Wróć do katalogu

Łowcy

Łowcy Głów Nieczystych w akcji. Czyli miłe złego początki...

Depciu, opublikowano , 40 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

„Łowcy”

Mikołaj Kuszenko zerknął na obskurnie wyglądającą lepiankę. Dach całkowicie pozbawiony strzechy zapadł się do środka, biały niegdyś tynk odłaził teraz od ścian żółtymi płatami. Staruszek wyrzucił dymiącego peta i z zawadiacko zarzuconą na ramię kuszą kołkownicą wcisnął przycisk od wciągarki linowej zamontowanej z przodu nyski. Silnik zawarczał wyławiając z czeluści chaty jakiegoś grubasa, który chaotycznie próbował pozbyć się tkwiącego z oczodołu bełtu. Na próżno, Pocisk i zaczepiona o niego stalowa linka trzymały mocno. Rozległ się syk płomieni gdy żywy trup wysunął się poza linię rzucanego przez budynek cienia. Smród palonego mięsa popłynął z wiatrem. Kuszenko nawet nie drgnął. Sześćdziesiąt lat w tej robocie zabiło w nim wszelkie wyrzuty sumienia. - Kolejny do kolekcji – rzucił w przestrzeń spluwając na gorejące szczątki. Sześć kupek zwęglonych kości, sześć demonów posłanych w diabły. Już siódma, pomyślał zerknąwszy na sierpniowe słońce. Zdobyczną czaszkę ułożył na masce furgonu i ruszył w stronę chaty. Czas zapolować na mistrza… Z wnętrza domostwa wytoczyło się trzech oberwańców. Odziany w szarą kapotę i gumiaki spec od ufoli, Paweł Toporek; zawsze zgarbiony hipis egzorcysta, Maciejas, oraz łowca wilkołaków, zwany Samotnym Pielgrzymem. Wszyscy trzej usmarowani byli posoką, w ręku dzierżyli śmiercionośne kusze. - Rozebraliśmy chałupę od piwnicy po strych- powiedział Paweł, - tu go nie ma… - Muszą co kilka nocy zmieniać lokum – Mikołaj nie krył rozczarowania. – Ci tutaj mieli zmylić naszą uwagę. - Cóż, dobry wampir to martwy wampir – machnął ręką hipis. – Szkoda tylko dwóch dni poszukiwań… Z oddali dobiegł ich chrzęst jadącego roweru. Poprzez ugór, na przerdzewiałej damce zdążał w ich stronę Paweł Solec, wikary z pobliskich Siekierek. Zsiadł z roweru i przywitał się. Spalone zwłoki nie robiły na nim żadnego wrażenia. - Co nowego? – spytał znachor. - Wilczur wylazł, cały czarny. Za nim poleciały jeszcze dwa nietoperze… - Daleko stąd? - Z gospodarstwa po Matuszczakach. - To zaraz za budynkiem gminy – zauważył Maciejas. - Poleciały na wieś?- pytał dalej Mikołaj. - Nie, w stronę parku krajobrazowego. - U Matuszczaków przecież chałupa w gruzach – przypomniał sobie Toporek. - Piwniczka została – wytłumaczył duchowny. Mikołaj spojrzał na wieś. Padoły Bonowskie niedługo skryje mrok. Jednak jeszcze nie teraz, nie tej nocy zapanuje w okolicy spokój. Ta pora należeć będzie do krwiopijców, ale oni będą ich ścigać do samego końca. To będzie ostatnia taka noc gdy spokojni mieszkańcy okolicznych wiosek zmuszeni będą po raz kolejny zejść do piwnic. Ostatnia bezsenna noc bezbronnych dzieci… . . .

- Co za popierdolona wiocha! – facet w dżinsowej kurtce efektownie zanurkował w ruinę przystanku pekaesu. Kamienie prażone przez grupkę dzieciaków raz jeszcze zadudniły o przerdzewiały dach wiaty. Dzieciarnia pokrzyczała chwilę i puściła się biegiem przez wieś. Miał już dość. Mało tego, że na tutejszych wertepach zerwał tylną ośkę w polonezie, to o mały włos nie stracił nogi w zastawionych pośrodku drogi wnykach. Ponadto grupa przerośniętych przedszkolaków przegoniła go przez połowę wsi tylko dlatego, że zniszczył ich pułapkę na szkodnika i przedstawił się jako dziennikarz ze stolicy. Wstał, otrzepał się z kurzu. Wieś Siekierki nie była specjalnie duża. Skansenowe budynki kryte czym tylko popadło trzymały się w zwartych szeregach wzdłuż wyłożonej kamieniem drogi. Wokół unosił się fetor gnojówki, ryczało bydło, wszędzie panowała szarość. Ponure stada wron krążyły pod ciężką kopułą czarnych chmur. Rozejrzał się dookoła. Wieś przecinała asfaltowa droga, dalej stało kilka chałup i zaczynał się iglasty las, i jego cel. Padoły Bonowskie. Muszę jeszcze znaleźć tu budynek gminy, pomyślał. Miał iść gdy obok zatrzymał się rzężący autobus. - Przepraszam, ma pan komórkę? – spytał przewoźnik. – Nawaliła skrzynia biegów, a moje radio… O Jezu! – jęknął i puścił się biegiem w stronę pól. Warszawiak szybko zrozumiał dlaczego. Przez ogrodzenia w stronę autokaru zaczęli ukradkiem podchodzić miejscowi menele uzbrojeni w piły do metalu i łomy każdy. Za nimi ciągnęły baby i dzieci z wózkami i taczkami. Po chwili samochód stał bez poszycia pośrodku drogi. Trzeba to sfotografować, pomyślał. - Hej! Mój aparat! – zawył z rozpaczy. Upuszczone etui podlewał właśnie mały, pokraczny pies. Zawył raz jeszcze i złapał za deskę w ogrodzeniu. Wyrwał z łatwością i zrobił zamach na kundla. - Ludzie! Złodziej! – warknął pryszczaty gnojek zaprzestając na moment wyrywania siedzeń wraku. Z okolicznych gospodarstw wysypali się mieszkańcy. Nad ich głowami zafalowały widły, kosy, cepy nabijane gwoździami… - Eee, spokojnie… - warszawiak uniósł ręce do góry. – Jestem dziennikarzem… Na słowo „dziennikarz” tłum zawahał się na moment. - Znaczy o naszej gminie pisać bedom? – spytał ktoś nieśmiało. - Dokładnie to o Padołach Bonowskich, ale o was też wspomnę… Ktoś zawył dziko i cisnął widłami. Chybił. Miastowego już tam nie było, kilkoma susami pokonywał szerokość szosy i znikł w gąszczu choin. Gromada wieśniaków z rykiem ruszyła jego śladem. Zatrzymał się dopiero na rowie oddzielającym małe poletko od ciemnego lasu. Wygrzebał się jakoś z błocka i padł pod wiechciem słomy. Obok krzątała się jakaś babina. Podniosła z ziemi cep i ruszyła w jego kierunku. - Won stąd! – warknęła. Miastowy wolał zamknąć oczy. Po chwili coś łupnęło i stoczyło obok. Otworzył niepewnie jedno oko. Trzaśnięty w ciemię menel jęknął, mocniej ścisnął trzymany w ręce nóż i uderzył na dziennikarza. Baba przyładowała raz jeszcze, prosto między oczy. Huknęło, obkuty żelazem cep pękł w kilku miejscach. Zza rowu dobiegł nerwowy szelest. - Wypierdalać! – syknęła staruszka. Ci co czaili się w krzakach woleli się zmyć. - Pan na pewno do naszego znachora – powiedziała spokojnie, - a no trza iść prosto, o tą ścieżyna. Pan trafi… - Skąd pani wie że ja… Babcia tylko uśmiechnęła się życzliwie, okrakiem siadła na cep, przez lewe ramię niczym wór pierzy przerzuciła sobie ciało wieśniaka. Reporter rozdziawił tylko usta w niemym zdumieniu. - Pan się o to nie martwi – poklepała ciało sztywnego, - w przyrodzie nic się nie zmarnuje… I odleciała. . . .

Główną atrakcją w Padołach Bonowskich była miejscowa gospoda ulokowana w dość oryginalnym miejscu, bo w leju po bombie. Co prawda dół z biegiem czasu utracił swą głębokość jednak zarysy widoczne były nadal. Szkielet pijalni stanowiły dwa żelazne słupy wysokiego napięcia które zaiwaniono w czasach wzmożonej elektryfikacji okolic i położono je w wyrwie na płask, jeden na drugim, poczym zamaskowano różnorakim budulcem co groziło zawaleniem się przybytku. Dziennikarz nie zwrócił żadnej uwagi na kolejową szynę która spadła z sufitu i wbiła się w polepę, metr od jego stopy. Spał snem sprawiedliwego odkąd miejscowi znaleźli go wiszącego na drucie kolczastym okalającym sklep. - A ja wam mówię że ten Emilcin wypadałoby w diabły wysadzić – ciągnął temat Toporek. – Jak im ten pomnik pobudują to się ich w cholerę nalezie! Będzie tam to samo co u nas! - Ja bym z tym poczekał – odparował Maciejas. – Niech budują. Jak tylko skończą to się na zielonych zaczai… - Najlepiej od razu trotylem. Najpierw cała tą zakichaną wiochę, a potem zakichanych ufoli jakby na odsiecz wpadli… - Najpierw - Mikołaj przerwał dysputę, - obstawmy z rana piwniczkę po Matuszczakach. - Myślisz że tam wrócą? – Paweł łyknął trochę wina. - Powinny… Polują w granicach gminy, więc musza gdzieś tu mieć kryjówkę dla mistrza. - Nie jest dziwne – wtrącił hipis – że nie ma znaku o żadnych pogryzieniach? - Albo polują na dziczyznę – zauważył Pielgrzym, - albo ludzie boja się gadać… Drzwi do gospody otworzyły się z jękiem. Do środka chwiejnym krokiem wszedł Tomasz Uślicki, pod pachą niósł małe zawiniątko. Kiwnął na przywitanie barowiczom i przysiadł się do kumpli Kuszenki. - Hej, słyszeliście że Gałgan z Siekierek nie żyje? Zielarka go ubiła. O, to ten wasz dziennikarz? – Tomasz kopnął w zydel, miastowy zamruczał coś przez sen. - Taaa – burknął znachor, - od kilku godzin tak śpi…. - Zielarka kazała mu przekazać – z kawałka szmat odwinął słoik z mętną cieczą. - Co to? - Mówiła że to flaczki dla niego… - Raczej mu nie posmakują… - Paweł zrobił się nagle blady na twarzy. - Więc mogę zabrać dla siebie…? – Tomasz oblizał wargi. - Ta, smacznego… - Kuszenko pożegnał kumpla. – Dobra, bierzmy się do roboty. - A co z tym? – Pielgrzym szturchnął miastowego. - Weźmiemy ze sobą. Chce mieć artykuł, to będzie go miał…

. . .

