Lipiec
To moje pierwsze opowiadanie.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Lipiec
Odchodząc zabierz mnie… dobiegało z magnetofonu ulokowanego na lodówce. Komórka, napoczęta paczka czerwonych Marlboro, zapałki z logo ulubionej knajpy, nóż, pół litra ekskluzywnej, zagranicznej wódki i opakowanie oxazepamu leżały na stole uśmiechając się do niego kusząco. Andrzej dzięki potędze Internetu z grubsza znał działanie wszystkich dostępnych na rynku psychotropów i z pełną premedytacją wybrał jeden z tych o najsłabszym działaniu. Potrzebował farmaceutyków by dodać sobie odwagi , albowiem nigdy nie należał do kasty tak zwanych „facetów z jajami”. Odrzucił jednak silniejsze środki tłumacząc sobie to trzema słowami: „muszę coś poczuć”. Marzył o tym, potrzebował tego tak jak struny skrzypiec potrzebują smyczka by móc swoją melodią poruszyć i zachwycić serca podstarzałych nauczycielek muzyki. I stało się, zapadła decyzja. Z nieskończonej puli wrażeń fizycznych i duchowych wybrał ból rozszarpanych cięciem noża żył. Tak to sobie przynajmniej tłumaczył w głowie mocno naruszonej przez dziewięć piw.
-Nic już nie czuję… piełdona wydmuszka jestem… - bełkotał przez łzy pod zasmarkanym nosem. Już sama obecność takiej ilości gorzały wykluczała jakieś większe przedśmiertelne bolączki, ale to nie miało najmniejszego znaczenia, bo pomimo komicznego stanu był naprawdę zdeterminowany. Chwycił więc drżącymi palcami za pudełko wypełnione magicznymi pigułkami, przechylił je niepewnym gestem wysypując skarby na spoconą dłoń i przeliczył łup. –Sześ? Kur…chy… wa… powinno być.. chyy… okej – wymamrotał opętany przez pijacką czkawkę. Wrzucił zawartość prawej ręki do ust gubiąc przy tym dwie pigułki, lewą zaś sięgnął do zawczasu otwartej butelki z której upił głęboki łyk gorzkiego dla języka a zarazem słodkiego dla zdruzgotanej duszy trunku. „Jeszcze tylko rytualny ostatni papieros i mogę odejść” dumał otumaniony Andrzejek sięgając po fajki i ognia. Nie wypalił nawet połowy papierosa i zasnął przy stole chowając rozchwianą głowę w nietknięte przez ostrze noża ramiona. Właśnie śnił o jedenastolitrowej butelce Mountain Dew którą opróżniał duszkiem nie mogąc zaspokoić pragnienia, gdy zadzwonił telefon brutalnie przywracając go do świata żywych. Nie zerkając na wyświetlacz odruchowo odebrał ze wstrętem wypluwając niedopałek i oblizał wysuszone na pergamin wargi.
– Gdzie ty szmaciarzu jesteś? –zagrzmiał głos szefa. –Czekam i czekam!
–A która jest godzina? –odpowiedział oszołomiony, wbrew przyjętym normom pytaniem na pytanie.
– Po ósmej! Co ty sobie gnoju myślisz? – drążył szef w uniwersalnym slangu budowlańców.
– Przepraszam majster, nie najlepiej się czuję, chyba grypa czy coś, w każdym razie powyginało mnie konkretnie, do roboty nie dotrę –wyjęczał nadając kłamstwu realizm w postaci lekkiej chrypki.
–Bujać to my panowie szlachta, na bank zachlałeś pałę, no ale niech już stracę, wuj wielki do roboty więc nie pokazuj mi tu dziś przepitej mordy. Dogorywaj menelu, pogadamy w poniedziałek –odparł już zdecydowanie spokojniejszym tonem szef i odłożył słuchawkę. „Ale mnie smali” pomyślał Andrzej błądząc mętnym wzrokiem po ceracie wyściełającej lichy kuchenny stół. Instynktownie rozejrzał się po pomieszczeniu w poszukiwaniu jakiejś cieczy zdolnej ugasić jego pragnienie. Jako że zmysły wciąż miał pod wpływem onirycznych doświadczeń z mega butelką Mountain Dew a pod ręką znajdował się tylko napoczęty i pozbawiony nakrętki Johny Walker nasz niedoszły trup zdobył się na czyn godny podziwu nawet w oczach antycznych herosów i powstał z krzesła.
-Nie wierz nigdy kobiecie, dobrą radę ci dam… -nucił pod nosem ubierając czystą koszulkę przed lustrem w przedpokoju. Wtem w głowie zabrzmiał alarm: MOŻE BYŚ GACIE CHOCIAŻ ZMIENIŁ!? SKARPETKI? –Po co ci świeże gacie, jesteś po wypłacie, hehehe – odpowiedział sam sobie tym razem na głos, wcisnął w zęby marlborasa i ruszył do drzwi wybierając z pamięci telefonu numer do Milki. No woooooman no cry, NO WOMAN NO CRY dobiegło ze słuchawki a Andrzejowi automatycznie pojaśniało oblicze i zaczął bujać się w rytm brzmienia o jamajskim rodowodzie. Euforii dodatkowo dodawała pogoda. Lipcowe słońce wesoło przygrzewało ładując świat życiodajną energią, pojedyncze chmurki plamiły błękitne niebo w sposób przywodzący na myśl kultową łąkę z windowsowskiej tapety a delikatny wiatr wpływał na człowieka niczym czułe pocałunki dawno oczekiwanej kochanki. Żyło się owego lata, po prostu. Nawet zjadany przez depresję Andrzej znalazł w tej zaczarowanej aurze chwilę wytchnienia od trwających blisko pól roku wewnętrznych katuszy, zwłaszcza że pozytywny wpływ klimatu był dodatkowo potęgowany przez alkohol który nie zdążył ulotnić się z jego organizmu w trakcie zbawiennej w skutkach, mimowolnej drzemki przy stole.
-No co jest gałganie? – zapytał charakterystyczny głos Milkersa kończąc przepełnione optymizmem śpiewy Boba.
- Gówno! Muzyki chciałem posłuchać a ty mi tu się montujesz z pyskiem, szczekasz do słuchawki i psujesz nastrój. Teraz musisz mi to zrekompensować. Redds za pięć minut pod sklepem – rozkazał tonem despoty głaszcząc wypukłość w wielkiej kieszeni krótkich skejtowskich spodni uśmiechając się przy tym lubieżnie.
- A ty nie w robocie? – zapytał ewidentnie zdziwiony kumpel.
-Grypsko mam- odparł Endrju kaszląc teatralnie w mikrofon.
- Haha za mało witamin gościu. Dobra, idź pod sklep, zagrzej miejsce ale ja chce leszka bo redsa piją prawiczki. I to homo prawiczki.
-Hyhyhy mówisz masz, ze mną jak z dzieckiem – wyznał i rozłączył się. Idąc do sklepu myślał tylko o jednym. Jest piątek, jest fajnie. Wolny piątek, dobry piątek, fajny piątek, fajnie jest, gitara. Myśli o wydarzeniach zeszłej nocy odtrącał od siebie tak jak księża odrzucają kobiety na rzecz młodych chłopców w komżach. Zdecydowanie, automatycznie, ot instynkt. Ale nagle jego piątkową mantrę zakłóciło wspomnienie poranka, który notabene trwał nadal. Jeszcze przed wyjściem z domu, gdy mył zęby, spojrzał w lustro i nim zdołał pogardzić własnym odbiciem pod jego skacowaną czaszką rozgorzała wewnętrzna dyskusja. „Co ja wczoraj kombinowałem” „Nie!!! To był sen, nie było żadnych tabletek. Nóż, jaki nóż? Psychotropy? Niby skąd? Whisky? Buahahahahaha, sranie w banie ja wolę czystą. Dupa dupa, wszystko ze mną w porządku, gra i buczy” ”Co rano schowałeś do szuflady? Nóż, ostrą kosę! Co to za małe białe krążki unoszą się w muszli klozetowej pomimo pięciokrotnego spłukiwania, na pewno nie jest to domestos! I cóż to za ciężar wypełnia twoją tylnią kieszeń szerokich spodni donośnie bulgocząc przy każdym zamaszystym ruchu uzbrojonej w szczoteczkę dłoni , to nie czyścioch, to whisky jest”. Szybko odrzucił od siebie tą retrospekcję zastępując bolesne wspomnienie entuzjastyczną perspektywą miłego weekendu. Taki już był ten nasz Andrzejek. Może gdyby w swoim krótkim, dwudziestotrzyletnim wypełnionym używkami życiu natknął się na dzieła niejakiego pana Słonia, a co za tym idzie zapoznał z wersem „to bezsens chłopaku mimo całego syfu nie rób sobie krzywdy przez rzeczy na które nie masz wpływu” błysnęła by w porę któraś z jego uśpionych przez alkoholowy letarg lampek ostrzegawczych i miast kuchennych rewolucji miał by spokojny, zdrowy sen a w konsekwencji cichy poranek wolny od krzyków wyraźnie zaaferowanego sumienia.
Po krótkim czasie dotarł do sklepu i przestąpił jego próg wyprany z wszelkich śladów po wcześniejszych rozterkach natury egzystencjalnej.
-Dzień dobry pannie Mai –rzucił beztrosko opierając rozdygotane z niedopicia dłonie o ladę. Był niekwestionowanym mistrzem oszukiwania samego siebie, robił to z gracją i wprawą która niejednego laureata Oskara przyprawiła by o kompleksy i kosztowną kurację u psychoanalityka. Człowiek który wczoraj dławił się własnymi łzami i nieudolnie próbował odebrać sobie życie szczerzy się niczym polityk do kamer z logo TVN24 i to do kobiety której szczerze nienawidzi. Arcydzieło!
-Cześć Andi – odpowiedziała z typową dla starych panien obojętnością. –Ty dziś nie w pracy, piątek jest… –dodała z wyraźnie wyczuwalną wścibska nutą.
-Niby piątek, ale lipcowy. Sama wiesz najlepiej, że pogoda nie zachęca do pracy a już tym bardziej takiej, która polega na manewrowaniu taczką wypełnioną pustakami. -Co racja, to racja, ja tu przynajmniej mam klimatyzację –pochwaliła się tonem jakby trafiła szóstkę w lotto. –Co ma być?
-Redsik jabłkowy, Leszek zielony, lodówka. Ekspedientka odwróciła się i zaczęła powoli grzebać w…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Bulczers
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…