Wróć do katalogu

LISTA cz.3

ucieczki ciag dalszy...

ABujakopublikowano 14 stycznia 200944 min czytania 4,6 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

ROZDZIAŁ 8

Zbliżała się dziesiąta rano, kiedy Michalina skończyła opatrywać moją ostatnią ranę, znajdującą się na stopie. Końska dawka Ibuprofenu wreszcie zadziałała i ból przestał dokuczać mi tak bardzo jak przedtem. W nieco lepszym nastroju podjechaliśmy do małego baru na pobliskim osiedlu i kupiliśmy hamburgery dla nas, oraz dużego hot doga dla psa. - Nie wiem, czy karmienie Tofika hot dogiem jest na miejscu. – Stwierdziła Michalina patrząc jak pies pożera swoją porcję. – Przynajmniej, jeżeli chodzi o nazwę. - Przecież to nie jest z psa. – Wzruszyłem ramionami. – Przynajmniej mam taką nadzieję. Zwłaszcza, że jemu to nie przeszkadza... - Mam wrażenie, że mięso w naszych kanapkach jest dużo gorsze jakościowo niż ta parówka Tofika. – Stwierdziła Michalina, wyciągając z hamburgera płat mięsa i wrzucając go do worka ze śmieciami. - To prawda.- Musiałem się z nią zgodzić. – To mięso piątej kategorii. Czyli miks zwierzęcia z tym, co go otaczało… - Co konkretnie masz na myśli? - Zmarszczyła brwi. - Że maszyna mieliła co popadnie: miska, łańcuch, pies, buda, miska, łańcuch, pies, buda, miska… - Przestań! – Złapała mnie za rękaw. – Czuję, jak to mięso zaczyna mi pęcznieć w żołądku. - Oj, tylko tak zażartowałem… - Doprawdy świetny dowcip. – Prychnęła wycierając usta chusteczką higieniczną. Musieliśmy porozmawiać o czymś zwykłym, może nawet bezsensownym, aby chociaż na krótki czas oderwać się od tego wszystkiego. Po prostu czuliśmy taką potrzebę, by nie zwariować. W końcu musiałem jej opowiedzieć o Eryku. Podczas wcześniejszego opatrywania moich ran, nie byłem w stanie za dużo mówić, bo byłem skupiony by nie wrzeszczeć jak zarzynane prosię. Michalina wysłuchała mojej opowieści o tym, co się wydarzyło w domu Zapiórskiego z dużą uwagą. Starała się ukryć przerażenie, chowając twarz za kurtyną swoich rozpuszczonych włosów. - Mam nadzieję, że z przyjacielem wszystko w porządku. – Powiedziała w końcu. - Ja też. Wolę nie dzwonić i pytać, bo nie chcę go znowu narażać. - Rozumiem. Ale musimy zastanowić się co dalej. Prawdę mówiąc nie miałem pojęcia. Nie chciałem tego mówić na głos, bo wiedziałem, że ona jest wystarczająco przestraszona. Miałem wrażenie, że zaczyna mi być powoli wszystko jedno co się stanie. Coraz bardziej byłem przekonany, że cokolwiek zrobimy, i tak morderca postawi na swoim i nas pozabija. Właśnie skończyliśmy nasz skromny posiłek i mieliśmy wracać do samochodu, kiedy w połowie chodnika zatrzymałem się tak niespodziewanie, że idący za mną Tofik wpadł na mnie z cichym skomleniem. - Co jest? – Zapytała Michalina. - Patrz. – Odparłem pokazując przed sobą szklaną witrynę. Była to wystawa sklepu AGD. Za ogromną szybą stały dwa telewizory plazmowe i sprzęt DVD. Jeden z odbiorników był włączony i ustawiony na program informacyjny. Nie słyszałem dźwięku, ale wystarczył mi napis na dole paska – „znaleziono kolejną zmasakrowaną ofiarę w Warszawie...” A więc gra toczyła się dalej… Szybko wpadłem do sklepu i podszedłem do rzędu telewizorów przedstawiających równocześnie ten sam program. Właśnie na ekranie pokazana była młoda reporterka czytająca z kartki podane jej informacje. „...znaleziono ciało Mariana Zapiórskiego, lat 46. Ofiara została zamordowana we własnym domu... Słyszałem tylko strzępy wiadomości, bo po sklepie kręciło się mnóstwo ludzi, śmiały się dzieci, ktoś głośno puścił piosenkę, panował ogólny rozgardiasz. Stanąłem więc bliżej rzędu odbiorników, by cokolwiek więcej usłyszeć. - „...Ofiarę znaleźli funkcjonariusze policji, którzy zostali wezwani pod adres zabitego... wiemy na razie tylko tyle, że mężczyzna został ponacinany na całym ciele w efekcie, czego po prostu się wykrwawił...” Z obrzydzeniem wybiegłem ze sklepu. Tutaj przy witrynie wciąż czekała na mnie Michalina trzymając w ręce smycz. Tofik na mój widok pomachał przyjaźnie ogonem i szczeknął. - To on, prawda? – Zapytała, wskazując brodą w kierunku jednego z włączonych ekranów. – Znowu zabił? Kiwnąłem tylko głową. Zrobiło mi się tak bardzo niedobrze, że na oślep przebiegłem ulicę i wskoczyłem w niewielki klomb. Michalina cierpliwie poczekała, aż skończę wymiotować i podała mi chusteczkę higieniczną, oraz miętową gumę do żucia. Kiedy pomogła mi usiąść na pobliskiej ławce, usłyszałem krótką melodyjkę z jej telefonu. - Jakiś sms przyszedł. – Mruknęła, szukając komórki w kieszeni. Odchyliłem głowę do tyłu i wziąłem kilka głębokich wdechów. Środki przeciwbólowe chyba przestawały działać, bo pieczenie wzdłuż prawego boku znacznie się nasiliło. Kiedy otwarłem oczy zobaczyłem przed sobą wyciągniętą rękę Michaliny. - Napisał do nas. – Powiedziała cicho. – Myślę, że on wie gdzie jesteśmy. Jest jak jakiś pieprzony Big Brother. Ma nas na celowniku i czeka. - Wiem. Mam to samo wrażenie. – Odparłem skupiając wzrok na ekranie. – Co napisał? Nie widzę, bo mi oczy załzawiły od tego rzygania. - „Dobry pomysł z Zapiórskim, czyż nie?” - Przeczytała na głos. - Mógłbym udusić gołymi rękami tego skurczybyka. – Szepnąłem mściwie. – Skąd wiedział, że dopiero teraz dowiedzieliśmy się o tym facecie? Rozejrzałem się po ulicy. Nigdzie nie zauważyłem podejrzanej osoby. Po chodniku przechodziło kilka osób: kobieta z wózkiem, dwie starsze panie z kwiatami, młody mężczyzna rozmawiający przez telefon i młoda dziewczyna. Przy pasach stały trzy rozchichotane nastolatki z plecakami i czekały na zielone światło. Dalej, obok skwerku zobaczyłem starszego człowieka z jamnikiem i dwie kobiety karmiące stadko gołębi skórkami od chleba. Nigdzie nie było osoby patrzącej w naszym kierunku. Nie zauważyłem żadnego człowieka udającego, że czyta gazetę, a w rzeczywistości obserwującego nasze poczynania. Każdy z ludzi przechodził koło nas, kompletnie nie zwracając na mnie czy Michalinę uwagi. Spojrzałem nawet w lusterko wsteczne, ale zauważyłem tylko dwóch młodych chłopców na deskorolkach. I wtedy, nagle mnie olśniło. Wysiadłem szybko z auta i rozejrzałem się po rzędzie pawilonów z drugiej strony ulicy. Niedaleko baru gdzie jedliśmy hamburgery zauważyłem niewielki sklep z odzieżą sportową. Wziąłem Michalinę za rękę i zatrzasnąłem drzwiczki. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć przyłożyłem jej palec do ust, aby milczała. Wciąż trzymając dziewczynę za rękę weszliśmy do sklepu i w milczeniu każdy wybrał dla siebie kompletny ubiór. W przymierzalni założyliśmy na siebie nowe ubrania. Ja miałem czarne dżinsowe spodnie, sportową popielatą koszulkę, oraz lekką szarą wiatrówkę. Do tego wybrałem brązowe adidasy. Michalina w końcu zdecydowała się na granatowe jeansy, czarną obcisłą koszulkę i cienką kurteczkę. Gdy kończyła sznurować nowe buty, ja już płaciłem za zakupy i niecałe piętnaście minut później opuściliśmy sklep. Kiedy podeszliśmy do samochodu w milczeniu wrzuciłem nasze ubrania do bagażnika. Z pewnym wahaniem dodałem tam także moją komórkę, w końcu podsłuch mógł być zamontowany także w środku aparatu. Dziewczyna zrobiła to samo i spojrzała na mnie ze smutkiem. Puściłem do niej oko, żeby się nie martwiła. Z auta wziąłem tylko swoje dokumenty, pieniądze, karty kredytowe oraz kartkę z nazwiskami. Wyciągnąłem to wszystko z portfela, w obawie, że gdzieś pomiędzy skórzanymi kieszonkami też mogła zostać ukryta pluskwa. Zamknąłem drzwi i z wahaniem spojrzałem na trzymane w ręku kluczyki. Tutaj także mógł być gdzieś ukryty podsłuch. Samochód był wyposażony w centralny zamek, więc klucz był dość gruby, ponieważ zawierał w środku baterie. Słabo się znam na technice i prawdę mówiąc nie mam pojęcia jakiej grubości teraz są pluskwy, może nie mogą być cieńsze niż na przykład pół centymetra, a może wymyślono już tak małe jak ziarnko piasku? W końcu schowałem klucze pod siedzenie i tam je zatrzasnąłem. W razie czego w mieszkaniu miałem drugi komplet kluczyków. Teraz musieliśmy zdobyć nowy środek lokomocji i spróbować uciec jak najdalej stąd. Kiedy odeszliśmy jakieś kilkadziesiąt metrów od auta, w końcu się odezwałem. - Tylko to mi przyszło do głowy. Widocznie gdzieś w naszych ciuchach, telefonach, aucie, czy w torbach, były podsłuchy. Gość w ten sposób wiedział gdzie jesteśmy i co planujemy. Innego rozwiązania nie widzę. - Nie mamy telefonów. – Odparła krótko Michalina. - Kupimy jakiś po drodze. - A samochód? Mojego nie ma sensu brać, bo w nim też może być podsłuch. - Właśnie się zastanawiam. Na razie zrobimy sobie przejażdżkę autobusem. Prawdopodobnie będziemy musieli ukraść jakieś auto. Nie ma sensu kupować nowego, bo przecież nie dostaniemy od ręki. - A pieniądze? Przecież możemy zostać namierzeni jak będziemy płacić kartą. Zatrzymałem się i spojrzałem na nią podejrzliwie. - Skąd to wszystko wiesz, co? To o kartach? Skąd? Zarumieniła się lekko. - Lubię czytać powieści z dreszczykiem. - Aha. –Mruknąłem podchodząc do przystanku. – Jakoś mi nie wyglądasz na wielbicielkę horrorów. - Jak uda mi się przeżyć, to już więcej nie przeczytam żadnego. Przerzucę się na płaczliwe romansidła. - Na wielbicielkę