Wróć do katalogu

Lek na bezsenność (cz. I)

-

Seen, opublikowano , 33 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

I

Czerwcowy wiaterek wiał sobie swoim zwyczajnym letnim czerwcowym wianiem. Czasem wiał z rana, czasem w południe, czasem wieczorem, a czasem nawet w nocy. Wiał na łąkach, wiał w ogrodach, wiał w lasach, a gdy z tej beztroski wzbierała w nim fantazja przelatywał przez izby wiejskich chałup i pałacowe komnaty. A miał z tego wiania tyle uciechy, że gdy tylko napotkał listek, piórko albo choćby źdźbło trawy, zaraz porywał je do zabawy. Kołysał nim i kręcił raz w lewo, raz w prawo, raz w górę, raz w dół. Lecz w końcu musiał przerywać te tańce i gnać dalej, gdyż taka jest już jego natura, musi wciąż wiać i wiać. Czasem na łąkach, czasem w ogrodach, a czasem i w lesie. Kiedy słońce, zbliżając się do drzew po zachodniej stronie, oznajmiało z wolna nieodwołalny koniec kolejnego pracowitego dnia, czerwcowy wiaterek wyskoczył zza lasu i pomknął beztrosko przez pola i łąki, aż dotarł do drogi wiodącej wzdłuż Polany. Ominąwszy pierwsze chaty frunął wzdłuż osady, zaczepiając po drodze wszystkich napotkanych. Wreszcie przystanął przy gromadce dzieci bawiących się pod krzakiem dzikiego bzu, jakby zastanawiając się czy dołączyć do zabawy. Po chwili zastanowienia ruszył jednak dalej, w kierunku ogrodu rosnącego za karczmą. Wskoczył między jabłonie, czereśnie i grusze, które starym zwyczajem pozdrowiły go szumem liści. Potem zajrzał jeszcze do ogródka, gdzie marchewki, pietruszki, rzodkiewki, szczypiorek i żółte kwiatki skłoniły mu się nisko. Gdy minął ostatnią grządkę rzodkiewek wyskoczył znów na łąkę i nie oglądając się za siebie pomknął beztrosko w stronę lasu. Potrącony wiatrem mały dzwonek na końcu czapki dziadka Omnicjusza zadźwięczał cicho i zaraz umilkł, żeby nie niepokoić niepotrzebnie swego właściciela. - Wiatr się ruszył, słońce zachodzi. Trzeba nam będzie ruszać do pracy gdy noc nastanie - powiedział dziadek Omnicjusz. Tymczasem jednak, póki jeszcze noc nie nastała, oparł się wygodniej o kępę mleczu i pociągnął fajkę z aromatycznym tytoniem. A trzeba przyznać, że był wielkim znawcą tytoniu. Przez swoje długie życie zdążył już palić tytoń z wielu stron świata. I ciemny tytoń z równin na zachodzie, i lekki z gór na południu, i bardzo dymiący z okolic morza, które podobno znajduje się za równinami. Palił też wiele innych tytoni, ale najbardziej smakował mu ten, który zbierał i uprawiał sam, według receptury swojego pradziada. Przymknął więc oczy i smakując tytoniowy dym, cieszył się ostatnimi promieniami słońca i śpiewem ptaków. Z tej popołudniowej senności wyrwał go dopiero szum skrzydeł przelatującej w pobliżu biedronki. Pani Biedronka, nieśmiałą z natury i wyjątkowo tego dnia zapracowana, nie zatrzy-mała się nawet, nie krzyknęła nic na powitanie tylko pomachała tylną lewą nóżką i znikła między trawami. - Dzień dobry - zawołali Darmir i Jagoda. - Powitać, powitać - powiedział dziadek Omnicjusz, spoglądając spod zmrużonych powiek, po czym wyjął fajkę z ust, by poprawić długą brodę i ponownie usadowił się wygodnie. Jak każdy skrzat w bardzo już dojrzałym wieku dbał wyjątkowo o brodę. Czesał ją, strzygł i sprawdzał co rano czy czubek brody sięga do ozdobnej sprzączki pasa. Wiadomo było powsze-chnie, że wszystkie dobrze utrzymane brody sięgają sprzączki pasa przy spodniach. Broda Darmira nie sięgała sprzączki, ale Darmir był jeszcze młodym skrzatem i jego broda nie mogła być tak długa. Miał za to identyczny pas, ze sprzączką w kształcie chrabąszcza, żółto-brązowe trzewiki sięgające do kolan, koszulę w kratę, czerwoną kamizelkę z kieszonkami po bokach i czerwoną szpiczastą czapeczkę, zgiętą w połowie, z umieszczonym na jej końcu dzwoneczkiem. Tylko spodnie miał niebieskie, chociaż dziadek Omnicjusz miał zielone. - Fajnie by było tak mieć skrzydła jak biedronka, albo motyl - westchnął Darmir. - O tak - przyznał dzidek Omnicjusz i dodał otwierając oczy. - Tylko po co? - Żeby latać. - A, tak, latać - dziadek Omnicjusz uśmiechnął się do siebie. - Słyszysz Jagódko co ten nicpoń wygaduje? Chciałby latać. Jagoda kiwnęła tylko nieznacznie głową, gdyż była zajęta haftowaniem nowej chusty na głowę i nie zamierzała włączać się do rozmowy. Leżąca na jej kolanach chusta była już prawie cała pokryta obrazem wrzosowiska. Do jednego z rogów chusty przyczepiony był mały dzwoneczek, identyczny jak te przy czapkach Darmira, dziadka Omnicjusza i zapewne wielu innych, a może nawet wszystkich skrzatów. Panie skrzatowe nie nosiły bowiem czapek tylko chusty. Nie miały też oczywiście bród. Lubowały się za to w warkoczach. Jagoda miała tylko jeden warkocz, ale bardzo długi i jeszcze bardziej czarny od brody dziadka Omnicjusza. Nie nosiła też oczywiście spodni, ani koszuli. Nosiła własnoręcznie utkaną z nici jedwabnych, pajęczych i mchu leśnego suknię, na której wiosną kwitły małe stokrotki. - Latanie to zapewne trudna sztuka - ciągnął dziadek Omnicjusz. - Ale trzeba przyznać, że czasem pożyteczna. Mógłbyś zbierać nektar z kwiatów i przez cale lato pomagać pszczołom. - Nie, nie! Dziadku... - Nektar jest bardzo smakowity, możesz spytać Jagodę. Mógłbyś też zbierać pyłki. - Nie... - Mógłbyś też... - Mógłbym latać - dokończył Darmir. - I... ? - spytał dziadek Omnicjusz, spoglądając uważnie na niego. - I już. Mógłbym latać. Wszędzie. Zamiast chodzić mógłbym latać, jak czerwcowy wiatr. - No, no. Ciekawe - pokiwał głową starszy skrzat. - Bardzo ciekawe. Ciekawe kto będzie wtedy plótł koniom grzywy, usypiał dzieci kołysankami, pomagał szyć buty szewcowi, mielił mąkę w młynie. Bardzo ciekawe. Bo to są akurat skrzatowe rzemiosła, a nie latanie, gdzie wiatr poniesie. - Fruwając mógłbym na przykład szybko znaleźć młyn - odpowiedział po chwili namysłu Darmir i chyba spodobał mu się ten pomysł, bo uśmiechnął się do siebie. - A potem mógłbym już w nim mielić mąkę do woli. - Doprawdy, mój drogi Darmirze, wystarczy, że pójdziesz na skraj Polany i tam przy rzece znajdziesz młyn. I nie potrzeba Ci do tego skrzydeł. - To nie jest prawdziwy młyn. Chciałbym znaleźć taki prawdziwy, na wiatr. Wiatrak - Darmir przymknął oczy mówiąc te słowa. - Wiatrak stojący na wzgórzu pośrodku równiny. Duży, z ogromnymi skrzydłami. To jest prawdziwy młyn. Skrzydła szumią na wietrze, huczą młyńskie kamienie, przesypuje się ziarno. - Wiatrak, skrzydła, latanie. Czyś ty aby właściwego specyfiku na sen ostatnio zażył? Skrzaty zazwyczaj nie sypiają wiele, ale Darmir od czasu jakiegoś wcale nie mógł zasnąć. Kiedy kończyli nocne porządki i wracali do swojego kącika na stryszku karczmy, dziadek Omnicjusz i Jagoda zasypiali spokojnie. Sen jednak omijał posłanie Darmira. Kręcił się więc biedak, wiercił i przewracał z boku na bok, a oczy jakoś nie chciały się zamknąć. I choć skrzaty potrafią w razie potrzeby odmawiać sobie snu nawet przez czas dość długi, to w końcu bardzo to wyczerpało Darmira. Zaczął się garbić, powłóczyć nogami i nie przykładał się do pracy. Widząc to Jagoda postanowiła przyrządzić mu specyfik, aby w razie potrzeby, zażywszy go, mógł spokojnie zasnąć i wypocząć. Utarła więc magiczny proszek z suszonych ziół i zaprawiwszy go lekkim zaklęciem, nakazała Darmirowi zażywać w porze snu takim sposobem, jakim zwykło się zażywać tabakę. Od tego czasu Darmir, kiedy znów nie mógł zasnąć, zadawał sobie szczyptę specyfiku. Kichał potem donośnie, budząc śpiących już towarzyszy, aż w końcu zasypiali spokojnie wszyscy troje. - Oczywiście, że właściwego - odpowiedział naburmuszony trochę Darmir. - I wcale nie muszę mieć skrzydeł, ale przyjemnie było by je mieć dziadku Omnicjuszu. Gdybyś miał to byś się przekonał. Dziadek Omnicjusz wcale nie był rodzonym dziadkiem Darmira, tylko dalekim kuzynem jego ojca, ale w dobrym skrzatowym zwyczaju było zwracać się w ten sposób do starszych. - Na razie jednak, skoro skrzydeł jeszcze nie masz, chodźmy pieszo, bo pora ku temu najwyższa. - Zakończył rozmowę dziadek Omnicjusz. - Prawda - dodała Jagoda. - Dzieci już pewnie zasypiają. Ruszyli więc przez ogród w stronę karczmy. Słońce tym czasem schowało się już całkiem za drzewami i cień zakrył Polanę od zachodu aż po przeciwny kraniec lasu. Ludzie wrócili z pól do domów, dym unosił się z kominów, pierwsze gwiazdy migały nieśmiało na ciemniejszej od wschodu części nieba. Od strony rzeki żaby rechotały donośnie, a z trawy wtórowały im świerszcze. Gdy już wydawało się, że dzień ten prawie skończony nic nowego przynieść nie może, na drodze pojawił się jeździec, cały w czerń odziany. Przejechał przez osadę i zatrzymał się przed karczmą. Choć był tu po raz pierwszy nie musiał się natrudzić, żeby rozpoznać większy niż sąsiednie budynek, przy wejściu którego stał ubrany w białą koszulę tęgawy mężczyzna. - Witajcie gospodarzu - odezwała się jeździec męskim głosem. - Znajdzie się u was jakieś miejsce na nocleg i trochę ciepłej sprawy? - Witaj szlachetny panie - powiedział powoli karczmarz. Wcale nie wiedział czy przybysz jest szlachetnego stanu, ale uważał, że lepiej komuś przydać szlachectwa niż go ująć, a w gęstniejącym mroku trudno było cokolwiek wyczytać z postaci ubranej w długi czarny płaszcz z kapturem na głowie. - Zapraszamy w nasze progi. Wolno wiedzieć kogo goszczę? Mężczyzna zdjął kaptur i oczom karczmarza ukazała się twarz pociągła, o ostrych, szlachetnych rysach, z długimi do ramion czarnymi włosami. - Jestem Adiar da Gerve - odpowiedział. - Rycerz i kawaler szlachetnego rodu da Gerve. - Bądź pozdrowiony w naszych progach panie rycerzu - karczmarz skłonił się lekko i poszerzył na chwilę uśmiech, który nieprzerwanie tkwił na jego twarzy. - Chłopiec stajenny zaraz zajmie się twym wierzchowcem, tymczasem zachodźże, zachodź. Adiar odpiął jeszcze duży worek od siodła i ruszył za karczmarzem do środka. Unoszący się w powietrzu winny aromat od razu wyjaśnił mu przyczynę powolności i ciągłego uśmiechu na twarzy gospodarza. I mimo, że dopiero przekroczył próg karczmy, był pewien, że lubi to miejsce razem z jego właścicielem. Wnętrze karczmy było duszne i zasnute dymem z kominka. Adiar usiadł przy ławie stojącej pod ścianą i już po chwili stała przed nim misa z kapuśniakiem, a obok niej, pojawił się półmisek z dużym kawałkiem baraniego udźca. - Zdaje mi się, że znajdzie się tu dzbanek dobrego wina do tego posiłku - powiedział Adiar. - Naturalnie - rozpromienił się po raz kolejny karczmarz. - Przednie, najlepsze w całej okolicy. Godne królewskiego kielicha dobry panie rycerzu. I w rzeczy samej wino okazało się tak dobre, że nie można się było dziwić, że sam karczmarz nie mógł mu się oprzeć. - Bywajcie tu gospodarzu - odezwał się Adiar podjadłszy sobie trochę. - Podejdźcie no bliżej. - Słucham szlachetnego pana - karczmarz zbliżył się niespiesznie. - Przybywam w te strony z bardzo daleka i chciałbym się dowiedzieć coś niecoś. Podobno król wasz to zacny i szlachetny pan. - O, bardzo. Zapewne - odpowiedział karczmarz. - Wieści krążą po traktach, że rycerzy dzielnych poszukuje. Zdaje mi się, że to chyba zaciąg do Gwardii Królewskiej. Wiesz może coś o tym? - Możliwe. Mnie nic nie wiadomo. - Czyżby jakaś potyczka wojenna nad królestwem wisiała? - Być to zawsze może. Mnie nic nie wiadomo. - Rycerze w Gwardii Królewskiej chyba opłacani są niezgorzej? - Zapewne. Być to może, ale mnie nic nie wiadomo o takich sprawach. Adiar pomyślał, że chętnie obciąłby mu język, gdyby nie to, że ten ciągle uśmiechnięty, zadowolony z siebie osobnik o mętnym wzroku budził w nim jakąś nieuzasadnioną sympatię. - Zdaje mi się, że jak na gospodarz karczmy w pobliżu traktu królewskiego bardzo mało Ci wiadomo. Niechże więc będzie Ci wiadomo, że skoro nic nie masz do powiedzenia to język jest Ci niepotrzebny. I choć rzadko w złość popadam, to odetnę Ci go zaraz i przybiję do drzwi wejściowych. Stan winnego upojenia nie pozwolił się przestraszyć karczmarzowi. Otwarł tylko oczy trochę szerzej, wzruszył ramionami i powiedział: - Rożne wieści słyszy się na traktach. Ale skąd wiedzieć, które są prawdziwe? - Szuka więc król rycerzy czy nie? - spytał ponownie Adiar. - Powiadają, że szuka. - To dobrze. Rycerze w służbie królewskiej chyba głodem nie przymierają? - Ha, zapewne - przytaknął szybko karczmarz. - Wielu rycerzy tędy do zamku podróżuje? - Ostatnimi tygodniami żaden. - Żaden? - powtórzył ze zdziwieniem Adiar. - A z powodu? - Mnie tam nic nie wiadomo - odpowiedział karczmarz, ale żeby nie denerwować gościa postanowił szybko coś dodać. - Król córkę jedyną chce wydać za mąż. Adiar popił łyk winą zastanawiając się jaki związek mają ze sobą te dwie sprawy. - Wiele wiosen liczy królewna? - spytał. - Będzie ze dwadzieścia i jedną na jesień. - I jeszcze nie wydana? - zdziwił się Adiar. - Rozumiem, panna widać nie pierwszej urody? - Niekoniecznie - karczmarz rozejrzał na boki, a uśmiech na jego twarzy zastąpiło zamyślenie. - Niektórzy powiadają... - Pewnie też szorstka w obyciu? - dokończył Adiar. - Ha, kto to może wiedzieć. Słyszy się tylko czasem, że... - Rozkapryszona też pewnie? Tym razem gospodarz tylko wzruszył ramionami i ponownie się uśmiechnął. - Wiec więc mój dobry panie, że królewny wcale piękne być nie muszą. Roztropności im bardziej potrzeba niż urody. A jeśli tylko król właściwego kandydata na męża wybierze to panna z czasem ogłady i pokory nabierze. Ale dosyć już o królu i królewnie. Daleko stąd do zamku? - Traktem na wschód będzie trzy dni drogi, jak wierzchowiec dobry to dwa. - A zatem ruszę o brzasku. Znajdziesz chyba jeszcze w swoich zapasach porcję suszonego mięsa? Siedzące w rogu izby skrzaty przysłu-chiwały się z zaciekawieniem całej rozmowie. Przysłuchiwała się jej także Jagoda, która zdążyła już wyśpiewać dzieciom wszystkie kołysanki, jakie należało śpiewać o tej porze roku, żeby złe sny odpędzić. - Więc zamiaruje do gwardii królewskiej wstąpić, a może nawet o rękę królewny się ubiegać? - spytał dziadek Omnicjusz, choć brzmiało to bardziej jak stwierdzenie. - Do miasta królewskiego się udaje. Widać człowiek bardzo szlachetnego stanu skoro, o takie zaszczyty się ubiega. - Nie myślisz dziadku - odezwał się Darmir - że dziwny jakiś z niego rycerz? - Dlaczego dziwny? Rycerz jak rycerz. - Ale to nie może być prawdziwy rycerz - kontynuował Darmir. - Prawdziwy rycerz ma ciężką zbroję, kopię i tarczę. A ten jest w płaszczu czarnym z kapturem. - Ale miecz ma przy pasie - zauważył dziadek Omnicjusz. - Wszak nie tylko rycerze noszą miecze - upierał się Darmir. - Ale i nie wszyscy rycerze, którzy dawniej odwiedzali karczmę, w zbrojach przybywali - zauważyła Jagoda. Dziadek Omnicjusz zamyślił się na chwilę, zmrużył oczy i podrapał się po brodzie. - Prawda - powiedział w końcu. - Ale prawda też, że coś niepokojącego jest w tym człowieku. Torbę jakowąś dźwiga ze sobą. Gdybyśmy tak wiedzieli co się w niej znajduje, prędzej można by orzec, czy rycerz ów jest prawdziwy. - Ba, ale jak to zrobić? Kiedy Darmir zadał to pytanie, dziadek Omnicjusz już wiedział jak należy postąpić. - Trzeba wleźć do owej torby, póki gość nasz jeszcze siedzi przy posiłku i rozeznać się nieco w jego rzeczach. - Oj, mój panie - odezwała się gwałtownie Jagoda patrząc groźnie na dziadka Omnicjusza. - Czy godzi się tak po cudzych własnościach myszkować skrycie? Czy godzi się tak strudzonego podróżnika o złe zamiary podej-rzewać? - Ależ Jagódko, przecież Darmir zajrzy tam jeno, żeby wybadać czy ów szlachetny pan czegoś złego nie zamiaruje. Tu Darmir otwarł oczy szerzej i prawie krzyknął do dziadka Omnicjusza: - Ja? Ja mam leźć do tej ciemnej torby? Dlaczegóż to mnie akurat tę wyprawę przeznaczyłeś? - No bo - dzidek Omnicjusz z wolna wypowiadał słowa, jakby tłumaczył małemu dziecku dlaczego nie należy straszyć motyli - ja jestem za stary na takie przechadzki, a Jagódka się nie zgadza. - Ale ja... może w tej torbie jednak nic nie ma. Darmir wyraźnie nie był zadowolony z planu dziadka Omnicjusza, chociaż chętnie dowiedziałby się co znajduje się w torbie podróżnika. - Ależ Darmirku, - przekonywał dziadek Omnicjusz - sam mówiłeś, że dziwny rycerz z tego pana rycerza. Skoczysz tylko w dwa susy do torby. Spojrzysz czy nie ma tam czego dziwnego i wrócisz w te pędy do nas. - A jeśli nawet co będzie dziwnego - wtrąciła ponownie Jagoda - to cóż moi panowie zamiarujecie? - Cóż nam mówić o zamiarach, skoro…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych