Wróć do katalogu

Krzyże

Historia mężczyzny któremu przyjdzie zmierzyć się z perspektywą wieczności w bardzo nieprzyjemnym miejscu...

Pukacz, opublikowano , 23 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Prolog

Mam na imię Daniel. Dwadzieścia siedem lat temu przyszedłem na świat w małej mieścinie na wschód od Arkansas. Gdy miałem sześć lat moi rodzice zadecydowali o rozwodzie a ja przeniosłem się wraz z ojcem do Nowego Jorku by pod jego czujnymi skrzydłami dożyć pełnoletności. Zawsze wpajano mi, że wykształcenie jest podstawą dobrego i spokojnego życia. Będąc człowiekiem wykształconym i sprytnym nigdy nie będę według słów ojca musiał martwić się o swój dobytek i spokój oraz sprawy materialne. Ukończyłem, więc prestiżową uczelnię z wyróżnieniem i zacząłem robić karierę przejmując schedę po ojcu. Prowadził on jedną z większych kancelarii prawniczych w mieście. Daniel & CO przynosiła rok rocznie coraz lepsze wyniki finansowe i pięła się w górę notowań giełdowych. Skończyłem wydział prawa i zarządzania i mogłem zacząć wykonywać prestiżowy zawód prawnika. Pierwsze kilka spraw przeszło bez większego echa i z umiarkowanym, lecz pewnym sukcesem na moją korzyść. Do czasu pamiętnej sprawy Harveya Smitha wszystko szło niezwykle gładko. Broniłem najróżniejszych szumowin, gwałcicieli i bandytów. W środowisku zdobyłem opinię człowieka, który potrafiłby wybronić chyba nawet samego Lucyfera. Któregoś wieczoru po kolacji suto zakrapianej alkoholem wróciłem do domu w objęciach taksówkarza. Zachowałem jednak na tyle trzeźwości umysłu by stwierdzić, że mój apartament stoi otworem. Nigdy nie zapominałem o podstawowych zasadach bezpieczeństwa i zamykaniu za sobą drzwi. Tym bardziej było to dziwne. Wszedłem do pokoju i prztyknąłem włącznik światła. Nie zadziałał. Cholera. Trzeba będzie rano posłać po elektryka. Przez chwilę miałem ulotne wrażenie, że ktoś jeszcze prócz mnie znajduje się w pomieszczeniu jednak wrażenie to bardzo szybko rozpłynęło się w różowej mgle zasnuwającej mój umysł. Dotknąłem twarzą dywanu i w ostatnim przebłysku świadomości przyszło mi na myśl, że chyba dostałem czymś twardym po głowie. Cóż, nie bolało nazbyt, więc zbadam to rano. I nagle wszystko zgasło.

Podróż

Niesamowite rwanie w tylnej części czaszki przywróciło mnie do świadomości. Usta pełne miałem jakiegoś obrzydliwie mdłego piachu. Głowa bolała bardzo i coś było niesamowicie nie w porządku. Wstałem chwiejnie z początku na klęczki wyrzucając z siebie resztki pożywienia z odgłosem zlewu zasysającego wodę. Pomyślałem, że właśnie zarzygałem dywan za dwadzieścia patyków. Tylko coś było bardzo nie w porządku. Nigdzie dywanu dostrzec nie mogłem. Uniosłem się z klęczek ocierając resztki wymiocin rękawem i spojrzałem przed siebie. -O kurwa!- To jedyne, co zdołałem w tej chwili wykrztusić. Na cokolwiek teraz patrzyłem z pewnością nie był to mój przytulny Nowojorski apartament. Wszystko, co miałem w polu widzenia to jedynie setki, jeśli nie tysiące pagórków wznoszących się w niebo krwistego czerwonego koloru, Pagórki a na każdym dziesiątki jakichś konstrukcji prawdopodobnie drewnianych. Skupiłem wzrok by dostrzec nieco więcej szczegółów i to, co zobaczyłem ani trochę nie pomogło mi się opanować. Konstrukcje okazały się krzyżami i o zgrozo nie pustymi. Na każdym z krzyży wisiało ciało. -O kurwa! – Moja elokwencja w tej chwili gdzieś zaginęła a zdolności krasomówcze ograniczyły się jedynie do tych dwóch słów, które podsuwała świadomość. No to stało się – pomyślałem. Kompletnie odjechałem. Stres i godziny spędzone w pracy zrobiły swoje. Zwariowałem i nic mi już nie pomoże. Pewnie siedzę właśnie na wózku ze zgrzytającymi metalowymi kołami a jakaś pielęgniarka pakuje mi do ust pomarańczową galaretkę. Spokojnie, nie daj się zwariować – szepnąłem do siebie w myślach. Jesteś prawnikiem, więc zachowuj się jak prawnik i analizuj. Było mi niesamowicie gorąco, więc odpadała wersja zwariowania. Skoro odczuwałem podstawowe bodźce to znaczy, że jestem sobą tylko w jakiś dziwny sposób nie do końca tam gdzie powinienem być. Ruszyłem przed siebie przy akompaniamencie szurania ciała o drewno, jęków i pomrukiwań. Większość ciał na krzyżach wisiała zupełnie nieruchomo niby groteskowe imitacje Jezusa Nazarejczyka jednak nie wszystkie. Niektóre wiły się a raczej próbowały wić. Przeszkadzały im w tym niewątpliwie potężne gwoździe, którymi przytwierdzono ich za dłonie i stopy do krzyży. Z rozerwanej skóry jednego z mężczyzn ciekła krew i spadała leniwie na ziemię tworząc pod krzyżem całkiem sporą czerwoną i w połowie zakrzepłą kałużę. Mężczyzna nie spojrzał nawet w moją stronę, gdy przechodziłem. Co najbardziej przerażające jego twarz na wpół skryta pod długimi siwymi włosami nie wyrażała bólu czy gniewu. On się uśmiechał. Uśmiechał się z zamkniętymi oczyma jak gdyby celebrując własne cierpienie. Gęsia skórka od jakiegoś czasu stała mi na rękach i karku niczym żołnierze dywizji reprezentacyjnej przy przyjęciu prezydenta na płycie lotniska. Kawałek dalej kolejny krzyż zajmowała dla odmiany kobieta a raczej to, co w niej z kobiety pozostało. Ciało miała niezwykle wysuszone i definitywnie martwe. Upewniłem się w tej kwestii, gdy na ziemię upadło coś przypominającego biały rodzynek. Niewątpliwie kiedyś było to bardzo piękne oko. Zrobiło mi się nieco wilgotno poniżej pasa i doznałem olśnienia. Zawsze zastanawiałem się nad sensem powiedzenia „ze strachu popuściłem”. Już nie będę się nad tym nigdy rozwodził. Problem został rozwiązany. Dróżka doprowadziła mnie do szczytu pagórka, z którego rozciągał się widok na resztę okolicy. Aż po sam horyzont rozciągało się to przerażające widowisko. Tysiące krzyży, tysiące ciał i wszędobylski smród rozkładających się zwłok. Jakoś nie zdziwiłem się za bardzo nie widząc żadnego żywego zwierzęcia czy rośliny. Nieco niżej prawie u podnóża pagórka dostrzegłem za to jakieś poruszenie. Już miałem puścić się pędem na dół z nadzieją otrzymania jakiś choćby pobieżnych wyjaśnień, gdy dostałem czymś mokrym w czubek głowy. Podniosłem moje naczynie na mózg jak mawiał pewien znajomy do góry. Kolejny starzec wisiał tuż nade mną a z ust jego kapała brązowa ślina. Odsunąłem się natychmiast z wrażeniem, że rysy tego starca są mi dziwnie znajome. Charczał cicho pod nosem. Popatrzyłem na popękane z gorąca wargi i ślinę zmieszaną chyba z krwią cieknącą po brodzie. Rozważania nad znajomością starca przerwał mi jakiś odgłos dochodzący z podnóża. Ruszyłem niepewnie drogą w dół wzdrygając się na myśl, że cząsteczki czyjejś wydzieliny właśnie zdobią moje włosy. Na Boga, nigdy nie popatrzę już na brylantynę w ten sam sposób. Pod warunkiem oczywiście, że dane mi będzie jeszcze kiedyś brylantynę oglądać. W miarę zbliżania się do podnóża dostrzegłem coś, co wpompowało mi do krwi tą złudną odrobinę nadziei. Ruchy, jakie widziałem ze szczytu okazały się masą jakichś człeko-podobnych postaci. Nie, zdecydowanie byli to jacyś ludzie. Z tej odległości mogłem dostrzec już pojedyncze osoby. W końcu ktoś udzieli mi jakichś wyjaśnień. Należało mi się do cholery. Zdziwiłem się docierając na sam dół wzgórza. Ludzka masa okazała się najzwyklejszą w świecie kolejką. Tylko, do czego na Boga? Nie udało mi się uzyskać odpowiedzi na to pytanie od ostatniej osoby w kolejce. Od przedostatniej i kilku następnych również. Wszyscy stali w równym rzędzie z tępym wyrazem twarzy nie mówiąc zupełnie nic. Coś dziwnego było w ich twarzach. Na większości dostrzec mogłem delikatny i błogi uśmiech, który w obecnych okolicznościach bynajmniej nie rozładowywał atmosfery. Dodawał raczej dodatkowej szczypty groteski do tego przerażającego teatrzyku. Zabawne, że akurat do głowy przyszło mi skojarzenie z teatrem. W głowie przewinął się obraz podskakujących drewnianych kukiełek na sznurku. Czy te postaci były właśnie takimi kukiełkami? Jeżeli tak to gdzieś za tym wszystkim musi kryć się animator, władca marionetek czy jak też tytułują się te osoby. Postanowiłem nie bawić się w zbędne uprzejmości i od razu ruszyłem do przodu omijając szerokim łukiem z prawej strony paskudne puste postaci. Ruszyłem nieco szybciej gdyż z tej pozycji nie mogłem dostrzec końca kolejki. Po jakichś dwóch minutach mijania ludzkich skorup krajobraz nieco się zmieniał. Płaski teren ustąpił miejsca skalnym ścianom tworzącym coś na kształt lejka a właściwie jaskini nie przykrytej sufitem skalnym. Wyglądało to jak wejście do kanionu. Kolejka do kanionu. Jak na jakiś pieprzony rolercoaster w wesołym miasteczku urządzony w stylu dzikiego zachodu. Brakowało tylko Johna Wayne i pistoletów na kapiszony. Nie mogłem już dłużej mijać postaci łukiem, zadziwiające, bo od czasu do czasu któraś wydawała mi się całkiem znajoma. To takie uczucie, gdy tuż po obudzeniu usiłujesz przypomnieć sobie sen. Wiesz, że tam jest, ale już nie potrafisz dokładnie powiedzieć, czego dotyczył i kto brał w nim udział. No, więc to było uczucie właśnie z tego pokrewnego gatunku. Przeciskałem się łokciami przez linię postaci dopóki nie przebrnąłem około stu metrów do przodu tunelu. Nad głową cały czas mogłem podziwiać barwne karminowe niebo. Malarz dostałby na jego widok zapewne orgazmu. Odstępy między postaciami w kolejce robiły się coraz większe. Z nieba nieustępliwie sączył się piekący żar. Nie widziałem nad sobą krzyży, bo zasłaniały mi je skały. Czułem jednak, że tam są. Całe setki. Zapach drewna nasiąkniętego krwią, moczu, ekskrementów i zgnilizny tu w pieczarze był wyjątkowo obrzydliwy i skondensowany. Przestałem dawno zastanawiać się gdzie podziała się jakakolwiek roślinność. Przy takim smrodzie sam niedługo fiknę kozła, przyszło mi do głowy. Minąłem ostatnią postać przede mną i szok wyprowadził mi prawy prosty, którego nie powstydziłby się sam Mike Tyson. Gdyby nie plecy, które bolały mnie od leżenia na ziemi i pulsujący ból głowy to pewnie usiadłbym tak jak stałem. Przed oczami miałem drewniany stolik i karykaturalnie małe krzesełko, na którym wielkim tłustym zadem spoczywał nie, kto inny jak...Nie to nie było przecież możliwe. -Danielu- Głos należał zdecydowanie do niego. -Nie poznajesz mnie Danielu? – Zapytał – Czekaliśmy już jakiś czas na Ciebie. Bill Dent z promiennym uśmiechem wpatrywał się we mnie swymi małymi kaprawymi ślepkami z nad szkieł okularów. Ten sam Bill Dent, którego moja krasomówcza zdolność nie uratowała w sądzie. Był wielokrotnym gwałcicielem i na koncie miał, co najmniej dwa udowodnione zabójstwa. Ile nieudowodnionych nie wiadomo. Wszystko byłoby do przyjęcia gdyby nie jeden fakt, który nie pasował do całości. Bill nie żył od czterech lat, usmażyli go na krześle w małym pomieszczeniu zakładu karnego na oczach rodzin dwóch zamordowanych kobiet. -Czekaliśmy na Ciebie Danielu, nawet nie wiesz jak bardzo- Zarechotał jak żaba w okresie godowym. -Co...?- Po raz kolejny elokwencja dała o sobie znać. Bill patrzył na mnie przez chwilę tymi swoimi oczkami nim cokolwiek powiedział. Właściwie wyglądał całkiem nieźle jak na kogoś, kto od lat leży osiem stóp pod ziemią. Nie zmienił się nic od czasu, gdy go widziałem po raz ostatni. No może poza włosami. Wtedy jeszcze je miał. Teraz łysą czaszkę zdobił błyszczący od potu rondel z czerwonymi plamami po lewej i prawej stronie głowy. -Co ja tu robię księciuniu?- Zarzucił dialogiem parafrazując małego zielonego ogra z bajki o Gumisiach -Pewnie jesteś niesamowicie ciekaw gdzie właściwie się znalazłeś prawda panie prawnik? – Mówiąc to ocierał spocone czoło brudną chusteczką w kremowym kolorze. Co jakiś czas dochodził mych uszu pomruk któregoś z petentów z kolejki. Coś niedaleko z mlaśnięciem uderzyło w ziemię. Wiatr nieco mocniej dmuchnął i zapach w kanionie stał się jeszcze gorszy. Myślałem ile…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych