Wróć do katalogu

LIMONCELLO

Historia pewnej warszawskiej, mocno zakrapianej, randki. Były to tu już, ale w częściach i tylko pierwszych czterech. Zapraszam!

JanStaszczyk, opublikowano , 1 godz. 1 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

LIMONCELLO I Siedzę na ławce w parku saskim. Siedzę i czekam na ciebie, ze starannie ukrytą pod powłoką kurtki butelką włoskiego limoncello . Jest wieczór bo jeszcze nie noc. Ale wieczór na pewno tak. Zimny bo wietrzny, bo gdyby wiatru nie było, to nie byłoby znowu tak zimno. Siedzę i palę papierosa obserwując rozświetloną fontannę i grupy młodych bogatych pijaków, którzy zaraz przepiją wszystkie pieniądze w kamieniołomach lub w bistro. Nerwowo zerkam na zegarek komórki. Jeszcze się nie spóźniłaś, zaczniesz się spóźniać pewnie za jakieś pięć minut. Myślę o tym co mi powiedziałaś na pierwszym spotkaniu. W tej kawiarni do której chodzę zawsze jak nie wiem gdzie pójść. Byłaś jakaś taka chłodna, a jednak chciałaś spotkać się drugi raz. Po co? I po co ja zaproponowałem ci picie zimnego limoncello w zimnym parku? Bo powiedziałaś, że nie masz nic przeciwko. Bo chyba tobie jest już zupełnie wszystko jedno, a mi jednak nie, bo siedzę tu i myślę, a ty pewnie w ogóle nie myślisz, tylko słuchasz bzdurnej muzyki jadąc zatłoczonym 35 na to spotkanie. Zresztą pewnie nie jest wcale zatłoczone, bo to nie ta pora. O tej porze siedzisz sobie wygodnie, oglądając swoje tipsy, a z słuchawek leci pewnie jakiś Black Eyed Peas, co najwyżej nowy singiel Rihanny. No, wszystkie słuchacie tego samego, a ty raczej najgorszego chłamu z półki chłamu dla lasek, które słuchają tak zwanej muzyki radiowej. Czyli żadnej. To tak jakby na pytanie o ulubioną potrawę odpowiedzieć, że najbardziej lubi się jedzenie z McDonald's'a. W końcu tam serwują już chyba prawie wszystko. No nie wiem. Ale wiem, że były wieś maki, jakieś krewetki, lody, woły, wieprze. A więc wszystko. Może poza włoską kuchnią, ale o tą zadba przecież pizza hut. Jezus Maria, zimno jest. Przychodź szybciej. Wódki trzeba się napić, to cieplej będzie. I łatwiej. Łatwiej z tobą, łatwiej ze mną, łatwiej z nami ogólnie. Bo czy tego chcesz czy nie, pojęcie „nas” istnieje od pierwszej sekundy naszego spotkania. Od początku, jak tylko lekko podchmielony zacząłem starać się o twój numer istniejemy jako „my”. Dla mnie, pewnie dla ciebie też bo numer mi dałaś, chociaż udawałaś, że nie jesteś pewna i że zazwyczaj tego nie robisz. Nawet dla innych jesteśmy teraz pojęciem jednolitym. Tak, tak kochana. Dla moich kolegów, i twoich koleżanek. Przecież oni zapytają mnie po tym spotkaniu o to, czy się z tobą przespałem, a one ciebie o to jaki ja jestem i w ogóle czy romantyczny. Szczerze wydaje mi się, że ty to za bardzo romantyczna nie jesteś. Chcesz być strasznie, bo to takie romantyczne być romantyczną. Ale no nie wydajesz się. Twoje buty się nie wydają. Twój styl mówienia, używanie słów których chyba nie rozumiesz do końca. Twoje złote cekiny, na nawet ładnej niebieskiej bluzie na suwak. To, że co chwila dość tępym wzrokiem patrzysz w wyświetlacz, swojego obklejonego jakimiś dziwnymi naklejkami telefonu. No nie sprawiasz wrażenia romantycznej. Ale to dobrze, bo jak romantyczna jest do cholery ta sytuacja? Trzeba będzie jeszcze zmienić miejsce, tu jest niebezpiecznie, za bardzo na widoku, policja chodzi. Oho, widzę cię, idziesz pewnym krokiem aleją, która kończy się zaraz za fontanną, przy grobie nieznanego żołnierza. A nie to nie ty. To dobrze, zdążę wypalić jeszcze jednego papierosa. Spóźniasz się już trzy minuty. Widzę, że napisałaś mi sms-a. „Przepraszam, spóźnię się z dziesięć minut”. Czyli mam jeszcze jakieś siedem, osiem minut wolności. Potem będę musiał udawać, że cię lubię. A może cię polubię. Może złocistożółty alkohol sprawi, że staniesz mi się bliższa nie tylko w tym, upragnionym przez każdego mężczyznę sensie, ale także jakaś wspólnota losów sprawi,że nagle staniemy się dla siebie ważni. Wątpię. Muszę wstać, bo czuję że mróz ławki powoli, w okrutny sposób przykleja mnie do jej powierzchni. Jakaś koedukacyjna grupa przemierza po drugiej stronie fontanny śpiewając legijne pieśni. Dwie cudownie pachnące, i niezwykle pięknie upiększone przed imprezą dziewczęta przechodzą tuż koło mnie. Wzrok jednej z nich na ułamek sekundy spotyka się z moim i myślę sobie, że już ją pokochałem. Muszę uważać żeby limoncello nie wysunęło mi się zza pazuchy. Choć przecież jest zamknięte i mam prawo je trzymać normalnie, jak człowiek. Wyjmuję więc, żeby nie wyjść przed tobą na tchórza. Uśmiecham się do siebie i do butelki której etykietę bezmyślnie studiuję, cały czas myśląc i tak o tym co ma szanse stać się z tobą, z nami dzisiejszego wieczora. Moi koledzy są pewnie w jakiejś innej części mroźnego miasta. Chociaż nie, jeszcze za wcześniej, pewnie umówili się za jakieś półtorej godziny przy tym sklepiku na rogu foksal i nowego światu. Chciałbym też się z nimi spotkać. Ale dzisiaj poświęciłem wszystko co w piątku najlepsze, dla ciebie. Sam nie wiem czemu. Wiem tylko, że właśnie podążasz w moją stronę w butach na wysokim obcasie. Znowu patrzysz w ekran też podniszczonej komórki. Znowu żujesz gumę (dobrze, że nie robisz balonów). Idziesz pewnym krokiem, a ja udaję, że stoję pewnym krokiem. Powoli wyłączam muzykę. A szkoda, bo fajny kawałek leciał. Ty też wyjmujesz słuchawki z uszu. Najpierw powoli z prawego, potem, nie wiadomo dlaczego zarzucając delikatnie rozpuszczonymi kasztanowymi włosami, z lewego Jeszcze nie patrzymy sobie prosto w oczy. Ja gdzieś w stronę królewskiej, przez pnie drzew. Ty nie wiem gdzie bo na ciebie nie patrzę. Limoncello czeka na ławce cierpliwie. Ty zatrzymujesz się przy ławce, bierzesz je do ręki i uśmiechasz się do mnie beznamiętnie przeciągając nic nie zapowiadające „cześć”.

II

Weszliśmy na tą górkę. Tą w parku saskim na której jest taka mała, biała świątynia. Usiedliśmy na murku. Ty powiedziałaś, że chłodno dzisiaj. Ja przytaknąłem i potwierdziłem twoje słowa – faktycznie było chłodno. Zapytałaś czy nie możemy iść gdzieś gdzie jest cieplej. Odparłem, że owszem ale najpierw wolałbym wypić z tobą to półlitrowe limoncello, które przywiozłem aż Piemontu, ale chyba nie po to żeby wypić je z tobą. To znaczy tej drugiej części o Piemoncie nie dodałem, bo po co. Ale naprawdę chciałem je wypić. Powiedziałaś, że spoko, żebyśmy pili szybciej to może zrobi się cieplej. . Zamilkliśmy na chwilę. Jakaś pijana grupa dziewczyn i chłopaków obrabiała żołądkową miętową przy ławce na dole. Zauważyłem ich w momencie kiedy sprawdzałem czy którąś z okolicznych alejek nie podąża niebieska policyjna suka. Jeszcze nie podążała. Ty znowu zaczęłaś wgapiać się w ten swój telefonik. Nie przeszkadzałem ci, bo zająłem się odkręcaniem butelki. Szło raczej ciężko, dobrze ją w tym Piemoncie zakręcili. Chociaż pewnie nie zakręcali jej w Piemoncie, tylko w jakiejś fabryce na południu Italii. Nie wiem. Kątem oka zerknąłem na twój telefon, na tą jedyną w świecie rzecz której nigdy nie rzucisz. Naklejki były raczej pospolite. Logo DC na różowym tle, jakieś czerwone serduszko na białym tle, jakiś nic nie znaczący hologramik bez tła i obdrapany napis „I LOVE N.Y” też na białym tle. Odkręciłem buteleczkę. Dobrze, że nie patrzyłaś jak ciężko mi to idzie bo pewnie coś tam w twoich niebieskich oczach bym stracił. Pewnie twój poprzedni facet osiłek odkręcał butelki jednym ruchem jedynie za pomocą małego palca i kciuka. Gdybym kupił wino...Nie, w życiu nie kupiłbym bym wina bo zabawa z korkociągiem należy do jeszcze trudniejszych. To dopiero byś się obśmiała, może wino onieśmieliło by cię chociaż trochę i nie wpatrywałabyś się w ten nic nie znaczący hologramik, tylko na mnie jak za pomocą uwalonego w psim gównie patyka usiłuję odblokować zniszczony korkociągiem korek. W sumie nie byłem pewien czy wchodząc z tobą na tą górkę sam nie wlazłem w psie gówno, tak dosłownie ma się rozumieć. Chyba nie bo nic, poza otwartą wódką, nie śmierdziało. A może to ta wódka skutecznie zabijała zapach gówna? Jak najdyskretniej jak to możliwe sprawdziłem grubość swojej podeszwy. Ty akurat pisałaś jakiegoś sms-a, a ja nerwowo pocierałem butami o betonowe podłoże. Rozsunąłem nogi delikatnie i z ulgą stwierdziłem, że na szarej bieli betonu nie ma śladów brązu. Świetnie. Pociągnąłem pierwszego łyka wódki i od razu dotarło do mnie, że taki to właśnie ze mnie dżentelmen. Skończyłaś pisać sms-a. Poprosiłaś o wódkę. Wypiłaś zdecydowanie mniej niż ja. Z jednej strony to dobrze, z drugiej fatalnie bo to chyba ty powinnaś byś łatwiejsza. Bo ja to chyba już przez sam fakt przyjścia na to spotkanie jestem wystarczająco łatwy. Powiedziałaś, że nawet dobre i oblizałaś wargi z cytrynowego posmaku. Spytałaś gdzie to kupiłem, a ja powiedziałem, że w Piemoncie. Zabrzmiało to tak jakbym chciał ci strasznie zaimponować, że byłem w Piemoncie. Najgorsze jest to, że chyba trochę chciałem. Zapytałaś znowu, kiedy byłem w tym całym Piemoncie i gdzie to jest ten Piemont. Wymiękłem. Ale ze spokojem odpowiedziałem, że we Włoszech, że na północy, że w górach, że całkiem ładnie i pogoda dobra. Ty na to, że super i że też kiedyś byłaś we Włoszech. Co za zbieg okoliczności. A gdzie – zapytałem. Ty na to, że w Rimini dwa razy i raz gdzieś w górach ale nie pamiętasz gdzie bo był taki zajebisty melanż. Ja na to, że w Rimini to podobno też są dobre imprezy. Ty – że faktycznie są i że fajnie się uczy włochów pić wódkę bez popitki. Bomba! Częstujesz się drugim łykiem naszego przysmaku. Nie przerywam, mimo że bezczelnie wpychasz się w kolejkę. Oho – teraz wypiłaś więcej, rozochociłaś się królewno, limoncello faktycznie przypadło ci do gustu. Trzymasz butelkę w prawej ręce i jeszcze raz podkreślasz, że dobre. Tym razem nie oblizujesz ust z cytrynowego aromatu. Twoje srebrne tipsy zdzierają machinalnie żółto- niebieska etykietkę. Szkoda bo fajna. Prosisz mnie o papierosa. Jakbyś nie mogła sobie kupić. Ale częstuję cię karnie i sam odpalam jednego. Wstaję żeby się rozejrzeć czy policja nie krąży alejkami. Okazuje się, że wciąż jest pusto. Jakaś dziewczyna z grupy od żołądkowej miętowej rzyga pod drzewem. Ciekawe czy któreś z nas dzisiaj powtórzy jej wyczyn? Mówisz że nigdy nie wymiotujesz po alkoholu. Chciałbym w to wierzyć bo myślę sobie, że trochę go dzisiaj postaram się w ciebie wlać. Siadam po twojej prawej, biorę butlę do której się przyssałaś i pytam jak minął tydzień. Dno. Pociągam solidnego łyka żeby nie pytać więcej o takie bzdury. Ty jednak chcesz poopowiadać. I opowiadasz – że raczej lipa bo dużo zajęć i przyszły tydzień jeszcze większa lipa bo jeszcze więcej zajęć. Że jednego gościa to zupełnie nie rozumiesz, a on z tego co ty mówisz nie rozumie chyba ciebie. Że chciałaś wyskoczyć z kimś tam do kina na coś tam ale ten ktoś tam jednak nie poszedł bo jest wpatrzony w swojego faceta jak w obrazek i że ty to w sumie rozumiesz, chociaż chyba nigdy nie byłaś zakochana, ale przyjaźń też jest w życiu ważna. Że matka się czepia, a ojciec nie płaci alimentów i jest pojebany. Że kanar by cię złapał jak tu jechałaś, ale miałaś farta i cię nie złapał. Że nie rozumiesz tej całej świątecznej zawieruchy i nie znosisz świąt bo są sztuczne. I tak dalej. Opowiadałabyś więcej bo język rozkręcił ci się po tych dwóch łyczkach niemiłosiernie. Dlatego oferuje ci trzeciego (sam zdążyłem wypić w tak zwanym międzyczasie) żebyś chociaż na chwilę zamilkła i skupiła się na kontemplowaniu wódki, a później może przyrody. Tym razem znowu wzięłaś mniejszego, nawet założył bym się że lekko ci nie podeszło. Ale nie dajesz nic po sobie poznać i mówisz że kurczę świetnie wchodzi ta wódka. Nic dodać nic ująć. Znowu milczymy. Teraz ty mnie o coś zapytaj bo ja już kompletnie nie wiem o co mam pytać ciebie. Wstajesz, Czy ja też powinienem wstać? Nie wstaję bo mi się nie chcę, a poza tym jakbym wstał byłoby jakoś tak dziwnie. Stoisz i wgapiasz się w drzewa i alejki parku saskiego. Kontemplujesz matkę naturę, a ja ciągnę kolejnego gula złocistożółtego nektaru i wgapiam się bezczelnie w twój tyłek. Tym razem, to mi nie podeszło. Nie wiem czy to przez ten tyłek, czy to jakiś kryzys czwartej kolejki. Odwracasz się do mnie i pytasz czy nie podeszło. Odpowiadam, że no jakoś tym razem nie i dłonią ścieram z warg kropelkę alkoholu. Siadasz ponownie. Mówisz, że coś mi pokażesz. Jakby to oglądali moi kumple w jakiejś ukrytej kamerze to pewnie jak jeden mąż parsknęli by świńskim śmiechem. Ale ja zachowuje spokój bo chyba chodzi o coś co chcesz wyjąć z torby. Grzebiesz w niej długo, a ja nie zaglądam do środka bo boję się, że zobaczę podpaski. Nie chcę widzieć podpasek. Tamponów też nie. W końcu wyciągasz jakąś pogniecioną kartkę papieru i dajesz mi ją do ręki. Kartka z jednej strony jest biała. To chyba nie to chciałaś mi pokazać, więc przewracam kartkę na drugą stronę. Na białej połaci pogniecionego papieru narysowane jest uśmiechnięte słoneczko, kwiatki, a wśród kwiatków jakaś topornie nakreślona dziewczynka. Obok czerwoną kredką jakieś małe dziecko napisało „KOCHANEJ KASI, NAJLEPSZEJ SIOSTRZE NA ŚWIECIE, MAGDUSIA”. Czyli trzymam właśnie coś w rodzaju laurki. Ty patrzysz na mnie uśmiechnięta, jakby lekko speszona. Czekasz na reakcje. Słodkie – komentuję bez cienia ironii. Pytam od kogo to dostałaś, a ty mówisz że od siostry, która ma pięć latek. Mówisz też, że jest kochana i w niedziele macie iść razem do zoo. Patrzę się na twoją uśmiechniętą twarz. Nie wiem w sumie co powiedzieć, ale czuję, że od środka ogarnia mnie jakieś ciepło, które nie ma nic wspólnego z wypitą wódką. Mówię, że też mam siostrę, że ją kocham bardzo i że w ogóle jest super. I zaczynamy rozmawiać o rodzeństwie. I po raz pierwszy rozmawiamy naprawdę co jakiś czas robiąc przerwy na pociągnięcie kolejnej kolejki. Zrobiło się cieplej, tym razem zdecydowanie za sprawą limoncello. Czuję, że muszę się gdzieś wyszczać. Schodzę z górki najpewniej jak potrafię chociaż mój błędnik zdążył stracić już nieco na wartości. Kiedy jestem już na dole patrzę na ciebie porozumiewawczo, a ty uśmiechasz się i pijesz kolejną kolejkę. Szukam dogodnych krzaczków i rozglądam się nerwowo w poszukiwaniu policji. Jak złapią cię samą stanę przed poważnym moralnym dylematem. Zgrywać bohatera, czy spierdalać. Okrążam górkę i znajduję przyjemne krzaczki. Patrzę czy nikt mnie nie widzi. Chyba nie. Tylko dwóch dresów na ławce przy tym małym jeziorku wali właśnie soplice. Ale siedzą tyłem więc nie widzą jak szczam. Kutas odblokowuje mi się szybko i czuję ciepło moczowej pary. Analizuję. Myślę co ja tu robię, co z tego będzie i czy szczający właśnie fiut znajdzie dziś ciepłe schronienie. Wysyłam jakiegoś sms-a do kumpli, którzy pewnie są już gdzieś w okolicach foksal. Taki meldunek z frontu. Opieram się ręką o drzewo i wracam aby kontynuować randkowe chlanie. Lżejszy o parę gramów czuję, że ten wieczór nie zakończy się na pewno na tej górce. Na pewno nie na tej samej na której właśnie spisuje cię dwóch młodych i obleśnych w swojej prostocie policjantów.

III Obaj policjanci są chyba łysi, chociaż niewiele widzę spod tych ich śmiesznych, niebieskich czapeczek. Widzę za to jak ty, gestykulujesz przepraszająco. Teoretycznie być może stojąc tam sama masz większe szanse na przetrwanie i uniknięcie mandatu. W końcu jesteś dziewczyną i do tego, powiedzmy to sobie szczerze, nie najbrzydszą. Jak tam do ciebie, do was, podejdę mogę tylko pogorszyć sytuację. To znaczy twojej być może i tak nie zmienię, ale swoje nie polepszę, przynajmniej w ich oczach. Ale w twoich to bym jednak chyba polepszył jakbym podszedł. Podchodzę więc. Mówię tej dwójce buraków, że ta pani jest ze mną i pytam jaki właściwie jest problem. Staram się udawać trzeźwiejszego niż jestem co zawsze wygląda trochę komicznie, trochę żałośnie. W tej sytuacji bardziej komicznie. Dwójka niewyedukowanych pacanów widzi jednak, że coś piłem i bynajmniej nie było to mleko. Limoncello stoi sobie jak gdyby nigdy nic na murku. Boże, dziewczyno, wystarczyło wykazać się odrobiną uwagi. Ale nie, ty sączyłaś je pewnie bezrefleksyjnie, nucąc sobie jakąś bzdurną piosenkę, którą usłyszałaś dziś w zetce czy jakimś innym gównie. No i teraz stoimy tu koło siebie w milczeniu i czekamy co zrobią łaskawi panowie. Poprosili mnie już o dowód i bawią się swoimi krótkofalówkami i notesikiem. Zadowoleni duzi chłopcy wygrali grę w policjantów i złodziei. Są nawet mili, a jeden z nich posiada włosy i wąsy, których nijak nie mogłem zauważyć z dołu. Jest zimniej. Od czasu do czasu rzucam ci porozumiewawcze spojrzenia. Usiłujesz jeszcze dyskutować. Ja także niemalże błagam o pouczenie, nie chcący wymyka mi się jakiś tekst o romantycznym spotkanie na górce - tragedia. Nie wiem już, czy robię z siebie bohatera, czy raczej kompromituje się w twoich oczach. Moje prośby o amnestię są jakieś takie bez klasy. O dziwo, te twoje, klasę mają. Panowie wydają się być jednak nieugięci. A przecież tak często wystarczyło jedynie odejść, przenosząc miejsce libacji w inne krzaki, na inną górkę. Tym razem chyba nie da rady. I jak zawsze w takiej chwili rozpoczyna się dyskusja filozoficzna. Pan bez wąsa notując coś w swym notesiku pyta co robimy. Pracujemy? A może jesteśmy studentami? Nie wiem dlaczego, zawsze wydaje mi się , że lepiej powiedzieć ,że się pracuje. Boję się, że studiowanie może jakoś panów zaboleć. Ale odpowiadamy zgodnie z prawdą. A prawda jest taka, że studiujemy, a przynajmniej próbujemy studiować. Pan bez włosów jest całkiem zainteresowany, pyta się o szczegóły. Ten drugi z wąsem bawi się krótkofalówką z której to słychać, przerywany jakimiś niezidentyfikowanymi szmerami, męski głos. Jego nasze życie prywatne mniej interesuje. I dobrze, bo wygląda na zboczeńca. Łysy go jednak wyręcza. Pyta się czy jesteśmy parą. Odpowiadamy niemalże jednocześnie, że nie. Ty śmiejesz się głupkowato, a ja się cieszę, że trochę wypiłem bo inaczej może bym się zaczerwienił. Szczęśliwie, dzięki limoncello jestem czerwony w standardzie. Panowie kończą powoli swoją zabawę. Wąsacz schował krótkofalówkę do kieszeni, a łysy wręczył nam świstki na których napisał, że spożywamy alkohol w miejscu zabronionym artykułem pierwszym ustawy o wychowaniu w trzeźwości. Co za bzdurna ustawa – pomyślałem i usiadłem na murku. Odpaliłem papierosa. Miejsca nie musieliśmy jeszcze zmieniać, w końcu dostaliśmy mandat.

Odczekaliśmy chwilę, aż wsiedli do niebieskiej suki i pojechali bawić się dalej. Myślę, że czeka ich tego wieczora jeszcze sporo zabawy. My też chcemy się jeszcze trochę pobawić. Przynajmniej póki mamy czym. Zaczynamy więc kończyć limoncello. Teraz pijemy szybciej, bo piorun niby nie uderza dwa razy w to samo miejsce, ale lepiej jednak mieć się na baczności. Po trzech wypitych kolejkach w butelce została już sama resztka, jakaś jedna kolejka na głowę. Pytam się ciebie, jak mogłaś nie zauważyć, że nadjeżdżają. Mówisz, że podjechali jakoś tak nagle, a ty się akurat jakoś tak rozmarzyłaś. I, że oglądałaś zdjęcia swojej siostrzyczki na telefonie. Cudownie. Szkoda, że przez to mamy oboje sto złotych w plecy. Tego oczywiście nie powiedziałem. Ale jakoś ciężko jest mi udawać, że nie jestem podirytowany. Czuję się wytrącony z rytmu. Ty chyba nie, bo rozpoczynasz jakiś nowy, zupełnie nie związany z sytuacją temat. Kompletnie mnie nie obchodzi to co w tej chwili do mnie mówisz, ale mimo to udaje zainteresowanego. No bo co mam zrobić? Obrazić się na ciebie i uciec do kumpli, którzy pewnie rozpoczynają piątkowe chlanie. Bez przesady, cały czas mogę skończyć wieczór ciekawiej niż oni. Kontynuujesz swój wywód przy okazji wypijając resztkę wódki, nie zostawiając nic dla mnie. Nic się nie stało, naprawdę. Rozkręciłaś się, lubisz alkohol, mogłabyś jednak zostawić mi kapkę. No trudno. Czuję, że za chwilę trzeba będzie zrobić dolewkę. Robi się coraz chłodniej, alkohol bardziej schodzi niż wchodzi. Mówisz, że jest ci zimno i widzę, że faktycznie jest bo wstajesz i trzesz nadgarstkiem o nadgarstek. Z twoich wydatnych ust ulatuje spora ilość poalkoholowej pary. Poprawia mi się nastrój, bo wiem, że ty też chcesz iść gdzieś gdzie jest cieplej. Proponuję, żebyśmy poszli do bistro24. Zgadzasz się, choć mówisz, że nigdy tam nie byłaś. Mówię, że ci spodoba, chociaż kompletnie nie jestem tego pewien. Chwytam twoją zmarzniętą dłoń i lekko chwiejnym krokiem schodzimy razem z górki. IV Ludzi w bistro24 jest, jak zwykle o tej porze tygodnia, całkiem sporo. Większość tłoczy się w środku pośród oparów śledzia i wódki. Niektórzy raczą się tytoniem na zewnątrz, ale pogoda jest dzisiaj naprawdę kiepska, więc jest ich mało. Wchodzimy do środka. Rozglądasz się w poszukiwaniu wolnych miejsc. Nie ma wolnych miejsc. W tłumie gromadzącym się przy barze zauważam dwie znajome twarze. Nie jestem zaskoczony. Tu zawsze spotyka się znajome twarze. Wciskamy się w tłum chociaż jeszcze nie wiem co chcę zamówić. Pytam się ciebie co ty chcesz. Słabo męska postawa. Wydajesz się być onieśmielona tym miejscem, jesteś trochę zagubiona i łapiesz mnie za rękaw. Udaje, że nic to dla mnie mnie nie znaczy, chociaż w rzeczywistości znaczy całkiem sporo. Znajoma morda niestety rozpoznała i we mnie znajomą mordę. Prowadzimy krótką, do niczego nie zmierzającą i nic nie wnoszącą konwersacje. Totalny bezsens. Bezdenne lanie wody. Na końcu znajoma morda proponuje mi picie wódki. Napiłbym się, ale nie mogę – mówię mu. Tajemniczym ruchem gałek ocznych pokazuje znajomej mordzie ciebie. Uśmiechasz się niewinnie. Boże, naprawdę jesteś onieśmielona i tak słodka, że chciałbym cię tu i teraz!

Stoimy w oparach śledzia i wódki. Jest gorąco, rozpięłaś kurtkę, pod którą masz dość aseksualną czarną bluzę na suwak. Ja również rozpinam swój płaszcz, pod którym też mam czarną bluzę na suwak. Wydaję mi się, że ta moja jest mniej aseksualna niż twoja. Zdecydowaliśmy, że zamówimy dwie kolejki na głowę. No i oczywiście jakiś soczek żeby lepiej wchodziło. Ty chcesz porzeczkowy, ja pomarańczowy. Bierzemy po jednym z obu rodzai. Razem to będzie kosztowało gdzieś powyżej dwudziestu pięciu. Uwierz, że bardzo ale to bardzo nie chcę mi się płacić całej sumy. Ale chyba muszę, a ty nawet się kurtuazyjnie nie kłócisz. Godzisz się abym dogadzał nam alkoholowo za moje i tylko moje pieniądze, nie wiedząc nawet czy dostane coś w zamian. Okrutne to i wyrachowane. Wykładam więc grube pieniądze w stronę jeszcze grubszej pani polewającej nam właśnie nemiroffa. Zaczynam się obawiać, czy się nie porzygam. Ta wóda w bistro nigdy nie wchodziła mi rewelacyjnie. Porzygać się przy tobie – to dopiero by była tragedia, chyba większa niż gówno na bucie! Podaję ci, do tych twoich nawet ładnych i delikatnych dłoni, dwa kieliszki, sam też biorę dwa, a poza tym jeszcze dwie buteleczki 0,3 z soczkami cappy. Wolnych miejsc w dalszym ciągu nie ma. Nawet powiedziałbym, że tłok jest większy niż w momencie naszego wejścia. Udaję nam się jednak szczęśliwie wcisnąć w jakiś kąt przy blacie podpierającym ściane i w towarzystwie jakiejś polki rozmawiającej po francusku ze swoim Francuzem możemy kontynuować randkowe chlanie. Jesteśmy naprawdę ściśnięci co ma swoje dobre strony. Bistro zbliża nasze ciała do siebie. Może po tych dwóch trzydziestkach ukraińskiej gorzały zbliżymy także i duszę. Nie ma co. Alkoholowy romantyzm we własnej osobie. Pijmy więc – zarządzam. Zgadzasz się i unosisz kieliszek do góry. Ręka ci się nie trzęsie. Mi chyba trochę tak. Za co pijemy? Nie wiesz. Ja też nie więc proponuje, że za udany wieczór. Zgadzasz się, nie masz za bardzo wyjścia. Pijemy. Kwaśno - gorzko - piekący smak czystej wódki jest trudny do zaakceptowania po leniwym sączeniu włoskiego limoncello. Tak jak się spodziewałem, nie podchodzi. Odwracam się od ciebie, żebyś nie oglądała mojej cierpiącej twarzy. Wypijam znaczną ilość soku pomarańczowego aby zabić smak przezroczystej goudy. Ty się uśmiechasz. Twój kieliszek stoi pusty. W moim coś tam pływa. Kurwa, wstydzę się teraz to dopijać. Przecież powinno być naraz. Sprytnie odwracam kieliszek do góry dnem. Uff, nie zorientowałaś się. Mówisz, że podoba ci się to miejsce. Miód na moje serce Kasiu, miód na moje serce. Dotykasz moich dłoni i mówisz, że mam strasznie zimne. Faktycznie, twoje cieplejsze, ale nieznacznie. Gładzisz mnie chwilę po dłoni, zasłaniając się sprawdzaniem jej temperatury. No to ja też odpowiadam gładzeniem. I tak się gładzimy. Całkiem przyjemnie. W międzyczasie wyglądam przez okno i widzę kolejną znaną mordę. Z tym to już muszę pogadać – myślę. Przestaje cię gładzić. Według moich analiz, przy pierwszym gładzeniu to facet powinien przestać. Pytasz się czy pijemy dalej. Mówię, że tak ale wcześniej bym zapalił. Ty na to, że dobrze, że pójdziesz kupić jeszcze po kolejce i poczekasz w środku bo zimno. Cudownie, będę mógł pogadać z mordą. A ty to chyba chcesz mnie konkretnie urżnąć. Mam wrażenie, że role zabawy powoli się odwracają. Wychodzę. Znana morda ostro drze mordę na mój widok. Jest jakieś sześć kolejek nemiroffa przede mną. Witam się mordą serdeczniej niż zwykle. Po wódce zawsze jest jakoś tak serdecznie. Pyta się co tam. Ja mówię, że jestem na randce. On, czy serio i czy naprawdę tutaj. Ja mówię, że owszem,że naprawdę tutaj. On zaczyna się śmiać. Ja w sumie trochę też. Mówi, żebym mu ją pokazał, pyta się czy fajna, pyta się skąd ją znam. Mówię, że nie wiem czy fajna, ale chyba niebrzydka. Ciężko mi ją pokazać bo stoi w kolejce i zasłania ją jakiś wysoki typ w czarnym płaszczu. Jego chyba też znam. Palimy szluga z mordą. On jest z jakimiś innymi mordami, które zresztą znam chyba z widzenia. Mordy gadają coś między sobą o ostatniej imprezie. Coś o policji, obciąganiu, i rozpierdolonym obrazie matki którejś z mord. Standard. Mnie to o coś pytają bo kojarzą mnie z jakiejś imprezy, na której wsławiłem się przeleceniem jakiejś ichniej dupy. Udaje skromnego, ale jara mnie, że się tym jarają. Dopalam fajeczkę i w jakimś lepszym nastroju czekam na picie czystej z tobą, moją dzisiejszą plus jeden. Cały czas stoisz w tej kolejce, w oparach śledzia i wódy. Jest, kupiłaś i wracasz ostrożnie z dwoma kielonami. Masz jednak gest principesso! Wpada na ciebie jakiś ubzdryngolony pajac i rozlewa trochę wódeczki. Przeprasza cie strasznie, całuje nawet czule w policzek. Jesteś trochę podirytowana, ale mam wrażenie, że twoje oczy świecą się z podniecenia na myśl o dalszym randkowym chlaniu. I w tym momencie człon „randkowe” zdaje się być mniej ważny od członu „chlanie”. Opowiadasz, że kiedyś nie piłaś wódki w ogóle, że miłość do alkoholu przyszła do ciebie w sumie niedawno. W liceum stroniłaś nawet od piwa i wina. Ale studia wszystko zmieniły i razem z jednym frajerem z którym byłaś i żałujesz, bo to frajer był, zaczęłaś pić całkiem sporo. A to niespodzianka. Myślałem, że twoje doświadczenia z procentami sięgają nawet czasów podstawówki. Wypijamy kolejnego szota. Tym razem weszło lepiej niż elegancko, kieliszek wysuszony do dna. Czuję, że jestem już nie najgorzej zrobiony. I zaczynam opowiadać tobie jakieś bzdury. Poruszam raczej błahe tematy i głównie po to, żeby cię rozbawić. I nawet mi się udaje. I znowu dotykasz mojej dłoni w całkiem erotyczny sposób. Jest całkiem fajnie, a alkohol potęguje odczuwaną przyjemność. Tak , w tej kwestii alkohol pomaga, w poważniejszych działaniach może jednak przeszkodzić – myślę. Zaczynam gładzić cię po włosach i nawet nie wiem do końca w jaki sposób zaczynamy się całować. Robisz to zmysłowo i delikatnie, a twoja ślina ma smak wódki i soku z czarnej porzeczki. Całujemy się chwilę i odrywamy swoje usta równocześnie, jakbyśmy oboje stwierdzili telepatycznie, że tyle na razie wystarczy, że nie ma potrzeby konsumować tortu całego za jednym zamachem. Uśmiechasz się zarumieniona, od wódki, a może i od całusów, i unosisz kieliszek wypełniony ukraińskim ścierwem. Czynię to samo i kątem oka widzę mordę, która stoi w kolejce w oparach śledzia i wódki. Widział? Musiał widzieć. To całkiem zajebiście.

V

Zamawiam jeszcze po jednej kolejce. Czuję się świetnie. Pijaństwo i pocałunek kilkakrotnie zwiększają we mnie pokłady uśpionej energii. Alkohol nie zwala mnie z nóg, ale dodaje mi sił. Zwolniło się miejsce przy jednym ze stolików. Siadamy więc obok siebie żeby móc się dotykać. Wypijamy, już nie tak obrzydliwego, nemiroffa i zapijamy resztką soków. Konsekwentnie – ja męczę swoją pomarańczę, ty natomiast czarną porzeczkę. Oblizujemy klejące się od soku i alkoholu wargi. Dobrze nam. To znaczy mi na pewno, ale mam wrażenie,że ty też masz się nie najgorzej. Całujemy się znowu, tym razem dłużej i namiętniej. Jakie to proste – myślę- jaka ty jesteś prosta i jaki ja jestem. Bistro jest nasze. Ja jestem pijanym królem, a ty pijaną królową. Przestajemy się całować. Znowu oblizujemy swoje wargi. Z wódki, soku i wymieszanej śliny. Muszę iść do kibla. Stoję w kolejce za całkiem niezłą – może za sprawą niesamowitej ilości tapety na twarzy – blondynką i kompletnie nawalonym grubasem. Blondynka wchodzi pierwsza. Czekam, a grubas podpiera się o ścianę. Boję się, że zaraz się porzyga. Póki co jednak, jedynie się podpiera. Może się już porzygał i to jest już tylko niegroźny etap alkoholowej agonii? Nie wiem. Ty siedzisz przy stoliku i wpatrujesz się w pusty kieliszek. Jesteś jakby nieobecna, o czymś myślisz. Wyglądasz ładnie. Chyba pierwszy raz widzę jak myślisz. Może to alkohol uruchamia twoje zwoje mózgowe do głębszych refleksji.? może to ja jestem za głupi żeby bez alkoholu zauważyć, że czasem myślisz? Tego też nie wiem. Blondynka wyszła z kibla. Ona to raczej mało myśli. Tępa,wyniosła,krowa biurowa. Sekretarka obciągarka. Bez klasy. Ale do puknięcia. Do kibla wtacza się grubas, mrucząc coś niezrozumiale pod nosem. Nie zamknął się chyba nawet, ale nie będę go podglądał. On też jest bez klasy. I nie do puknięcia. Patrzę na ciebie znowu, no bo co mam lepszego do roboty stojąc w tej kolejce. W sumie całkiem miłe jest to patrzenie na ciebie. Czynię to więc i się uśmiecham. Trochę do siebie a trochę do ciebie. Ty też patrzysz i odwzajemniasz uśmiech. Jesteś cała czerwona od tego ukraińskiego specjału. Tak czerwona, że do pijanego łba przychodzą mi same cudowne myśli. O tym jak jesteś jeszcze bardziej czerwona i wcale nie od wódki. Niekontrolowane myśli i niekontrolowany banan na mojej twarzy. Psujesz magiczną atmosferę wyjmując z torebki swój nieodłączny atrybut – czarną nokię. Przestaję na ciebie patrzeć i czekam aż narąbany morświn opuści szczalnie. Coś nie opuszcza. Może zasnął? Oby nie. Takich jak on czasem nie da się wybudzić, nie mówiąc już o przeniesieniu w bezpieczne miejsce. Trochę się niepokoje ale wciąż stoję i cierpliwie czekam. Po dwóch minutach grubas wychodzi. Wchodzę więc ja. Cisza i spokój kibla powodują gonitwę myśli w mojej głowie. Do mnie czy do ciebie? Czy w ogóle? Może lepiej nie? To się może przecież skończyć pięknie ale i fatalnie. Sikam. Wpatruję się w pływające w muszli klozetowej zamoczone resztki srajtaśmy.

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych