Wróć do katalogu

Kowboje - Nawrócenie Brudnego Barta, 1878

przygoda na Dzikim Zachodzie

Piotrek1984, opublikowano , 14 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

KOWBOJE Nawrócenie Brudnego Barta 1878

Uciekając, Brudny Bart patrzył wszędzie tylko nie pod nogi, przez co potknął się o skubiącego resztki trawy pancernika, wywinął orła i grzmotnął głową w skałę tak mocno, że zakręciła się wokół niej karuzela ze wszystkimi apostołami. Oleżał się na słońcu i pewnie odpłynąłby w zaświaty, gdyby nie dwie kobitki jadące do roboty w saloonie pod San Antonio. Wrzuciły go na wóz, zawiozły do lekarza, a gdy najgorsze minęło, wzięły go pod swoje skrzydła. Bart majaczył przez kilka dni i zdarzało mu się widzieć rzeczy, których nie było. Ubzdurał sobie na przykład, że jego opiekunki to anioły oraz że mimo paskudztw, które popełnił, Pan w niebiosach o nim nie zapomniał. Dało mu to do myślenia i najprawdopodobniej na myśleniu by się skończyło, gdyby właściciel saloonu nie kazał pozbyć się Barta.

- To nie jest przytułek miłosierdzia! – wściekł się w końcu, wyczerpawszy pokłady cierpliwości.

Kobitki znów zapakowały rekonwalescenta na wóz i zawiozły go do miasteczka pełnego Polaków, stwierdziwszy, że wśród swoich szybciej dojdzie do siebie. Będąc już na chodzie, Bart udał się do nowiutkiego kościoła pod dębem zasięgnąć rady.

- Ojcze! Chyba czas się nawrócić – powiedział do młodego księdza.

- Synu, choć nigdy nie jest za późno i lepiej późno niż wcale, to im szybciej, tym lepiej.

Bart wyszedł z kościoła odmieniony. Naprawiał ludziom płoty, pomagał im w polu, rąbał im drewno, piekł zapracowanym mieszkańcom tortille, zniechęcał rewolwerowców do pojedynkowania się i opowiadał dzieciom opowieści z Biblii, błyskawicznie stając się powszechnie lubianym obywatelem Panny Marii. Wieczorem natomiast, gdy resztki światła gasły nad pustynią okalającą miasteczko, siadał z księdzem Feliksem i nowymi sąsiadami, z przejęciem słuchając historii o pierwszych osadnikach, o założeniu Panny Marii, o ujarzmianiu dzikiego krajobrazu, o trudnych początkach pełnych susz i powodzi, o malarii, o jadowitych pająkach, o niebieskich osach, polujących na tarantule, i o grzechotnikach, których było tak dużo, że wpadały nieraz przez dziury w dachu prosto na stół albo do czyjegoś łóżka. Zawstydzony – był w końcu do niedawna nieprzejednanym bandytą – milczał, kwestionując dokonywane w życiu wybory.

I kto wie, jak potoczyłaby się ta historia, gdyby nie przypadek. Contreras – mały, żylasty, pełen nienawiści i skory do mściwości Meksykanin po pięćdziesiątce – zajechał podczas jednej ze swoich pozbawionych celu podróży do Panny Marii, by odpocząć. Lubił ucinać sobie drzemki na świeżym powietrzu, więc przywiązał muła Teddy'ego do dębu, a sam oparł się o drzewo i szybko zasnął. Śniły mu się jakieś pierdoły, przez co gdy otworzył oczy i ujrzał Barta zmiatającego piach ze schodów kościoła, nie miał pewności, czy dalej nie spał. Obserwował go przez jakiś czas i wyglądało na to, że bandyta nie miał zamiaru się rozpłynąć. Contreras nie ufał jednak swoim starczym oczom, bo były one, delikatnie mówiąc, do niczego, ale w swych uszach widział autorytet, tym samym, gdy zamiatacz zagaił do księdza, nabrał niepodważalnego przekonania, że Bart to naprawdę Bart, a nie jakieś tam widziadło.

Contreras tracił fortunę tyle razy, ile ją zbijał, i wydawać by się mogło, że przywykł do tej kolei rzeczy. Skądże! Ciągłe zaczynanie od zera uczyniło go człowiekiem wiecznie niezadowolonym, wściekłym i cynicznym. Nic więc dziwnego, że gdy Bart zastrzelił zeszłej zimy jego ulubionego muła Osiłka, przez co Meksykanin stracił nie tylko wierne zwierzę, ale i cenne tobołki, które przepadły w Pecos, Contreras miał do bandyty wielki żal.

Z tego powodu, gdy Bart przechadzał się koło niego z miotłą, wesoło gaworząc z księdzem, Contreras kipiał ze złości. Sam zastrzeliłby bandytę, ale po pierwsze był na wpół ślepy i nie trafiłby w drzewo, stojąc w środku lasu, a po drugie woził strzelbę tylko po to, by zniechęcać potencjalnych napastników, więc zazwyczaj nie była ona nawet naładowana. Zdecydował się nie rozwijać myśli o napaści. Zmrużył za to oczy, ułożył szybko plan, po czym wstał, wlazł na Teddy'ego, nieudanego następcę Osiłka, i popędził do najbliższej miejscowości, cały czas złorzecząc na muła. Dotarłszy do celu, wparował do saloonu i ogłosił, że Brudny Bart jest w Pannie Marii. Bart i jego pochopność w strzelaniu do ludzi były dobrze znane, dzięki czemu nikt nie zainteresował się słowami Contrerasa. Oburzony Meksykanin pojechał do kolejnego miasteczka, gdzie reakcje były podobne. Sytuacja powtórzyła się jeszcze w kilku miejscach, aż wreszcie trafił do San Antonio. Z impetem zajechał pod saloon, zszedł z muła, ciągle łajając Bogu ducha winne stworzenie, przywiązał go obok mojego konia i ruszył w stronę drzwi, mijając mnie przy wejściu.

- Brudny Bart jest w Pannie Marii i udaje świętoszka – rzekł zdyszany.

Zainteresowało mnie to, co usłyszałem, więc wszedłem za Meksykaninem do środka. Stary dziad zaczął zachęcać młodzików do zabicia Barta, a że kilku z nich było żądnych sławy, jego słowa padły na bardziej podatny grunt niż wcześniej. Starsi klienci odradzali młodzieży atakowanie bandyty, ale wyglądało na to, że klamka już zapadła.

Parę tygodni temu miałem Barta na wyciągnięcie ręki. Uciekał wtedy przez pustynię na piechotę, przewrócił się i rąbnął w głaz, ale jak na złość, mój koń okulał i zanim zdążyłem go dopaść, zgarnęły go dwie panienki i zwinęły mi go sprzed nosa. Teraz los się do mnie uśmiechnął. Policzyłem szybko, ilu młodzików miało ruszyć do Panny Marii, po czym wskoczyłem na konia i odjechałem w jej kierunku.

W samo południe stanąłem pod kościołem w Pannie Marii i ujrzałem Barta pomagającego księżulkowi w ogródku. Nie miałem czasu na dłuższe obserwacje. Podszedłem do nich i spytałem wprost.

- Szczęść Boże! Czy wie ksiądz, że ten oto człowiek to Brudny Bart? Poszukiwany żywy, a najlepiej martwy?

- Wiem, ale się zmienił. Zostawił dawne życie za sobą.

Spróbowałem przekonać księżulka, że nie powinno się zbyt łatwo zapominać przestępstw, ale w gruncie rzeczy byłem zwolennikiem drugich szans, a do tego zauważyłem, że Bart był jakiś inny. Stwierdziłem, że być może rzeczywiście nastąpiła w nim przemiana. Jakby nie było, wkrótce miała nadjechać grupa osób zdeterminowanych, by Barta załatwić, więc coś trzeba było zrobić.

- Wejdźmy do kościoła – zaskoczył mnie ksiądz.

- Z całym szacunkiem, ojcze, to nie czas na modlitwę, ale na działanie. Jeśli dobrze policzyłem, to za parę minut przyjedzie tu po Barta dwunastu gagatków.

Jakby w odpowiedzi na moje słowa, nad pustynią uniosła się chmura kurzu.

- Jadą – powiedziałem tylko.

- Chodźmy do środka – powtórzył ksiądz i wymienił z Bartem kilka dziwnych spojrzeń, które niemal mi umknęły.

Zanim weszliśmy do kościoła, zdążyłem jeszcze dostrzec siedmiu jeźdźców, czyli pięciu mniej niż się spodziewałem.

- Bart, jeśli chcesz odpokutować za to, co zrobiłeś w…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych