Love
miłość tuż przed śmiercią...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Weszłam do domu i od razu poczułam ostry zapach alkoholu. Byłam tak na niego uczulona, ze od razu się prawie dusiłam. Usłyszałam krzyk. Poczułam jak pojedyncza łza spływa po moim policzku. Jęki bólu… Tłuczone szkło… Znowu krzyk… Zrobiłam jeden krok ku drzwiom kuchni. Nie miałam tyle odwagi. Krzyk… Ruszyłam jak z procy otworzyłam drzwi i zobaczyłam mamę klęczącą na kolanach a nad nią ojciec z ręką w górze. - Zostaw ją! – krzyknęłam ze łzami w oczach i chrypką w głosie. – Przecież ona jest twoją żoną! Powinieneś ją kochać! Do jasnej cholery jesteśmy twoją rodziną!!! - Dorothy idź do siebie do pokoju. – usłyszałam cichy głos mamy ciągle patrzą się na oprawcę. Nagle jego pięść wylądowała na policzku mamy, a ona upadła na ziemię. W swojej bezsilności skoczyłam do ojca i zaczęłam go okładać z całych sił. Złapał mnie za włosy i rzucił. Poczułam ostry ból w głowie. Popatrzyłam jeszcze raz na mamę i krew wypływającą z jej ust. Znowu ból i wszystko zaczęło się rozmazywać…
Popatrzyłam w dal. Widziałam tylko zapalone latarnie, wysokie wieżowce. Na dole ludzie. Szczęśliwi, nic nie wiedzący, że pewna dziewczyna zaraz skończy swoje życie skacząc z 40 piętra jakiegoś zafajdanego biurowca. Na niebie jest tyle gwiazd. Może akurat dziś święcą tylko dla mnie? Poczułam wiatr we włosach. To ostatni raz, gdy może z nimi robić co chce. Już nie długo te długie czarne włosy będą leżeć na białej poduszce w wyściełanej trumnie. Jeśli w ogóle coś ze mnie zostanie… Jeśli w ogóle mama mnie pochowa… Jeśli będzie co zeskrobywać… Chciałam ostatni raz to wszystko przemyśleć. Stoję tuż przy bramie śmierci patrząc jak blisko do nieskończoności. Widzę sylwetkę mojej ostatniej przyjaciółki. Śmierci. Ona się mną zaopiekuje… Ostatni raz spokojny wdech powietrza i… - Nie rób tego! – usłyszałam głos. – Proszę cię nie skacz. Zrobiłam krok do przodu. Nie interesowało mnie, ze ktoś chcę mnie uratować. - Jak ty skoczysz ja też będę musiał. Nie. Nie pociągnę swoją śmiercią, śmierci kogoś innego. Powoli i delikatnie odwróciłam się. W odległości ok.15 metrów stał chłopak. - Obiecuję ci, że też skoczę… - Dlaczego? – szepnęłam cicho, ale ON usłyszał. - Bo nie możesz się zabić. - To moje życie więc ja decyduję czy mogę się zabić czy nie. – powiedziałam ze złością w głosie. - Ale Bóg ci je podarował więc tylko On może decydować kiedy go ci zabierze. Może miał i rację. Odwróciłam się i znowu zobaczyłam miasto nocą. Spojrzałam w górę, na gwiazdy. Zrobiłam dwa kroki w tył i już wiedziałam, ze nie będę mieć tyle odwagi żeby skoczyć. Poszłam w stronę zejścia na dół czując JEGO wzrok na sobie.
Weszłam do domu, było już dobrze po północy. Szłam na górę i usłyszałam jak woła mnie mama. - Dothy! – weszłam do kuchni powoli żałując, że ten chłopak w ogóle się pojawił. – Gdzie byłaś? - U koleżanki… uczyłyśmy się… - Dobrze, idź spać. Głupia… czy ona nie wie, że jej córka nie ma koleżanek? Żadnych…
Siedziałam skulona w kącie tuż obok grzejnika i patrzyłam za okno budynku szkolnego. Słyszałam naprawdę przeróżne głosy, bo była przerwa. A ja czułam tylko ból i smutek. Przecież wczoraj mogłam tak łatwo odejść… Dlaczego ON się pojawił? To byłby trzeci i ostatni raz, gdy próbowałam ze sobą skończyć, ale nie… Głupie ludzkie uczucia się pojawiły w mojej duszy i sercu. Poczułam na sobie czyjś wzrok. Podniosłam głowę i jak przez mgłę zobaczyłam dziewczynę, która patrzyła się na mnie swoimi ciemnymi oczyma. Była szczupła z brązowymi włosami do ramion. Nie znałam jej. Próbowałam sobie przypomnieć jej twarz. Może gdzieś przemknęła się wśród tego całego tłumu ludzi mijających mnie każdego dnia. Nie, nie znam jej. Bałam się jej oczu, były jak dwa nigdy nie gasnące płomyki. Wstałam pospiesznie i z lękiem, żeby tylko dziewczyna nie podeszła do mnie poszłam do klasy. W klasie byłam odludkiem. Koledzy tolerowali mnie ale w małych ilościach. Ja ich w ogóle nie tolerowałam, po prostu nie chciałam mieć z nimi do czynienia. Niektórzy nawet rzucali we mnie hasłami typu dziwoląg lub porostu inna. To było ich ulubione dla mnie przezwisko Inna. Ale ja nauczyłam się ignorancji dla wszystkich, którzy mnie otaczają. Przez ten cały rok uczyłam się żyć na nowo. Ignorancja wychodziła mi najlepiej. Nie kochałam i nie chciałam być kochana. Chciałam być cichą osobą, która coś przeżyła kiedyś, w innym miejscu i w innym czasie. Przecież miałam zacząć nowe życie. Z dala od wszystkich wspomnień i tego co było. Ale nie potrafiłam…
Gdy wychodziłam ze szkoły znowu poczułam na sobie wzrok. Nie odwracałam się. Po prostu zasunęłam suwak kurtki idąc prosto przed siebie. To dziwne uczucie nie przeszło. Dalej ktoś mnie obserwował. - Dothy! Odwróciłam się i zobaczyłam Lucy. Jedyną osobę w klasie, którą tolerowałam, bo słuchała tego co ja. Byłyśmy podobne ubiorem, ale na pewno nie przeżyciami. Wiatr targał moimi włosami, gdy czekałam aż dziewczyna podejdzie do mnie. - Dothy co ci jest? Jesteś okropnie dziwna. - Ja? Po prostu mam złe dni. – próbowałam się uśmiechnąć, ale ta czynność mi nie wychodziła. Zamiast tego na twarzy pojawił się grymas. - Te twoje złe dni trwają od pierwszego dnia, gdy się spotkałyśmy. - Wiesz Lucy? Najlepiej się mną nie interesuj. – powiedziałam ta o i na jednej nodze obróciłam się idąc w swoja stronę. Nienawidzę, gdy ludzie udają dobrych i litują się nade mną. Nie chcę litości, ona jest tylko dla ludzi słabych, a ja chcę być silna. Po przyjściu do domu stwierdziłam, że nie mam żadnych ciekawych książek do przeczytania. Wypakowałam wszystkie książki z mojej dobry i ruszyłam do biblioteki. Przy samym wyjściu zawołała mnie mama. - Dorothy! - Idę już. - Gdzie idziesz? - Do biblioteki. - Tylko nie wracaj zbyt późno. – popatrzyła się na mnie z troską w oczach. – Dothy ty schudłaś. - Wydaje się mamie… Wyszłam z kuchni czując siarczyste łzy pod powiekami. Przez ten cały koszmarny rok schudłam 15 kilogramów. Kiedyś powiedzmy byłam gruba. Ze wzrostem 176 wżyłam 68 kilogramy, a teraz waham się między 53 a 54… Nie mamusiu ja W OGÓLE się schudłam… Szłam sobie nucąc pod nosem, bo nie chciałam zostawać tylko sama ze sobą. Boję się siebie. W bibliotece do której szłam pół godziny, bo użyłam podstępnych skrótów było dosyć ciepło, lecz po godzinie już musiałam wyjść. Wypożyczyłam trzy książki. Gdy stanęłam na dziedzińcu biblioteki poczułam jak na moją twarz spadają krople deszczu. Po dziesięciu krokach już padało, a po następnych dziesięciu lało. Szłam tak przez ten deszcz i myślałam tylko o tym, żeby książki nie zmokły. Po 5 minutach byłam kompletnie przemoczona: włosy, trampki, spodnie nawet kurtka. Wszystko było mokre. Poczułam, że deszcze już na mnie nie leciał. Spojrzałam w górę i zobaczyłam parasolkę. Z boku mnie stał ten sam chłopak, który uratował mi życie. - Witaj ponownie. - Hej. - Jednak żyjesz. - Nic cię to nie powinno obchodzić. - A jednak jakiś sposobem jesteś mi bliska. Popatrzyłam na niego jak na wariata i z impetem ruszyłam dalej. Wiatr smagał moje mokre włosy. Weszłam na ulicę. Nigdy nie przechodziłam przez pasy. Usłyszałam jak samochód przeraźliwie trąbi. Zamknęłam oczy czując, ze właśnie teraz będzie koniec. Koniec mnie. Poczułam jak ktoś łapie mnie w talii i po chwili wylądowałam na ziemi. Otworzyłam oczy i spojrzałam w brązowe oczy chłopaka. - Jestem twoim Aniołem Stróżem. - Nie potrzebuję tak ważnych osobistości. – wstałam. Spojrzałam na mój ubiór, który był w zmasakrowanym stanie. Nie to, że byłam cała mokra to jeszcze mój cały jeden bok był w błocie. - Dzięki. – powiedziałam z sarkazmem w głosie. - Chyba jest lepsze to niż śmierć. – powiedział chłopak też wstając, skrzywił się z bólu. - Skąd to możesz wiedzieć? - Po prostu wiem. – stał wyraźnie skulony. Chłopak też był cały w błocie i do tego był pewnie poobijany. Deszcz dalej padał i obmywał mnie z błota. Patrzyłam się w na chłopaka, który usiłował się wyprostować. Nasze wzroki się spotkały. - Jesteś cała mokra. - Nie możliwe. Dzięki tobie jeszcze w błocie. - No naprawdę wybacz mi, ze ci uratowałem życie. - A może ja chciałam umrzeć! – krzyknęłam odwracając się i idąc w swoją stronę. Nie mogłam znieść ludzi, którzy wtrącali się do żywota innych ludzi. Odwróciłam się chcąc zobaczyć czy chłopak za mną idzie. Nie szedł. Siedział skulony a deszcz padał na niego chyba bardziej niż na mnie. Znowu poczułam ludzkie uczucia w sercu. Podeszłam do niego. - Boli cię? - Nie. Spoko dam radę dojść do domu. - To wstań i pokaż mi to. – patrzyłam na niego z góry, ale on nawet nie podniósł wzroku. Wstał jak rycerz. Nie ważne, że wszystko go boli i na pewno umiera. Musi być mężczyzną. - Gdzie mieszkasz? – zapytałam choć najchętniej teraz odwróciłabym się i poszła do domu. - Nie daleko. - Więc idę… - odwróciłam się znowu. Jestem totalną niewdzięcznicą. Chłopak uratował mi dwa razy życie, a ja nawet mu nie podziękowałam, ani nie pomogłam. Stałam tyłem do niego, ale nie mogłam zrobić ani kroku. Poczułam ciepłą dłoń, która lekko łapała moja. Odwrócił mnie twarzą do siebie. Chłopak dalej był lekko zgięty. - Czego nie idziesz do domu? - Bo mnie trzymasz. Puścił moją dłoń. - Już nie. Ta bezsensowna wymiana zdań tak naprawdę była jakaś dziwna. Nie mogłam tak po prostu odejść. Nie chciałam. To był pierwszy człowiek na tym świecie, którego nie mogłam od tak sobie po prostu ominąć. - Masz w domu herbatę? - Jasne. Chodź.
Siedziałam w przytulnym salonie czekając na herbatę. Chłopak dał mi ręcznik i kazał mi się wykąpać. Później dał mi swój T-shirt, który był trochę za duży, ale dobrze, że miał długie rękawy. Pozwoliłam sobie położyć nogi na kanapie. Siedziałam wpatrując się w burzę, która drugą godzinę szalała za oknem. - Proszę twoja herbata. - Dziękuję. Objęłam dłońmi ciepły kubek i grzałam się jego ciepłem. Zamilkłam wpatrując się w okno. - O czym myślisz? – jego pytanie wyrwało mnie z nicości. - O niczym. – napiłam się łyk herbaty dalej patrząc się. Nie chciałam spojrzeć mu w oczy. Wiedziałam, że siedzi naprzeciwko mnie i nie spuszcza ze mnie wzroku. - Jak masz na imię? - Dorothy, a tak w zasadzie to Dothy. – odpowiedziałam automatycznie. - Coby. –powiedział, a ja zmusiłam swój wzrok, żeby na niego popatrzeć. Miał te niezwykle brązowe oczy. Jego włosy były dalej mokre, ale wydawały mi się tak ciemne jak niebo dzisiejszego dnia. Był wysoki, naprawdę wysoki. Gdy nasze oczy znowu się…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil agrafcia
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…