KRES
On się chce zabić, ona chce popełnić samobójstwo. Dwoje młodych ludzi mających dosyć życia spotykają się w miejscu, w którym mają ze sobą skończyć. Czy nieoczekiwana kilkugodzinna znajomość coś zmieni?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
„Byli tacy co rodzili się byli tacy co umierali byli też i tacy, którym to było mało (...) kto ci dał do ręki ostrą broń, zwyczajna ty wariatko!” *fragment wiersza „Anatema na Śmierć” Edwarda Stachury
Zarzuciłem plecak na ramię i po raz ostatni spojrzałem na mój dom. Na idealnie kładzioną, czerwoną kostkę brukową, rabatki kwiatów podlewane co kilka dni przez kilku ogrodników, na nieskalanie białą zewnętrzną elewację i na ojca, który w beżowym garniturze, na werandzie ćmił papierosa. Przymknąłem powieki, by ten widok utrwalić w pamięci jak zdjęcie z polaroida. Następnie zwróciłem się w stronę bramy wyjściowej. -Adam! Gdzie idziesz?- usłyszałem krzyk ojca. Odwróciłem się za siebie po raz ostatni. -Do Marka!- odkrzyknąłem zdecydowanie. Przytaknął i znów się zaciągnął. Nie miałem zamiaru iść do Marka. Ani też do żadnego z moich znajomych. Zmierzałem ku śmierci. Prostą, brukowaną drogą ku śmierci...
***
Nerwowo stukałam paznokciami o blat drewnianego stołu. Dźwięk głucho roznosił się po prawie pustym pomieszczeniu. Na przemian marszczyłam brwi i przeczesywałam włosy. Ze zdenerwowania. Oczy latały mi nerwowo pomiędzy czterema ścianami zatrzymując się za każdym razem na kanapie na której spała Ania. Miała dopiero cztery lata. Nadal ssała kciuk. Podeszłam do niej i zaczęłam ją palcem wskazującym gładzić po buzi. Lubiła to, bo ten gest przypominał jej mamę. Czekałam aż się obudzi. Najpierw wyjęła zaślinionego paluszka z buzi, a dopiero potem spojrzała na mnie nieprzytomnymi oczami. -Maja?- zapytała przecierając oczka. -Słońce... w kuchni masz zrobione kanapki. Dziś przed przyjściem taty zabierze cię stąd ciocia Grażyna, dobrze?- tłumaczyłam. Kiwała głową. Nie wiem czy ze zrozumieniem, czy dla świętego spokoju. –Kocham cię. Pocałowałam ją w drobny, gorejący policzek. -Ja też!- krzyknęła. Pogładziłam ją tym razem po główce. Szeptałam cichutko: „śpij” dopóki jej czarne oczy z powrotem się nie zamknęły. Gdy zasnęła, ostrożnie wstałam i z kuchni zabrałam plecak. Zarzuciłam starą skórzaną kurtkę i wyszłam z domu rzucając pożegnalne spojrzenie na śpiącą w najlepsze Anię. Wyglądała jak mały aniołek, który spadł z nieba. Oddalałam się powoli. Z należytym namaszczeniem żegnałam mury, w których przeżyłam tyle lat. Tyle lat bólu, upokorzenia i cierpienia. -Per aspera ad astra...- powiedziałam na pożegnanie. Sobie na pożegnanie, a Ani na pocieszenie. Za nic w świecie nie chciałam, żeby swoje życie przeżyła jak ja. Miałam szczerą nadzieję, że nie spotka jej zło, które ja spotykałam na każdym kroku.
***
Przy szosie głównej E-40 od niepamiętnych czasów na poboczu stała stodoła. Swojego czasu była schronieniem miejscowych narkomanów i dziewcząt lekkich obyczajów, lecz teraz nawet oni nie byli zainteresowani tą zapyziałą ruderą. W powietrzu unosił się odpychający zapach stęchlizny i starego siana, które już od kilku lat nie pachniało delikatnym, charakterystycznym zapachem wsi. Nie wiadomo było również kto jest właścicielem tego budynku. Czy specjalnie, czy przez nieuwagę – nie wiadomo – nie dochodzono do tego. Słońce delikatnie chyliło się ku zachodowi lekko pieszcząc promieniami dźwiękoszczelne ekrany przypominające mury oświęcimskie. Rzekomo miały pochłaniać hałas. Długi odcinek tej drogi ekspresowej był nimi zagrodzony. Dwa kilometry, wzdłuż drogi od stodoły mieścił się zajazd. Na parkingu stało zawsze mnóstwo samochodów. Dla wtajemniczonych powód był wiadomy. Pod mury zajazdu podjechał butelkowo-zielony opel. Zatrzymał się między dwoma topolami, którymi nakrapiany był parking. Drzewa te skutecznie izolowały jeden samochód od drugiego. Kierowca cicho puścił radio. Dźwięki jakiejś ostatnio popularnej piosenki wypłynęły z wnętrza pojazdu przez na wpół uchylone okno od strony pasażera. Kilkadziesiąt minut później z samochodu wyszła dziewczyna. Zapięła ostatnie guziki dosyć kusej bluzki i obciągnęła spódnicę. Zarzuciła plecak na ramię i z wyrazem skrajnego obrzydzenia pochyliła się nad kierowcą. -Pieniądze- powiedziała sucho spoglądając do wnętrza samochodu przez otwarte drzwi. Drobna szatynka unikała wzroku mężczyzny, który ociągając się szukał portfela w schowku samochodowym. Na jego twarzy wciąż spoczywał obleśny uśmiech, który przyprawiał ją o mdłości. Dziś zupełnie nie miała ochoty na spotkania z mężczyznami. Pocieszała się tym, że był to jej ostatni raz. -A co byś powiedziała, gdybym stwierdził, że ci nie zapłacę? Że nie jestem zadowolony z usługi? Nie odpowiedziała. Mężczyzna uśmiechnął się ukazując rządek idealnych, białych zębów. Docisnął do szyi krawat i spojrzał na nią wyczekująco. Nadal na niego nie patrzyła. Była onieśmielona jak nigdy. Uświadomiła sobie, że jej życie zależy tylko od zachcianek nadzianych mężczyzn. Była niczym lalka – na każde skinienie jej klientów. Facet w końcu przestał się z nią droczyć i ze schowka wyciągnął gruby skórzany portfel. -Jesteś nowa w tym fachu? Zaprzeczyła ruchem głowy. -Aha- westchnął. –Proszę!- powiedział z przesadną uprzejmością, puścił do niej oko i podał banknot. Może i lepiej, że wzrok miała skupiony na nierównych betonowych płytach, którymi wyłożony był parking, bo nie widziała tego obleśnego perskiego oka.. -Należy się więcej. Za usługę specjalną... -Specjalną powiadasz... gdybyś nie była taka młoda, taka świeża i taka delikatna nie zauważyłbym tej usługi specjalnej. Ale masz... Podał drugi banknot. -Jak coś to dzwoń- znów mrugnął. Odwróciła się na pięcie i nic nie mówiąc zaczęła iść w stronę budynku. Nikt nie usłyszał z jaką ulgą odetchnęła. Głośno stukała wysokimi obcasami o betonowe płyty. Gdy doszła do schodów zobaczyła znajome twarze. Dziewczyny nie liczące na nic w życiu, dbające tylko o niedaleką przyszłość. Pod tonami pudru, cieni do powiek i tuszu kryły się najzwyklejsze nastolatki i najzwyklejsze, przyziemne emocje. Ona także taka była. Życie ułożyło się tak, a nie inaczej, ale zasypiając zawsze modliła się o to, żeby jej życie uległo zmianie na lepsze. Bóg, choć dobry – bo dał jej osłodę cierpień w postaci Ani – tych modlitw nie wysłuchał. Przemknęła błyskawicznie obok dziewcząt opartych o schody zajazdu nawet nie obdarzając ich spojrzeniem. -Cześć Majka!- krzyknęła najwyższa z dziewczyn opartych o chropowaty murek. Odwróciła twarz, ale nawet nie przystanęła. Pomachała ręką twierdząc, że na dziś to wystarczy. -Nie dzisiaj, proszę- powiedziała cierpiętniczo i zniknęła w drzwiach zostawiając wszystkie dziewczyny z wyrazem zdziwienia na twarzy. Co chwilę spoglądały na siebie i wzruszały ramionami. Nie mogły dojść dlaczego ich koleżanka tak dziwnie się zachowuje. Maja niepewnie weszła do środka. Bardzo rzadko bywała w tutejszym hotelu, czy chociażby w restauracji. Nie witając się z recepcjonistką pognała do łazienki. Przemyła twarz wodą, żeby zbyć z siebie ślady życia. Widząc w lustrze swoje odbicie miała chęć rozwalić je pięścią. Do tego stopnia nienawidziła samej siebie. Gdy już się umyła, odświeżyła i jako tako doprowadziła do porządku, poszła w stronę stolików dla gości przy barku. Usiadła na drewnianym krześle obitym purpurowym materiałem. Stopy w lekkich butach z kosmicznie wysokimi obcasami oparła o stolik i zaczęła szukać czegoś w plecaku. -Wychodzisz stąd!