romansów też nie wyglądasz. – Dodałem. Koło przystanku był niewielki sklepik z telefonami komórkowymi. Weszliśmy do niego i kupiliśmy dwa nowe najtańsze telefony na kartę. Postanowiliśmy zmieniać komórkę wraz z numerem każdego dnia. Autobusem podjechaliśmy do jednego z oddziałów banku gdzie miałem konto. Wyciągnąłem z niego osiemnaście tysięcy złotych. W tym czasie Michalina zamknęła swoje konto, co wspólnie dało nam około dwadzieścia pięć tysięcy gotówki. To powinno nam wystarczyć na jakiś czas. Od razu podskoczyłem do dużego marketu i kupiłem laptopa z bezprzewodowym internetem. Chciałem mieć dostęp do najświeższych wiadomości przez cały czas. Zbliżał się wieczór, kiedy usiedliśmy na chwilę w małym parku, żeby zjeść po zestawie z McDonaldsa na wynos. - Odkąd zostawiliśmy twoje auto nie ma żadnej wiadomości od zabójcy. – Powiedziała Michalina wycierając usta chusteczką. - I całe szczęście. – Odparłem. – Mam nadzieję, że teraz nas nie namierzy. Tofik biegał radośnie koło ławki i próbował złapać dwa gołębie, które kręciły się niedaleko w nadziei na schwytanie kilku okruszków z naszych kanapek. - Może przestanie zabijać? – Westchnęła, wkładając rurkę do papierowego kubka z mrożoną herbatą. – Może właśnie chodziło mu o to by nas informować o swoich zamiarach, a skoro nie może nas znaleźć to jego zabawa w kotka i myszkę straciła sens? - Też mam taka nadzieję. – Pokręciłem głową. – Ale z drugiej strony może to oznaczać, że teraz on poświęca cały czas na odnalezienie. - Kogo? - No nas! – Wrzuciłem papierki po frytkach do stojącego koło ławki kosza. – Może on ma doświadczenie w szukaniu ludzi? A my nie mamy żadnego. Facet mógł być z zawodu detektywem. - Raczej chirurgiem lub pielęgniarzem. – Wtrąciła. – Szwy założył naprawdę fachowo. - Nie przypominaj mi o tym. – Odruchowo dotknąłem bolącego miejsca na biodrze. - Zresztą nie możemy żyć wiecznie w ukryciu. Niebawem skończą nam się oszczędności. Spojrzałem na nią z ukosa. Milczała. Patrzyła na rosnącą nieopodal kępę krzewów. Wiedziałem, że jest jej bardzo ciężko. W końcu usiadłem na ławce i wziąłem ją za rękę. - Na razie musimy stać się niewidzialni. Jestem przekonany, że Eryk będzie szukał tego szaleńca. A uwierz mi, on nie spocznie póki go nie złapie. Zwłaszcza, że chodzi o życie jego najlepszego przyjaciela. – Puściłem do niej oko. – Teraz musimy się po prostu schować, żeby dać Erykowi szanse na schwytanie zabójcy. Jak już go złapią, my będziemy mogli wrócić do normalnego życia. - Masz rację. – Uśmiechnęła się słabo. – Miejmy nadzieje, że twój kolega załatwi tego mordercę szybciej niż on nas. - Jestem o tym przekonany! – Powiedziałem ściskając mocno jej dłoń. – A na razie musimy skołować jakieś auto.

ROZDZIAŁ 9

Poczekaliśmy w parku do zmierzchu, a gdy minęła dwudziesta wybraliśmy się w poszukiwanie jakiegoś samochodu na jednym z warszawskich osiedli. - Cholera ludzie zrobili się zbyt nieufni. – Stwierdziłem, kiedy obeszliśmy dwa duże parkingi i na żadnym, z nich nie było otwartego samochodu. – Obawiam się, że stracimy na szukaniu całą noc. Postanowiliśmy się rozdzielić. Michalina i Tofik szukali otwartego wozu po jednej stronie parkingu, a ja po drugiej. Jak na razie im też się nie powiodło. Kiedy sprawdziłem wszystkie samochody na parkingu postanowiłem jeszcze zajrzeć na sąsiednią uliczkę, gdzie postawiono kilkanaście pojazdów. Gdy sprawdzałem trzeci z nich, zauważyłem kilkanaście metrów przede mną jakiś ruch, przy srebrnej toyocie corolli. Cicho podszedłem od tyłu tak, aby nie zostać zauważonym. Kucnąłem przy stojącym obok fordzie i zastygłem w bezruchu. Właśnie byłem świadkiem okradania auta przez dwóch nieletnich bandytów. Chłopcy widocznie próbowali wykręcić głośniki, bo jeden z nich narzekał, że ostatnia śrubka nie chce puścić. Wiedziałem, że to dla mnie jedyna szansa, by zdobyć samochód. Poderwałem się więc i jednym szybkim susem znalazłem przy drzwiach toyoty. - Mam was! – Powiedziałem, znienacka łapiąc jednego z chłopaków z kurtkę. - Spierdalaj! – Krzyknął ten złapany przeze mnie. – Słyszałeś? Bo cię zadźgam śrubokrętem. Próbował wykręcić się z mojego uścisku i szturchnąć trzymanym w ręce narzędziem, ale byłem szybszy od niego. Wykręciłem jego kończyny tak mocno, że aż jęknął. - Słuchajcie potrzebuje waszej pomocy. – Odparłem szybko. – Dostaniecie ode mnie trzysta złotych za pokazanie mi, jak otwierać samochód i jak go odpalić bez kluczyków. - Frajer jesteś. – Uśmiechnął się przebiegle ten stojący po drugiej stronie Toyoty. – Nikt za takie marne pieniądze nie pokaże ci podobnych sztuczek. - Ile chcecie? – Zapytałem patrząc ze smutkiem na chłopaków. Zrobiło mi się ich żal. Mieli nie więcej niż po piętnaście lat, a już kradli. Wstrząsnęło to mną dogłębnie. Jednak nie było czasu na umoralnianie. Nie teraz. Morderca deptał nam po piętach i trzeba było uciekać z Warszawy możliwie jak najszybciej. - Dwa tysie. – Odparł ten trzymany przeze mnie. - Pięćset – Targowałem się jak stały bywalec jarmarków. - Półtorej. - Nie ma mowy. – Pokręciłem głową. – Pięćset, i nie wydam was policji. - Jezu stary. Osiem stów! – Chłopak uniósł w górę osiem palców. - Stoi. – Machnąłem ręką i puściłem drugiego młokosa. – Tylko szybko. - Ale płacisz z góry. – Zażądał wyższy z nich. - Nie! – Zaprzeczyłem. – Dam was połowę teraz, a reszta kiedy tylko uda mi się samemu odpalić auto. Gdy w końcu udało nam się jakoś dogadać, podbiegła Michalina z Tofikiem. Powiedziałem jej pokrótce o co chodzi i przystąpiłem do ekspresowej edukacji u nastoletnich nauczycieli-złodziejaszków. Przyznam, że szło jak po maśle. Być może dlatego, iż w głębi serca wiedziałem, że od tego zależy moje życie. Po dwóch godzinach ćwiczeń na parkujących wokół samochodach, w końcu sam otwarłem i odpaliłem kilkuletniego Renaulta Clio. Chłopcy dali mi też kilka cennych wskazówek. Za ich radą odkręciłem od Clio rejestracje i zamieniłem je na inne ze stojącego obok kilkunastoletniego fiata. Zdaniem chłopaków kierowca fiata nieprędko się zorientuje co do zmienionych rejestracji, a ukradziony Renault będzie trudniejszy do namierzenia przez policję. Nie było też czasu na naukę wyłączania alarmu, więc nauczyłem się rozróżniać te auta, które nie są wyposażone w systemy alarmowe. Wiedziałem, że nie powinienem kraść droższych modeli, bo w większości mają dobre alarmy, albo można je namierzyć satelitarnie. Kiedy dziękowałem chłopakom za pomoc i wypłacałem umówioną sumę jeden z nich zapytał. - Człowieku nie wyglądasz na przestępcę. - Bo nim nie jestem. – Odparłem spokojnym głosem, chowając ręce do kieszeni. – Po prostu sytuacja zmusiła mnie do tego co robię. Nigdy by mi nie przyszło do głowy, że będę prosić nieletnich złodziei o to, by nauczyli mnie kraść samochody. - Jakbyś potrzebował dokumenty to daj znać. – Odparł jeden z nich zapisując mi na kartce numer telefonu. – Tylko nie rozdaj tego wszystkim naokoło, ok? - Jasne. Dzięki. Dokumenty może nie są potrzebne, ale broń by mi się jakaś przydała. - Do tego nie mamy dostępu. Mogę ci najwyżej odsprzedać mojego gnata. – Ciemnowłosy chłopak wyjął z kieszeni swojej kurtki pistolet w kaburze. - To dobra broń. CZ 110 z Czech. Jest dość lekka i poręczna. - Ile za nią chcesz? - Kupiłem to za dwa tysiące złotych. Nie targowałem się z nim nawet. Nie było na to czasu. Bez namysłu wyjąłem plik banknotów i odliczyłem sumę. Szybko zamieniłem połowę mojej miesięcznej pensji na broń. Poprosiłem byłego właściciela pistoletu o wytłumaczenie jak to działa. Bałem się, że sam zrobię sobie tym krzywdę. Nigdy wcześniej nie trzymałem w ręku tego typu przedmiotów. Wyjątkiem były Juwenalia na studiach, kiedy to po wypiciu sporej dawki alkoholu poszliśmy z kumplami strzelać śrutem do puszek po piwie. Młodzian pokrótce wyjaśnił mi jak używać pistoletu i jakie naboje należy dokupić. - Jeszcze raz dzięki chłopaki. Podałem im rękę na pożegnanie i wsiadłem do samochodu. Pies miotał się z tyłu, wyraźnie niezadowolony z małej ilości miejsca, a Michalina zapinała pasy, kiedy wyjechaliśmy z parkingu w ciemną noc. - Co teraz? – Zapytała, spoglądając na mój profil. Westchnąłem głośno. - Myślę, że powinniśmy opuścić Warszawę. Może pojedziemy gdzieś na południe? – Przesłałem jej blady uśmiech. - Kraków? Spojrzałem na nią przelotnie. - Czemu Kraków? - Bo tam nie mam żadnej rodziny. Poza tym chciałam zobaczyć smoka wawelskiego, którym straszył mnie w dzieciństwie dziadek. - Zatem, niech będzie Kraków. W ciągu następnej godziny opuściliśmy stolicę i minęliśmy wielki kompleks sklepów w Jankach. Za Radomiem poczułem takie zmęczenie, że postanowiliśmy zatrzymać się w niewielkim przydrożnym motelu. Wynajęliśmy jeden pokój z dwoma osobnymi łóżkami. Był on skromnie urządzony, ale utrzymany w należytej czystości. Dominował kolor pastelowej zieleni i żółci. Pościel na łóżkach pachniała proszkiem i krochmalem, a pasiaste zasłony cicho poruszał wiejący przez uchylone okno wiaterek. Szybko wziąłem prysznic i usnąłem zanim Michalina zdążyła wyjść z łazienki. Przed zaśnięciem zobaczyłem tylko kątem oka, jak Tofik układa się na podłodze wzdłuż mojego łóżka i także natychmiast zamyka oczy.

ROZDZIAŁ 10

Obudziłem się dopiero koło południa. Gdy usiadłem na swoim posłaniu, Tofik przeciągnął się głośno ziewając. Spojrzałem na łóżko Michaliny. Dziewczyna jeszcze spała, zwinięta w embrion. Jej policzki były zaróżowione od snu i ocienione opuszczonymi czarnymi rzęsami. Spod kołdry wystawała jedna smukła noga. Zauważyłem, że paznokcie stopy miała pomalowane na błyszczący czerwony kolor. Moje studia nad śpiącą kobietą przerwał brutalnie Tofik, który cichym skiałczeniem domagał się spaceru. - Już idę. – Mruknąłem, wstając z łóżka możliwie najciszej. Zaschnięte rany ciągnęły mnie przy każdym ruchu. Zastanowiłem się przez chwilę, czy będę w stanie w ogóle się obrać. Powoli założyłem ciuchy, zaciskając zęby z bólu, nabazgrałem Michalinie na kartce wiadomość, że wychodzę tylko na spacer z psem i cicho zamknąłem drzwi na klucz. Minąłem długi wąski korytarz i zbiegłem po schodach. Na recepcji siedział starszy mężczyzna i oglądał w małym telewizorku powtórkę „Milionerów”. Przywitałem się z nim i wyszedłem na dwór. Od razu zaskoczyła mnie wspaniała pogoda. Wysoko świeciło słońce, a temperatura dochodziła do dwudziestu stopni. Wiał lekki, orzeźwiający zefirek. Puściłem psa przy niewielkiej kępie drzew rosnącej za motelem, a sam przeciągnąłem się tak mocno, że aż chrupnęło mi gdzieś w okolicach kręgosłupa. - Jeszcze tylko kawa by się przydała i możemy jechać. – Powiedziałem do psa, zakładając mu smycz, kiedy uporał się z poranną toaletą. – Choć, wracamy do pokoju, obudzimy pannę i jedziemy na jakieś śniadanie. Gdy wróciłem, Michalina właśnie brała prysznic. Chciałem posłuchać jakiś wiadomości, lecz w pokoju nie było telewizora, za to w rogu stolika odkryłem niewielkie radio. Włączyłem odbiornik i poszukałem jakiejś stacji. Udało się trafić akurat na początek wiadomości. Zanim dziewczyna wyszła z łazienki zdążyłem przesłuchać wszystkie informacje. Jak na razie nie było żadnej wzmianki o kolejnym morderstwie. Powoli zaczynał powracać mój utracony dwa dni temu dobry humor.

Godzinę później, kiedy i ja się już odświeżyłem i założyłem świeżą koszulę, znaleźliśmy się wreszcie w „naszym” kradzionym samochodzie. Wyjechaliśmy z powrotem na główną trasę w stronę Krakowa. - Mam nadzieję, że coś mu się stało. – Mściwym tonem powiedziała Michalina. – Może potrącił go jakiś pijak, albo wpadł pod pociąg. - Nie był bym aż tak optymistyczny. – Mruknąłem. – Raczej przygotowuje kolejną zbrodnię. - Może dał sobie wreszcie z tym spokój... - Wątpię. – Przerwałem. – Tacy ludzie nie przestają zabijać. Raczej starają się dokończyć swoje, że tak powiem, dzieło. Zobaczyłem jej pełną zawodu minę. - Ale możemy rzeczywiście mieć nadzieje, że ktoś przejechał skurwiela. – Zgodziłem się z lekkim uśmiechem. – Trzymajmy się tej wersji. - Tak jest lepiej. – Przytaknęła. Włączyłem jakąś stację radiową, żeby usłyszeć nową porcje wiadomości, na szczęście jak na razie nic nie wspomniano o kolejnym morderstwie. - Jest coraz lepiej. – Powiedziałem, żeby dodać Michalinie otuchy. – Wciąż nikogo więcej nie zabił. Do Krakowa dotarliśmy dopiero po szesnastej, ponieważ kawałek za Kielcami był zamknięty jeden pas z powodu zmiany nawierzchni. Wlekliśmy się przez to ponad godzinę na odcinku ledwie pięciu kilometrów. Zaproponowałem Michalinie zatrzymać się w niewielkiej restauracji przy głównej drodze, zanim poszukamy hotelu. Byłem tak głodny, że prawdę mówiąc myślałem tylko o jedzeniu. Nieopodal natknęliśmy się na sporą restauracje o nazwie „Wiejska gospoda”. Zjechałem z drogi i zaparkowałem pod rzędem wysokich brzóz. Wysiadłem z samochodu i rozejrzałem się po okolicy. Tutaj teren nie był już tak płaski jak w Warszawie. Łagodne wzgórza pokryte gdzie nie gdzie plackami lasów i wstęgami pól prezentowały się dużo bardziej malowniczo niż niziny mazowieckie. - Pięknie tutaj. – Westchnęła Michalina. – Uwielbiam góry i górali. - Raczej wątpię, żeby górale były zadowoleni słysząc jak tutejszych mieszkańców tak nazywasz. Dla nich wszyscy…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych