Wróć do katalogu

Lek na bezsenność (cz. II)

-

Seen, opublikowano , 35 min czytania, 3,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

II

Paprocie śmigały po obu stronach tak szybko, że nie sposób było je policzyć. Promienie słońca raz po raz błyskały między drzewami, liście małych krzaczków szeleściły co chwilę potrącane. Dziadek Omnicjusz usadowiony tuż za głową zajączka trzymał się jedną ręką jego ucha, a drugą przytrzymywał czapkę. Spoglądał też co chwilę w bok na jadącego traktem Adiara. Pamiętał dobrze, że rycerz zamierzał jechać na wschód więc gdy tylko wysłał do Jagody burego kocura, natychmiast pobiegł do lasu obudzić przyjaciela zajączka i ruszyli lasem wzdłuż drogi. Zwierzę tak duże jak koń Adiara nie byłoby w stanie szybko przedzierać się przez taką gęstwinę ale mały zajączek bez trudu mijał pnie i paprocie. W końcu, gdy słońce podniosło się już ponad drzewa, a dziadek Omnicjusz zaczął się zastanawiać czy Adiar przypadkiem nie skręcił gdzieś po drodze, dogonili go. Ponieważ jednak wskakiwanie na galopującego rumaka nie bardzo się skrzatowi podobało jechali dalej wzdłuż drogi czekając na stosowną okazję. Adiar od czasu do czasu zwalniał trochę, ale wciąż jechał za szybko. Kto wie jak daleko by zajechali gdyby nie rozwidlenie dróg, które wyłoniło się pomiędzy drzewami. Piaszczysta draga, która do tej pory wiła się samotnie, przecinana najwyżej leśnymi ścieżkami, rozdzielała się teraz na dwie. Ale najgorsze było to, że obie wiodły dalej na wschód; jedna trochę bardziej na południe, druga trochę bardziej na północ. Adiar zatrzymał się na rozwidleniu i rozejrzał, szukając jakiegoś znaku. - Traktem na wschód. Ale którym? - spytał sam siebie. - No, mój dzielny rumaku, która ścieżka bardziej na wschód idzie? Koń jak zwykle odpowiedział tylko parsknięciem. Rycerz postał jeszcze chwilę rozglądając się wokoło. - No tak, skoro obie prowadzą na wschód to chyba wszystko jedno czy pojedziemy tą połud-niową czy północną. I, powiedziawszy to, ruszył południowym szlakiem. W tym czasie dziadek Omnicjusz zdążył się juz wspiąć po ogonie na wierzchowca i usadowić pomiędzy siodłem a przywiązanym do niego workiem. Zadzwonił dzwoneczkiem, aby upew-nić się w, której torbie siedzi Darmir, a gdy usłyszał odpowiedź zsunął się szybko na nią. Nie musiał się obawiać, że Adiar go usłyszy bo ludzie nie mogli słyszeć magicznych skrzacich dzwonków. Następnie, nie bez trudu rozpiął zamykający ją pasek i zajrzał do środka. W tej właśnie chwili koń ruszył do dalszej jazdy i dziadek Omnicjusz, nie widząc innego wyjścia, wskoczył do środka. Wskoczył prosto w ręce uradowanego Darmira. Młody skrzat, choć wciąż jeszcze wystraszony, nie posiadał się z radości. - Dziadku, dziadku - krzyczał ściskając Omnicjusza. - No, dobrze już. Uspokój się. Nic Ci się nie stało. Trzeba nam stąd wyjść jeszcze i dopiero będziemy mogli się radować. - Prawda, ale skoro torba otwarta, to i wyjść nie będzie trudno - odpowiedział Darmir i dodał po chwili - Tylko trzeba poczekać bo w takim galopie wszystkie kości możemy połamać. - No widzisz, oby nas tu teraz razem nie zamknął, bo wtedy już nie wiem kto nas wyswobodzi. Mówiąc to dziadek Omnicjusz wspiął się do brzegu torby i wyjrzał spod klapy. Obok niego wysunęła się głowa Darmira. Widzieli z tego miejsca tylko uciekające w dali drzewa, końskie kopyta bijące w piasek na drodze i rzemyk od worka powiewający w powietrzu. I właśnie ten rzemyk przykuł uwagę dziadka Omnicjusza. - Popatrz no tylko - powiedział do Darmira - toż worek mamy przed nosem, a w nim te trzysta złotych monet. - A jakże to nam ułatwi ucieczkę? - spytał Darmir. - Ucieczki nie ułatwi, ale nie w tym rzecz. Skoro i tak nam trzeba na stosowną chwilę czekać to w tym czasie uczynek jakiś dobry możemy zrobić. - Ale jaki? - Popatrz tylko - skrzaty zsunęły się z powrotem na dno torby - jeśli rycerz ów Adiarem zwany, jest mężem prawym, sprawiedliwym i szlachetnym, tedy zapewne pieniądze te na cel szlachetny jakiś przeznaczyć zamierza. Jeśli zaś jest nikczemnikiem podstępnym, tedy zapewne nieprawnie w ich posiadanie wszedł. - To się rozumie - przytaknął Darmir, wsłuchując się uważnie w każde słowo. - A zatem - wyjaśniał dalej dziadek Omnicjusz - gdyby je w lesie w jakiś sposób zostawił, to czy jest prawy, czy nie, sprawiedliwie się stanie. - Jakimż to sposobem? - zdziwił się Darmir. - Ech, popatrz no tylko. Któż w lesie pieniądze te znajdzie, jeśli nie jacyś biedacy zbierający chrust, jagody i grzyby. A obdarować potrzebującego to bardzo szlachetne postępo-wanie. Prawda? - Prawda - przytaknął Darmir. - Tak więc jeśli je zgubi w lesie to będzie tak samo szlachetnie jakby sam je biednym rozdał. Jeśli zaś jest człowiekiem złym i bezprawnie w posiadanie sakwy ze złotem wszedł, tedy spra-wiedliwość się tylko dokona, jeśli ją w drodze zgubi. Prawda? - Prawda - znów przytaknął Darmir. - Ale jaka nasza w tym rola - Oczywista mój drogi - uśmiechnął się dziadek Omnicjusz. - Trzeba nam tylko pomóc zgubić złoto. I w ten oto sposób, czy jest złym czy dobrym człowiekiem, dobry uczynek sprawimy. - Acha - Darmir pokiwał z uznaniem głową, chociaż nie do końca rozumiał zamysł dziadka Omnicjusza. - Ale jak my go mamy tego złota pozbawić. - No widzisz - tu dziadek Omnicjusz znów zmarszczył brwi i zrobił zamyśloną minę. - Wejście do worka jest prawie przy naszej torbie. Trzeba zatem wskoczyć do niego, rozwiązać sakwę ze złotem i rozciąć dno. A złoto już samo znajdzie drogę do lasu. - Acha - Darmir uśmiechnął się, zadziwiony pomysłem dziadka Omnicjusz. - Rzeczywiście. Monety jak po sznureczku będą spadać na drogę. Bardzo dobrze. Tylko dziadku... chcesz w takim pędzie przedostawać się do worka? Dziadek Omnicjusz poprawił brodę i pokiwał głową. W końcu powiedział: - Masz rację, nie dla mnie to wyprawa. Stary już jestem i może nie dość sprawny na takie wycieczki. Dobrze, że się tak o mnie troszczysz Darmirku. A zatem dam Ci mój nożyk z lisiego zęba i rób co należy. Oczy Darmira w jednej chwili zrobiły się tak wielkie jak gołębie jaja. - Ale dziadku... - No, nie marudź już. Jak trzeba to trzeba. Taki jest los skrzata. Masz tu nożyk i ruszaj. Spieszyć się chyba nie musisz bo pewnie szybko się nie zatrzyma. A gdyby się zatrzymał wyskakuj i biegnij do lasu. Ja zrobię tak samo. Darmir z niezbyt szczęśliwą miną wziął nóż z lisiego zęba i wsunął go za pasek. - No to idę - powiedział. Wspięli się ponownie do brzegu torby i popatrzyli na uciekającą drogę. - Poczekamy chwilę, aż trochę zwolni - poradził dziadek Omnicjusz. - Potem złapiesz się rzemienia i wespniesz do worka. Tam już sobie poradzisz. Darmir przytaknął tylko głową i patrzył na uciekającą pod nimi drogę. W końcu, gdy dziadkowi Omnicjuszowi zdało się, że jadą już trochę wolniej, młodszy skrzat skoczył przed siebie i chwycił powiewający przed nim rzemień. Koniec zaciśniętego nim worka był wystarczającą ciasny, żeby nic z niego nie wypadło, ale też wystarczająco luźny, żeby mały skrzat mógł się przecisnąć. Toteż już po chwili, Darmir siedział w środku. Sam jednak nie wiedział czy bezpieczniej było w tutaj, czy gdy powiewał w powietrzu wisząc na rzemieniu. Co chwila w worku podskakującym na końskim grzbiecie coś się przewalało z jednej strony na drugą. I co chwila Darmir wpadał na coś obijając się przy tym boleśnie. W końcu dotarł jednak do skórzanej sakwy, znajdującej się na samym dnie. Chociaż noże z lisich zębów są bardzo ostre, zrobienie dziury w dnie worka nie było proste. Sakwa ze złotem przygniatała go bez przerwy i musiał uważać, żeby samemu tą drogą nie wypaść. W końcu udało mu się jednak zrobić spore nacięcie. Wspiął się wiec ponownie do sakwy i po chwili szamotanie z niesfornym rzemyczkiem złoto miało już wolną drogę do lasu. Popatrzył jeszcze przez chwilę jak pierwsza moneta, podskakując i obracając się, wędruje z sakwy do otworu w dnie worka i ruszył w drogę powrotną. Wzbogaciwszy swoją kolekcję sińców na plecach, ramionach i nogach dotarł w końcu do torby, w której niecierpliwie czekał dziadek Omnicjusz. - No i co? Udało Ci się? - No pewnie, że się udało. Dlaczego się miało nie udać. Ale połamałem chyba wszystkie kości przy tym. Muszę odsapnąć chwilę. - No, dobrze już - dziadek Omnicjusz poklepał go po ramieniu. - Dobrze się sprawiłeś. Poczekamy sobie teraz na stosowną chwilę, żeby się stąd wydostać i wrócimy spokojnie do domu. Kiedy Darmir odpoczął już chwilkę wspięli się znów do brzegu torby i próbowali wypatrywać spadające monety. Czasem wydawało im się, że widzą nawet ich błyski w słońcu. Dziadek Omnicjusz zastanawiał się chwilę nad zapaleniem fajki, ale zrezygnował z tego pomysłu. Pozostało im tylko czekać, aż zdarzy się sposobność, aby bezpiecznie wyjść z torby. Tymczasem nieświadomy niczego Adiar jechał zastanawiając się nad tym co usłyszał od karczmarza. Służba w gwardii królewskiej wydawała się zajęciem bezpieczniejszym niż walka na polu bitewnym, a przy tym również sowicie opłacanym. Czasem pewnie będzie trzeba stawić czoło wrogom, pokonać smoka, albo dowieść męstwa w turniej. Były to jednak błahostki w porównaniu z ciągłym wojowaniem. Myślał też o królewnie, która mimo wieku, w którym zazwyczaj następczynie tronu wychowują już potomstwo, nadal nie była wydana. Do tego jeszcze karczmarz twierdził, że od jakiegoś czasu brać rycerska nie odwiedzała tych okolic. Uroda panny chyba nie mogła być aż tak osobliwa, a charakter uciążliwy, żeby nie znalazł się jeden szlachetnie urodzony, skłonny o jej rękę zabiegać. Ostatecznie jednak Adiar uznał, że to nie jego sprawa. Jedni rodzą się do miecza inni do korony. Prawdziwy wojownik nie może trwonić czasu na piastowanie niesfornych panien. Na tym zaprzestał rozmyślań, gdyż spomiędzy drzew wyłoniła się dość duża polana. Przez drugi jej koniec przepływał leśny strumień, którego szum było już od dłuższego czasu słychać pomiędzy drzewami. - Chyba najwyższa pora na odpoczynek - stwierdził Adiar. Zsiadł z konia i podprowadził go do brzegu. Kiedy zwierze zanurzyło pysk w chłodnej wodzie strumienia zrzucił na ziemię worek i płaszcz, który zdjął w trakcie jazdy. Potem sam przykucnął i nabrał wody w dłonie, żeby obmyć twarz. Wyciągnął jeszcze kawałek suszonego mięsa i żując go położył się na trawie. Dziadek Omnicjusz i Darmir zdążyli już w tym czasie wyskoczyć z torby przy siodle i odbiec kawałek brzegiem polany. - No i po wszystkim - stwierdził starszy skrzat. - Możemy teraz wracać. - A może i my przed powrotną drogą posilimy się trochę? - zaproponował Darmir. - Zapewne znajdzie się tu gdzieś parę liści leśnego szczawiu. A i grzybów w okolicy brakować nie może. - Ha, zapewne. Przekąsić coś nigdy nie zaszkodzi. I obaj ruszyli w poszukiwaniu czegoś smacznego. Znaleźli pięć liści szczawiu, trzy poziomki, dziki koperek, leśną pietruszkę, siedem jeżyn i jagodę. Wtedy dziadek Omnicjusz uśmiechnął się i powiedział: - Najwyższa pora wracać do domu. Kiedy już wszystko zjedli Darmir wypatrzył jeszcze w trawie młodą pieczarkę i aż krzyknął z radości: - No to nam się udał posiłek. Podbiegł do niej, objął rękami, ucałował w czapeczkę i próbował wyrwać. I wtedy od strony traktu, którym przyjechali poniósł się tętent końskich kopyt. Na początku cichy, pulsujący, ledwo wyczuwalny narastał z każdą chwilą. Usłyszał go też Adiar. Wstał z ziemi i dotknął dłonią miecza, jakby chciał sprawdzić czy jest tam gdzie powinien być. Zdążył jeszcze pomyśleć o wrzuceniu na konia worka i płaszcza kiedy na polanę wjechało czterech jeźdźców. Gdy tylko spostrzegli Adiara, zwolnili i skręcili w jego stronę. Pierwszy z nich miał na sobie płytowy napierśnik, potarganą fryzurę, pyzatą twarz i duże okrągłe oczy bez brwi. Pozostali ubrani byli tylko w lekkie kolczugi, mieli kwaśny wyraz twarzy i miecze wiszące u pasa. - Witaj, witaj dobry panie rycerzu - odezwał się ten, który wyglądał na przywódcę, kiedy już się zatrzymali i spróbował się przy tym uśmiechnąć uprzejmie. - Witajcie dobrzy panowie. - Wolno wiedzieć kogóż mamy zaszczyt pozdrawiać? - kontynuował jeździec bez brwi. - Adiar da Gerve. Rycerz i kawaler szlachetnego rodu da Gerve. - Proszę, proszę. Wielce szlachetną osobę przychodzi nam gościć w naszych lasach. - Czyżbym miał zaszczyt samego króla w tak niecodziennych okolicznościach spotkać? - spytał Adiar, chociaż po wyglądzie, twarzach i okolicznościach spotkania nie mógł mieć dużych wątpliwości co do profesji przybyłych. - Nie, skądże. Skąd mniemanie? - Bo to królewskie lasy. - A prawda. Królewskie. Ale co tam panie rycerzu. Jam jest Vergo da Malantes, rycerz nie mniej szlachetny od ciebie. Wiec, że król nosa z zamku nie wychyla, a nam tu pomieszkiwać przyszło. Więc lasy królewskie z nadania, a nasze z posiadania. Tym bardziej, że to my tu ładu i porządku pilnujemy. Dbamy, żeby nikt podróżnych nie niepokoił, zwierzyny nie płoszył i zamieszania nijakiego nie robił. - A zatem jesteście dobrzy panowie strażnikami leśnymi? Wielce szacowne zajęcie w służbie królewskiej - pokiwał z udawanym uznaniem Adiar, zastanawiając się przy tym jak bezboleśnie opuścić to niespodziewane towarzystwo. - Prawda, szacowne. Choć niekoniecznie w służbie królewskiej. To raczej taka własna inicjatywa. - Tu Vergo przerwał na chwilę i popatrzył na swych towarzyszy. - I wiec, że trochę kłopotliwa przez to. Żołdu nikt nie wypłaca, a wiktu i opierunku darmo przecież nigdzie nie dostaniesz. - Niesprawiedliwość to wielka, przyznaje. Pozwólcie, że kiedy dotrę przed oblicze króla, wspomnę mu słowem o was i poproszę o jakieś wsparcie w tej mierze. - Zaiste, prawdziwie szlachetny z ciebie człowiek dobry panie rycerzu. Ale król jest daleko, a nasze głodne żołądki tutaj. Radzi byśmy więc byli, gdybyś raczył nas wesprzeć datkiem jakimś już teraz. Twarz Verga przybrała wyraz tak cierpiętniczy, że Adiar tylko cudem nie rozpłakał się z żalu i współczucia. Zamiast tego z bólem oświadczył: - I ja rad bym był wielce, mogąc wam tę uprzejmość wyświadczyć. Jednakże nie mam nic co mógłbym wam darować. - I mnie się tak zdaje dobry panie rycerzu, chociaż wolałbym mieć pewność. Tym razem Vergo uśmiechnął się jeszcze bardziej niż na początku, szczerze, kpiąco i zło-wrogo. Sięgnął ręką do pasa i rzuciła pod nogi Adiara starą wytartą sakwę, z której wysypały się na trawę złote monety. - Poznajesz je może panie rycerzu? Zaskoczenia Adiar nie musiał już udawać. Patrzył przez chwilę na złote grosze. Potem popatrzył na leżący obok worek, w którym jeszcze tego ranka się znajdowały. Obrócił go czubkiem buta, aż zobaczył rozcięcie w dnie. Przydepnął go jeszcze lekko, żeby się upewnić, że w środku nie ma tego co być powinno. - Pomyślałby kto, że takie cuda można na leśnej drodze znaleźć? - kontynuował Vergo. - Zbieraliśmy je więc kolejno licząc, że ta złota ścieżka do właściciela nas doprowadzi. I doprowadziła, jak mi się zdaje. - Wielce to szlachetne z waszej strony, że od zguby mnie ratujecie. Przeklętym byłbym niewdzięcznikiem gdybym was za to nie nagrodził - zaryzykował Adiar. - Zaiste przeklętym. Ale nie dla nagrody podążyliśmy za tobą - odpowiedział Vergo i przestał się uśmiechać. - Znalezionego złota bowiem nie zamierzamy ci oddawać. Jednak wyświadczysz nam wielką przysługę dodając do niego resztę, która wypaść nie zdążyła. - To rozbój - powiedział bez wzburzenia i gwałtowności Adiar, gdyż było to oczywiste niemal od początku spotkania. Vergo uśmiechnął się dumnie. - To raczej podatek - powiedział. - Oddasz nam resztę złota, jaka ci jeszcze w sakwie pozostała, a darujemy ci zdrowie i życie. - A jeśli wypadło już wszystko? - Lepiej by było, żeby coś zostało. Choć twój wierzchowiec też przedniej maści więc zatrzy-mamy go dla równego rachunku. - Wybaczcie dobrzy panowie ale nie zatrzymacie ani złota ani wierzchowca gdyż potrzebuję ich w dalszej podróży. To rzekłszy Adiar wyciągnął miecz i oparł jego czubek na ziemi, tuż za leżącą przed nim sakwą. Vergo przestał się już całkiem uśmiechać, poczerwieniał, uniósł głowę i otwarł szerzej swoje okrągłe oczy. - Nie złość mnie panie rycerzu bom człowiek gwałtowny i jakaś tragedia w lesie tym dzisiaj stać się może. Doceniam twe męstwo bom sam rycerskiego stanu. Ręczę na honor, że jeśli zaraz stąd pójdziesz krzywda Cię żadna nie spotka. Ale złota i konia zabrać ze sobą nie masz sposobu. - Do rabunku rycerskiego honoru nie potrzeba, ale może masz go dość, żeby stanąć na miecze? - zaryzykował po raz drugi Adiar. Vergo wyprostował się w siodle, popatrzył na swoich kompanów i uśmiechnął. - Słyszycie? To szelma. Wiec panie rycerzu, że zwykłem dawać wrogom moim wybór między lekką śmiercią przez ścięcie, a pojedynek. I wiec też, że nie masz wśród żywych takiego, który by mnie choć ranił, chociaż w kurhanach paru by się znalazło. Czy aby nie zniechęca Cię to odrobinę? - Stawaj panie rycerzu albo jedź precz. Miło nam się gawędzi ale czas nagli. Adiar uznał, że większą szansę ma w walce z jednym niż z czterema przeciwnikami. Słowa Verga przyjął zaś jako przechwałki i próbę nastraszenia. I miał rację. Vergo rzeczywiście chciał go nastraszyć i zdobyć złoto bez walki. Ale też bardzo lubił pojedynki i nie skłamał o nich ani jednym słowem. Ruchem dłoni kazał pozostałym jeźdźcom zostać w siodłach, a sam zeskoczył na ziemię. - Stanie się według woli twojej. Waleczny jesteś czy też rozum ci odjęło, Vergo da Malantes skrzyżuje z tobą miecz. Miej w pamięci w tej godzinie, że nie jesteś mi wrogiem jeno przeszkodą. Zatem niech pierwsza krew o zwycięstwie decyduje. Zranisz mnie - odjedziesz wolno ze złotem. Na honor rodu da Malantes. Niepokojąca szybka była to zgoda ale teraz już Adiar nie miał czasu ani się zastanawiać, ani wycofać. Odpowiedział więc: - Niech tak będzie. A jeśli moja krew dziś popłynie oddam bez słowa złoto i wierzchowca. Na honor rodu da Gerve. Słysząc to Vergo znowu się uśmiechnął i otwarł…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych