LISTA cz.7
Ucieczka powoli dobiega końca. Komu uda się przeżyć?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
ROZDZIAŁ 20
- Nie powinnaś była tego robić. – Szepnąłem oburzony do Michaliny, kiedy wchodziliśmy do zapuszczonego dworku. – On nam tego nigdy nie wybaczy. - Nie ma czasu na sentymenty. – Odparła spokojnym głosem, zerkając z ukosa w stronę starszego człowieka. – Po prostu graj swoją rolę. Ogrodnik był wstrząśnięty, kiedy Michalina przedstawiła mnie jako Marcina Branickiego. Najpierw nie bardzo chciał uwierzyć, że to ja, w końcu udało się go przekonać. Okazało się, że mam takie same zielononiebieskie oczy, jak miał zaginiony syn zmarłego właściciela majątku. Gdy już przekonał się, że mówimy „prawdę”, jego zachowanie radykalnie się zmieniło. - Dbałem o pański dom najlepiej jak potrafiłem. – Paplał, wpuszczając nas do środka. – Jestem już stary i pomocnika bym potrzebował, by nieco świetności dodać waszemu domostwu. - Pomyślimy o tym. – Odparłem, siląc się na łaskawy ton. Prawdę mówiąc nie miałem pojęcia jak się zachowywać. Nigdy nikt mi nie usługiwał, więc służalczy ton znacznie ode mnie starszego człowieka, wprawiał mnie w ogromne zakłopotanie. Tymczasem zatrzymaliśmy się w holu starego domu. Niewątpliwie było to niegdyś wspaniałe miejsce, które teraz wyglądało bardzo ponuro. Popękane płyty marmurowe na posadzkach i ścianach, poodpadały tu i ówdzie. Drewniane kręte schody wiodące na piętro, miały połamanych kilka stopni. Okna szyb w większości były powybijane, a strzępy firan powiewały smutno na słabym wietrze, niczym niemogące znaleźć ukojenia duchy zmarłych. - Wandale czasami rzucają kamieniami w dom. – Powiedział staruszek, widząc moje spojrzenie spoczywające na fragmentach witraża przy głównych drzwiach. – Nie mam już takiej krzepy jak dawniej. Nie jestem w stanie dogonić tej hołoty. Nic nie mówiąc wszedłem do pierwszego pokoju po prawej stronie. Znalazłem się w przestronnym pokoju dziennym, usłanym liśćmi i kurzem. Stało tu pełno mebli, przykrytych podziurawionymi, brudnymi prześcieradłami i kawałkami folii. Okna tego pokoju wychodziły na zapuszczony ogród, otoczony wysokimi, gęsto porośniętymi żywopłotami, dzięki czemu prawdopodobnie szyby nie zostały wybite przez miejscowych łobuzów. Spojrzałem na sufit, z którego wisiał ogromny żyrandol, mocno obrośnięty kurzem i starymi pajęczynami. - Przytulnie to tutaj nie jest. – Szepnąłem do Michaliny. Najpierw obeszliśmy cały parter. Widziałem kuchnię, w której panował względny ład, ponieważ starszy człowiek większość czasu spędzał właśnie w tym pomieszczeniu. W rogu pokoju rozłożone były dwa materace, na których prawdopodobnie sypiał. Koło pieca leżało nieco chrustu, a na palenisku stał garnek z jakąś potrawą. Jedna wybita szyba, zasłonięta została kawałkiem grubej tektury. - Pozwoliłem sobie tutaj zamieszkać, pod waszą nieobecność. – Tłumaczył ogrodnik, odsuwając jedno z czterech krzeseł przy obitym stole. – Proszę siadać. - Dziękujemy bardzo. – Odparłem. – Chciałem jeszcze zobaczyć jak wyglądają pokoje na górze. - Jak pan sobie życzy. – Odparł staruch. – Ale trzeba uważać na schodach, Bo niektóre stopnie są bardzo zniszczone. Powoli wspiąłem się na poddasze, zostawiając wszystkich w dolnym holu. Na górze był wąski korytarz z drzwiami do kilku pokoi. Podszedłem do pierwszego z nich i uchyliłem drzwi. Te otwarły się z ponurym skrzypieniem, ukazując wielką sypialnię, prawdopodobnie należącą do właścicieli. Wszystko było pokryte grubą warstwą kurzu, a spod łóżka łypnął na mnie ogromnych rozmiarów szczur, który następnie schował się za ogromnym stojącym lustrem. Szybko obszedłem pomieszczenie i nie znajdując w nim niczego ciekawego, opuściłem pokój z ogromną ulgą. Pośpiesznie przeszedłem kolejne pokoje, ale bez rezultatu. W końcu dotarłem do ostatniego, mieszczącego się na końcu korytarza. Wszedłem do środka. Było tu sporo wilgoci, prawdopodobnie z dziurawego dachu. Na suficie zobaczyłem ogromnych rozmiarów zaciek. Śmierdziało tutaj stęchlizną tak mocno, że musiałem zasłonić usta. Musiał to być pokój Marcina Branickiego. W rogu pomieszczenia stało obszerne jednoosobowe łóżko, a pod oknem spore biurko. Podszedłem do biurka i mocnym szarpnięciem otwarłem jedną z trzech szuflad. Wewnątrz było tylko kilka pożółkłych papierów i atrament w butelce. Otwierałem kolejne szuflady w nadziei, że znajdę coś ciekawego. W końcu zezłoszczony zatrzasnąłem ostatnią z nich i wtedy na podłogę wypadła cieniutka złota bransoleta. Schyliłem się po nią i zobaczyłem pod biurkiem książkę, wciśniętą w najdalszy zakamarek. Zaintrygowany podniosłem ją i przetarłem okładkę. To były „Krwawe róże”. Zdziwiony patrzyłem na starą, zniszczoną książkę. - A niech mnie. – Mruknąłem. Wertując kartki zauważyłem, jak niektóre akapity i wyrazy są podkreślone na czerwono. Wcisnąłem książkę oraz bransoletę do kieszeni i zabrałem się za dalsze przeszukiwania. - Jesteś tam? – Usłyszałem z dołu wołanie Michaliny. – Wszystko w porządku? - Już idę! Otrzepałem ubranie i zszedłem na dół, przyciskając do siebie schowaną w kieszeni książkę. - Czy zostaną państwo w domu? – Zapytał mnie ogrodnik, miętosząc w rękach sfatygowaną czapkę. - Nie. – Odparłem. – Mamy wiele spraw do załatwienia. Powiedz mi jeszcze, z czego się utrzymujesz? - A ręcinę dostaję, proszę pana. Marna, bo marna, ale jest. - Chociaż tyle. – Mruknął Olek. - Ale dom trzeba wyremontować, bo grzyb go zje. – Mówił dalej staruszek. – Szkoda tego wszystkiego, wielka szkoda. Toż to spadek po całej pana rodzinie. Ogromna pamiątka i kawał historii. - Wiem. – Odparłem łagodnym tonem. – Zobaczymy, co da się z tym zrobić. Pożegnaliśmy mężczyznę i wyszliśmy przed dom, kiedy nagle on odwrócił się w naszą stronę i zawołał. - Zapomniałem jeszcze o jednym, prze pana. - Co się stało? – Odwróciłem głowę w jego kierunku. - O pana pamiętniku. Zabrałem go kiedyś panu za karę. A potem zgubiłem. Mówiąc to, z porwanej kurtki wyciągnął zniszczony, pomięty zeszyt. - I znalazłem znowu jakiś rok temu, jak sprzątałem w pana pokoju pod łóżkiem. - To musiało być wieki temu. – Pomyślałem. - To chyba nieładnie rysować takie rzeczy. Jakby to ktoś zobaczył mógłby pana podejrzewać o niedobre zamiary. Na początki chciałem to spalić, ale potem doszedłem do wniosku, że to przecież pańska własność i ja nie mam prawa Was podejmować takich decyzji. W końcu to pańska sprawa. Wziąłem od niego zniszczony zeszyt, schowałem do kurtki i nic nie mówiąc obróciłem się na pięcie, by wsiąść do samochodu. - Dziękujemy bardzo za pomoc. – Krzyknąłem do niego zanim zamknąłem drzwi. Odjeżdżając widzieliśmy, jak starzec zamyka bramę i mocuje się z ogromnych rozmiarów kłódką. Kiedy dotarłem do głównej drogi zatrzymałem samochód na poboczu i wyciągnąłem książkę z kieszeni. - Jednak cos znalazłeś. – Aleksander z uśmiechem spojrzał na zniszczone tomiszcze. - Można tak powiedzieć. – Odparłem, wertując szybko książkę. – Przekopałem cały pokój tego Marcina. Nic ciekawego tam nie było z wyjątkiem tego i bransolety. Podałem zniszczony tom Michalinie. - To „Krwawe róże”! – Ze zdziwieniem oglądała poplamioną okładkę. - No właśnie. Wyglądają na bardzo stare. A przecież podobno wydrukowano je tylko raz i to całkiem niedawno. - Cztery lata temu. – Przypomniał Aleksander. – Spoglądając na pierwszą stronę swojego egzemplarza. - To ma znacznie więcej niż cztery lata. – Mruknąłem biorąc sfatygowana książkę do ręki. – I bardziej mi wygląda na to, że ktoś to napisał na maszynie, a potem po prostu oprawił. - Skąd ten wniosek.? - Bo nie ma tutaj ani daty wydania, ani miejscowości... – Powoli przeglądałem podkreślenia naniesione prawdopodobnie przez Marcina Branickiego. - Jest jeszcze jedna rzecz. – Powiedziałem w końcu. - Jaka? – Spytała Michalina pochylając się w moja stronę. - Tutaj nie ma naszych nazwisk. Tylko jakieś francuskie. - Pokaż! – Olek niemalże wyrwał mi z ręki książkę i pośpiesznie ją przewertował, zatrzymując się tylko na niektórych stronach. - Masz rację! – Przyznał po chwili. – I nazwy miejscowości są też francuskie. - O, co w tym wszystkim chodzi? – Zastanawiała się Michalina. - Może to jakiś pierwowzór tych „Krwawych róż”? – Zasugerował Aleksander. - Wszystko możliwe. Nie bardzo wiedziałem, co dalej z tym robić. - Może porównajmy z grubsza te dwie książki. Może różnice pomiędzy nimi będą dla nas istotne. – Michalina wzięła oba tomy do ręki i otwarła na pierwszym rozdziale. - No to sprawdzaj, a ja podjadę do Suwałk, żeby zaopatrzyć się w jakąś broń. Wyjechałem na pustą o tej porze dnia ulicę i nacisnąłem pedał gazu,. Samochód już po chwili pędził około sto kilometrów na godzinę. Olek tymczasem otwarł laptopa i sprawdzał najnowsze informacje na portalu z wiadomościami. - Są jakieś nowe informacje? - Zapytałem go po chwili ciszy. - Nie. Przynajmniej nic, co by miało z nami coś wspólnego. - W takim razie dał sobie dzień odpoczynku. – Odparłem z westchnieniem ulgi. – Wcześniej zabijał co najmniej jedną osobę dziennie. - To żadne pocieszenie. – Wtrąciła Michalina. – Może to oznaczać, że intensywnie zajął się czymś innym. - Czym. – Zainteresował się Aleksander. - Na przykład szukaniem nas... - Przestańcie. – Machnąłem ręką. – Na razie jesteśmy praktycznie nieuchwytni. A co nowego w świecie? – To pytanie skierowałem do czytającego coś Olka. Chciałem jak najszybciej zmienić temat, o chociaż na moment oderwać się od naszych spraw. - Kłótnie w sejmie... – Zaczął recytować, zbliżając twarz do monitora. – Eeeee... prezydent zażądał przeprosin od premiera za użycie, jego zdaniem, niewłaściwego słowa skierowanego pod jego adres... - Jak zwykle. – Pokiwałem głową. – Nudzi im się chyba w tym rządzie. - Wypadek w Skierniewicach. Jakiś dzieciak zaczadził się podczas kąpieli we własnej łazience.... dwa wypadki samochodowe w czarnym punkcie.... – Olek przewijał palcem kolejne wzmianki. - Dlatego właśnie nie lubię wiadomości. – Westchnęła Michalina. – Ponieważ to niekończący się ranking zabitych. Nie rozumiem, dlaczego dla ludzi największą sensacją jest to, jak zginął inny człowiek. Nie skomentowaliśmy jej monologu. - …i zabito jakiegoś gościa z Warszawy, w okrutny sposób. – Zakończył czytanie Olek, zerkając niepewnie na zezłoszczona nieco Michalinę. – Sorry, ale tylko takie tematy są w newsie. - Nie chcę słyszeć o żadnym morderstwie. – Wtrąciła dziewczyna, zakładając ręce. – Niedługo my możemy być jednodniową sensacją dla świata. - Czekaj. Niech zobaczy. – Gestem dłoni zachęciłem Olka do przeczytania ostatniej informacji. – Co jest napisane? - No, że ktoś zabił gościa z Warszawy. – Wzruszył ramionami. - Zabito go kierownicą od samochodu. - Jezu. – Michalina zasłoniła dłonią usta. - Niektórzy podejrzewają, że to sprawka Krwawego Żniwiarza... – Olek szybko czytał informacje. - Jak nazywał się facet? – Zapytałem zatrzymując się koło niewielkiej kawiarni. Musiałem wypić coś ciepłego i wziąć tabletki przeciwbólowe. - Bojarski Maciej, lat 58, technik stomatolog... – Czytał dalej. - Ufff, na szczęście nie ma z nami nic wspólnego. – Odparła Michalina. - Może Żniwiarz odczepił się od nas i zrobił nową listę? Wiem, że brzmiało to wyjątkowo egoistycznie, ale prawdę mówiąc w mojej sytuacji, człowiek myśli tylko o sobie, i ewentualnie bliskich osobach. Owszem, śmierć obcego człowieka jest bardzo smutna, ale w obliczu mojej sytuacji sami zrozumiecie, że cieszyłem się, z faktu, iż to nie ja zostałem zatłuczony kierownicą. - Napisali też na forum, że koleś miał strasznego pecha ostatnio. - Gdyż? – Zapytałem, będąc myślami trochę gdzie indziej. - Bo mu tydzień temu ukradziono samochód. Renaulta Clio. Znaleziono go dopiero dwa dni temu w Krakowie. Po moich plecach przeleciały lodowate ciarki. - Jaja sobie robisz? – W moim głosie było pełno nadziei. Z drugiej jednak strony zdawałem sobie sprawę, że Olek nie wie jakiej marki był pierwszy, ukradziony przeze mnie samochód. - Nie. – Zaprzeczył ruchem głowy. – Czytam tylko to, co tutaj jest napisane. Czemu tak się zdenerwowałeś? Zerknąłem szybko na Michalinę. Była mocno skupiona na porównywaniu tekstu i chyba nie zrozumiała, o czym mówiliśmy. Całe szczęście. - Wydaje ci się. – Mruknąłem, starając się ukryć strach, jaki mnie ogarnął. - Ok. – Olek wzruszył ramionami i zabrał się do szukania następnych informacji. – Piszą też o tym, jak zaginęło dwóch kilkunastoletnich złodziejaszków. Podobno zajmowali się kradzieżą sprzętów samochodowych – radia, odtwarzacze, głośniki. - Też w Warszawie? - No tak. Tutaj są ich foty. – Dodał po chwili. - Może to i dobrze. Złodziei mi nie żal akurat. Pewnie zarobili tyle forsy, że zwali do Stanów. Rzuciłem okiem na monitor, by zobaczyć fotografie zaginionych i omal nie wjechałem z wrażenia pod jadący z naprzeciwka mikrobus. W ostatniej chwili zdążyłem wskoczyć na mój pas. Wystraszona Michalina upuściła książki, które leżały na jej kolanach i złapała się oparcia przedniego fotela. - Co ty wyprawiasz? – Krzyknął Olek. - Nic, przepraszam. Na drogę wlazł mi jakiś zwierzak. Chyba lis, albo pies. - Lis? – Powtórzyła Michalina z niedowierzaniem w głosie. – W środku osiedla domków jednorodzinnych? - No może to pies był. – Naburmuszyłem się. – Nie wiem. Tak na prawdę oczywiście nie było żadnego lisa ani psa. Zmroził mnie widok fotografii. Przedstawiały one chłopców, którzy nauczyli mnie kraść samochody i od których kupiłem broń. Boże spraw, żeby to był tylko zbieg okoliczności! Nie wiedziałem czy podzielić się tymi informacjami z moimi współtowarzyszami. Aleksander, jako kolejna ofiara na liście Krwawego Żniwiarza, był tak przerażony, że podskakiwał ze strachu przy każdym nieznanym dźwięku. Michalina z kolei udawała dzielną, lecz prawda była taka, że widziałem nieraz, jak dyskretnie wyciera łzy chusteczką do nosa. Z kim, do cholery, miałem o tym porozmawiać? Jechałem więc dalej, intensywnie zastanawiając się nad tym, co robić. Powoli zdawałem sobie sprawę, z tego, że Żniwiarz podąża naszymi śladami. Nie jest w stanie wytropić nas, więc morduje po kolei tych, z którymi mieliśmy coś wspólnego od czasów ucieczki z Warszawy. Tymczasem wjechaliśmy do Suwałk. Było grubo po południu i pomimo strachu, jaki ściskał mi żołądek, poczułem dość mocne ssanie z głodu. - Może najpierw zatrzymamy się na jakieś jedzenie? – Zaproponowałem. Wszyscy chętnie przystali na moją propozycję. Zatrzymaliśmy się, na chwilę w przydrożnym KFC i zamówiliśmy po dużym zestawie każdy. Jedząc frytki wciąż zastanawiałem się, czy powiedzieć Michalinie i Olkowi o zamiarach Żniwiarza. Z jednej strony, miałem wciąż nadzieje, iż zaginięcie chłopaków, oraz śmierć właściciela Clio, to zwykły zbieg okoliczności. Z drugiej jednak strony, byłem niemal przekonany, że jutro zginie kolejny człowiek – właściciel Nissana ukradzionego na Krakowskim osiedlu. Znowu zrobiło mi się niedobrze. - Dokończcie jedzenie, a ja przejdę się do łazienki. – Powiedziałem wstając z miejsca. Obydwoje kiwnęli głowami i wrócili do pochłaniania frytek. Restauracyjna łazienka była niewielkich rozmiarów i na szczęście zupełnie pusta. Stanąłem przed dużym lustrem i włączyłem zimną wodę. Najpierw przemyłem dłonie, a później spryskałem zimną cieczą twarz. Stałem tak prze krótką chwile i patrzyłem na swoje mokre lustrzane odbicie, zastanawiając się, ile jeszcze dni życia mi zostało. Moje rozmyślania przerwał jakiś młody chłopak wchodzący do łazienki. Szybko otrząsnąłem się z czarnych myśli i włożyłem ręce pod suszarkę. - Cholerne badziewie nie działa. – Stwierdziłem z niezadowoleniem, gdy suszarka wydalą tylko ciche zipnięcie i zamilkła. W poszukiwaniu chusteczki wsadziłem mokrą rękę najpierw do tylnych kieszeni dżinsów, a później do kieszeni kurtki. I tam napotkałem dłonią na wręczony mi przez ogrodnika Branickich notes Marcina, oraz bransoletę. Zupełnie o nich zapomniałem. Otwarłem notes na pierwszą stronę. Nie był podpisany, ani nic takiego. Przedstawiał za to dość dobry szkic ołówkowy. Kilka noży, siekierek i jakiś karabin. Potraktowałem to jak bohomazy młodego chłopca, lubiącego rysować broń. Sam nieraz szkicowałem strzały, pistolety i szubienice, a nie wyrosłem na jakiegoś rzezimieszka czy zabójcę. Jednakże kolejne strony tego notesu zmieniły moje zdanie, co do charakteru rysownika. Przedstawiały głownie martwe postacie, zabijane na różne, wyjątkowo okrutne sposoby. Pierwszy rysunek pokazywał podzieloną na części kobietę. Jej porozrzucane po całej stronie, rysunkowe części ciała pomazano czerwonym pisakiem, sugerującym chyba dużą ilość krwi. Powoli obróciłem kolejną kartkę. Tutaj obrazek przedstawiał człowieka zmiażdżonego od szyi w dół. Człowiek ów był narysowany w taki sposób, jakby unosił głowę i z przerażeniem patrzył na swoje spłaszczone ciało. - Jezu Chryste! – Wyrwało mi się. Wtedy usłyszałem odgłos spuszczanej w toalecie wody i przypomniałem sobie, że przed chwilą wszedł tutaj przecież jakiś chłopak. Pośpiesznie zamknąłem wiec notes i opuściłem łazienkę. Michalina i Olek czekali na mnie przy samochodzie, rozmawiając o czymś z ożywieniem. - Już miałem iść po ciebie. – Powiedział z wyraźna ulgą w głosie. – Bałem się, ze zasłabłeś, albo co... - Nie przesadzajcie. – Odparłem, spokojnie otwierając drzwiczki samochodu. – Musiałem umyć ręce i twarz. I wtedy zobaczyłem ich miny. Patrzyli na mnie ponuro i jakoś tak z ukosa. - Co się dzieje? – Spytałem patrząc podejrzliwie na ich twarze. - Może wsiądźmy najpierw do samochodu, dobrze? – Poradziła Michalina. Kiedy już siedzieliśmy w środku Zafiry, dziewczyna bez słowa otwarła laptopa i położyła mi go na kolanach. Spojrzałem na monitor i osłupiałem z wrażenia. Na całą stronę wyświetlony był list gończy, człowieka, który uznany został głównym podejrzanym w sprawie Żniwiarza. Wyraźna fotografia przedstawiała lekko uśmiechniętego młodego mężczyznę, patrzącego prosto w obiektyw. - Znasz go? - Zapytał Aleksander pochylając głowę w moim kierunku. - Jasne – Odparłem, ukrywając drżenie głosu. – I to bardzo dobrze. Istotnie znałem tego gościa z fotografii. To byłem JA! MOJE własne zdjęcie!!! A fotka pochodziła z mojej tegorocznej wycieczki do Międzyzdrojów!
ROZDZIAŁ 21
- Myślicie, że to ja jestem zabójcą? – Popatrzyłem na nich z niedowierzaniem. – Przecież to śmieszne! Nie miałbym nawet tego kiedy robić. Michalina spuściła głowę, a Olek patrzył na mnie dziwnym wzrokiem. Ledwie opanowując wściekłość wysiadłem z samochodu. Postarałem się nie trząsnąć drzwiami, by nie pokazać przyjaciołom, jak jestem zezłoszczony. - No, co wy? Potrzebowałbym chyba prywatnego odrzutowca, żeby mordować w Warszawie i jeździć z wami po całym kraju równocześnie! - Ma rację. – Mruknął Aleksander, drapiąc się po głowie. - Wcale tak nie myślimy. – Michalina podbiegła do mnie i zarzuciła mi ręce na szyję. – Ale dlaczego tutaj jest twoje zdjęcie? - Nie mam pojęcia. – Rozłożyłem ręce. – Skąd do cholery mógłbym to wiedzieć? - Może podejrzewają ciebie, bo zniknąłeś na jakiś czas? – Zasugerował Olek, wciskając ręce do kieszeni swoich dżinsów. - To jakaś paranoja. – Mruknąłem zezłoszczony, zerkając na moją fotografię, mieniącą się w ekranie komputera. – Własnym oczom nie mogę uwierzyć. Musiałem wysiąść z auta, żeby odetchnąć świeżym powietrzem. - Być może, Eryk doszedł do wniosku, że pokazując twoje zdjęcie, odwróci uwagę prawdziwego mordercy? - A od czego niby ma odwracać te uwagę, hę? – Zapytałem przeczesując włosy dłonią. - Nnno, nie wiem. – Zadumała się na chwilę Michalina. – Ona chyba ma rację. – Wtrącił Olek – Teraz Żniwiarz może poczuć się bardziej bezkarny. Wie, że mają na celowniku inną osobę. Teraz może być mniej ostrożny, co zwiększy szansę jego schwytania. - Może popełnić jakiś błąd. – Dodała Michalina. – Wtedy go złapią. - Ale dlaczego moim kosztem? – Chciałem wiedzieć. Michalina pokręciła głową. - Jesteśmy w to zamieszani. – Powiedziała po chwili. - Nie rozumiecie, że teraz nigdzie nie będę się mógł pokazywać? Że będę musiał się ukrywać, by mnie nie namierzyli? Czuje się jak jakieś pieprzone zwierze…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil ABujak
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…