Koniec Świata
Odnalezione opowiadanie, mające już trochę czasu. Być może komuś przypadnie do gustu... zachęcam do komentowania
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Mrok z wolna zaczął się rozjaśniać ustępując miejsca barwom, opisującym kształty dokoła. Mężczyzna jeszcze przez jakiś czas nie potrafił zebrać myśli, pozostawiając kolorowy świat dokoła samemu sobie. Oczy piekły go niesamowicie, a w uszach dzwoniło. Mrugnął kilka razy i przetarł oczy rękawem brudnej koszuli. Dopiero wtedy popatrzył na świat. Dookoła był las, a sam znajdował się na starym wydeptanym trakcie. Słońce wisiało nisko ponad szeroką drogą ciągnącą się po horyzont, nadając światu kolory w odcieniu czerwieni. Nawet liście drzew nie miały w sobie krzty wesołej zieleni. Całość przyprawiała o melancholijny nastrój. Usiadł na kępie trawy, której udało się wyrosnąć i przetrwać w niesprzyjających warunkach ubitej ziemi. Nie została rozdeptana przez mrowie ludzi, jakie prawdopodobnie przemierzało ten szlak. Musiał poskładać myśli. Od podstaw. Nazywał się… nawet nie pamiętał swego imienia, nie pamiętał nic. Nie wiedział, kim jest, był bezimiennym w obcym sobie świecie. Choć może to był jego świat, lecz tego także nie pamiętał? W tej właśnie chwili poczuł się naprawdę skołowany i zagubiony. Wstał nie wytrzymując napięcia. Po raz kolejny rozejrzał się dookoła. Powietrze stało w miejscu, wiatr nie wiał, a traktem nikt nie podróżował. Słońce nadal wisiało ponad horyzontem w tej samej pozycji, co wydało się mężczyźnie dziwne. Odczuwał w sobie pustkę i głęboką samotność. Nie miał żadnych wskazówek, w którą stronę mógłby się udać, więc ruszył ku krwiście czerwonemu słońcu. Idąc po wyschniętej ziemi, starał się wydłubać z pamięci chociaż cząstkę siebie. Jednak żadne imię nie powróciło, nie wróciło z przeszłości. Pejzaż wokoło niewiele się zmieniał, wszystkie drzewa wydawały się do siebie podobne. Przed nim także nie było żadnych oznak ludzkiej cywilizacji. Nie napotkał również żadnego zwierzęcia na swej drodze. Pośród takiego otoczenia droga stała się bardzo monotonna. Opuścił głowę i szedł powłócząc nogami, nie próbując szacować ni czasu, ni odległości. Po jakimś czasie zorientował się, że śledzi ślady stóp na wyschniętej drodze. Były to bose stopy. Duże, większe niż jego, wiec na pewno należały do jakiegoś mężczyzny. Odwrócił się na pięcie by zorientować się kiedy się pojawiły. Cóż widocznie pojawiły się jakiś czas temu, jednak z początku nie zwrócił na nie uwagi, gdyż ciągnęły się daleko w tył. Nie zamierzał się wracać by zaspokoić ciekawość. Jeśli ślady były naprawdę świeże to oznaczało, że jest nadzieja, iż dogoni ich właściciela. Jeśli nie to nawet sama świadomość tego, że jest ktoś jeszcze prócz niego w tym dziwnym lesie sprawiła, że przyspieszył kroku. Może ten ktoś go zna, może pomoże mu przypomnieć sobie kim jest. Pościg zaczynał się bardzo dłużyć, a w serce mężczyzny zaczęła wdawać się wątpliwość, czy w ogóle ma jakieś szanse. Nie dosyć tego zaczął słabnąć. Nogi nie chciały już postępować kolejnych kroków na przód, uświadamiając mu to silnym bólem w kolanach. I właśnie w tej chwili na niezmiennym dotąd horyzoncie ukazała się szara plama. Ta iskierka nadziei wlała kolejną porcję energii w umęczone ciało. Dopiero zbliżając się na odległość kilku metrów spostrzegł, że ową plamą jest człowiek przykryty płaszczem i całkowicie pogrążony we śnie. Blondyn, na krótko ostrzyżony z głęboko osadzonymi oczami. Leżał na gołej ziemi chrapiąc przy tym okropnie. Przybysz nie zamierzał go budzić, ale przy takim koncercie sam by nie zasnął, wobec tego siadł sobie nieopodal i pozwolił odpocząć nogom. Chciał też na chwilę wyłączyć mózg, nie rozmyślać o zastanej sytuacji, jednak tak się nie dało. Dotarło do niego chore podniecenie i nadzieja, iż ten śpiący facet może mu w jakiś sposób pomóc. Dręczyła go nieodparta pokusa by go obudzić. Jednak powstrzymał ją i niespodziewanie zapadł w sen.
-Aaaaaaaa!!! – krzyknął mężczyzna śpiący do tej pory pod szarym płaszczem, co obudziło jego towarzysza. A ten popatrzył na niego spode łba zaspanym wzrokiem. -Aaaaaaa!!! – krzyknął znowu. – Jesteś prawdziwy? Nie mam zwidów? Powiedz coś. - Co? – nic mu nie przychodziło do głowy. - Ty naprawdę istniejesz. Co tak patrzysz jak na wariata? – zapytał z oburzeniem. – Nie widziałem człowieka od… od dawna – sposępniał nie mogąc nawet określić czasu w tym świecie. - Jak się nazywasz? - Nie wiem. Niewiele wiem. - Czemu mnie to nie dziwi? – zapytał, choć wcale nie oczekiwał odpowiedzi. - Pytanie czy długo tu jesteś nie miałoby większego sensu prawda? – Jego towarzysz skinął głową. – Sądząc po zaroście nie jesteś tu nawet dwa dni, zakładając, że byłeś ogolony nim się tu dostałeś. Ja po czwartym, może piątym dniu straciłem rachubę. Może to już tydzień, nie wiem. - Tydzień to długo. Nie odczuwałeś głodu? Nie chciało ci się pić? – Zaczynał w miarę racjonalnie myśleć. Sam odczuwał od pewnego czasu pragnienie. - Na drugi dzień zboczyłem ze ścieżki by znaleźć coś do picia. Nie znalazłem wody, ale młode pędy jednej z roślin są tak soczyste, że można nimi zaspokoić pragnienie. Rosną wszędzie, trzeba jedynie wejść kilka kroków w las. - Bałem się do tej pory tego zrobić. Nie wiem dlaczego. - Też tak miałem. Ale tam nic nie ma. Nic strasznego. Mam wrażenie, że ten świat jest tak skonstruowany by dać nam tylko to by utrzymać nas przy życiu. – Jego kompan się zamyślił. - Hmm… Dlaczego mówisz o tym miejscu jak o obcym świecie? To, że nic nie pamiętamy, nie znaczy, że ten świat był nam obcym – znów chwilę się zamyślił. Widząc, że chce coś powiedzieć drugi mężczyzna milczał. – Mogę ci mówić Pierwszy? Z racji tego, że znalazłeś się tu przede mną, a ja będę Drugim. – Zdziwił się słysząc taką propozycję, ale wstał i wyciągnął prawą rękę. - Pierwszy, miło mi pana poznać, panie... – zrobił teatralną minę zaciekawienia. Drugi mężczyzna uśmiechnął się i również wstał podając pierwszemu rękę. - Drugi. Na imię mi Drugi. Miło mi pana poznać. - A co do pytania, to dużo o tym myślałem. Doszedłem do wniosku, że jeżeli nasz zanik pamięci byłby tak silny, że nie wiedzielibyśmy takich rzeczy o świecie jak nigdy niezachodzące słońce, czy bezwietrzne lasy to nie wiedzielibyśmy też podstawowych rzeczy służących do przetrwania, niebędących jedynie instynktem. Czyż nie? Może nawet nie wiedzielibyśmy jak mówić, lub zachować się w obecności drugiego człowieka. - A do tego powiedziałeś „bezwietrzny” nie wiedząc, czym jest wiatr, bo tu go nie czułeś. A i ja i ty wiemy, czym on jest – zgodził się z nim drugi. Rozmowę kontynuowali w drodze, ciągle kierując się w tą samą stronę ku czerwonemu słońcu.
Po jakimś bliżej nieokreślonym czasie, na horyzoncie, ponad linią drzew ich oczom ukazał się dym. Jasny obłok leniwie sączący się w górę. Najpierw ujrzał go Drugi, który jeszcze od czasu do czasu z nadzieją rozglądał się dokoła. Pierwszy już dawno zamilkł i skupił wzrok jedynie na tym, co było pod jego stopami. Drugi, gdy tylko dotarło do niego, co też może oznaczać ta smużka dymu, skoczył żwawo do przodu. Biegł niezdarnie na odmawiających posłuszeństwa nogach. Widząc to jego towarzysz lekko się uśmiechnął, lecz nie dał się aż tak ponieść. Patrzył jedynie na Drugiego, który co raz potykał się upadał, ale zaraz wstawał i pędził dalej przed siebie. - Ludzie!!! Ludzie!!! – krzyczał będąc już bliżej źródła pochodzenia tego nadzwyczajnego zjawiska. Trakt nagle zaczął się rozszerzać zganiając las na boki. Gdy rozszerzył się znacznie, jego oczom ukazał się budynek. Piętrowy, drewniany z zadaszonym tarasem przy wejściu. Z komina faktycznie wydobywał się blady dym, nasączony jedynie jak wszystko tutaj czerwoną barwą. Dach pokrywała dachówka ceglanego koloru, ze znacznymi uszczerbkami w kilku miejscach. Ogólnie cały budynek sprawiał wrażenie nadgryzionego zębem czasu. W kilku oknach drewno nie utrzymało szyb, które wraz z jego fragmentami leżały roztrzaskane na ziemi. Ściany były jedynie poskładanymi drzewnymi balami. To wszystko, bez żadnych niepotrzebnych zdobień. Nad wejściem, nad małymi schodkami prowadzącymi na taras znajdował się wytarty napis „KONIEC ŚWATA”. - Piękna nazwa – stwierdził Pierwszy doganiając go. – Widziałem wywrócony drogowskaz nieopodal. - Tak. - I chyba nie bez przyczyny się tak nazywa – wskazał ręką na prawo od Końca Świata, gdzie dalej prosto powinien biec trakt. Ten jednak urywał się kilkadziesiąt kroków od nich, przechodząc w drewniany most, o linowych poręczach, którego koniec rozmywał się w gęstej nicości. Popatrzyli po sobie zdziwieni i znów skupili uwagę na drewnianym budynku. Nikt ich nie powitał, ale w oknie widać było światło lampy i przemieszczające się cienie. Jednak nie dobywały się stamtąd żadne odgłosy. Nie mieli innego wyjścia, ruszyli w stronę wejścia. Niby była jeszcze jedna możliwość. Czyli wyruszenie ścieżką wzdłuż przepaści, rozciągającą się za starym budynkiem. Po wytartych stopniach weszli na taras i stanęli przed drzwiami, za którymi panowała cisza. Nie wiedzieli czego się spodziewać. Pierwszy teatralnie przełknął ślinę. W tej chwili było coś magicznego, zresztą całe to miejsce wydawało się być magicznym. Jedyna oaza pośród lasów i to znajdująca się nie gdzie indziej jak na końcu świata. Nad przepaścią, z której aż ziało pustką, pewną prastarą mocą i ostatecznością. Stali tak nieopodal ogromnej przepaści przed drzwiami do jakiejś speluny. Czuli się, co najmniej dziwnie. - Chodź – zdecydował Pierwszy otwierając drzwi, których zawiasy krzyknęły przeciągle. Widocznie nikt nie kłopotał się by je nasmarować. Przestąpili próg, wchodząc w blask przyjemnego żółtego światła lampy. Zatrzymali