- usłyszała nad sobą stanowczy głos, który skłonił ją do uniesienia głosy. Przed sobą zobaczyła srogą twarz kelnera, który wskazywał palcem na drzwi, pod pachą dzierżąc pustą tacę. –Wiesz, że was w środku nie może być! Miała wielką ochotę mu odpyskować, ale w porę ugryzła się w język, zdobywając się tylko na błagalne spojrzenie. Wrogość biła z każdego słowa, z każdej sylaby wypowiedzianej przez kelnera. Dzisiaj każda obelga i każda negatywna emocja bolała podwójnie, bo dawała świadectwo, że na tym świecie ktoś taki jak ona po prostu nie jest potrzebny. Nie dosyć, że była przepełniona nienawiścią do samej siebie, to jeszcze wszyscy dookoła udowadniali jej, że jest śmieciem. Że mogą pomiatać nią jak tylko im się podoba. Najpierw mężczyzna w samochodzie, teraz kelner... -Ja chciałam tylko wysłać list- powiedziała ostrożnie wyjmując z plecaka białą kopertę z naklejonym znaczkiem. Kelner nic nie mówiąc podszedł do drugiego stolika przyjąć zamówienie. Swoim koślawym pismem wykaligrafowała dobrze jej znany adres. Potem do koperty włożyła banknoty, które dał jej mężczyzna. Pośliniła jej brzeg, a potem dodatkowo go przyklepała – dla pewności. Pieniądze już jej nie były potrzebne. Ani i cioci Grażynie tak. Wsunęła delikatnie kopertę do skrzynki pocztowej dla gości wiszącej przed drzwiami, a potem poszła w stronę dziewczyn. -Mam do was prośbę. Tylko dokładnie ją zapamiętajcie... -Nie rozumiem...- powiedziała jedna, marszcząc brwi. -No ale dobrze. Jak sobie życzysz. O co chodzi? -Powiedz Marcinowi, że nie chcę go znać. -Co ty opowiadasz? Ty przecież... -Nie- przerwała jej stanowczo. Nie chciała tego słuchać. Poczuła, że łzy napływają jej do oczu. –Powiedz, że między nami już nic nigdy nie będzie. -Co ty pieprzysz? Przecież on był jedyną dobrą rzeczą, która cię w życiu spotkała! -Przekaż, dobrze? Przytaknęła. Maja pożegnała się z dziewczynami, a potem poszła w stronę domu. Jednak, gdy przechodziła przez skrzyżowanie, nie skręciła do drogi prowadzącej do jej miejscowości. Poszła dalej – szosą szybkiego ruchu, tuż obok jadących samochodów. Wielu kierowców na nią trąbiło, nie dlatego, że szła nieprzepisowo. Trąbili, mrugali światłami, machali. Jeden nawet się zatrzymał, ale dziewczyna pokręciła głową i przyspieszyła kroku. Idąc już trzecią godzinę, za ekranami zobaczyła niepozorną szopę. „To jest to!” – pomyślała. Skręciła w prawo i przesmyknęła się przez przejście między ekranami. Chwilę potem dotarła do opustoszałej szopy. Zachowywała się cicho, choć nie było wyraźnej potrzeby ku temu. Kiedy podeszła do wrót zobaczyła, że są otwarte. Przejechała opuszkami palców po szorstkim drewnie. Oparła czoło o deskę. Zagryzła wargi. W jej oczach nie pojawiły się łzy, choć w tym momencie przeżywała wewnętrzną wojnę. Wejść? Nie wejść? Dla niej zdecydowanie się na noc w tej szopie było jednoznaczne. Oddychając ciężko rozchyliła wielkie drzwi. We wnętrzu było bardzo ciemno. Jedynym źródłem światła były nierówne szczeliny między deskami, z których była zbudowana szopa. Bała się tego miejsca. Było obce, nieprzyjazne, a poza tym miało być tym ostatnim. Wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie, lecz nie dawało możliwości przemyślenia wypadków. Rozejrzała się po nowym miejscu i rzuciła gdzieś w kąt swój plecak. Jej oczy już przyzwyczaiły się do ciemności. Nagle coś poruszyło się w kącie. Krzyknęła przerażona i momentalnie przywarła do ściany zbudowanej z pustaków, która była pokryta grubą warstwą pajęczyny. Serce chciało wyskoczyć jej z piersi. Uspokoiło się dopiero, gdy z kąta wyskoczył czarno-biały kot i pomknął ku wyjściu. Odetchnęła z ulgą. -Co się stało!?- usłyszała kolejny odgłos. Nie odgłos – głos! Krzyknęła po raz kolejny i zaczęła się wycofywać. Doszła do drzwi i po raz kolejny omiotła wzrokiem wnętrze szopy. -Dlaczego krzyczałaś?- ten sam głos znów do niej przemówił. Miał dziwną spokojną barwę, która niepokoiła ją jeszcze bardziej. Mogła w każdej chwili uciec, lecz za punkt honoru postanowiła sobie odnalezienie źródła głosu. Nie musiała długo czekać. Z ciemności wyszedł chłopak, na oko kilka lat od niej starszy i stanął przed nią z dziwnym wyrazem twarzy. Przez chwilę nie umiała odezwać się słowem. Serce nadal trzepotało jej w piersi jak przestraszony ptak. Ale ona nie była przestraszona. Ona była przerażona! -Kim jesteś? Właścicielem?- odpowiedziała pytaniem na pytanie. -Nie- zaśmiał się chłopak. –Ale to zabawne... chciałem cię zapytać o to samo. Wcale nie było
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil hermenegilda
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…