klienci 2: wszyscy którzy kochają zwierzęta
opowiadanie nr 2 o historiach pewnego sklepu
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
K L I E N C I
2. W s z y s c y k t ó r z y k o c h a j ą z w i e r z ę t a
II.
Pierwszego dnia wydawało się, że coś jest nie tak. I nie chodzi o to, że było mniej maili niż zazwyczaj, a żaden dyrektor nie próbował wyzwalać kolejnych pokładów energii u sprzedawców pochlebstwami a strachem u kierowników, nie było aktualnych wyników regionu i wskazywanie niedociągnięć u tych i klepania po plecach za jakieś szczególne osiągi tamtych. Może dlatego, że mimo pierwszych dni listopada, pod nogami skrzypiał biała wykładzina nadchodzącej zimy, a kierownik wciąż nie wymienił opon na zimowe a mimo tego był w zadowalającym humorze, zagadując nawet żartobliwie panią Zosię, sprzątaczkę, czego zwykle nie robił mamrocząc z trudem „dzień dobry” błądząc gdzieś wzrokiem bojąc się zagadania. Tym było inaczej:
- Pani Zosiu, a pani to też ślizgiem dotarła dziś do nas?
- oj ślisko, ślisko panie kierowniku, a ziąb jaki, a ja płaszcz zimowy jeszcze w piwnicy mam
- oj pewnie wisi koło moich zimowych kół – uśmiechną się kierownik i już miał iść do biura, ale zatrzymało go coś w oczach sprzątaczki
- a coś się stało?
- nie, nie nic takiego – odparła kiwając przecząco za nadto zdecydowanie, by nie zwrócić uwagi kierownika. Gabriel postanowił zamiast do biura pójść do szatni męskiej, gdzie przebierali się pracownicy:
- cześć Michał
- cześć Gabriel, co z Zośką?
- a nic wkurzyła się, bo ktoś kosz w kuchni przewrócił i resztki z wczoraj się wysypały na podłogę – wyjaśnił starszy sprzedawca
- no tak, a był pełny… może ktoś potrącił niechcący?
- pewnie tak, bo przecież duchów tu nie mamy, co nie?
Sprawa na tym się zakończyła tego dnia. Ale nie zakończyła się w ogóle.
Po kilku godzinach Marzenka, młoda kasjerka zauważyła przesuwający się po ścianie cień „duch jaki czy co” pomyślała. Nie rozwodziła się nad tym długo „może podmuch z wentylatora etykietę, albo nieuprzątniętą folię z dywanów przewrócił” zastanawiała się przez chwilę i dała spokój. Był to dzień dostawy, więc wszyscy mieli ręce pełne roboty. Trzeba było szykować nadruki i drukować etykiety, szykować miejsce na dywany, panele, ściągać rury do wykładzin. Transport przyjechał po trzynastej. Sprawdzanie towaru i wyładunek, telefony do klientów w sprawie odbioru zamówionego towaru. W trakcie wieszania rolek wykładzin, Andrzejek, najmłodszy z pracowników, lekko pucułowaty ale barczysty chłopak aż krzyknął:
- o cholera! Coś się otarło się o mnie! - ponieważ trzymał linę podnośnika nie mógł spojrzeć w dół i zobaczyć co to było
- może wąż? – zażartował ignorująco Gabriel
- ten co masz w kieszeni – dodał śmiejąc się Michał
W trakcie dnia poza dwiema rubasznymi i sympatycznymi paniami, przypominającymi ruskie babuszki, a które chciały dokonać wymiany barterowej, zamiast zapłacić za wybrane panele biletami narodowego banku polskiego proponowały półtusze wieprzowe, czym rozbawiły załogę sklepu.
Następnego dnia już nie było żartów pani Zosia wprost powiedziała, że nie będzie sprzątać przewróconych kubłów. Kierownik wezwał załogę i poprosił o wyjaśnienia:
- co to do cholery znaczy?
Nikt się nie przyznał. Za to Andrzejek przypomniał o czymś co poprzedniego dnia otarło się o niego.
- mamy zwierzę na sklepie – stwierdził w końcu Michał, a kiedy Marzenka wspomniała o cieniu przy ścianie, doszli do wniosku, że to może być kot lub szczur. Raczej nic mniejszego.
- no tak, musimy to znaleźć, może narobić nam dużo większych szkód i problemów – zakończył kierownik i zaczęło się polowanie. Marzenka siedziała na kasie i pilnowała sklepu, pracownicy i kierownik zaczęli przeczesywać sklep poszczególnymi branżami, zaczęli od dywanów, między podestami nie odkryli żadnych nieproszonych gości, również za stojakami paneli, ani na listwach. Dopiero kiedy przeszli do wykładzin dywanowych Michał krzyknął:
- tu jest, zaraz go złapię – pomiędzy rolkami, za wieszakami w kącie, gdzie były końcówki wykładzin dywanowych siedział ogromny kot. Miał wypłowiałą szarą sierść, mordkę całą w strupach, a poza tym rany dość świeże rany na całym ciele i patrzył z przerażonymi oczami na zaglądających ludzi:
- wygląda strasznie – powiedziała Marzenka – jest bardzo chory
- ma parchę, już po nim – dodał Gabriel – nie pomożemy mu
- próbowałem go podnieść, ale … - Michał pokazał dłoń pełną kociej sierści – to mi zostało, a on nic
- nie ma dokąd uciekać
- myślę, że mu to już wisi – odezwał się Andrzejek
- ciekawe skąd ma te rany? – zastanawiał się Gabriel
- musimy znaleźć jakiś worek, zapakować go i … pozwolić mu odejść
- gdzie chcesz go trzymać?
- musimy pozbyć się, go ze sklepu, jak będzie zdychał to się tak schowa, że nigdy go nie znajdziemy i będzie śmierdziało, że nie wytrzymamy – stwierdził Gabriel
- „i niech Bóg nam wybaczy” – pomyślała Marzenka, która podeszła z ciekawości. Na sklepie nie było klientów.
Kot był w fatalnym stanie. Był ogromnym, niegdyś pewnie dumnym i silnym, teraz ledwie udało mu się umknąć po raz ostatni ze swej ciepłej kryjówki. Ludzie zajęci rozmową nie zauważyli, jak przeciska się powoli między wykładzinami i ucieka w kierunku magazynu, gdzie stało ponad tysiąc listew cokołowych do paneli i gdzie znaleźć go będzie bardzo trudno.
- nie ma go –pierwszy zauważył Andrzejek
- jak to? – zaglądnął Gabriel
- ale nas załatwił, wygląda na to, że jeszcze nie jego pora- dodał Michał
- musimy go znaleźć
Tym razem przygotowali się. Kosz w którym umieścili jutowy worek po dywanie z Azji miał być pułapką do której mieli zagonić zwierzę. Jak słusznie domyślał się Michał, kot pewnie uciekł do magazynu, gdzie stały listwy i tam, mógł się bardzo skutecznie schować. Kiedy pracownicy krok po kroku przenosili dwu i półmetrowe plastikowe listwy, w których mógł się ukryć kot, narastała w nich irytacja i złość. Listew był ponad tysiąc, to „wrzut” z centrali likwidowanych towarów, które tu w Nowej Soli miały być wyprzedane z dużym rabatem. Po półgodzinnym przeczesywaniu krok po kroku w końcu Michał krzyknął:
- tu się schował skurczybyk
Po czym sięgnął ręką w kierunku kota, ale kiedy usłyszał syczenie szybko ją cofnął.
- kierownik dawaj worek, ja go wygonię a ty nadstaw worek, jak wpadnie, szybko związać i nie dotykać, bo się jakimś parszywym kocim świństwem zarazisz.
Po chwili trzepania listwami, wystraszone zwierzę w końcu wyskoczyło z kryjówki wpadając wprost do przygotowanego worka. Nie miał już sił miotać się w środku, leżał więc na jego dnie a serce z przerażenia o mało nie wyskoczyło mu gardłem. Po chwili worek uniósł się, po chwili poczuł zimne powietrze. Znów leżał na zimnej ziemi. Kierownik odwiązał worek i ponaglając wygonił go na zewnątrz. Najpierw wyskoczył, pobiegł przez parking w kierunku krzaków, przystanął na jego środku, usiadł i odwrócił się, człowiek wciąż stał i patrzył na niego. Tymczasem człowiek, który to zrobił, kierownik sklepu wciąż patrzył na zwierze. Czekał aż bezpiecznie skryje się w krzakach. By zdechnąć z dala od sklepu:
- przykro mi – mruknął, a kiedy kot odbiegł po chwili w krzaki odwrócił się i wszedł z powrotem do sklepu. Sumienie zostawił w pustym worku.
I.
To były ostatnie chwile. Zanim zamknęli drzwi udało się cicho wślizgnąć do sklepu. Przycupnął w ciemnym korytarzu nie zagospodarowanej części sklepu. Czekał, aż serce zwolni tętno, grzejąc się w cieple zasnął. Kiedy się obudził, nadal czuł się słaby, wiedział, że tu znajdzie śmierć. Nie bał się jej. Była dla niego czymś oczywistym, jak głód i sen. Jak konieczność zdobywania jedzenia i zmęczenia. On czuł, że tak właśnie będzie ze śmiercią: po prostu zaśnie i nie obudzi się. Ale jeszcze nie teraz. Teraz poczuł głód. Powoli wstał. Przeszedł ciemnym korytarzem do sali sprzedaży. Wszędzie było tak samo ciemno. Miał wciąż dobry wzrok. Czuł, że gdzieś niedaleko znajduje się jedzenie. Szedł w tym kierunku. Minął zabudowę kasy, poustawiane na paletach panele, kiedy przeszedł przez podesty dywanów stanął przed uchylonymi drzwiami. Stamtąd dobywał się zapach jedzenia, przytłumiony innymi obcymi zapachami. Zapach nienaturalny, obcy, groźny i niepokojący. Stał przed wejściem, wpatrując się w czerń. W końcu zapach jedzenia zdominował inne. Powoli wszedł do środka. Drzwi po lewej stronie były również uchylone. To stamtąd dochodził ten obcy zapach, podszedł z najeżoną sierścią, musiał sprawdzić. Pomieszczenie nie było duże, całe było zastawione wysokimi regałami, na których stały różnego rodzaju kleje: do wykładzin dywanowych, do wykładzin elastycznych, do drewna oraz taśmy i kity, którymi można było uzupełniać uszkodzone panele. Kiedy znalazł źródło tego zapachu wycofał się powoli, wiedział, że zbyt długie przebywanie atmosferze takiego zapachu, spowoduje jeszcze większe osłabienie i tak słabego organizmu. Szedł dalej, aż zapach jedzenie doprowadził do kuchni, jedzenie było w wśród innych odpadów, w koszu pod stołem. Kosz był codziennie opróżniany, więc resztki pizzy, nie do końca obgryzionego mięsa na kości. Nie potrafił jednak dostać się środka śmietnika. Próbował wdrapać się, ale jego łapy na śliskiej powierzchni plastikowej obudowy ześlizgiwały się. W końcu wskoczył jakoś na wysokie krzesło, z niego wszedł powoli do kosza, który pod wpływem…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Lemurek
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…