Przy polnej drodze, tuż za budynkiem gminy w Siekierkach, w wysokiej trawie murszczały resztki domowego pieca. Gołe fundamenty rysowały rozmiary chałupy. Niedaleko ruin walały się płaty papy i zgniłe belki. Pod dzikim bzem zachowała się stara, betonowa studnia. Piwnica była cała w gruzach. W miejscu gdzie niegdyś musiało być wejście, teraz, w zawalisku z cegieł dostrzec można było niewielki prześwit. - Za mały otwór – ocenił Maciejas podając znachorowi lornetkę. – Pies tamtędy nie przejdzie… - Za to w sam raz dla nietoperzy… - Cholera - zaklął Toporek. Wschodzące słońce jak na złość skrywały chmury. – Myślicie że już wróciły? - Jeżeli tak, to nie wyjdą. Pogoda niepewna… W momencie gdy czterej staruszkowie naradzali się skryci w zaroślach, warszawiak siedział w otwartych drzwiach furgonetki i zawzięcie notował: „ Mikołaja Kuszenkę, dziwnego staruszka cieszącego się pośród miejscowych mianem znachora spotkałem w umówionym miejscu, na uroczysku…” Tu rzecz jasna zmyślał. No bo kto normalny chwaliłby się ucieczką przed rozwścieczonym tłumem degeneratów, noclegiem na drucie kolczastym już o latającej staruszce nie wspomniawszy. „… staruszek przywitał mnie odziany w zielonkawy sweter, szarą kamizelkę i grube onuce zrobione z koca i dętki rowerowej. W mętnym spojrzeniu znachora skrywana była…” Reporter przerwał na moment swa inwencję twórczą. Uważnie spojrzał na Kuszenkę który kończył właśnie dłubać w nosie i z zaciekawieniem lustrował kleiste znalezisko które zaraz rozsmarował o ortalionowe spodnie. „…w mętnym spojrzeniu znachora skrywana była życiowa mądrość nabyta w ciągu wieloletnich, znachorskich praktyk…” Mężczyźni wrócili do auta. Przez tylne drzwi wytaszczyli drewnianą skrzynię i cztery kusze. - A to na co? Na lisy? - Nie na wampiry – machnął ręką Paweł. - Wampirów nie ma – parsknął pisarzyna. - Ta? To po czym to jest? – Mikołaj pokazał osmoloną czaszkę z przerośniętymi bocznymi kłami. Z oczodołów coś kapnęło na ziemię. Mózg? Pomyślał miastowy i zwymiotował. - Wy… Wy jesteście sataniści! - jęknął. – Miałem o leczeniu pisać… Jezuuu! - Facet nic nie kuma – zdziwił się Maciej. – Pokażemy mu klaser ze zdjęciami? Przynieśli, pokazali. Głównie czarnobiałe. - O, to ja mój tatko i mój dziadziunio – pochwalił się Kuszenko. - A to? To oparte o furmankę? - Wąpierz. Tatko go do wozu przybił bo się wyrywał i dużo zdjęć napsuł. - A te kupki popiołu? - Też wampiry, ale martwe… Sprytne fotomontaże, pomyślał. Prawie dałem się nabrać. I tak wydawnictwo dla którego pracował nie raz publikowało przeróżne fotokopie, a zdjęcia tych dziwaków wyglądały na nieźle zaaranżowane. - A na tej fotografii mój dziadek ujeżdża wilkołaka… - Czyli polowanie na wampiry to rodzinna tradycja? – pisarzyna z trudem ukrywał rozbawienie. - Dziadek był znachorem to mnie i trochę czarów naumiał… - A ojciec? - Ojciec..? – Mikołaj podłubał w uchu. – Ojciec był łowcą potworów… Jeździł z kumplami i polował, a kiedy wracał to z kuszy dawał postrzelać i wampiry z gminy wyganiać. Aż tu którejś nocy tatkę i jego brygadę ubiły wilkołaki. Matka zmarła w rok później, ze zgryzoty i wtedy dziadek zabronił z kuszą po lasach biegać… - Długo nie wytrzymał – wtrącił Toporek, - bo po miesiącu tośmy ze dwa rody wampirów rozpieprzyli… - To one się na coś dzielą? - Pewnie że tak! Są mistrzowie i takie tam pachołki – tłumaczył Maciejas. – Ci pierwsi są najgroźniejsi. Jedno ukąszenie i jesteś jednym z nich, no, chyba że cię całego zeżrą. Ale sam przemieniać ludzi w wampiry już nie możesz, taki defekt w ewolucji… - Dobra, kapuję, a skąd się biorą mistrzowie? - Z grzeszników lub tych co zmarli tragicznie z przekleństwem na ustach wobec Boga… - odrzekł Pielgrzym. – Często z nie poświęconej ziemi wyłażą… - Chwila – zreflektował się warszawiak, - jeśli to prawda z tym zarażaniem innych to ludzkość już by nie istniała! - Mistrzowie są jak pająki – mówił znachor. – Wystarczy mu jedna ofiara aby być sytym. Byle kto, dziecko, bezdomny nawet psa zeżre do kości. I wtedy zapada w letarg. Jeśli mowa o przemianie ludzi w krwiopijców, robi to w według określonego planu. Kompletuje swą świtę tylko z wybrańców. Wampiry posiadają także swoich sympatyków. - Kogo? - Zwykłych ludzi – tłumaczył Paweł, - którzy służą im by móc później zostać wampirem. - Często we własnych domach skrywają całe stada wampirów. Dlatego trudno je wytropić – dodał Maciej. - Tym na nich polujecie? – wskazał na kusze. - Nie zawsze – zastanowił się Mikołaj. – Jeśli tylko masz krzyż, osikowy kołek czy słoneczko na niebie to jesteś góra. - Fajnie. A skąd wiecie który to mistrz a który nie? - Mistrz często przemieszcza się w postaci wilka lub nietoperza. I tylko nocą. Za dnia polują tylko te zwykłe… Warszawiak zerknął w stronę piwniczki. - Spokojne, he, wschód słońca jest dla nich człowieku najbardziej zabójczy – uspokoił Maciejas. – A jeśli chodzi o mistrza, to ma lepszą trumnę przyszykowaną, he he he, a jak się go przypiecze na słoneczku to pozostaje po nim coś takiego – pokazał czaszkę. – Paszcza pełna jest kłów jak u pierniczonego rekina! Zwykłe mają tylko dwa po bokach… - A z bab robią się wampiry? Na filmie widziałem… - Te są najgorsze! Najpierw zgwałcą a później zabiją… Albo na odwrót – zamyślił się Paweł. - Pan panie Pawle - dziennikarz zmienił temat – rozumiem że także ma rodzinne tradycje w polowaniu na demony? - E tam! Ja żem początkowo nie wierzył w te opowieści o wampirach i innych takich. Dopiero po tym jak w we wojnę Ufo koło Kępin rąbnęło… Już wcześniej ludzie gadali że zieloni w okolicy siedzą ale mało kto wierzył. - Macie tu kosmitów? - Tak, od czasów Sobieskiego – wzruszył ramieniem Mikołaj. - I nikt nie próbował się ich pozbyć? - Zanim się nasi znachorzy kapnęli zieloni zdążyli się wymieszać z tymi z Kępin i Siekierek. I tak już zostało. - A, to ci złomiarze...? – przypomniał sobie miastowy. - Złom zbierają na nowy statek… Ostatni w wojnę zbudowali ale zaryli w ziemię. - Pamiątkę mam nawet – pochwalił się Toporek. – O, taką siekierę we wraku znalazłem… Siekiera, na oko, była zwyczajną siekierą. Niewielki obuch, ostrze lekko wyszczerbione, stylisko nadpęknięte w kilku miejscach. Staruszek zamłynkował i trafił w sporawy kamień. Głaz pękł na niezliczoną ilość odłamków. Pisarzyna z uwagą obejrzał ostrze. Nawet nie stępiało. Rozmowa ciągnęła się długo, opowieści o eliminowaniu potworów umilali sobie pieczonymi żabami. - Niedobrze mi… - czknął warszawiak i odłożył nadgryzionego płaza. Mikołaj zlustrował posiłek. - Nic dziwnego. To nie żaba, a ropucha. Ido tego surowa… Pisarzyna zgiął się w pół i zwymiotował pod siebie. Staruszkowie zarechotali wesoło. - Eee, to drużynę żeście we czwórkę skombinowali..? - Gdzie tam, drużyna to dopiero po komunie powstała… - Mikołajowi powoli wracały wspomnienia. - W osiemdziesiątym dziewiątym – dodał Paweł. - Ta, chyba po zlikwidowaniu żyrzyńskich duchów w dworku… Sołtys podarował mi książkę o Inkwizycji. Namazane było tam, że w średnim wieczu Kościół założył Drużyny Łowców Wampirów. A mój ojciec był przecież łowcą, więc rodzinne tradycje należało zacząć kontynuować. - Więc my z Mikołajem bilety na pielgrzymkę i siup do Rzymu…

. . .

Rzym. Rok 1989… - O kurwa! Ale pobojowisko - ruiny Forum Romanum robiły nie małe wrażenie. Kuszenko przeżegnał się zamaszyście. – Musi co trzęsienie ziemi… - Albo kibice z Anglii – Toporek wskazał na Koloseum. - Żeby tak stadion zdemolować. Jak trafimy do tego Watykanu to jak dowiemy się gdzie jest nabór na łowców? - Może spytamy? - Umiesz po włosku? - Tylko po łacinie… E, Cezar rozumiał to i oni się pokapują. - Nim rozpoczniemy zwiedzanie – usłyszeli głos swojego przewodnika, - przespacerujemy się do najmniejszego państwa świata, Watykanu… Panowie, już ruszamy. Proszę nie odstępować od kolumny. Rzym to duże miasto… Na plac św. Piotra dotarli po godzinie marszu. Uwagę staruszków od razu przykuł jeden z wielu barwnie odzianych wachmanów. Strażnik stał sztywno niby posąg i tak samo jak posąg skory był do rozmowy. - Cholera, musi wypchany… - zdenerwował się Paweł. - Na, popatrz! – Mikołaj rozpiął sportową torbę. Zaleciało spalenizną, ze środka wypadła okopcona czaszka. – Mamy fanty dla szefa! - Wartownik zaczął na przemian krzyczeć i wymiotować. - Chodu! – Paweł pchnął kumpla; puścili się biegiem przez miasto. Ucieczkę zagrodziła im rzeka. Skoczyli. Woda Tybru była zimna i rwąca. Po dwudziestu minutach bezsensownego płynięcia pod prąd obu niedoszłych łowów zgarnęła wodna glinażeria.

. . .

Obudzili się w przytulnym pokoiku, w osobnych łóżkach. Pod ścianą w bujanym fotelu siedział siwowłosy staruszek. Przyglądał im się uważnie poczym życzliwie uśmiechnął. - Witam panów. Jak się spało? – obcy mówił płynnie po Polsku. - To nie jest więzienie? – spytał Mikołaj. - Mało brakowało. Na szczęście i w policji mamy zaufanych ludzi. - To znaczy że… - Witam w Kwaterze Łowców Wampirów. Nazywam się Benito, i zapraszam na obiad.

. . .

Po sytym posiłku poprowadzono staruszków długim korytarzem. - Nie jest łatwo znaleźć się wśród nas – mówił Benito. – Po raz pierwszy spotykamy się z takim zacięciem ze strony cywilów… Te czaszki, nie powiem, zrobiły na nas spore wrażenie. Ale nie będę ukrywał, odwaga to nie wszystko. Liczy się dusza. Dlatego pierwszym krokiem w nasze progi jest spowiedź. - Spowiedź? – zdziwił się Paweł. Odkąd złamał nogę na kościelnych schodach był na bakier z Panem Bogiem. - Oczywiście! Łowcą może zostać tylko osoba mocno wierząca… Oto pokój spowiednika. Po wyznaniu grzechów udacie się panowie na spoczynek. Zapraszam. W kaplicy nie było konfesjonału. Na stole przy którym siedział duchowny stał jedynie metalowy krzyż i Biblia. Paweł wszedł pierwszy. Kapłan skinieniem głowy zaprosił staruszka do fotelu obok. Spowiedź nie trwała długo. Ledwie Toporek skończył, ksiądz zrobił się blady i zaczął się trząść. Wytrzymał jednak do końca i nawet sam rozgrzeszył. Nerwy puściły mu dopiero przy mikołajowych występkach. Duchowny zaczął kląć coś po włosku i rwać na strzępy Pismo Święte. Drzwi do kaplicy otworzyły się z hukiem. Kilku sanitariuszy powaliło księdza na ziemię, poczym zapakowali go w twarzowy kaftanik i ponieśli w nieznane.

. . .

- To potwory! – krzyczał Benito. – Te całe historie z obrzezywaniem wilkołaków i patroszeniem kosmitów… - Jeśli mówili szczerze, Bóg przebaczy… Dobrze wymyśliłeś z graniem na czas z tą spowiedzią - Biskup Podziemnego Watykanu potarł spocone czoło. – Co o nich wiemy? - Ten dziadyga w onucach zamiast butów to Mikołaj Kuszenko, znany jest w kręgach spirytystycznych. Ciąży na nim niejedna klątwa biskupia za pokątne znachorstwo, ożywianie trupów, spalił kilka kościołów… Ten drugi, niejaki Paweł Toporek, kilkakrotnie ciągany po sądach z powodu kradzieży drwa. W osiemdziesiątym drugim oskarżony o próbę wykarczowania Puszczy Kampinoskiej. Śledztwo umorzono z braku dowodów… I znaleźliśmy przy nim cos takiego. - Siekiera? Jak oni ja przemycili przez lotnisko? - Nasi specjaliści dokładnie ją przebadali. Nie jest to zwykły metal, przynajmniej nie do wykrycia w bramkach na lotnikach… Nawet najwyższa temperatura nie dokonała żadnego uszczerbku na tym narzędziu. Tylko diabelski ogień mógł coś takiego wykuć! - Chryste… - W naszych szeregach nigdy nie było odmieńców. I…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych