli za nim. Zaczynali rozumieć, że gdy jest w takim humorze, nie jest skory do tłumaczeń, a pytaniami tylko pogarszają sytuację. Kelvan szedł przed siebie szybkim krokiem, ani razu nie oglądając się za przyjaciółmi. Nie musiał. Wiedział, że za nim pójdą. Jego kompanów tak bardzo zaniepokoiło i zaciekawiło jego dziwne zachowa-nie, że poszliby za nim wszędzie, byleby dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi. Zatrzymał się gwałtownie, dotarłszy do celu. Mały murowany domek, w którym mieszkał, od kiedy osiągnął pełnoletność, wyglądał jak zawsze. Uspokojony mężczyzna otworzył kluczem drzwi i gestem zaprosił swych przyjaciół do środka. Gdy tylko zaryglował drzwi, dla pewności, że nikt ich nie posłucha i nie wtargnie do domu, odwrócił się do nich przodem i spojrzał na nich uważnie. - Lepiej usiądźcie – powiedział powoli – bo to długa historia. Posłuchali go bez sprzeciwu. Kelvan zastanowił się mimochodem, czy nie uznają, że sobie z nich żar-tuje, lub też, że oszalał. Wiedział jednak, że zabrnął za daleko, by móc się wycofać. Chciał mieć towarzyszów podróży, a ze wszystkich swych znajomych, tylko tym dwóm ufał całkowi-cie, tylko im mógł opowiedzieć o wszystkim. Wiedział, że jeżeli nawet mu uwierzą, nie będzie mógł ich prosić, by mu towarzyszyli. To musiała być ich decyzja. Ta misja mogła okazać się wielce niebezpieczna, mogli nawet umrzeć. Nie mógł za nich zdecydować. Usiadł obok nich na krześle przy stole. Spojrzał im w oczy. - To bardzo zwariowana historia – powiedział, nie bardzo wiedząc, jak zacząć. - A więc mów – odparł na to spokojnie Terus. – Zacznij od początku. Kelvan uśmiechnął się delikatnie do swego przyjaciela, wdzięczny za tę pomoc. Opowiedział im o od-czuciach, jakie nazywał "swą intuicją". Powiedział im o spotkaniu z Asheą i misji, jaką mu powierzyła. Pokazał im Miecz Krwi. Gdy skończył, przez chwilę panowała cisza. - Musisz jechać do Świątyni Proroctw w Garandrze? – wysapał Terus. – To ponad trzysta kilometrów stąd. - Wiem – westchnął Kelvan. – Jednakże nie mam wielkiego wyboru. Cedis wstał. - Muszę iść. – Kelvan spojrzał na niego zaskoczony, a zarazem smutny. Pomyślał, że przyjaciel mu nie uwierzył. Po chwili mężczyzna kontynuował: - Jak sądzę, musisz wyruszyć jak najszybciej. Nie chcę cię opóźniać, więc muszę czym prędzej iść się spakować. Myślę, że przyda ci się towarzysz podróży. - Ja również pójdę się pakować. – Terus uśmiechnął się. Twarz…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Navera
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…