się badając sytuację. Kilka zapijaczonych twarzy wpatrywało się w nich. Jedna z twarzy zniknęła w drewnianej misce i ciężko oddychała dzięki znajdującej się tam zupie i zapewne braku umiaru w piciu. On jeden, gruby facet z postępującą łysiną nie wlepiał w nich zaciekawionego spojrzenia. Reszta, czyli siedmiu, ośmiu ze starym gospodarzem patrzyło się jakby nigdy nie widzieli człowieka. O nic nie pytali. Nic nie mówili. Jedynie gospodarz sięgnął po dwie szklanki spod lady i nalał do nich jakiegoś mętnego płynu. Zaprosił ich gestem do środka i podał po szklance. - Dawno nie mieliśmy tu nowych – uśmiechnął się pod nosem widząc ich zakłopotanie. – Zdrowie, bo zanim wam cokolwiek wyjaśnię musicie sobie golnąć gorzołki. Pierwszy powąchał i od razu go odrzuciło od picia. Drugi widząc to postanowił nie powtarzać błędu towarzysza i przechylił szklankę wlewając palący płyn do gardła. Wypił duszkiem, po czym zaczął się krztusić i łapczywie chwytać powietrze. Gospodarz się roześmiał. - M… moc… ne – wychrypiał Drugi, gdy tylko powstrzymał kaszel i chęć zwymiotowania. - To nasz rodzimy napitek Mętniak. Daje kopa? – na pytanie degustator skinął jedynie głową. Pierwszy nie dał rady wypić na raz i połowę odstawił również się krztusząc. - Siadajcie za ławą, zaraz do was podejdę. Zajęli miejsca w cieniu w rogu Sali. Zainteresowanie nimi trochę przygasło. Większość bywalców pochyliło się nad swoimi szklankami i miskami. Gospodarz jak powiedział tak i dosiadł się do nich, przynosząc tym samym butelkę i komplet szklanic. Rozlał kolejkę i podsunął szklanki. - Do dna – poinformował. Drugi nie chcąc opóźniać nieuniknionego, przechylił szklanicę Mętniaka i wypił do dna. Tym razem weszło trochę lepiej niż za pierwszym razem. Po tej dawce alkoholu, nawet nie wiedział, kiedy całkiem się rozluźnił, opierając się o ścianę. Zarumienił się na policzkach, a wzrok mu zmętniał. Pierwszy nie zamierzał odmawiać stanowczym słowom gospodarza. Powstrzymał wymiotny odruch i zatykając palcami nos wypił płyn do dna. Cudem uspokoił żołądek nim wszystko zwrócił. - Dobra, to teraz mogę wam kilka rzeczy powiedzieć. Nazywam się Bernard, po prostu Berni – gospodarz rozpoczął przemowę. – Nie pytam o wasze imiona, bo jak każdy nowy, nie pamiętacie ich. A i wy nie zadawajcie pytań dopóki nie skończę mówić, bo nie jesteście pierwszymi, którym to mówię i wiem o co będziecie chcieli zapytać. Zrozumiano? – skinęli głowami na znak zgody. Poczuli się jak zaszczute psy, lecz alkohol dawał im do zrozumienia, że nic ich to nie obchodzi. Właściwie to Drugi się tak poczuł, gdyż jego towarzysz niewiele już kontaktował. Patrzył się jedynie na Berniego starając się utrzymać głowę w pionie. Na twarz wystąpił mu głupkowaty uśmiech. - Od jakiegoś czasu nie żyjecie – oznajmił bez emocji gospodarz. A jego słuchacze tak samo to przyjęli. Dopiero po chwili jego słowa dotarły do Drugiego, który chciał coś powiedzieć, lecz Berni uciszył go gestem, przypominając o umowie. – To znaczy nie tak do końca. Ale od początku. To nie jest wasz świat, albo jak wolicie wymiar. Znajdujemy się w czymś, co można nazwać światem pośrednim, pomiędzy tym, co jest życiem w waszym świecie, a światem do którego trafiacie po śmierci. Pytacie dlaczego tu trafiliście? Czy każdy tu trafia? Otóż nie, nie każdy, a nawet nieliczni. Dlaczego wy? Ponieważ macie jakiś dług do spłacenia w waszym świecie. Nazywamy to życzeniem, a nas dżinami. Czy coś z tego do ciebie dociera młody człowieku? – zapytał Drugiego widząc że jego kompan jest w znacznie gorszym stanie. - Trochę – odpowiedział i przeciągle beknął. - Gdybym wam to mówił na trzeźwo, albo byście mnie wyśmiali, albo zignorowali. A tak przynajmniej powiem co mam powiedzieć, a wy się z tym prześpicie. Lepiej żeby rankiem potraktować to jako pijacki sen. – Sam nalał sobie miarkę i wypił, dla rozwiązania języka. Nikt już nie zwracał na nich uwagi. Nikt z nikim nie rozmawiał, każdy był pogrążony we własnych smutkach. – Chcecie wiedzieć jak to się odbywa. Otóż w waszym świecie ktoś was zabił, lecz nim wasz duch, jaźń, czy jak tego nie nazwiecie wyruszył w podróż do innego świata, jakaś osoba postawiła wam pod nos takie magiczne lusterko – wyjął z kieszeni okrągły metalowy przedmiot, po czym go otworzył. W środku rzeczywiście było stare podrapane i poplamione lusterko. – Tym sposobem zostaliście zgarnięci tutaj z „drogi ku światłu”, po czym pewnie bolały was oczy. Jak każdego. Dlaczego odczuwacie głód, zmęczenie i inne dolegliwości męczące ciało, jeśli jesteście duchami? Bo tak jest skonstruowany ten świat. Jesteście jego częścią i jesteście w nim materialni. Teraz waszym zadaniem jest powrót do świata, z którego odeszliście i odszukanie osoby odpowiedzialnej za wasze znalezienie się tutaj. Ona powie wam czego sobie od was życzyła, w Momencie przejścia. Jeśli wykonacie zadanie obudzicie się we własnym łóżku tuż po waszym zgonie, o którym jednak nikt nie będzie wiedział, a wy niczego pamiętali z tego co ma tu miejsce. Drugiemu zrobiło się trochę jaśniej w głowie, alkohol ustępował i Berni znów powstrzymał go od zadania pytania, za to nalał mu kolejną szklankę. Drugi stwierdził, że tym razem musi się napić. Tak też zrobił. - Jeśli ci się nie uda – kontynuował. Wiedział, że o to chciał go zapytać Drugi. – Wtedy wrócisz tutaj, jak my wszyscy i przez wieki będziesz pił gorzołkę. – Zaśmiał się. – To właściwie tyle na dzisiaj. Pamięć ci nie wróci tak prędko, a pewnie zanim to nastąpi wrócisz tam skąd przyszedłeś. Ale póki tu jesteś będę ci mówił Edward –znów się zaśmiał. Drugiemu się nawet podobało. - Wystarczy Ed – on również się uśmiechnął. Nareszcie miał imię. – A on? – Popatrzyli na śpiącego Pierwszego, który znów chrapał. - Nie wiem, nic mi nie przychodzi do głowy. Jak na niego mówiłeś? - Pierwszy. - No i niech zostanie, bo i jak wstanie to będzie pierwszy do sprzątania podłogi, bo zarzygał. Nie myśl tyle, możesz przespać się na zapleczu. Chodź, rzucę ci jakieś szmaty pod głowę. Berni zaprowadził świeżo upieczonego Eda do mniejszego pomieszczenia zastawionego aparaturą do pędzenia gorzałki. W rogu stał wielki gar, pod którym znajdowało się wygaszone teraz ognisko. Położył się w drugim kącie i zasnął nim świat, jego czy też nie, skończył wirować. Obudził się ze strasznym bólem głowy. Obok niego znalazł się Pierwszy. Niewiele do niego docierało ze wczorajszej rozmowy z Bernim, więc Ed musiał mu wszystko streścić. Tylko pytanie czy sam miał w to wszystko uwierzyć? Może stary gospodarz dla dowcipu wykorzystał to że stracili pamięć. Nie. Ci ludzie nie wyglądali na takich, co to mają zaraz wybuchnąć śmiechem. Wolał o tym nie myśleć, niech się dzieje co chce. Wyszli z pomieszczenia do głównej izby. Ed musiał się podpierać o ścianę, gdyż alkohol ciągle kręcił mu w głowie. Pierwszy mało, że wypił mniej, to jeszcze wszystko zwrócił, więc teraz czół się dobrze. W głównym pomieszczeniu było pusto. Jedynie Berni leżał na jednej z ław, wyraźnie oczekując ich, bo gdy tylko weszli, zaraz poderwał się na nogi. Ręką wskazał kubeł z wodą na drugiej ławie, po czym się przeciągnął i przeciągle ziewnął. Gdy Ed przyłożył usta do brzegu naczynia dopiero uświadomił sobie jak bardzo chce mu się pić. Wypiłby wszystko, ale towarzysz klepnął go w ramię i ten oddał mu wodę. - Po co nas wczoraj upiłeś? – zapytał Pierwszy odstawiając naczynie. - Szczerze… - uśmiechnął się. – To nie myślałem, że masz taką słabą głowę. Chciałem was jakoś ugościć. Dawno nie miałem gości. Czy Ed powiedział ci, co i jak? - Mniej więcej – odparł. - Masz okazję poznać szczegóły. Ed zostawisz nas na chwilę? – zapytał gospodarz. - Yyy… nie, no jasne – Ed skierował się do wyjścia, zgarniając ze stołu kubek wody. Wyszedł na taras, tam siadł sobie na ławce pod ścianą i zamknął oczy. Usilnie starał się przypomnieć sobie cokolwiek z przeszłości. „Pamięć ci nie wróci tak prędko” powiedział Berni, być może trzeba się z tym pogodzić i czekać aż wspomnienia przyjdą same. Słońce jak zawsze w tej samej pozycji unosiło się nad drzewami. Zdziwiło Eda, że nikogo tu teraz nie ma. Może śpią. Przy najbliższej okazji postanowił zapytać gospodarza, jakim sposobem odmierzają tu czas. Upił łyk wody. Za chwilę w drzwiach pojawił się Pierwszy. Mimo Czerwonego światła pochodzącego od słońca wydawał się bledszy niż zwykle. Może to z alkoholu. - Po następnym uderzeniu dzwonu skaczę – wypalił do kolegi i ciężko usiadł. Eda zatkało. – Berni wszystko mi wytłumaczył, a przynajmniej tyle ile wiedział. - Jakie uderzenie dzwonu? Nie słyszałem do tej pory żadnego. - Usłyszysz niedługo. - Skąd on wie, kiedy kto ma… skakać? - Ma lusterko, dzięki któremu kontaktuje się z naszym światem – wyjaśnił Pierwszy. Pewnie to, które nam pokazywał pomyślał Ed. Ciekawe kiedy moja kolej? - Ledwie chwilę jestem tutaj, nie znając ni tego świata, ni samego siebie. Bez wspomnień,
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil morgon87
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…