Wróć do katalogu

Kolej

Pierwszy rozdział krótkiej noweli dotyczącej rozrachunku ze śmiercią, z Bogiem i z samym sobą. Jak pozbierać się po wypadku, w którym ginie tak nieprawdopodobna liczba ludzi?

Blasius, opublikowano , 11 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Kolej

1

Kolejka zatrzymała się przede mną, jak zwykle wypełniona ludźmi. Musiałem przeciskać się w drzwiach między starszą panią z dwiema brzuchatymi, plastikowymi torbami (nie wierzę, że wszystkie miejsca siedzące zajmowały staruszki i staruszkowie, któryś sukinsyn po prostu udawał, że tej pani nie zauważa), a młodą jasnowłosą dziewczyną, zapatrzoną w jakiś punkt znajdujący się zdecydowanie poza kolejką i peronem, i zawzięcie słuchającą dobiegającej z wetkniętych w uszy słuchawek tandetnej muzyki. Złapałem się zwisającego z poprzecznie zawieszonej pod sufitem rury skórzanego ucha w pobliżu kasownika, ale biletu nie wyciągnąłem z kieszeni. Nie wierzyłem, żeby w takim tłoku mogli się znaleźć szaleńcy chętni do sprawdzania legalności przejazdu. Poza tym bilety były drogie, a ja powoli zaczynałem narzekać na brak gotówki; szczerze mówiąc do miasta jechałem właśnie w celu pożyczenia pieniędzy. Miałem na koncie ostatnie pięćdziesiąt złotych i jakieś drobne w kieszeniach, które wolałem zostawić sobie na coś do jedzenia niż kupować bilet w drogę powrotną (bo zakładałem oczywiście, nie bez przyczyny, że pieniędzy dziś jednak wcale nie dostanę). Kolejka ruszyła z lekkim szarpnięciem, co u niemal każdego z pasażerów wywołało na twarzy wyraźnie zauważalny grymas aprobaty. Tak było na każdej stacji. Zniecierpliwienie podczas stania i radość przy ruszaniu. Zadziwiająca zgodność wszystkich składowych jednego organizmu, jednej ludzkiej masy, przemieszczającej się z miejsca na miejsce. Z czego czerpaliby swoje siły gdyby odebrać im tę odrobinę luksusu? Nieraz miewałem wrażenie, że to właśnie ta codzienna poranna przejażdżka nakręca ich mechanizmy, że w jakiś niewyobrażalny sposób ładuje im akumulatory, żeby jak roboty mogli zasuwać przez najbliższe osiem godzin, z dala od wszystkiego co jest im święte (czy też wyłącznie wraz ze swoimi świętościami, w ich przypadku to w zasadzie wszystko jedno). Natomiast, za każdym innym razem, kiedy akurat nie miewałem takiego wrażenia, nachodziły mnie myśli całkowicie odwrotne, co zdarzało się równie często, ci ludzie zużywają się w kolejce jak wytarte ścierki, wchodzą do miasta jak wyciągnięci z magla, przenicowani, bez sił i zapału. Kolejka ich wyciska, odbiera im resztkę sił i wypluwa u kresu drogi ociekających śluzem, ociężałych – idźcie do pracy – mówi. Tak ciężko znaleźć jedną uśmiechniętą twarz, jedną twarz, w której nawet mimo zmęczenia odbijałoby się coś pozytywniejszego od zniechęcenia. Sam też nie miałem powodów do nadmiernej radości, ale na Boga, czy jest sens w pokazywaniu, że gówno śmierdzi?! Nie wydaje mi się, żeby istniało wielu takich, którzy pochylaliby się nad nim, aby to sprawdzić. Więc przed kim tak desperacko smucą się Ci ludzie? Przed innymi smutnymi ludźmi? Bo przecież smutek, tak jak i radość pojawia się zawsze wobec kogoś, a nie wobec czegoś. Gdyby pozostawić jednego smutnego człowieka samemu sobie, w wielkiej pustej hali, szybko przestałby się smucić, raczej zacząłby się zastanawiać co stało się z resztą i jak się stąd wydostać. Ludzie nie robią nic, żeby zwalczyć źródło smutku, wolą się w nim pławić i sięgać dna, zamiast myśleć o rozwiązaniu. Myśl o problemie kładzie im na oczach czarną opaskę, każe smucić się wobec innych. A kolejka jest jakby wielkim kotłem, do którego wpadają te zasmucone smarki i gotują się przede mną, a ja mając przed oczami ten przekrój społeczeństwa dostawałem szału i rzygać mi się chciało kiedy na nich patrzyłem. Trzy kolejne stacje – trzy przystanki przybliżające nas do katastrofy. Pewnie ta rozdygotana staruszka przy schodach nie miałaby najmniejszego problemu ze znalezieniem miejsca, gdyby choć część z jadących domyślała się tego co się wkrótce miało wydarzyć. Czwarta stacja. Wysiadło paru, wsiadło pięciu kolejnych. Jedziemy dalej. Pozostało siedem stacji do śródmieścia. Wgapiałem się w stojącą w przegubie wagonu niewysoką blondynkę. Miała spojrzenie pobitego spaniela i ogromne wory pod oczami, rozmawiała żywo gestykulując ze stojącą naprzeciw koleżanką – małą, grubą, wyjątkowo brzydką dziewczyną. Blondynka też nie była zbyt ładna, ale śmiała się niemal bez przerwy. Przestałem ją obserwować w momencie gdy odkryłem, że jej śmiech jest nieszczery. Po prawej stronie ode mnie (a stałem tyłem do kierunku jazdy), na podwójnym siedzeniu przy oknie siedział średniego wieku mężczyzna, z lekko siwiejącymi, krótko ostrzyżonymi włosami; w swojej dużej żylastej dłoni ściskał malutką, różową rączkę siedzącej obok kilkuletniej dziewczynki. Dziewczynka patrzyła w okno, drugą ręką obejmując mocno żółtego pluszowego psiaka. Nie widziałem dokładnie jej twarzy, ale coś w jej mikrej postaci kazało mi raz po raz spoglądać w tamtą stronę. Naprzeciwko tej miłej pary, na pojedynczym siedzeniu, stała ku ogromnemu niezadowoleniu najbliżej stojących potężna, do granic wytrzymałości wypchana torba podróżna. Ojciec dziewczynki (bo założyłem, że był to ojciec) niewiele robił sobie z nienawistnych spojrzeń, bardzo możliwe zresztą, że nawet ich nie zauważał, wzrok miał jakiś mętny i nieobecny, i smutny zarazem, ale trochę innym rodzajem smutku niż u większości pozostałych pasażerów, bardziej bezradnym, za to mniej beznadziejnym. Dziecinnym. A kiedy w moją stronę zwróciła buzię dziewczynka wiedziałem już co tak zafascynowało mnie u tej dwójki.

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych