Księżniczka Sara
O rządach niejakiej księżniczki Sary. Tragiczna historia troche fantastyczna...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Krótka nota o wielkim naukowcu oraz zarys struktury polityczno – ludowej w 2197 roku Trzeba przyznać, że niejaki Mathew z uzasadnionym tytułem profesora był dość naiwny, jak zresztą większość inteligencji. W 2197 roku ukończył z wyróżnieniem Uniwersytet Wschodnioatlantycki, który bynajmniej nie leżał na wschód od Atlantyku, lecz uchodził za jeden z najlepszych na świecie. Następnie rozpoczął pracę nad genetyką. To był jego konik. Najbardziej fascynowała go możliwość przedłużenia życia – pasjonował się tym niezmiernie. W końcu zupełnie się zatracił w swych badaniach, tak iż zapomniał o całym świecie, zwykłe przyjemności przestały go cieszyć. Jedynie – geny, geny, geny. Z podnieceniem wariata testował kolejne preparaty mogące teoretycznie zapewnić nieśmiertelność. Ukochana go zostawiła, pies mu zdechł, bo go nie karmił, nawet przyjaciele odwrócili się do niego plecami. Był jednak ślepy na wszystko, wolał widzieć jednie geny, z ignoranckim uśmieszkiem przyjmował rozpaczliwe błagania rodziny i znajomych, aby zaniechał badań. Nikt istotnie nie wierzył, że kiedykolwiek osiągnie cel. Niektórzy jednak są w stanie czynić cuda – tak też było w przypadku profesora. Trudno sobie więc nawet wyobrazić zdumienie wszystkich, gdy któregoś niezwykle upalnego dnia, pełnego zawieszonych cząstek uranu w atmosferze, krzyknął z wręcz szaleńczym śmiechem wariata „Mam, mam, mam, eureka!”. Żeby było zabawniej, jak to zwykle się dzieje w podobnych przypadkach, nikt mu nie uwierzył. Ludzie zbyt przejęci byli Corocznymi Krwawymi Igrzyskami, z ogromnym międzynarodowym konfliktem politycznym w tle. Wypada dodać, że owe igrzyska polegały na wzajemnym mordowaniu się na oczach milionów z a c h w y c o n y c h widzów. Widowisko to ukazywało zarówno szczyty głupoty, pazerności na pieniądze jak i zwykłego ludzkiego pragnienia sensacji i ekstremalnych doznań. Za to konflikt polityczny polegał na tym, że wszystkie partie, jak jeden mąż, rozpadły się na mniejsze, składające się z zwykle jednego członka. Podburzony (sensacją) prymitywny lud o łbach wypchanych trującym uranem i rozkoszą przebijania człowieka sztyletem wypadł zupełnie bez celu na ulicę, tylko po to, aby wyładować euforię na sobie nawzajem. Mechanizmu działania ich zepsutych głów nikt nie mógł pojąć, nawet ów nieszczęsny profesorek Mathew, zakładając oczywiście, że by próbował. Wskutek zamieszek zginęło kilka tysięcy niewinnych debili, co zresztą wcale nie było wielką tragedią, a kilka s e t tysięcy trafiło na oddział zamknięty bez klamek w drzwiach. Na łeb dostał i sam prezydent, wnioskując z tego, iż rzucił się z trzydziestopiętrowej siedziby największej wytwórni komputerów i samochodów osobowych ze specjalnym siedzeniem dla chomika, tak usytuowanym, aby zwierzak mógł wszystko wyraźnie widzieć i bez przeszkód przyglądać się bandom skończonych idiotów wydzierających się wyłącznie dla zasady. Oczywiście od razu wybuchł skandal, ponieważ właściciel firmy zarzucił szefowi rządu, (który zaraz potem odciął sobie głowę maszynką do golenia, do dziś nikt nie może pojąć, w jaki sposób mu się to udało) iż samobójstwo zniszczyło dobry prestiż wytwórni, co może doprowadzić do znacznego zmniejszenia ilości sprzedanych samochodów z siedzeniami dla chomików, wobec czego ludzie nie będą kupować tych zwierząt, a firma już podpisała kontrakt ze sklepem zoologicznym, na mocy którego (nie do końca legalnego zresztą) wytwórnia wspierała sklep, mający w zamian sprzedawać jak najwięcej chomików. Samobójstwo, nawet prezydenta, było więc firmie nie na rękę. Lecz już po tygodniu sprzedaż samochodów do tego stopnia wzrosła, iż firma nie mogła nadążyć za zamówieniami; nie dość tego: ludzie zażądali siedzeń dla królików, kameleonów oraz myszy. A to tylko dlatego, że budynek firmy stał się ośrodkiem turystyczno – rekreacyjnym i ludzie po prostu zwiedzali go, kupując pamiątki. Rzeczywiście: głupota ludzka nie zna granic. Biegną za modą jak stado bezmyślnych owiec. Jeśli im coś wmówić, we wszystko uwierzą, choćby to była największa niedorzeczność na świecie. Zresztą – świat jest niedorzeczny. Lecz odbiegłam od tematu. Toteż nasz nieszczęsny profesorek pogrążył się w skrajnej rozpaczy. Nie chciał spać, jeść, pić, przestał oglądać telewizję, czytać książki, rzucił badania, co niezmiernie zaniepokoiło jego matkę. Tu chodziło wyłącznie o przyzwyczajenie. Po prostu zawsze zachowywał się inaczej niż zwykle i to było podejrzanie dziwne. Nie ma rzeczy, do której by się człowiek nie przyzwyczaił. Nawet gdyby to była największa paranoja na świecie. Powiedzmy: trawa nagle robi się granatowa, a słońce zielone. Wstaje sobie człowiek rano, patrzy: trawa granatowa, słońce zielone. Myśli, zakładając oczywiście, że myśli w ogóle: „Coś tu jest nie tak” albo „Matko boska, zwariowałem!”. Ale jakoś sobie żyje. Idzie do pracy - trawa granatowa, słońce zielone. Wraca – to samo. Zasypia, budzi się znowu- trawa granatowa, słońce zielone. I powoli, powoli przyzwyczaja się. Przyjmijmy, że nie jest to stadium schizofrenii. Wreszcie po roku nie wyobraża już sobie, że trawa mogłaby być zielona, słońce żółte. Więc, tu zaznaczam, wskutek p r z y z w y c z a j e n i a Elizabeth, matka profesorka, powiedziała mu któregoś dnia, bardzo mądrze zresztą, jak zawsze zwykła mówić, chodzi mi, że mądrze. - Na łeb ci siadło, co nie, Mathew, debilu ty mój skończony? – spytała dobrodusznie - Jeszcze się pytasz?! To ty nic nie widzisz?! Zaraz umrę, a ty mi: na łeb ci siadło. Podetnę sobie żyły! - Tylko nie nachlap w łazience, kto po tobie będzie sprzątał?! – odparła, dając wyraz swemu ogromnemu przywiązaniu do syna - Boże… - Nie wymawiaj imienia swego… moment, moment – sięgnęła po katechizm do torebki i pośpiesznie próbowała odnaleźć stronę z przykazaniami – Chodzi mi to, że… nadaremnie… Boga ty w sercu nie masz! - Ni mam, bo ni mam. Nie wierzę. - To źle. Źle. Choć, pooglądamy telewizję. Elizabeth włączyła ekran wielkości stołu naszykowanego na dwustuosobowe wesele. Od razu wyskoczyła mało estetyczna gęba Przewodniczącego Komisji Jakiejśtam Do Walki Ze Wszystkim. Było to coś niby partia, niby komisja, składająca się z szesnastu ateistów – gladiatorów posiadających spore zasoby pieniężne, czerpane ze sprzedaży karmy dla psów o wiernej nazwie „Karma” oraz dwudziestu czterech chrześcijan nie posiadających z reguły nic. Przewodniczący – pociachany od góry do dołu czymś w rodzaju szpady ateista, zabrał właśnie głos, zabrał go, niezwykle taktownie wyrzucając na łeb na szyję chrześcijanina, ośmielającego się wyrażać publicznie swoje poglądy. Jak w każdej instytucji, w której panuje hierarchia, liczył się tu jedynie głos tych ważniejszych i ich zdanie brano pod uwagę. Niestety – świat nie dopuszcza słabszych do głosu, zabrania wygłaszania, a nawet posiadania własnego zdania. Tak więc Przewodniczący dostojnie wepchnął się na mównicę i już rozpoczynał swoje przemówienie, kopnąwszy tylko nieznacznie chrześcijanina, aby ten mógł sturlać się ze schodów, po czym zwlec pośród wariackiego śmiechu ateistów i regulaminowego milczenia chrześcijan. - Wiara nie ma znaczenia – powiedział Przewodniczący, upewniwszy się wcześniej, czy kamera dobrze rejestruje całą jego dostojną postać – Ale jak mi się ktoś ośmieli wierzyć, a co gorsza, mówić o tym, tu się posłużę cytatem z filmu Tarantino: (wypowiedź O-Ren-Ishi kierowana do swoich podwładnych, której z pewnych względów nie przytoczę; film Quantin’a Tarantino „Kill Bill vol. 1”,) Tak więc, jeśli ktoś z oglądających ten program zdecyduje się nadal wierzyć, niech lepiej od razu strzeli sobie w łeb. Wyjdzie to w sumie na korzyść rządu, wiadomo, koszty… Elizabeth wstała, wzięła do ręki pistolet i zastrzeliła się. To znaczy, nie do końca. Strzeliła sobie mniej więcej w okolice żołądka, a wolała w serce. Podczas gdy biedna, konająca Elizabeth wykrwawiała się, próbując dosięgnąć pistoletu, który wypadł jej z ręki, aby skrócić swoją mękę, Przewodniczący nadal mówił. - No, ale, ogólnie to spoko jest. – powiedziawszy tą magiczną regułkę jakby się odprężył, odgarnął z twarzy kosmyk długich różowych włosów, poprawił rozkosznie czerwoną koszulkę z napisem „Przewodniczący ludu”, po czym znów zwrócił się do społeczeństwa – Tak więc, to znaczyć miało, iż, eee, eee… Chciałbym jeszcze dodać, że ten kretyn - (mowa o wiceprezydencie) – Martini, zara wyleci na zbity łeb z rządu z polityki i… - ostatnie słowo wypowiedział niezwykle dobitnie, niemal krzycząc - …społeczeństwa! Ludu mój: będziemy my walczyć i żadna przysłowiowa wesz, lichwiara stara, głupi, co go nikt nie kupi, do śmieci… - próbował przypomnieć sobie jakiś sprośny rym – bereci*! I heja na stolicę… - popatrzył z lekkim niepokojem na chrześcijan – Apostolską! – dokończył tryumfalnie Po tym dość krótkim, aczkolwiek niezwykle mądrym przemówieniu „do ludu”, Mathew wstał z kanapy, podszedł do trupa Elizabeth, gapił się na nią przez chwilę, po czym wyszedł z pokoju z ponurym wyrazem twarzy. Słyszał jeszcze „Krzyk dnia”, wiadomości telewizyjne: „Wzrosła liczba samobój…” Z hukiem zatrzasnął za sobą drzwi. I na jego temat to tyle. Skromne początki katastrofy na skalę światową Jedno czego nie można powiedzieć o Sarze, to, to że była d o b r a z natury. Dlaczego? Bo nie była. Niczym baśniowa dziewczynka, która podeptała chleb… Ale w nieco innym wymiarze. Należała do tak zwanych panieneczek z dobrego domu, poza tym posiadała również tytuł książęcy, skąd, to zaraz wytłumaczę. Jej ojciec był z zawodu stróżem interesów po Akademii Dla Tych Co Lubią Zarabiać Cudzym Kosztem, znajdującej się w niewielkim miasteczku Dalekooduczciwości. Skończył co prawda bez wyróżnienia, bo nie potrafił wręczyć łapówki policjantowi. Ostatecznie został stróżem i jego praca polegała na dopilnowaniu, aby żadne nieuczciwości nie wyszły na jaw. Jakaś nielegalna sprzedaż, kupno, umowa, n i e u w a ż n i e wypełnione ZUS-y – to jego praca. Pracował uczciwie, to znaczy, nie oszukiwał oszukujących. Miał sporą pensyjkę, wybudował sobie pałacyk bez pozwolenia na budowę w jakimś opustoszałym parku przyrody, gdzie podobno ktoś kiedyś coś chronił. Kupił nawet całej swojej rodzinie tytuł i nazwisko książęce. Ogólnie był zadowolony zawsze i ze wszystkiego, a niezmiernie pasjonowały go krwawe igrzyska. Poślubił podstarzałą mężatkę, Klartine, która zabiła męża po dwudziestu latach małżeństwa, ale na papierze on nadal żył. Ze względu na brak jednej ze stron nie mogła się rozwieść, ale nikt jej nie bronił poślubienia drugiego mężczyzny, a już tym bardziej rządząca wówczas partia, której kluczowym zadaniem było propagowanie homoseksualizmu, wielożeństwa, aborcji oraz teorii ewolucji, zaprzeczonej przez niejedną partię. Tak więc wyszła za dwudziestoletniego stróża z papierami i sporym portfelem. Niestety, nie mogli się doczekać dziecka, więc któregoś wiosennego poranka, kiedy odurzone uranem ptaki wydawały z siebie ten pozbawiony jakiegokolwiek wyrazu skrzek, niczym żaba w okresie godowym, Klartine powiedziała do męża: - Mężu. - Daj spokój, jestem zajęty. – rzucił od niechcenia, jak to zwykł czynić dość często - Zaadoptowujemy* dziecko! - Odjazd. - Znaczy, zgadzasz się? - Znaczy, nic. - No to, że, jak będzie? - Ni wiem. Na tym skończyła się rozmowa, Klartine już o nic więcej nie pytała. Poszła do domu dziecka z wyraźnym celem adopcji jeszcze tego samego dnia. - No to, znaczy, że jak będzie? – spytała dyrektorkę domu - Ano, dobrze pani trafiła! Jak to mówią: good towar - dyrektorka upadła na podłogę, zwijając się za śmiechu – O… o… Nie mogę, no naprawdę! – śmiech – Mała jest – śmiech – Mała… - podniosła się, ale znów upadła, zwalona wariackim śmiechem – Samochód jej rodziców… rozbił się… się… się… Zaczęła turlać się po podłodze, piszcząc na cały głos, ze śmiechu oczywiście. - OK, może być. Dawajcie ją. – powiedziała w końcu Klartine, nieco zniesmaczona zachowaniem pani dyrektorki. - Momencik… prze… prze… przepraszam… ale po prostu nie mogę. „Skończona wariatka – pomyślała Klartine – Jak Boga kocham… znaczy… nie… wymknęło mi się, nie no, jak tak dalej…” - Znaczy, jechali totalnie naćpani, zupełny, kompletny odjazd. No i… rozbili się. O drzewo. Wyciągnęli ich zupełnie martwych, ale naoczni świadkowie przyznają, że wcześniej byli żywi. - Nie rozumiem – zainteresowała się Klartine – Żywi? - No, bo… - pani dyrektorka poprawiła sobie jednym pośpiesznym ruchem ręki fryzurę, po czym przeszła do rzeczy – Jak się już rozbili, to jeszcze jakieś cztery godziny siedzieli z porozcinanymi łbami w tym aucie, konając. Jeden dziadu* tam przechodził, akurat jak rąbnęli w pień. Podszedł, oszacował zyski i otworzył tam cyrk. - Że jak? - No, cyrk. Ludu zlazło… Bilety sprzedawał i nawet sprowadził facia z prażoną kukurydzą i watą cukrową. Społeczeństwo przylazło, jak już mówiłam, zeżarło* watę, pogapiło się na tych wykrwawiających w aucie… Łby to mieli jak siekanina, mówiono, że wnętrzności im wylazły… - Acha. – Klartine pomyślała, że nudne już się robi to gadanie – Dobra, to choćmy po sierotkę. Sara miała wtedy kilka miesięcy. Był 2180 rok. W ten sposób społeczeństwo przyjęło pod swoje opiekuńcze skrzydła kolejnego wariata, ale jak bardzo nienormalnego, powiem w kolejnych rozdziałach. Ogólnie o Sarze oraz okrutnych mordach - Och, Saro, Saro, kochanie! – szeptał pełen podniecenia Martini – Jaka ty jesteś piękna! - Ach, głuptasie… - powiedziała siedemnastoletnia Sara, głaszcząc zapalonego wiceprezydenta jak się głaszcze małego pieska. - Saro! Wyjdź za mnie! Zrobię wszystko! – krzyknął nagle, zrozpaczony - Odwal się. Księżniczka pośpiesznie wstała i wyszła, trzaskając drzwiami. Nie należała do osób uległych, a także do takich dziewczynek, które lubują się w przyjmowaniu komplementów i rumienią przy każdym napotkanym mężczyźnie. Igrała ze swoimi „ukochanymi” i, trzeba przyznać, wychodziło jej to znakomicie. Była odważna, pewna siebie i okrutna ponad wszelkie ludzkie pojęcie. Największą przyjemność sprawiało jej zabijanie. To wszystko może się wydać nieludzkie – jakże mylnie! Nie ma nic tak bardzo ludzkiego, ludzkiego do bólu, jak okrucieństwo, upodobanie do grzechu; wręcz miłowanie się w nim! Człowiek nie może się nigdy tego wyprzeć. Da się takiemu nóż i władzę, a on będzie kroił do znudzenia; póki go to fascynuje, nie zdejmie ostrza z ofiary. Są oczywiście ludzie z większymi predyspozycjami do sadyzmu, ale w każdym tkwi iskierka okrucieństwa. Na przykład taka ofiara, niewinne dziecko, czyste na sumieniu, pozbawione sadyzmu, a nawet – wrażliwe na ludzkie cierpienie (!) któregoś dnia zostaje brutalnie wyrwane ze spokojnego, zgodnego życia i trafia w ręce kata. Cierpi, płacze, narasta w nim gniew… Znęcają się nad nim tak okrutnie, że nie może już wytrzymać, że wolałoby umrzeć – cokolwiek, byle tylko nie cierpieć. Stoją nad nim, śmieją się, plują w twarz… Gniew, gniew, gniew! Takie to ludzkie! Kiedy jest już wolny (cóż za cudowne słowo – w o l n y!!!), kiedy może chodzić, może śmiać się, może spać i jeść, przychodzi taka noc… Zemsta, nasycona człowieczeństwem, pełna tego wdzięku, mocy, silna i dumna, piękna – zemsta. Taki przyjemny dreszczyk… Nadejdzie dzień. Nadchodzi. Staje kat i nagle przejmuje rolę ofiary. Któż by się nie odpłacił, zasmakowawszy cierpienia i upokorzenia, jakiego nawet pies nie doznaje? Zemsta jest słodka – ludzka – cała z czystego sadyzmu, krystalicznie czystego! Sadyzm idealny, tak, zemsta – to sadyzm, jakkolwiek kto by to wytłumaczył. Jednak odbiegłam nieco od tematu. Tak więc Sara należała do urodzonych sadystów – nie miała w sobie żadnych hamulców, zadawała ból jakby w transie, podczas chorej wizji, euforii czy też gniewu – tego nie mogę pojąć. Kiedy prawdziwe okrucieństwo, żądza krwi ludzkości, perfekcja w zadawaniu bólu i zabijaniu narastały w niej powoli, wszyscy z zachwytem bili brawo gladiatorom, którzy nabili na pal głowę przegranego, lub zdzierali gardła na bezsensownych demonstracjach. Tak właśnie przebiegała młodość największej sadystki w, bardzo krótkiej zresztą, historii świata. Wolny czas poświęcała na testowaniu najnowszej broni na swoich zwierzątkach, czasem i na służbie. Kiedyś przechodziła obok niej (zupełnie przypadkowo) gosposia z koszem pełnym prania. Sara ćwiczyła się akurat w sztuce strzelania z karabinu maszynowego, kiedy ta schyliła się, tuż obok niej, aby podnieść upuszczoną koszulę. Dziewczyna namierzyła kobietę i wystrzeliła w nią od razu cały magazynek. Z tryumfującym uśmiechem przyglądała się martwej już kobiecie z obrzydliwym spokojem, a nawet z radością i dumą. Przewróciła ją kopnięciem na plecy i nadal się jej przyglądała ze słodyczą wymalowaną na twarzy. „To jest poezja – powiedziała do trupa – Krwawa, piękna poezja. Sztuka. Tak jak aktor… jak malarz, jak pisarz… pragnęłam się popisać. Popis taki. Sztuka dla sztuki, krew swoją drogą. – znów kopnęła gosposię – No dalej, ruchy, posprzątać tu trzeba.” Taka właśnie była Sara – ni mniej, ni więcej. Warto, a nawet trzeba tutaj wspomnieć o jednej z najsłynniejszych zbrodni w ludzkości, z udziałem Sary oczywiście. Wiceprezydent Martini, do szaleństwa zakochany w księżniczce, przyszedł do niej pewnego wieczora, jak zresztą często czynił. Sara znów nie pozwalała sobie na wiele, chociaż zazwyczaj zbywała go tylko ignoranckim uśmieszkiem. Kiedy Martini zaczął za bardzo natarczywie namawiać ją do małżeństwa, niespodziewanie spytała z zaangażowaniem: - Ile byś był w stanie dla mnie zrobić? - Wszyściutko, kochana! - Nawet oddać życie? – chciała się upewnić księżniczka - Kiwniesz palcem, a ja… - Dobra, dobra, spoko. No to… - sięgnęła do kieszeni po podręczny nożyk i wyćwiczonym ruchem ręki, zawsze niezawodnym, przytknęła mu ostrze do gardła. – …jak będzie? - Hm… Saro… proszę… nie bądź… taka… hm… - Kochanie! – zawołała z ironią – K o c h a n i e mój! Potrzebuję władzy, władzy, władzy, władzy… I tak dalej… Wypiszesz mi teraz papierek, że wycofujesz się ze stanowiska wice na rzecz mnie. Zrozumiałeś? - Hm... tak… to znaczy… porozmawiajmy po ludzku… oddałbym ci władzę, gdybyś poprosiła… zresztą: władza, nie władza! Lud wzburzony, drą mordy jak rozwydrzone bachory, partie hulają po świecie, nieźle zresztą pijane… To nie władza, Saro! - Już sobie o to łebka nie zawracaj, kochanie mój – powiedziała z sztuczną słodyczą w głosie – Zapanuję i nad Bogiem, jak mi się tak spodoba! - Boga nie ma! – krzyknął nagle z przerażeniem Martini, ponieważ wiara była z w a l c z a n a przez wszystkie rządzące partie, a w szczególności tę chrześcijańską - Nie ma, kochanie, racja. Ale to cię nie uratuje. – podała mu kartkę papieru i długopis – Pisz. – rozkazała - Co? - Ja, skończony sługa ludu debili… - Czekaj… de-bi-li… kropka. Przecinek, znaczy. - Wyrzekam się mojego stanowiska na rzecz księżniczki Sary… Napisałeś? Teraz podpis. Czytelny! - Gotowe! – Martini, dumny z siebie, podał Sarze dokument - Kochałam cię, kochanie ty moje… Żegnaj… - szepnęła rozkosznie księżniczka Wbiła nóż w gardło wiceprezydenta aż po rękojeść. Następnego dnia w gazecie „Wcale nie prawda” napisano: „Ten kretyn Martini wreszcie martwy! Uff… Lud odetchnął z ulgą. Wiceprezydent oddał władzę młodej księżniczce Sarze, która już zapowiedziała, iż ma zamiar wprowadzić porządek i surowe rządy.” Fakt faktem: Martini był martwy. Jego zwłoki wyrzucono do lasu, którego nie było i zżarły go motyle, odurzone uranem. O tym jak Sara pierwszy raz przemówiła do ludu i jakie były tego skutki - Ludu ty mój! – wyrecytowała Sara - Nie, nie, ciągle źle! – krzyknął zrozpaczony doradca od mówienia – Akcentuj bardziej to „ludu”! Takie uuu, rozumiesz, no spróbujmy. Luuudu. - Luuudu. Nudzi mnie już to. Księżniczka wyjęła puderniczkę w kształcie kotka, otworzyła jednym zgrabnym pociągnięciem za sznureczek i podała zaskoczonemu doradcy. - Nie ruszaj się. – powiedziała, powstrzymując uśmiech – Stój tak, o właśnie tak jak teraz. I cicho sza. Ja już pójdę. Pa. Acha, tylko nie ruszaj się. Wielce zdumiony mężczyzna stał bez ruchu, wstrzymał nawet oddech. Sara wyszła na korytarz i szepnęła z dumą „Sztuka!”, właśnie w chwili, gdy rozległ się ogromny huk i towarzyszący jemu ryk konającego doradcy. - Zabiłam mojego doradcę – pochwaliła się w studiu, ziewając – No to kiedy zaczynamy? - To, że jesteś wice, nie znaczy, że możesz mi rozwalać najlepszych ludzi! – rzucił kąśliwie dyrektor studia – Jeszcze mi przyjdzie komu odszkodowania płacić! Tego chcesz?! Do ruiny mnie… Ale dali znak, że pora wejść na antenę. Spiker paplał jakąś tam króciutką kwestię, zaprosili Sarę, weszła, podali jej mikrofon. - Ludu ty mój! – zaczęła regulaminowo – Mam, szczerze powiedziawszy, głęboko gdzieś dobro wasze, ale dostarczacie mi naprawdę sporo rozrywki. Dyrektor z przerażeniem wskazywał jej na przesuwające się słowa, które miała czytać. Nikomu, nawet najważniejszym politykom, nie wolno samemu decydować o swoje przemowie. Oczywiście, bardzo często coś – niecoś podsuwają telewizji, ale to ona ostatecznie decyduje o treści przemówienia. Tak więc wszyscy stali przerażeni i wpatrywali się w osłupieniu w księżniczkę. - No… I tak dalej. Jak się nie dostosujecie do moich rozkazów, powieszę psy! Nic nie będzie tolerowanie. I od razu zaznaczam, że jak się znajdzie jakiś debil, co będzie chciał rządzić, niech ruszy się i tu przylezie. Wybiorę kilka, zostaną moimi doradcami od wszystkiego. Najlepsi muszą wykazać się umiejętnością zabijania w stopniu więcej niż bardzo dobrym, resztę rozwalę. I tyle, bye, bye, żegnam ludu! Spiker upuścił plik papierów, a dyrektor rozbił głową filiżankę miss roku, ta poryczała się jak dziecko i nie zgodziła wystąpić, pogodynka wpadła w furię i nawymyślała prowadzącemu show Drzyjmy Mordy Z Gwiazdami Debilizmu, przez co ten dostał migreny i rzucił się z nożem na jednego z polityków, czekających na swoją kolejkę do przemówienia, polityk ów był w dość dobrej formie, więc w porę wyjął rewolwer, który kupił sobie jako pamiątkę w Disneylandzie, ale się okazało, że broń strzelała plastikowymi piłeczkami i skończyło się na tym, że kamerzysta, rozwścieczony do granic, musiał czyścić zachlapaną od krwi kamerę. Nigdy nie wolno mówić wprost. O tabletce życia i inteligentnej Soni Dzielny profesorek Mathew, który w istocie załamał się, ale szybko mu to przeszło, zaraz po samobójstwie matki powrócił do życia. Był nawet dumny ze swego wynalazku i kpił sobie z ludzi, którzy go nie doceniali. A nie doceniali go wszyscy. Usilnie próbował znaleźć sponsora, lecz na próżno. Pewnego ciepłego popołudnia, kiedy ulice pełne były uranu i demonstrantów, profesorek siedział sobie wygodnie w fotelu przed telewizorem i oglądał obrady Komisji Jakiejśtam. Nagle obrady zostały przerwane i na ekranie ukazała się zupełnie nie znana ludowi twarz świeżo upieczonej wiceprezydent. Dziewczyna w wieku około osiemnastu lat mówiła coś o nowych rządach, bardzo zresztą brutalnie i mało taktownie, ale przez to wydawała się rzeczywista, ludzka. Kiedy zaintrygowany Sarą profesorek usłyszał, że wice poszukuje chętnych do współpracy, od razu zerwał się na równe nogi. „Idę! – krzyknął – Idę i nic mnie nie powstrzyma! Wreszcie znalazłem sponsora! Niech żyje liberalizm! I w ogóle niech wszystko żyje co chce, zresztą! Boże… znaczy… przepraszam…” *** - Następny! – krzyknęła Sara, wyprowadzona z równowagi już po raz kolejny przez największego nieudacznika na świecie - Nie, nie, błagam! - To nie błagaj! Momencik… sama go zastrzelę. Poleciał magazynek. Księżniczka była na skraju wyczerpania nerwowego. - Następny! Do pokoju wszedł niewysoki mężczyzna w wieku około trzydziestu pięciu lat, z długą, siwą brodą i w podartej todze na wzór starożytnych Greków. Sara wybuchła wariackim śmiechem. - Ty… ty… dziadzie! A co ty byś chciał robić? Profesorek, bynajmniej nie speszony, podszedł bliżej. - Jestem Mathew, wynalazca. - Uuu! A co takiego wynalazłeś mądrego, hę? - Tabletkę życia! - Wolne żarty! Sara uniosła karabin przed oczy i namierzyła profesorka. - Proszę, proszę zaczekać. Niech mnie pani chociaż wysłucha! Księżniczkę nagle coś zainteresowało w tym człowieku, może jego odmienność, może niesamowita nowinka o tabletce życia- w każdym razie odłożyła karabin na biurko. - Streszczaj się, dziadu, bo nie mam za dużo czasu. - Długo, bardzo długo nad tym pracowałem, geny, komórki, pierwiastki! Cała tablica Mendelejewa! I wreszcie znalazłem! Tak, znalazłem lek na nieśmiertelność! - Jeżeli mnie wrabiasz – wycedziła ze złością Sara – nie zginiesz szybko, o nie. Możesz kontynuować, ale kłamać nie radzę. Widać było jednak, że księżniczka z minuty na minutę zaczyna coraz bardziej interesować się owym wynalazkiem. Profesorek wyjaśnił wszystko precyzyjnie i szczegółowo – jak przystało na naukowca. Nawet zza drzwi wystawały zaintrygowane głowy ciekawskich. Każdy chciał wiedzieć, czym się tak wybredna wiceprezydent zainteresowała. W końcu księżniczka wstała, bardzo z siebie zadowolona i wyszła pod rękę z Mathew’em, rzucając tylko nieuważnie „Starczy na dzisiaj, odeślijcie tych debili.” Podobno całą noc Sara spędziła w laboratorium profesorka, testując wspólnie z nim fenomenalny lek. W gazecie „Wcale nie prawda” opublikowano takiż oto artykuł dziewczyny imieniem Sonia, która była bezpośrednim świadkiem zdarzenia: „A to było tak. A dziadu wlazł, wylazł już pod rękę z księżniczką. A co oni tak tam nieprzykrótce5 robili, to nikt nie wie. A chyba, to gadali. A ktoś powiedział, że nie. A ja to już nie wiem. A więc kończę.” Tak czy owak, zrobiło się głośno wokół księżniczki imieniem Sara, a o to właśnie księżniczce chodziło. O Rosaline, Bety, siostrach-japonkach i Philipie, czyli jak księżniczka zebrała ekipę Trzeba przyznać, że Sara wybrała sobie pierwszorzędnych doradców o nietuzinkowym sposobie bycia i poglądach. Pierwszą osobę, jaką księżniczce udało się wyłonić spośród bandy kretynów była szesnastoletnia buntowniczka przeciwko wszystkiemu o skrajnie liberalnych poglądach. Sam jej wygląd przykuwał uwagę – czarne włosy z fioletowymi pasemkami, oczy wybitnie podkreślone czarnym tuszem, usta przejechane mało starannie różową szminką. Miała na sobie rażącą bluzeczkę z dużym dekoltem w kolorze różu oraz mini spódniczkę i pantofelki jak z „Kopciuszka”. Sarze to się niezwykle spodobało. Uważam, że „rozmowa kwalifikacyjna” Rosie zasługuje również na wzmiankę. - Hejo! – rzuciła na wejściu nastolatka, żując niedbale gumę Sara uśmiechnęła się pod nosem i od razu strzeliła do niej z wiatrówki, którą wówczas testowała. - Coś nie tak? – spytała, patrząc jak dziewczyna ściska zakrwawione ramię, płacząc – Może nie potrzebujesz tej roboty, hę? Jak ci na imię? - Rosie. – wyłkała, po czym zapiszczała przeciągle jak syrena alarmowa - Zaraz ci wywalę wnętrzności więc radzę gadać! - Plosię baldzo. – zasepleniła, ponieważ wciąż nie mogła opanować bólu - Masz jakieś kwalifikacje w ogóle? Mafia, sekta, biznesik? - Umiem bosko łby użynać! – pochwaliła się - Ano, będzie na twoją korzyść. Podobasz mi się. Ile zarżnęłaś? - Duzio! – znów pisnęła z bólu – Duź… Ał! - Zaprezentuj mi jak to robisz. – zażądała Sara - Ni ma sprawy. Tylko… boli mnie… baldzo! - Tym na twoją korzyść. Księżniczka podała Rosie nóż, a ta uśmiechnęła się tak jakoś wymownie, że Sara poczuła, iż spotkała naprawdę kompetentną dziewczynę. - Kogo mam zalźnąć? – spytała naiwnie - A jak myślisz?! Kogo sobie chcesz! Rosie wyszła na korytarz i po chwili wróciła ze swoją ofiarą, wlekąc ją po ziemi. Następnie ułożyła przerażoną dziewczynę na blacie biurka wiceprezydent, aby ta mogła wszystko dobrze widzieć. Wzięła do ręki nóż i bez zastanowienia wbiła ją w ofiarę aż po rękojeść. Wyćwiczonym gestem obróciła ostrzem kilka razy, po czym je wyjęła, równie sprawnie, jak na mistrza przystało. - Bosko! – zawołała uradowana, jakby doskonale zdawała sobie sprawę z powodzenia zadania - Ok, przyjmuję cię, jesteś niezła, ale zrobię z ciebie prawdziwą maszynę do zabijania! - Mam nadzieję… Rosie uśmiechnęła się nagle tak jakoś przyjaźnie, że Sara przejęła ten uśmiech. Rzeczywiście, biedna Rosaline już wkrótce przeszła szkolenie przerastające nawet kompetencje francuskich federalnych. Drugą osobą, jakiej Sara zapewniła przepiękny start w karierze politycznej, pod lufą co prawda i bez możliwości okazywania jakiegokolwiek sprzeciwu, ale każda nastolatka widziała przecież przyszłość w jasnych kolorach, była niejaka Bethoven, słodka idiotka, z niezłym odchyłem zresztą. Ta piętnastoletnia blondynka, pochodząca ze słynnej rodzinnej mafii, za nic sobie mała wszelkie prawa. Na pewno czytelnicy słyszeli o głośnej sprawie ze spaleniem Konstytucji. W 2053 roku pradziadek Bethoven wkroczył do rządu na czele trzech rzeźników, zadźgał kilku posłów i spalił Konstytucję. Szef rządu bezradnie załamywał ręce, dopiero po dwóch godzinach rozróby woźny wywalił ich wszystkich z budynku. Tak więc Bety nie pochodziła z byle jakiej rodziny, to trzeba przyznać. A teraz fragment „rozmowy kwalifikacyjnej” - Jestem Bethoven! – krzyknęła uradowana Bety, stając przed księżniczką - Jesteś jeden z najsłynniejszych kompozytorów i pianistów na świecie? - Takie imię to sobie sama nadałam. Przyjaciele mówią mi Bety. Ale sprytne, prawda? Ktoś pomyśli, że jestem pianistką! - Nie pomyśli. – zapewniła ją Sara, przyglądając się dziewczynie ze znudzeniem - Umiem zabijać i należę do mafii! – zawołała, niemal w euforii – I… i… kocham cię! - Nie podniecaj się tak, Komisja nie popiera homo. - Ale… oh… nie chcę zostać źle zrozumiana… - Już zostałaś. Papa, kochana, miło było ale… Sara pociągnęła za spust. Lecz nic nie wystrzeliło. - Brakuje kulki. – zauważyła bystro Bety – Trzeba naładować. - Wiem, co trzeba, mądralo. Nagle coś świsnęło w powietrzu i błyszczące ostrze noża znalazło się tuż przy gardle księżniczki. - Popisałaś się. – powiedziała, spokojnie odsuwając rękę Bety - Dostanę posadkę? - Najlepszą. - Dziękuję. Bethoven zdjęła więc ostrze z gardła Sary i wsunęła z powrotem do różowej pochwy z wesołym breloczkiem. W ten oto sposób Bety zaskarbiła sobie szacunek Sary jak również o kilka gram za dużo ołowiu w brzuchu. Księżniczka przyłączyła do swojej ekipy jeszcze trzy japonki - rozkoszne wariatki o wyglądzie i śmiechu Gogo z filmu Tarantino oraz niewiniątko - psychopatę Philipa o dziewczyńskim sposobie bycia. Cała ta banda odchyleńców, nie znająca granic w czymkolwiek, o sadystycznych skłonnościach objęła władzę nad Europą. O ludziach zatraconych, straconych i o tych, którzy kochają - Boże, daj mi nadzieję! Boże daj mi wytrwać! Kobieta, w skrajnej rozpaczy, uderzyła głową o drzewo. Była brudna od błota i krwi, które mieszały się ze sobą na podartej sukience, w ciemnych, potarganych włosach tkwiły kawałki gałązek i liści, w rękach ściskała różaniec. Słychać strzał – kobieta zlękła się, padła na ziemię, pot ściekał z jej umazanej twarzy, ocierała go, ale wciąż lał się uporczywie do oczu. Strasznie pragnęła zapłakać, gorzko, z serca, coś ściskało ją za gardło, nie pozwalało myśleć, uciekać. W końcu zaczęła się na czworakach wlec w stronę niedużego zagajnika, na polu było aż nadto niebezpiecznie. Lecz nie zdążyła; gdy uniosła wyżej głowę, padł strzał, nie chybił. W ostatnich odruchach życia drapała paznokciami ziemię, podszedł „myśliwy”. - Miała różaniec! – zawołał do kolegi, biegnącego od strony lasu - Rucha się jeszcze? - A nie, już nie. - Dobij ją. Mężczyzna strzelił do uciekinierki po raz drugi. Leżała na brzuchu, twarzą do ziemi, z ust wyciekała jej stróżka czerwonej krwi. „Myśliwy” kopnął jeszcze denatkę, po czym odszedł; w oczach jego było coś takiego co się nazywa n i c. Czy człowiek, istota uczuciowa, myśląca – jest w stanie dojść do takiego obrzydliwie zwierzęcego stanu, że staje się n i c z y m, maszyną do zabijania, nieczułym stworzeniem, bez duszy i bez litości? *** Sześcioletnia, wielokrotnie zgwałcona i skatowania do nieprzytomności Elle stała pod szubienicą w centrum Sierry, stolicy Wszechwładnego Państwa Sary, czekając na egzekucję. Przyszedł kat, smutny, ze łzami w oczach zakładał małej postronek na głowę; szeptem odmówiła „Ojcze nasz”, po czym zamknęła oczy, zepchnięto stołek. *** Matka z przerażeniem zaszczutego zwierzęcia przytuliła się do swego dziecka, niczym pustelnica i Cyganka, nie pozwalała go sobie odebrać, ściskała je z całych sił. Sara stała na wysokiej ruchomej platformie, jak na paradzie jechała pośrodku zastępów wojsk; matka leżała na chodniku. Sara krzyczała „Wojny! Śmierci! Chwały! Rozstrzeliwać, odrzynać łby, gwałcić, mordować!”, matka szeptała „…Jako w niebie tak i na ziemi, chleba naszego…”. Sara wyjęła karabin, podniosła do góry; matka mocniej ścisnęła synka. Sara krzyknęła: „Walcie!”; matka spokojnym ruchem sinej ze strachu dłoni zamknęła syneczkowi oczka. Na ulicy leżały dwa drobne, małe ciałka; mówiono, że to była matka i dziecko. Jakiś żołnierz – rekrut w ramach kampanii „Zbieranie Trupów” odgarnął je łopatą i zakopał w zbiorowym grobie ofiar na cele dobroczynne. O początkach rządów Sary Wszyscy spodziewali się buntów, ale takowe wcale nie miały miejsca. Ludzie nadal byli tak samo głupi, jak wcześniej, więc nie zauważyli, że do władzy dobrała się sadystyczna wariatka pozbawiona ludzkich odruchów. Byli ślepi i głusi, brakowało im odpowiedzialności, rozumu i rozsądku. Psychopatyczni poeci pisali prohitlerowskie romanse na wzór Fredry, politycy strzelali sobie w łeb nad urwiskiem i z chlupotem wpadali do Atlantyku, wieśniacy użynali pośpiesznie łby kurom, mieszczaństwo wylazło na ulice, wdychając odurzający uran, jednym słowem – niepokój wisiał w powietrzu i wszyscy to wiedzieli, ale tak jakby nie chcieli wiedzieć. Jak dziecko, które rozumie, że jeśli włoży palec w płomień to się poparzy, a mimo to wkłada; taka właśnie była mentalność ludzi dobrobytu i spokoju. Sara delikatnie, po cichu gromadziła armię ochotniczą i wreszcie wyszła na ulicę krzycząc „Wojny!”. Ludzie woleli nie widzieć tego, woleli nie myśleć. Albo może po prostu starali się odwlec burzę, która nieuchronnie nadchodziła, ale tego nie można było zwyczajnie się wyprzeć. Szemrano po kątach, że szykuje się coś wielkiego, na kartach pamiętników nastolatek coraz mniej było serduszek. Co myślano, czego oczekiwano? Księżniczka zyskała wkrótce, obaliwszy rząd, pełne zwierzchnictwo nad Europą, rzeczywistą władzę, a to nie były już przelewki. Lud nic nie powiedział, protestujący
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Matilda
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…