Krótka opowieść o umieraniu
Cyberpunk. O tym co się może stać, jesli wmontujesz w siebie za dużo technologii.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
I
Leje, jak z cebra. Barrett idzie szybko mokrym chodnikiem. Krótkie włosy lepią mu się do czoła. Usilnie stara się skryć szyję w ramionach. Oburącz trzyma kołnierz płaszcza, by zimne krople nie kąsały karku. Wieje zimny wiatr. Ulice są puste, większość latarni nie działa. To niezbyt gościna okolica. Sklepy mają kuloodporne szyby, ale teraz tego nie widać, bo wszystkie zasłonięte są pancernymi roletami. Od czasu do czasu ulicą przejedzie samochód. Zawsze szybko. Nigdy się nie zatrzyma. Radiowozu nie widziano tu od dawna. Barrett skręca w zaułek. Idzie pod ścianą budynku, jakby to miało uchronić go przed deszczem. Na drugim jej końcu znajdują się stalowe drzwi. Przed nimi stoi barczysty mężczyzna w wojskowym pancerzu, z pistoletem maszynowym w dłoniach. Stoi i klnie pogodę oraz kolesia, który kazał mu tu sterczeć. Na widok wysokiego mężczyzny w płaszczu robi krok do przodu i kciukiem odblokowuje spust. Barrett podchodzi i wolno wyciąga z kieszeni plastykową płytkę. Dobrze wie, co by się stało, gdyby zrobił to szybciej. Strażnik przez chwilę przygląda się kawałkowi plastyku, a potem cofa się i nie spuszczając wzroku z Barretta, trzy razy uderza w stalowe drzwi. Szczęk zamka. Drzwi otwierają się z metalicznym zgrzytem. Wewnątrz stoi drugi strażnik. Łysy. W szarym garniturze. Kevlarowa kamizelka nieznacznie tylko wypycha białą koszulę. Zwykły obserwator nic by nie zauważył. Stalowa dłoń trzyma kompozytowe Uzi. W lewej ręce skaner. Barrett rozkłada szeroko ręce i pozwala się sprawdzić. Ale strażnik jest opieszały. Skanuje tylko tors, plecy i uda. Gdyby chciał, Barrett mógłby wnieść, na przykład, ukryty przy kostce nóż. Mężczyzna prowadzi Barretta w dół po schodach i dalej wąskim korytarzem, otwierającym się na obszerny salon. Tu podłogę wyściela miękki dywan. Na wprost drzwi ustawiono bokiem miękką sofę. Naprzeciw niej duży ścienny ekran, a pod nim nowiutki moduł rozrywkowy Hitachi. Pozostałe ściany zajmują wysokie aż po sufit pułki z książkami. Na lewo od ekranu znajdują się ciężkie, pancerne drzwi. Jedyny element, który nie komponuje się z resztą. Pod drzwiami stoi trzeci ochroniarz, ubrany identycznie, jak ten, który prowadził Barretta. Tyle, że ten jest właścicielem blond czupryny i obie ręce ma sztuczne. Na kanapie siedzi chudy mężczyzna w granatowym garniturze i ciemnych okularach. Na lewej skroni ma gniazdo chipów. Wstaje na widok Barretta i mierzy go wzrokiem. Barrett wyciąga płytkę, którą wcześniej pokazywał strażnikowi przy wejściu. Podaje ją mężczyźnie, który chowa ją do wewnętrznej kieszeni marynarki. - Rozumiem, że wpłacił pan umówioną sumę na podane konto, panie… - zawiesza melodyjny głos. Barrett uśmiecha się nieznacznie. - Blue. Proszę mi mówić: Blue. - jego głos jest niski, zachrypnięty. Skinięcie głowy. - Proszę wybaczyć pytanie, panie Blue, ale nie wygląda pan na kogoś, kto mógłby sobie pozwolić na nasze usługi. - Powiedzmy, że to prezent dla mnie od kogoś, komu wyświadczyłem pewną przysługę. - wyjaśnia. Mężczyzna uśmiecha się. - Oczywiście. Rozumiem. - podchodzi do stolika, na którym stoi butelka whisky. - Napije się pan? - Raczej nie. Chciałbym od razu odebrać moją nagrodę. - Racja! - jeszcze szerszy uśmiech. - Nie ma co tracić czasu! Podchodzi do pancernych drzwi. Jednocześnie ochroniarz płynnym ruchem odsuwa się na bok. Ruch magnetyczną kartą przez czytnik, dziesięciocyfrowy kod i cichy szczęk zamka. Drzwi otwarte. - Zapraszam. - mężczyzna gestem ręki wskazuje wnętrze. Barrett rozpina płaszcz. Pod nim ma szeroki sweter. Wchodzi do środka. Pokój jest mały, pogrążony w mroku. Tylko jedna mała lampka rzuca słabe, żółte światło, na ustawione pod ścianą łóżko. Przy łóżku stoi nocna szafka, pod przeciwległą ścianą - meblościanka. Podłogę wyściela taki sam dywan, jak w salonie. Na łóżku, skulona, leży dziesięcioletnia dziewczynka. Długie kasztanowe włosy przesłaniają jej twarz. Systemy audio w uszach Barretta bez trudu wychwytują jej cichy oddech. Jest przerażona. - Jedną chwilę. - Barrett odwraca się do garnitura. - Miała być czysta. Mężczyzna wchodzi do pokoju. - Zapewniam pana, że jest. Zrobiliśmy badania. Wszystko jest jak trzeba. Barrett uśmiecha się. - To świetnie. - mówi. - Gdyby było inaczej mielibyśmy problemy. - Nie rozumiem? Co pan chce przez to powiedzieć? - mężczyzna jest szczerze zdziwiony. - Musiałbym cię zabrać żywego. - pada odpowiedź. Barrett wykonuje energiczny ruch ramionami. Z rękawów płaszcza wyskakują dwa Walthery. Palec na spuście włącza laserowy celownik. Zanim mężczyzna zdąży zareagować pistolet zostaje wymierzony w jego gardło. - Bum! - Barrett pociąga za spust. Pomieszczenie wypełnia huk. Akceleratory refleksu zaczynają pracować. Barrett wpada do salonu, zanim któryś z ochroniarzy zdąży się poruszyć. Pierwszy: zaledwie półtora metra odległości. Prosty strzał. Trzy razy. Prosto w głowę. Drugi unosi swoje Uzi, ale robi to pół sekundy za późno. Dla Barretta jego ruch jest powolny, ospały. Plamki laserów drgają na piersi ochroniarza. Ognia! Barrett strzela dopóki nie usłyszy tępego szczęku zamków. Pociski AP* z łatwością przechodzą przez kevlarową kamizelkę. Zaskoczony ochroniarz zwala się na ziemię nie rozumiejąc, co się stało. Puste magazynki stukają głucho o dywan. Barrett spokojnie ładuje nowe. Zapada cisza. W powietrzu unosi się zapach prochu. Barrett odwraca się. Wchodzi do pokoiku. Mężczyzna w granatowym garniturze zdążył się już wykrwawić. Odwraca go na plecy, wyjmuje z kieszeni mały aparat cyfrowy i robi mu zdjęcie. Błysk flesza. Podchodzi wolno do łóżka. Dziewczynka zasłoniła sobie uszy i nuci jakąś dziecięcą melodię. Barrett zna tę melodię. Pamięta piosenkę z dzieciństwa, ale nie może przypomnieć sobie słów. Nie ważne. - Hej! Mała! - woła ją. - Już po wszystkim. Jesteś bezpieczna. Dziewczynka nie reaguje. Barrett podnosi ją, bierze za rękę i wyprowadza z pokoju. - Chodź, dzieciaku. Twoi starzy na ciebie czekają. Szkliste oczy dziecka przyglądają się ciałom ochroniarzy, gdy wyprowadza ją przez salon. Teraz szybko. Po schodach do wyjścia. Nagle na szczycie schodów pojawia się strażnik w wojskowym pancerzu. Cholera! Zupełnie o nim zapomniał! Odwraca się, zasłaniając dziecko, w chwili, gdy grad kul zasypuje korytarz. Lewą ręką przyciska małą do piersi, prawą zasłania sobie głowę. Kafelki na ścianach rozsypują się milionami kawałków. Pociski gwiżdżą przy głowie Barretta. Czuje, jak wbijają się w kamizelkę, przeszywają prawą nogę i zdzierają skórę z dłoni, odsłaniając tytanowe kości i czarne, syntetyczne mięśnie. Regulator adrenalinowy pompuje hormon do krwi. Ból zanika. Pozostaje jedynie wściekłość. Barrett z rykiem rzuca się na strażnika, zanim ten zdąży zmienić magazynek. Jednym susem pokonuje dzielącą ich odległość. Pierwszy cios i strażnik wpada na stalowe drzwi. Drugi - kantem dłoni w gardło - pozbawia go oddechu. Ale Barrettowi to nie wystarcza. Łapie go za głowę i raz za razem uderza nią o ścianę. Trzask kafelek łączy się z trzaskiem łamanych kości i zębów. Przestaje dopiero, gdy twarz strażnika zmienia się w czerwoną papkę. Gdyby facet nie miał pancerza, połamałby mu jeszcze żebra. Strażnik osuwa się na ziemię. Nie może oddychać. Dusi się własną krwią. Barrett wyciąga pistolet i strzela mu w głowę. Na wszelki wypadek. Lepiej, gdy nie ma świadków. Zabiera mu pasek od spodni, by zatamować krwawienie z uda i razem z dziewczynką wychodzą na zewnątrz. Dalej leje, jak z cebra. I dalej wieje zimny wiatr.
II
Nasz cel to zwykła płotka. Zwykły handlarz trefnym towarem. Dostaliśmy cynk, że będzie w budynku, razem ze świeżą dostawą beta-amfetaminy. Jego klientów już mamy, więc nie było sensu czekać. Miał tylko jednego ochroniarza. Nikt nie przypuszczał, że będzie stawiał tak zaciekły opór. Nikt też nie podejrzewał, że będzie miał karabin maszynowy. Huk serii z automatu wypełnia pomieszczenie… Kule świszczą przy mojej głowie… Robię unik… Padam na ziemię… Kątem oka widzę jak maska przeciwgazowa mojego partnera eksploduje odłamkami plastyku i krwią. Tocząc się po ziemi chowam się za kolumną. Wstaję powoli, tak by mnie nie widział. Sięgam do paska po nowy magazynek, ale kieszeń okazuje się pusta. Skończyły się. Odrzucam karabin. Wychylam się, by sprawdzić, gdzie jest mój przeciwnik. Kolejna seria. Odłamki betonu, z którego wykonano kolumnę, pryskają we wszystkie strony. Będę musiała zagrać inaczej. Wyrywam zawleczkę i rzucam granat. W ciągu kilku sekund całe pomieszczenie wypełnia gęsty, biały dym. Facet zaczyna strzelać na oślep. O to chodzi. Po chwili słyszę głuchy szczęk zamka. Nie ma amunicji. Włączam termograf i wybiegam zza kolumny. Mój przeciwnik jest teraz człekokształtną mieszanką kolorów. Wyciągam nóż i rzucam się na niego. Mierzę brzuch. Rozkład barw wskazuje, że nie ma kamizelki kuloodpornej. Pchnięcie… Nagle jego dłoń zaciska się na moim nadgarstku, blokując atak. Cholera! Czyżby tylko udawał, że mnie nie widzi? Nie ma czasu na zastanawianie. Uwięzionym nadgarstkiem wykonuję okrężny ruch, tnąc jego żyły w połowie przedramienia. Słyszę jego ciche syknięcie. Uścisk słabnie. Wyswabadzam się i jeszcze raz zadaję cios. Ostrze zagłębia się w ciało prawie po rękojeść. Odczepiam ją i rzucam się do ucieczki. Detonator ustawiony jest na trzy sekundy. Padam na ziemię w chwili, gdy niewielki ładunek w podstawie ostrza eksploduje. Krzyk, a potem odgłos padającego ciała. Wstaję i podchodzę powoli. Bez wątpienia jest martwy. Ma w brzuchu imponującą dziurę wielkości arbuza. Podchodzę do okna i otwieram je, by gęsty dym ulotnił się z pomieszczenia. Zsuwam maskę z twarzy i zdejmuję hełm. Oddycham głęboko nocnym powietrzem. Nawet nie patrzę na ciało partnera. Smutny widok. Zastanawiam się: gdyby dziś osłaniał mnie Barrett, czy udałoby mu się przeżyć? Czy uniknąłby tej serii? Głupie pytanie. Jasne! Barrett jest jak czołg - nic go nie zatrzyma. Wychodzę na zewnątrz. Przy granatowej furgonetce z białym napisem "policja", po angielsku i japońsku, stoi kapitan Galil. Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna w średnim wieku. Podchodzę do niego. - Calico nie żyje. - mówię, patrząc w czarne, jak smoła niebo. Żadne gwiazdy nie przeświecają dziś przez ciężkie, deszczowe chmury. - Wiem, Tuma. - pada odpowiedź. Galil patrzy mi prosto w oczy. - Pojedziesz do jego żony. Zawiadomisz ją. Wyciągam papierosa i zapalam. Nie musiał tego mówić. Dobrze o tym wiem.
Zdałam sprzęt i wróciłam do domu. Właściwie to nie dom tylko pokój na trzydziestym piętrze zapyziałego hoteliku, ale to wystarczy. Zamek w drzwiach ma dwunastocyfrowy kod. Do tego mała płytka daktyloskopowa na kciuk. To nie jest standardowe zabezpieczenie. Musimy płacić ekstra. Pokój jest całkiem spory. Po prawej stronie mieści się duże, dwuosobowe łóżko i wejście do łazienki. Po lewej wielka szafa z syntetycznego drewna i mała kuchnia. Mniej - więcej na środku postawiliśmy stół i dwa fotele. Pod oknem stoi antyczny moduł rozrywkowy JVC. Na fotelu siedzi Barrett. Pali Lucky Strike'a i popija szkocką. Podchodzę od tyłu i obejmuję go. - Cześć, maleńka. - mruczy. - Co tak późno? - Miałam ciężki wieczór. - odpowiadam. - Calico nie żyje. - Szkoda faceta. - odpowiada machinalnie. Obchodzę fotel i siadam Barrettowi na kolanach. - Calico był idiotą. - mówię. - Popełniał za dużo błędów. Galil niepotrzebnie wziął go do naszej grupy. Kurwa! Będę musiała powiedzieć jego żonie… - ciarki przechodzą mnie na samą myśl. Barrett, jakby wyczuwając to, obejmuje mnie ramieniem. - Chcesz, żebym poszedł z tobą? - Nie. Jakoś sobie poradzę. - z leżącej na oparciu fotela paczki wyjmuję papierosa i zapalam. Zaciągam się. Dym wypełnia moje płuca. Wstrzymuję oddech i po chwili wydmuchuję szarą smugę. - Jak ci minął dzień? - pytam. Muszę przestać myśleć o kobiecie Calico. - Postrzelili mnie w udo i… Zrywam się na nogi. - Kurwa! Czemu nie powiedziałeś!? Nie siadałabym ci… - Nie pierdol. Jak by mnie bolało, to bym ci nie dał usiąść. - bierze mnie za rękę i przyciąga do siebie. Ostrożnie siadam mu na kolanach. - Pamiętasz? - kontynuuje. - Mówiłem ci o tej parze, której porwano córkę. Namierzyłem ją i poszedłem załatwić sprawę. Zdjąłem ochronę i zabrałem dzieciaka… To właśnie wtedy ten skurwiel mnie postrzelił. Przy wyjściu… I odstawiłem ją do domu. A ten kutas, jej stary, powiedział, że nie wypłaci mi nagrody! - Sukinsyn! I co zrobiłeś? - Odstrzeliłem gówniarze palec. - odpowiada z uśmiechem. - I zapłacił? - Zapłacił. Wszystko. Pięć tysięcy. Głośno wypuszczam powietrze. Przez chwilę milczymy - Jesteś głodny? - pytam. - Mogę ci coś podgrzać. - Nie, jadłem już, ale jak ty chcesz, to pewnie jeszcze jest ciepłe. - Mam ochotę na coś innego. - całuję go. Odwzajemnia pocałunek. - Tak? Na co? - Wezmę prysznic, a ty zapakuj swój tyłek do łóżka i poczekaj na mnie. Barrett mruczy przeciągle.
Leżę w łóżku. Obok mnie Barrett śpi, jak zabity. Ja nie mogę zasnąć. Myśli kłębią mi się w głowie. Barrett zmienił się po tym, jak go wylali z policji. I to wcale nie na lepsze. Ta robota dużo dla niego znaczyła. Gdy się dowiedział, że został zwolniony, przez tydzień nie wychodził z domu. Zwolnili go za brutalność. To znaczy, jeśli mam być szczera, to cały wydział powinien stracić robotę włącznie ze mną, bo dla nas sprawa jest prosta: gówno, to gówno i trzeba je posprzątać. Skutecznie. Ale Barrett miał po prostu pecha. Jakaś grubsza ryba przyuważyła, jak znęcał się nad podejrzanym podczas przesłuchania. Ponieważ już wcześniej ktoś złożył na niego skargę, a gruba ryba był zaciekłym przeciwnikiem brutalności policji, dwa dni później zabrali Barrettowi odznakę i broń. Strasznie się wkurwił. Ja zresztą też, ale nic się nie dało zrobić. Gdy po tygodniu wrócił do równowagi, zaczął szukać nowej pracy. Ale mając przeszłość taką jak my, nie ma się wielkiego wyboru. Nie chciał etatowo pracować w ochronie, więc stał się roninem. Całymi dniami przesiaduje w najgorszych spelunach i czeka na okazję. Kilka razy trafiła mu się większa fucha. Powoli zaczyna wyrabiać sobie pozycję. Są pieniądze. Ale jest też druga strona. Mniej optymistyczna. Barrettowi zaczął być potrzebny sprzęt. Cybernetyka, biotechnologie, nanochirurgia. Wojsko nie zrobiło z nas cyberżołnierzy, bo byliśmy w rezerwie. Powołano nas dopiero, gdy wybuchł II Konflikt Koreański. Mieliśmy tylko podstawowy zestaw: sztuczne oczy, systemy audio, akceleratory refleksu. Teraz Barrett zaczął pakować w siebie mnóstwo sprzętu. Obie ręce i lewą nogę ma sztuczne i zamontował w nich różne systemy bojowe. Jego Serce może pompować krew dwa razy szybciej niż u normalnego człowieka, a płuca są odporne na toksyny. Wszystkie naturalne kości, jakie mu jeszcze zostały, ma oplecione cienką siatką metalowych spoiw, co czyni je odpornymi na złamania, a ostatnio przebąkiwał coś o zmianie całego szkieletu na tytanowy. Możliwe też, że ma jeszcze inne wszczepy, o których mi nie powiedział. Barrett stał się też bardziej nerwowy, wręcz agresywny. Wpada w szał, gdy coś mu nie wychodzi, albo gdy ktoś robi coś nie po jego myśli. Tak jak dzisiaj. Boże! Odstrzelił dziecku palec! Wiem, jej starzy są dziani, więc wstawienie klonu to żaden problem, ale i tak uważam, że przesadził. Martwię się o niego. Nigdy wcześniej taki nie był. Odwracam się i patrzę w uśpioną twarz mojego kochanka. {i}Kochanka, Tuma?{/i} - odzywa się we mnie wewnętrzny głos. - {i}To, co między wami dzisiaj zaszło, na pewno nie można nazwać kochaniem. Powiedzmy to sobie otwarcie: zerżnął cię jak zwierzę.{/i} Tak. To prawda. To nie była miłość. Będę musiała to jakoś przerwać, bo obawiam się, że to się może źle skończyć. Dla nas obojga.
III
Z żoną Calico poszło gorzej, niż myślałam. Ma na imię Aileen. Dziwne imię, ale ładne. Widziałam ją wcześniej parę razy. Raz nawet Calico zaprosił mnie na obiad. Zwykła dziewczyna. Jest kelnerką w jakiejś drogiej restauracji. Kiedy przyszłam, miała na sobie dżinsowe szorty i top. Niebieski, w stokrotki. Nie wiedziała, że gdy partnerka jej męża przychodzi do niej sama, ubrana w galowy mundur, to coś jest nie tak. W pierwszym momencie myślała, że to żart. Głupi, kiepski żart. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że nie. Padła na kolana i rozpłakała się. Nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Krzyczała, że to niemożliwe, że mieli tyle planów. Pomogłam jej wstać i posadziłam na fotelu. Długo siedziała szlochając. Siedziałam naprzeciw niej, ze wzrokiem utkwionym w dywan. Nawet nie próbowałam jej pocieszać. Co miałam powiedzieć? Że będzie dobrze? Pieprzenie! Potem chciała się dowiedzieć, jak to się stało. Zawsze szuka się winnych. No, więc proszę: winny jest ten, kto nacisnął spust. I co? Lepiej? Nie? No to sorry. To ja stałam w pierwszej linii. Calico był z tyłu. Miał pecha, to wszystko. Maski nie są z kevlaru. Gdy trochę się uspokoiła, zadzwoniła do swojej koleżanki i poprosiła ją by przyszła. Mieszka dwie ulice dalej, więc poczekałam, aż się zjawi i wyszłam, bo cały proces zaczął się na nowo.
O tej porze metro świeci pustkami. Większość ludzi jest w pracy, reszta siedzi w barach, albo przysparza pracy takim jak ja. Siedzę w pustym wagonie. Pozwalam by moje myśli płynęły swobodnie tam, gdzie chcą. Nie jestem zdziwiona, gdy koncentrują się wokół Barretta. Zastanawiam się, co by było gdyby umarł? Co bym czuła, gdyby ktoś obcy przyszedł zawiadomić mnie o jego śmierci? Co bym czuła, stojąc nad jego grobem…? I nagle jakaś niewidzialna ręka ściska moje gardło. Robi mi się gorąco, żołądek się przewraca. Wstaję, chwiejąc się na nogach. Łapię aluminiową rurkę, żeby się nie przewrócić. Kolejka zatrzymuje się ze zgrzytem, drzwi otwierają się bezszelestnie. Nie wiem, co to za stacja, ale wysiadam. Muszę. Chyba będę rzygać. Zataczając się, wypadam na pustą stację. Opieram się plecami o betonową kolumnę. Biorę głęboki oddech. Potem drugi. Powoli uspokajam się. Chyba jednak nie zwymiotuję. Wychodzę na ulicę i przyzywam taksówkę.
Dzwonię do "firmy" i biorę wolne na resztę dnia, ale to nie jest dobry pomysł. Żeby nie myśleć o Barrecie, gotuję obiad. Odrobina naturalnych dodatków, które udało mi się zdobyć i mnóstwo syntetycznej papki. Potem biorę się za porządki. Obsługa hotelu się ucieszy. Ostatecznie siadam w fotelu. Wyjmuję osobisty notebook i przeglądam nazwiska kumpli z woja. Kilku z nich pracuje, jak my, w policji. Zastanawiam się, co mu powiem, jak wróci. Muszę mu przecież uświadomić, że coś jest nie tak, muszę go przekonać, żeby wziął na wstrzymanie. Bo jeśli straci kontrolę, A.C.T. dobiorą mu się do dupy. A.C.T. to specjalna jednostka policyjna. Jej nazwa to skrót od "Androids, Cyborgs & Terrorism", ale wszyscy nazywają ich {i}Psycho Police{/i}, bo to najwięksi psychopaci i wykolejeńcy w policji. Ich główne zadanie polega na odnajdywaniu i unieszkodliwianiu zepsutych androidów i ludzi, którzy na skutek choroby pocyborgizacyjnej stali się niebezpieczni. Do tego walka z terroryzmem. A.C.T. to wyjątkowo ponure typy. Są tak zcyborgizowani, że im samym niewiele brakuje do szaleństwa. Dla nich nie ma znaczenia czy dostarczą ściganego w jednym kawałku, czy nie.
Barrett wraca koło jedenastej. Widać, że jest zmęczony. Płaszcz ma znowu…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Noir
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…