Kroniki Białogórskie prolog, I rozdział.
Wiek XXI po upadku Imperium. W mieście Białogóra nic się nie dzieje. Nic szczególnego. Jak na razie. Palenie zabija - komentarze nie.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Prolog
Ciemne zaułki Zgorzeli od zawsze uchodziły za miejsce, którego porządni obywatele Imperium powinni unikać. Zbierały się tam wszystkie szumowiny z całego miasta: dilerzy opium, sutenerzy, ich podopieczne oraz zwykli bandyci i menele. Nocne patrole policji niewiele dawały – poza koniecznością zakupienia kilku nowych radiowozów w miejsce zniszczonych w zamieszkach. Podobno nikt nawet nie próbował odzyskać wypalonych wraków z rąk lokalnego mafiozo, chełpiącego się ogrodzeniem z niebieskiej blachy. Co więcej – stali mieszkańcy Zgorzeli wiedzieli, że są miejsca, gdzie nawet oni nie powinni się zapuszczać. Na przykład na porośnięte chaszczami i otoczone młodym laskiem pogorzelisko zakładów mięsnych „BuffaloBeef”. Szczególnie gdy spośród nagich, sczerniałych ścian, poprzez puste framugi okien dało się dostrzec światła reflektorów, a ryk potężnych silników mieszał się z ogłuszającą muzyką. Oznaczało to jedno: egzekucję. Tym razem rzecz była poważna – czerwony pickup z masą chromu i zadaszoną skrzynka pełną głośników na pace, strzeżony przez trzech ogolonych na łyso drabów należał do jednego z najbogatszych ludzi w dzielnicy. A Leon Teratosso nie zwykł załatwiać byle błahostek osobiście. Miał od tego ludzi – swoje „dobre chłopaczyny”. Trójka przy półciężarówce nie miała najlepszych humorów: omijało ich widowisko, termometr z ciekłokrystalicznym wyświetlaczem padł, co oznaczało -10 stopni – co najmniej, a o pierwszej w nocy nikt nie miał ochoty dostarczyć im rozrywki. Musieli pilnować, by nikt nie wylazł z lasu za ich plecami i podprowadził wozu szefa. Przez to nie mogli podziwiać jak Leon tłumaczy dziwce gdzie jej miejsce i powinność. A jeżeli prawdą było to, co opowiadał Bury, to musiało być tam ciekawie. Jedna z podopiecznych burdelu należącego do Teratosso była bardzo rozmowna w czasie pobytu na komendzie. A już po kilku dniach dwie chłopaczyny odeszły na kilka lat, a dwie inne na wieczność. Jeden z wartowników upuścił papierosa i rozdeptał peta. Gdzieś w oddali zawył pies. Pewnie w Parku Skrajnym, tam dzikie watahy zawsze były niebezpieczne. Nieraz znajdowano ludzi z bronią gotową do strzału, czasem nawet z leżącym obok ścierwem kundla ze sterczącymi żebrami. Ale strzelec był już bez bebechów. - Tylko tych sukinsynów nam tu brakuje... - skomentował przedłużający się skowyt palacz, zaraz jednak się poprawił – Skurwysynów, bo ich matki, to i tak były suki... No, nie? - Ha, ha - odrzekł ironicznie jego kolega, który rozsiadł się na ziemi przy tylnym kole. - Ty se tu jaja robisz, a jaką radochę mają ci w środku... Ale zasłużyła suka... Za Długiego i Baraninę. Uśmiechnął się, słysząc dzikie wrzaski dobiegającej z ubojni. Leon lubił zostawiać po sobie porządek – a kafelki i wąż do spłukiwania krwi i odpadów zawsze mu w tym pomagały. - Ty, Wyspiarz, nie zapominaj o Polewie i Grubym... Ci długo jeszcze słonka nie pooglądają. A o psy się nie martw... Jutro szef znowu jedzie na łowy, to i parę łbów przywiezie... - Jajcarz, swoją drogą... - zagadnął trzeci, ubrany w skórzaną kurtkę z napisem na plecach głoszącym „Jestem bogiem! Zgadnij czego...” – Wiesz, że dym tytoniowy szkodzi na jaja? - Serio? - Pewnie dlatego twoje żarty są ostatnio do dupy, hehe. Trzeba ci będzie nową ksywkę wymyślić za niedługo. Co powiesz na Makaron? Bezjajeczny? Jajcarza zamurowało. Jego kolega spod koła rechotał jak opętany... - Toś mu, Stary dołożył! Ciekawe co odpowie, jak mu już szczena od kolan się odlepi... - Nie wiem, ale dam mu czas do namysłu... Za ten czas się wyleję, o tam, w krzakach. Szefowi powiedzcie, że ktoś się kręcił i poszedłem go zaje... - Stary ziewnął, żałując, że nie mogą chociaż puścić muzyki z głośników bryki szefa. Taki bogaty a akumulator ładował raz na rok. Po chwili zniknął w krzakach, a Wyspiarz wyciągnął z kieszeni dresu zapalniczkę i zaczął ogrzewać sobie nią dłonie. Kurwnął na samego siebie, że nie wziął nic cieplejszego. W dodatku Jajcarz otrząsnął się z szoku i wrócił do swoich żarcików. - O, chłopaczyna z zapalniczką... Jakby nie to że cię znam, to te włoski by mnie zmyliły i pomyślałbym, że trafiłem do bajki tego Duna. - Zaraz ci przyjebie - warknął Wyspiarz i wyciągnął skręta z pozłacanej papierośnicy. - A skąd takie cacuszko u ciebie? - spytał Jajcarz, znając zamiłowanie kolegi do drogich wozów i drogich kobiet. - U jubilera byłem i mi sie do ręki przylepiło, jak pokazałem facetowi, że do drugiej przylepiła mi się klamka, to zrozumiał mój kłopot i oddał za darmo... Chcesz? Jajcarz wyciągnął się przez maskę i złapał wystawiony zwitek papieru z zielem. W tym momencie coś twardo wylądowało na pace, podbijając przód samochodu – już i tak dużo za lekki w porównaniu z nagłośnieniem z tyłu. Skręty i chłopaczyny posypały się po zmarzniętej ziemi. Papierośnica wpadła pod koło wozu, który wracał właśnie do normalnej pozycji. Brzękła miażdżona pozłacana blacha. - Co to, kurwa, było?! - wrzasnął Jajcarz, wyciągając zza pasa pistolet. - Nie wiem, kurwa, latająca, kurwa, krowa, kurwa! - wrzeszczał Wyspiarz, mocno spanikowany, patrząc na zgruchotany tył. To, co wylądowało na pace, przetoczyło się kilka metrów dalej. Jajcarz wstał i trzymając w jednej ręce broń, w drugiej zapalniczkę podszedł do „latającej krowy”. Zaraz jednak płomyk zgasł i sytuację uratowała latarka ze schowka. Wyspiarz nie był zachwycony tym, co zobaczył. - T-t-to j-jes-s-s-t... - Nie dokończył, zwrócił kolację i poświecił drugi raz, by się upewnić. Wtedy Jajcarz dojrzał białe litery, jedyne widoczne spod krwi, jaką umazany był bezręki i beznogi kadłub: „GIEM! ZGAD”. - Stary... - jęknął, lekko szczerząc zęby. - Co go tak...? - Z czego się ryjesz, kurwa, leć po resztę... - Wyspiarz stał w rozkroku, nad kałużą hamburgera i coli. Celował w coś w konarach drzew. Zdawało mu się, że zobaczył tam jakiś ruch. - Bogowie są nieśmiertelni, z tego się ryję. Ale idę już, idę, bo nas pieski zjedzą... - Zaraz jednak urwał, przypominając sobie, jak skończyło trzech kolesi z innej ekipy, po tym jak sfora dopadła ich nad fantami. Nie było co zbierać. Ale fanty zostały. Wiedział, bo to on ze Starym ich znaleźli (reagując zresztą tak jak Wyspiarz przed chwilą). Zaczął powoli iść w kierunku ruin – nie chciał biegiem sprowokować psów. Nagle coś przyszło mu do głowy: jak psy mogły miotać kilkudziesięciokilowym kawałem człowieka? Za jego plecami zlały się w jedno skowyt, wystrzał, krzyk Wyspiarza, urywający się cichym gulgotem. Wbiegł między resztki zabudowań – nigdy nie był w Ubojni, ale wiedział gdzie szukać: smród robił za przewodnika lepiej niż wydeptane ścieżki. Gdy dotarł w końcu do pokrytego kafelkami pomieszczenia, oniemiał. Piec stuwatowych żarówek aż nadto oświetlały trójkę jego szefów. Leon Teratosso nie znęcał się nad młodą dziwką. Leżał w rogu, z głową zwisającą luźno na tym co zostało z karku. Krew spływała po skórzanym kombinezonie, w kałuży krzepnącej cieczy leżał odbezpieczony rewolwer. Dwa przydupasy leżały w kątach w nie lepszym stanie, jedynie czyjaś ręka zwizytowała środek pokoju. Dziwki nie było. Dał się za to słyszeć lekki stukot pazurów o kafelki. Jajcarz podniósł wzrok. Kropla krwi skapnęła mu do oka. Cofnął się za framugę. Coś wylądowało miękko przed nim. Było wyprostowane, mógł patrzeć temu w oczy. Złe, żółte, wilcze. Ostatnia rzecz, jaką widział w życiu.
Jajcarza znaleziono dwa kilometry dalej. Godzinę później był już w szpitalu na oiomie. Nikogo nie powiadomiono, ale mimo to zjawił się u niego bogato ubrany, wielki jak góra starszawy jegomość z walizką motywacji dla personelu medycznego. - Co mu jest? - spytał od progu. Nie miał chyba zamiaru przybywać w szpitalu długo, jakby zaraz miał spotkanie biznesowe. Rozsiadł się w sali lekarskiej i położył otwartą motywację na stole. Lekarz prowadzący Jajcarza mocno się zmieszał, ale zaraz olał tajemnicę lekarską. - Ogólnie jest w szoku - powiedział, częstując gościa papierosem i koniakiem. - Ale musimy kontrolować stan jego oczodołów, boimy się zakażenia w nich i ranach wokół. - A co z oczami, gałkami ma się rozumieć, proszę pana? - oburzył się gość, zbliżając rękę do walizki. - Nic z nimi nie zrobicie? Są już stracone? Czy zostały amputowane? Lekarz chwilę dobierał słowa. To był nietypowy pacjent, gdy zrobią co w ich mocy, będzie musiał się nim zająć psychiatra. - Znaleziono go już bez gałek. Właściwym terminem jest ekstrakcja. Niezbyt delikatna. Ma potężne rany szarpane na piersi i ramionach. Trzymano go chyba grabiami, gdy się wyrywał. - Zrobili mu to na żywca?! - Oczy biznesmena zrobiły się wielkie jak spodki. Ale tylko na moment, zaraz jednak przypomniał sobie, kim jest i z kim rozmawia. Po chwili milczenia poprawił się, już zgodnie z szykiem godnym przedstawiciela Starych Rodów: - Czy daje mi szanowny pan do zrozumienia, że został okaleczony w stanie pełnej świadomości? Zostawiam mój numer telefonu. Gdy tylko będzie zdolny opowiedzieć co się stało, proszę mnie powiadomić. Byłbym wdzięczny PODWÓJNIE, gdybym mógł się przekonać co ma do powiedzenia, nim zrobi to miejscowy pretor. Możemy chyba pójście na taki układ doktorze... - Dom. Grzegorz Dom. - O, jakie proste nazwisko! - Napięcie i duma ustąpiły miejsca tonowi, jaki doktor Dom znał z rzadkich odwiedzin ważnych osobistości, chcących przed kamerami udawać spoufalonych z ludem. - Nie myślał pan o zmianie na jakieś obcojęzyczne? Było to modne zjawisko wśród Białogórzan, którzy awansowali w hierarchii społecznej. Za jedyny milion Żelazny stawał się Iron'em, Mędrek Bonim, a Kruk Corvusem, by nie razić klientów ze stolicy, czy jakiejś bardziej cywilizowanej prowincji szeleszczącym i trzaskającym nazwiskiem. - Myślałem o nazwisku z wyspiarskiego, ale to by niewiele zmieniło, prawda? „House"? Kojarzy się z ujadaniem psa. Hau, hau haus! - Święta racja. Czyli jesteśmy omówieni? Tu jest moja wizytówka. - Dobrze, panie Teratosso. I.
- Jesteście państwo ABSOLUTNIE pewni, że chcecie wynająć TĘ kawalerkę? - Otyły, łysiejący agent nieruchomości kilka razy spoglądał raz na wysokiego, potężnie zbudowanego blondyna, raz na zgrabną blondynkę z lekko skośnymi, acz wyraźnie niebieskimi oczami. - Nie, panie Rivieri, chcemy KUPIĆ tę kawalerkę... - Mężczyzna był zadziwiająco zdecydowany. - Proszę państwa, osoby z państwa dochodami, z taką pozycją społeczną na pewno stać na lepsze lokum niż ten elegancki, bo elegancki, ale jednak zaledwie kącik - kontynuował Antonio Rivieri, pewien że sprzedaje właśnie kawalerkę jakiejś bohemie od siedmiu boleści. „Na Merkurego!" - pomyślał ze zgrozą, ocierając pot z czoła. - "Zaraz zaczną się tu dzikie balangi i tylko czekać aż w pijackim widzie spalą kawalerkę, jako rzekomego konia z Illionu.” - I ten kącik nam się podoba, proszę pana. - Blondynka musnęła palcami komodę, jedyny pozostały w sypialni mebel po poprzednim właścicielu. - Jaka jest cena? - Sześćset tysięcy, to około sześć tysięcy sześćset sześćdziesiąt solidów za metr kwadratowy - poinformował, wiedząc, że za dwa razy wyższą cenę mogli spokojnie miesięcznie opłacać spory apartament na Kowalach. - Nasza agencja... Chciał już wskazać inny lokal, za sprzedaż którego otrzymałby niezłą prowizję, ale blondyn przerwał mu. - Dajemy osiemset tysięcy. I bez dyskusji - rzucił, kończąc w tradycyjny sposób negocjacje. Od kiedy padły trzy ostatnie słowa, dobrze wychowany plebejusz mógł jedynie czekać, aż szlachcic zrezygnuje sam z siebie. - Proszę przygotować papiery. - Jak sobie państwo życzą, ale... - Rivieri czuł, że wypoci przy tej rozmowie więcej kilogramów niż na jakiejkolwiek siłowni. Nim podjął kolejną próbę przekonania klientów, do pokoju wszedł woźny, chudziutki staruszek z fryzem na jeża i zaczął spokojnie wycierać podłogę nowym mopem. - Witam państwa – rzucił, jakby od niechcenia. - Mogłaby pani stanąć gdzie indziej? Tu też trzeba przetrzeć- rzucił, szorując jakby nigdy nic. - Panie Juliuszu, nie teraz... - zganił go Rivieri, wywołując uśmieszek na twarzach zarówno klientów, jak i dozorcy. - A jak nie kupią? - oburzył się pan Juliusz, wskazując palcem parę, teraz już zapewne niedoszłych nabywców. - To będzie niepowycierane i potem któryś z was znowu będzie marudził, że to zaniża ocenę lokalu. Umyte musi być i basta! - To ja pójdę po dokumenty... - Tupet dozorcy wytrącił Antonia z rytmu i zmusił do ukrycia zakłopotania. - Państwo może się rozejrzą i może zmienią zdanie...- Agent niemal wybiegł do samochodu zaparkowanego na trawniku przed blokiem. W tym czasie blondynka podeszła do okna i otworzyła je na oścież, podziwiając panoramą placu zabaw i nieco zaniedbanego parku. Mężczyzna przechadzał się po niewielkiej kuchni, lekko zniesmaczony na widok niewielkiego piecyka węglowego. - Potem będzie można zainstalować kuchenkę gazową albo elektryczną, jak kto woli. - Pan Juliusz kończył już w przedpokoju i przechodził powoli do salonu – Tyle, że wtedy kuchnia chyba straci nieco uroku... Mało już jest pieców węglowych w kuchniach, bardzo mało. - Jak mało? – spytał z ciekawości mężczyzna, wykazując dziwne zainteresowanie lokalnym przeżytkiem epoki węgla i stali. - Bardzo mało, teraz wszyscy przestawiają się na gaz - westchnął dozorca, rozkładając ręce, za nim stanęła blondynka. – Podobno jest tańszy i bezpieczniejszy... Ale tu, na Łęgach i w ogóle nad rzeką, jest zbyt zwarta zabudowa i żeby pociągnąć rury, będą musieli kopać pośrodku ulicy. Chyba prędzej będzie jakiś punkt sprzedaży butli. A wtedy tylko czekać, aż któryś z tych pijaków wysadzi siebie i pół bloku. - Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o kasę... - mruknął klient, przykucając przy piecyku. Drzwiczki do piecyka udekorowane były starym herbem Białogóry: białą wieżą z blankami na zielonym tle. - Ale w sumie piecyk bardzo ładny. Stary, prawda? - I to jak! Ma już chyba ze sto lat! - niemal krzyknął pan Juliusz, wskazując na drzwiczki. - Poprzednio mieszkał tu jeden z tutejszych wykładowców, ale tych, jak to na nich się niedawno mówiło: „dorobkiewiczów”. Zbierał różne takie: antyki, stare książki. A piecyk chciał zachować, bo kojarzył mu się z jednym przesądem... Zresztą nieważne... Ale jak byście chcieli obejrzeć tę jego kolekcje, to jest u nas na strychu. - Wymownie wskazał palcem sufit, podświadomie uznając, że lepiej będzie przypomnieć, o czym mówi na wypadek, gdyby ludzie po przekroczeniu pewnej sumy dochodów, zaczęli nazywać strych piwnicą, a piwnicę strychem. - Nie sprzedaliście tego? - zdziwił się mężczyzna, znający widać przepisy: takie graty miały zostać albo sprzedane, albo zutylizowane w przeciągu pół roku. - A gdzie tam! Profesor jeszcze dwa miesiące temu płacił rachunki, ale potem dorwała go jakaś choroba i musiał zrezygnować z mieszkania tutaj. Przez klimat. Ale nawet po tym szef zabronił cokolwiek wyrzucać, bo można sprzedać mieszkanie drożej, ale już umeblowane. - Rozejrzał się, ściszył głos i wyznał: – Ale myślę, że ten cały Rivieri to najchętniej sam by to mieszkanie wziął, razem z całym majdanem... Jak za długo będzie czekać na wynajem, to w agencji opchną je swoim. I dlatego tak się stara państwa zniechęcić! Blondynka uśmiechnęła się i spytała: - Kiedy byśmy mogli obejrzeć ten... cały majdan? - A choćby zaraz! Klucze zapasowe do mieszkania mam, to możemy spokojnie się przejść. Tylko szybko, ten urzędas pewnie jeszcze zapali cygaro i będzie klął na wszystkich bogów, że mu się taka klientela trafiła niewybredna. - No to chodźmy - zaproponował mężczyzna i wyszedł na klatkę z partnerką – Na mieszkanie już jesteśmy zdecydowani, tylko trzeba się jeszcze zastanowić, co weźmiemy z Villa Aurora. - O, państwo aż stamtąd? - zdziwił się woźny, walcząc z zamkiem w drzwiach. - Trzeba będzie ustrojstwo wymienić... - Tak to pana dziwi? - mężczyzna już wspinał się po schodach. - I to jak! - przyznał woźny. - To stare budownictwo: grube mury, z dala od centrum, ale jest jak dojechać na Akademię. Ale żeby przeprowadzać się ze Złotych Domów? To nie te standardy co tam! Na przykład tutaj są normalne, nie kuloodporne szyby. I klamki, a nie gałki. I oczywiście ogólnie wszystko jest o wiele tańsze. Będą pewnie chcieli państwo zainstalować drzwi antywłamaniowe? - Oczywiście, solidne drzwi to podstawa - odparła blondynka – Po tej historii z młodym Teratosso niczego nie można być pewnym. - Co to było? - Juliusz kojarzył skądś nazwisko, wyraźnie facet był ze Starych Rodów. - Straszna historia... – Kobieta pokręciła głową. – Pół roku temu biedaka znaleźli rozszarpanego w jakimś pogorzelisku. Podobno zabójcy byli tak na niego zawzięci, że zdemolowali nawet jego samochód. - Rozszarpanego? A tak, ten mafiozo... - przypomniał sobie dozorca, skinąwszy głową drobnej staruszce schodzącej z góry. Wymienili uwagi na temat zapachu płynu do podłóg (śmierdział bananami i pomarańczami, choć miał być cytrynowy – wyszło coś żółtego i cytrusowego). Gdy lokatorka odeszła, blondynka spytała się, jak długo pracuje tu jako woźny. - Uf, będzie ze dwanaście lat. Tak, a pewno, bo wtedy urodził się ten smark spod siódemki, ten co teraz założył „kapelę”. Tłuką po beczkach w garażu i nazywają to próbami. Ale tak – cały tuzin lat. A w ogóle, to skoro jesteście państwo zdecydowani – Julek jestem! Do mnie ze wszelkimi usterkami i opłatami. - Marek Aureliusz de Marcia – przedstawił się mężczyzna, zaraz jednak z uśmiechem dodał – Marco. Albo Marek. Jak kto woli. - Z tych de Marcia? - Julek spojrzał na niego podejrzliwie. - Z tych de Marcia, co jeden jest doradcą byłego następcy tronu? - Z tych – potwierdził Marek. - No, no... - Woźny spojrzał na niego z uznaniem. Widać „ci” de Marcia powinni według niego być nadętymi bufonami. - Alicja Maria Canissi – dygnęła blondynka – Znajomi mówią mi Ala. - Krzyżowiec? - zagadnął Julek, mrużąc szare oczy. Ewidentnie była to reakcja na drugie imię, ewidentnie żydowskie. - Tak - odparła dumnie kobieta, wiedząc, jak alergicznie reaguje wielu ludzi na chrześcijan, zwanych też krzyżowcami. - No, to pamiętaj, że kapliczka dwie przecznice stąd jest czynna od świtu do zmierzchu. O, te drzwi po lewej to już strych. Podszedł do białych drzwi bez wizjera i wygrzebał z pęku kluczy największy, z ogromnym, zdobionym uchem. Trochę nim pomanipulował w zamku, ale niewiele to dało. Staruszek chwilę spoglądał na drzwi, mierząc je wzrokiem. W końcu energiczny kopniak otworzył im drogę na strych. - Zapraszam do królestwa profesora Starobrzeskiego! Alicja wpadła pierwsza i zaraz westchnęła z zachwytu – stare, może stuletnie szafy, potężne dębowe biurko z mosiężnymi gałkami. I książki – stosy książek przykryte folią - na podłodze, półkach i okrągłym stoliczku z lwimi łapami. - Profesor miał chyba problemy z upchnięciem tego na szafce? - zażartował Marek, odkrywając jeden ze stosów na podłodze. Ku jego…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Ciemnogrodzianin
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…