Wróć do katalogu

Łyskawka i Księgi Mądrości

Gdy magia ściera się z technologią, może pozostać tylko jedno z nich.

Gwiazda Piołun, opublikowano , 1 godz. 49 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Targowisko w wiosce położonej szesnaście mil od zamku Kalisia było jak zwykle ruchliwe. Ludzie przemieszczali się między umieszczonymi na kółkach wozami-straganami, wybierając jadło, uzbrojenie, leki i tak dalej. Od czasu do czasu przemykał jakiś złodziej, którego zręczne palce próbowały zwinąć coś nie coś z niepilnowanych wózków. Niektórzy tracili więcej niż łup.

Jeden ze straganów, po brzegi wypełniony takimi rzeczami, jak kawałki zbroi, pergaminów, broni, stał nieco na uboczu. Pilnowała go dziewczyna w lekkiej, błękitnej zbroi poznaczonej srebrnymi pęknięciami. Wyglądała na niespecjalnie zainteresowaną, czy ktoś coś kupi, czy nie.

W pewnym momencie przy wózku pojawiła się grupka osób. Dziewczyna wzdrygnęła się, gdyż nie wywołali żadnego dźwięku, kiedy podeszli. Zmierzyła ich od stóp do głów, ale nic nie powiedziała. - Sprzedajesz mapy? - zapytał mężczyzna na przedzie. Nosił czerwony płaszcz, wyglądający jakby był zrobiony z dymu, oraz ozdobny hełm, zakrywający całą twarz poza oczyma i ustami; wokół oczu, ust i na skroniach metal przechodził z czarnego w złoty. Chwilę potem zauważyła czarny szal, owinięty wokół twarzy. - Możliwe - mruknęła, spoglądając na nich spode łba. - Ale nie wiem, czy coś sprzedam takim dziwakom... Następne, co zapamiętała, to siarczyste uderzenie otwartej dłoni na policzku, uderzenie o ziemię i zimny metal na gardle. - Bezczelny robak - warknął inny mężczyzna. Był wyższy i miał sięgające ramion czarne jak pióra kruka włosy. - Spłoniesz w moim ogniu - jego broń zaczęła lśnić, ale mężczyzna z tyłu mruknął: - Odstąp, Ignotus. Szukamy mapy, a nie rozlewu krwi. Ponawiam pytanie: sprzedajesz mapy? - Tak - jęknęła dziewczyna, podnosząc się. Otarła krew z kącika ust. - Szukamy mapy wszystkich podziemi na wschodzie i południu. A cena nie gra roli. Dziewczyna sięgnęła do wózka, wyjęła parę skrawków pergaminu i podała im. Mężczyzna, który ją uderzył, wziął je i schował do sakwy. - Sangvine, zapłać jej i nie zapomnij o leku - powiedział człowiek w szaliku i cała grupa odeszła, pozostawiając za sobą mężczyznę nazwanego Sangvine'em, który podał dziewczynie małą, błękitną fiolkę i powiedział, wskazując na krew na jej ustach: - Wypij, to przestanie lecieć. Spojrzała na flakonik podejrzliwie, ale wzięła go i wypiła. Kiedy w jej ustach zniknął ostatni łyczek, krew przestała lecieć, ale sama dziewczyna zamknęła oczy i opadła łagodnie do tyłu. Sangvine podtrzymał ją i położył za wózkiem. - Słodkich snów - mruknął, odchodząc.

W pewnym momencie, grupa przechodziła obok stoiska z niewolnikami. Była to duża budka bez jednej ściany, zbita tak, aby było widać dobrze cały „towar”. Wzrok przywódcy ściągnęła postać, siedząca pod drewnianą ścianką. Była bardzo wychudła, widać to było pomimo zbroi, jaką nosiła. Pancerz zakrywał jej tors, na rękach i nogach miała pojedyncze osłony. Twarz skrywał nietypowy hełm; był identyczny, co ten noszony przez przywódcę grupy, ale złoty metal zastąpiono zielonym. Podobnie jak u niego, spod hełmu widać było tylko usta i oczy, jednak pochylona głowa postaci nie pozwalała ich dojrzeć. Postać wyglądała na skrajnie wyczerpaną albo załamaną. - Zaczekajcie tutaj – polecił swojej grupie przywódca i podszedł do postaci. Handlarz, otyły człowiek w łachmanach, pomyślał, że chce obejrzeć niewolników, więc nie zareagował. Człowiek nachylił się nad kobietą i szepnął jej w ucho: - Przez chwilę nic nie mów i nic nie rób – po czym wstał i zapytał: - Skąd ją masz? - Z Kresów Wschodnich – mruknął handlarz, przypalając fajeczkę. – Krążyła po polu bitwy, odziana w tę zbroję. Sądzę, że szukała poległego męża i odziała się dla ochrony przed niedobitkami. - Na ile ją wyceniasz? - Nie pożyje już długo… Myślę, że pięćset sztuk złota. - Jeśli pozwolisz mi zatrzymać też jej zbroję i uzbrojenie, dostaniesz siedemset. - Ależ oczywiście, szanowny panie – z handlarza zaczęła bić typowa dla tego zawodu, obłudna służalczość. – Ty! – krzyknął na kobietę. – Podejdź no tu! Kiedy wstała, założył jej łańcuchy na ręce i nogi, a potem, gdy przybysz zapłacił, poszła za nim. Gdy znaleźli się już poza zasięgiem handlarza, człowiek zrobił coś dziwnego; przyłożył dłoń do łańcuchów i stopił je ognistą kulą, którą wyczarował w dłoni. Kobieta spojrzała na to oszołomiona. - Chodź szybko i nie oglądaj się! – syknął, wskazując jej na stojący na drodze wóz. Dotarli tam i kobieta weszła do środka. Siedziała tam już grupa przybysza. - Dziękuję – powiedziała, kiedy zdjęli jej hełm. Miała krótkie, czarne włosy sterczące w kosmykach jak igły jeża, trójkątną twarz i niewiarygodnie zielone oczy. – Cieszę się, że… - To ja się cieszę – przerwał mężczyzna w czerwonym płaszczu, - że cię spotkaliśmy… generale Amaja. Dziewczyna zamarła w bezruchu. - Skąd znasz…? - Sława o tobie dotarła już na wiele mil od Rusi. – rzekł zdejmując szal i hełm; dziewczyna wciągnęła powietrze na widok jego twarzy. - Ale znam cię też osobiście. Pozwól, że ci się przypomnę… - ukłonił się przed nią. – Nazywam się Vito Zmierzch.

Kiedy dotarli do miejsca, gdzie Vito i jego grupa mieszkali, zdjęto z dziewczyny zbroję, zaprowadzono do łaźni i pozwolono się umyć. Wyszła ubrana w ciepłą szatę i została zaprowadzona do komnaty, gdzie Vito rezydował. Sala była zbudowana z szarego kamienia. Była wysoka na piętnaście stóp, ale wydawała się jeszcze większa. Z sufitu zwisały trzy żyrandole, na ścianach połyskiwały złote świeczniki. Po prawej znajdował się kominek, pod lewą ścianą stały regały pełne ksiąg. Vito stał na balkonie komnaty; nie odgradzały go żadne drzwi ani kolumny, była to duża, prostokątna dziura w ścianie wychodząca na wzgórza znajdujące się za zamkiem. Vito odwrócił się, kiedy weszła. - Jak tam? – zapytał. – Już wydobrzałaś? - Mniej więcej – powiedziała, pokazując mu ranę na ramieniu. – Dobrze, że mnie znaleźliście. Nie wiem, czym nasączono ostrze, którym ją zadano, ale nie chciała się goić. Całe szczęście, że miałeś swojego zielarza pod ręką. Weszli Sangvine, Ignotus i jeszcze jeden człowiek, o blond włosach i niebieskich oczach. Ignotus niósł tacę z jedzeniem: chleb, mięso, parę dodatków i kielichy. Postawił to na stole, stojącym pośrodku sali, a Amaja usiadła na jednym z drewnianych krzeseł i zaczęła jeść, kiedy Ignotus wyłożył talerze. Vito usiadł naprzeciwko, Sangvine po jego lewej, Ignotus po prawej, a blondyn obok Amaji. - Proszę mi powiedzieć, panie Zmierzch… - Mów mi Vito – uśmiechnął się. - Skąd wiedziałeś, jak się nazywam? I dlaczego mi pomogliście? - Już ci powiedziałem, że legendy o tobie dotarły i do nas. Byłaś wspaniałym dowódcą, chyba jedyną w swoim rodzaju. Żołnierze bali się używać twego imienia… - zachichotał cicho. - Nazywali ciebie „Panią Spalonych Lasów”, „Władczynią Pól Bitewnych” i „Siewcą Sierot”. Ale znam cię też od innej strony – pochylił się ku niej. – Przypominasz sobie mnie? Stare, dobre czasy z gildii? Amaja spojrzała na niego, mrugnęła dwa razy i nagle zakryła usta dłonią, upuszczając kawałek chleba. - Pamiętam! – szepnęła. – Byliśmy na jednym roku! - No właśnie – uśmiech Vita jeszcze się poszerzył. – Pamiętasz ognisko z okazji zakończenia nauki?

Amaja sięgnęła myślą wstecz, do swojego ostatniego dnia w gildii magów. To był wieczór na dzień przed ceremonią zakończenia nauk i zdjęcia z nich zakazu używania czarów. Siedzieli w lesie na terenie gildii. Znajdowała się tam skała w kształcie spirali. Młodzi czarownicy tańczyli i śpiewali przy ognisku. Nikt nie używał czarów, aby nie podpaść magom, ale czuli już dreszcz wolności na czubkach palców. Tego wieczoru, Amaja siedziała ze swymi dwoma najlepszymi przyjaciółmi, Vitem i nieżyjącym już Klemensem Brzozą. Klemens już leżał, ale Vito, który w trzeciej klasie założył się, że do końca gildii nie tknie ani łyczka alkoholu, siedział spokojnie plecami do Amaji, obserwując Księżyc na niebie albo bawiących się przyjaciół. - Vito? – zapytała w pewnym momencie Amaja. - Hmm? – mruknął, nie odwracając się. - Przyrzekniesz mi coś? Jeśli kiedyś będę w potrzebie… a Klemens nie będzie mógł mi pomóc… przyjdziesz i uratujesz mnie, dobrze? Vito spojrzał na nią, jakby za dużo wypiła. Ale potem wzrok mu się rozjaśnił; w końcu Amaja miała talent do wpadania w kłopoty. - Obiecuję – kiwnął głową. Amaja uśmiechnęła się i zasnęła.

- Rozumiesz teraz? – zapytał Vito, kiedy Amaja znów na niego spojrzała. – Dopełniłem obietnicy. Byłem w pobliżu, gdy byłaś w potrzebie. I pomogłem ci. Teraz ja będę miał do ciebie prośbę – wychylił się w jej stronę. – Postaraj się uwierzyć, że to o czym mówię, jest możliwe. Bractwo, Zakon i Federacja zostały zjednoczone. - O czym ty mówisz? - Ci, którzy spisali trzy Księgi Mądrości są teraz w mojej garści. Sojusz liczy miriady żołnierzy należących dawniej do nich. Potrzebny mi jest dobry dowódca dla naszych wojsk. - Chyba wciąż nie rozumiem – powiedziała niepewnie Amaja. Vito westchnął i przyłożył jej palec do czoła. Nic nie błysnęło ani nie huknęło, ale Amaja zrobiła taką minę, jakby zobaczyła wielkie pole bitwy. Kiedy Vito cofnął palec, powiedziała: - Jakim cudem ci się to udało? Byli skłóceni od wieków! - Mam dar przekonywania i jednoczenia ludzi – powiedział. – Byłem z tego znany już w gildii. I zapominasz o tym, z czego słynąłem naprawdę. Kocham wszystko, co zdobyczne. Nie cenię czegoś, co sam zrobiłem… Wolę to, co zdobyłem w boju albo rozmowie. Z przewagą na to pierwsze. Więc jak? Chcesz zostać generałem wojsk Sojuszu? Amaja patrzyła na niego przez długą chwilę, a potem uśmiechnęła się, odsłaniając nietypowo zaostrzone kły – cechę, która łączyła ją i Vita. - Stoi – powiedziała.

Z dala od miejsca tych wydarzeń stał zamek Kalisii. Przez wiele lat pusty, teraz wracał do dawnej świetności. Między zamkiem a jego murami istniała osada, w której kwitł handel, zaś z dala od osiedli mieszkali rolnicy uprawiający pańską ziemię. W zamku kończyły się porządki po ostatniej bitwie. Rok wcześniej, czarownik Kadmus Seledine i jego wojska zaatakowały zamek, jedno z ostatnich przęseł ich mostu do podboju kraju Lecha. Ale Seledine nie przetrwał nawet dwóch dni w zamku – Vito, jego nowo zyskany przyjaciel, rycerz Łyskawka i czarodziejka, Monika Kwarc, odnaleźli Ostrze Świtu i przywrócili pokój w okolicy. Ostrze pozostawało w rękach Łyskawki, który, wolą ludu, został wybrany na władcę Kalisii. Monika również pozostała w zamku, rozwiązując problemy z pomocą magii. Natomiast Vito, który przed wygraną zdradził ich, jednak wrócił po kłótni ze Skogulem, towarzyszącą im wiwerną, odszedł wkrótce po śmierci Seledine’a i tyle go widzieli. Łyskawka wiedział, gdzie znajduje się jego dom, ale nikt nie potrafił przezwyciężyć ciążących na nim zaklęć chroniących przed wejściem, dlatego nie wiedzieli, gdzie teraz jest Vito. Ludzie służący w zamku zdążyli przez rok wynieść gruz powstały podczas walk, wyremontować belki podtrzymujące stropy, uprzątnąć zbutwiałe meble, przesypać skarby ze starych skrzyń do nowych, wreszcie wysprzątać stare, zgniłe zapasy ze spiżarni i przynieść nowe. Łyskawka i Monika kręcili się to tu, to tam, pomagając ludziom dzięki magii. - Monika, możesz podejść? – zapytał Łyskawka. – Trzeba otworzyć ciężkie drzwi. - Idę – odparła Monika, odwracając się ku wyjściu z sali. Na korytarzu za drzwiami stał Łyskawka, noszący błękitne szaty i około tuzina ludzi mocujących się z wielkimi, drewnianymi drzwiami. - Co wy byście beze mnie zrobili? – uśmiechnęła się Monika. Łyskawka skrzywił się, ale faktycznie, w kwestii otwierania zamkniętych drzwi była bardzo przydatna. Próby otwarcia ich ogniem i powietrzem nie odniosły skutku. Aby je otworzyć, trzeba było znać magię ziemi, pozwalającą nadkruszyć mury przy zawiasach; a tego Łyskawka jeszcze nie opanował na tyle, aby przy okazji nie rozwalić ściany. Monika podeszła, przystawiła palce do ściany i po chwili siatka pęknięć pobiegła dookoła zawiasów; drzwi opadły z hukiem na podłogę. Wewnątrz znajdowała się sala wypełniona przez szafki i półki pełne pergaminów. Ludzie podeszli do nich, przedzierając się przez wieloletni kurz i pajęczyny i sprawdzili je. Niektóre rozsypywały się w dłoni, inne miały dziury, ale większość pozostała nietknięta. - To wszystko mapy, panie – powiedział jeden z ludzi. – Tu musiała być siedziba kartografów – dał mu jeden z pergaminów, a kiedy Łyskawka go rozwinął, zobaczył starą mapę Kalisii. Od razu zorientował się, że już jest nieaktualna, bo zasięg miasta był o wiele mniejszy. Łyskawka zwinął mapę. - Zrobimy tak: niech pięcioro z was przejrzy te mapy i zostawi tu aktualne. Resztę wyniesiemy do archiwów pod zamkiem. - Tak jest – ludzie zabrali się do ściągania map z półek i przeglądania ich.

Nagle usłyszeli świst i zamkiem targnął huk. Z sufitu odpadło trochę kamieni, kilka spróchniałych szafek pękło. W witrażu ozdabiającym jedno z okien wypadły szybki, roztrzaskując się na posadzce. Na zewnątrz usłyszeli przerażone krzyki. Pobiegli do najbliższego balkonu i wyszli na zewnątrz. Wszystko wskazywało na to, że coś wybuchło na polu za miastem. W ziemi widniał głęboki, rozłożysty krater, z którego ulatywał ciemnoszary dym. Pokrywały go zwały ziemi i ciemny nalot. Ludzie podchodzili do niego ostrożnie. Łyskawka, Monika i ich ludzie zbiegli po schodach zamku na dół i wyszli na zewnątrz. Strażnicy zamkowi odciągnęli ludzi od krateru i sami podeszli bliżej, celując w niego włóczniami. Widząc jednak, że w środku nic nie ma, opuścili broń i weszli do środka, rozglądając się za tym, co mogło spowodować wybuch. - Może wojska Seledine’a coś zostawiły? – zasugerował jeden z ludzi. - Jeśli tak – zapytał Łyskawka, podchodząc bliżej, - to czemu wybuchło teraz, a nie kiedy orano ziemię? - To przyleciało stamtąd – powiedział jeden z rolników, podchodząc do nich i wskazując palcem na niebo ponad lasem. Łyskawka, podążając za jego palcem, zauważył, że nad lasem unosi się jeszcze ledwie widoczny dym. W dodatku wydawało się, że cokolwiek to było… - …mogło nadlecieć znad chatki Vita – dokończył na głos, odwracając się i idąc w stronę stajni zamkowych. - Gdzie idziesz? - Jeśli mam rację, Vito będzie w swojej chatce i albo będzie wiedział, co to było, albo będzie potrzebował pomocy.

Łyskawka, Monika i przyboczna gwardia w sile siedmiu osób pogalopowali w stronę, gdzie znajdowało się wejście do chatki Vita. Aby do niej wejść, trzeba było znać przejście przez jaskinię, prowadzącą na polanę przy strumieniu. Łyskawka zastanawiał się jednak, czy zaklęcia, z którymi ostatnio walczyli, wciąż działają. - Myślisz, że będziemy mogli wejść do środka? – zapytał Moniki, kiedy już przystanęli. - Czary chroniące dom czarowników – powiedziała Monika – chronią je dopóty, dopóki uznają oni to miejsce za swój dom. Jeśli Vito osiedlił się gdzieś indziej, to nie ma powodów, aby zaklęcia wciąż działały. Łyskawka uniósł Ostrze Świtu i podszedł bliżej krzaków. Dotarł do jaskini, wziął oddech i zrobił krok naprzód. Nic się nie stało, nie został odtrącony ani zablokowany – a to było najłagodniejsze, czego się spodziewał. - Wchodzimy – skinął palcem na swoich towarzyszy i weszli do jaskini. Jaskinia była zaciemniona; kryształki, które oświetlały ją przy wyjściu na polanę leżały potrzaskane na ziemi. Pochodni nie było. Łyskawka i reszta doszli do końca jaskini i wyszli na polanę. Nie zmieniło się tu nic, żadne drzewo nie było przewrócone, nie wyrosła żadna nowa roślina; Łyskawka poczuł się tak jak wtedy, kiedy wraz z Vitem miał omówić plan ocalenia Kalisii. Chatka stała na lewo od wyjścia. Kiedy ostatni raz ją widział, Vito stworzył wokół niej iluzję, przez co wyglądała jak po pożarze; teraz stała nietknięta, dach połyskiwał w słońcu, ściany były całe. - Wchodzę pierwszy – powiedział Łyskawka, kładąc rękę na klamce i otwierając drzwi. Poczuł rozczarowanie, gdy zobaczył stan mieszkania. Łóżko, krzesło, stół, półki były zniszczone przez robactwo, ognia w kominku dawno nikt nie palił, zapasy zniknęły, na podłodze pokrytej kurzem leżała strzaskana butelka wina; płyn wsączył się w podłoże, pozostawiając krwistoczerwoną plamę. - Był tutaj – powiedziała Monika. – Zabrał całe jedzenie i wyposażenie. - Zauważyłaś? – zapytał retorycznie Łyskawka, podchodząc do łóżka i podnosząc pościel. - Czego szukasz? - Czegokolwiek, co pozwoli nam go znaleźć. On, Monika i jeden z żołnierzy przeszukali mieszkanie od dziur w posadzce do belek dachu, ale nie znaleźli niczego. Wyglądało na to, że Vito albo nie miał konkretnego celu, opuszczając dom, albo dobrze go zamaskował. Z poczuciem beznadziei i porażki, drużyna opuściła chatkę i polanę.

Przez całe dwa tygodnie Łyskawce po głowie chodziło tylko odnalezienie Vita. Nie mógł się pozbyć okropnego uczucia, że nie opuścił on chatki dobrowolnie. - Daj sobie spokój z Vitem – próbowała go przekonać Monika. – Zdał gildię ze wszystkimi odznaczeniami, nie licząc tych za bezinteresowność. Da sobie radę. Łyskawka zwykle się z nią zgadzał, lecz odruchowo spoglądał w okno, przez które było widać chatkę, ilekroć obok niego przechodził.

Zbliżał się dzień targowy w Kalisii, podczas którego za murami miasta zbierały się tuziny straganiarzy rozwożących swój towar. Łyskawka obiecał Monice, że wybiorą się tam razem i znajdą jakieś ładne uzbrojenie dla Moniki. Ważny był materiał – koniecznie musiał zawierać odrobinę węgla, który był substancją szlachetną – przewodził i wzmacniał magię czarownika. Zgodnie z prawem, króla musiał ochraniać mały oddział, więc Łyskawka zdecydował się zabrać czterech żołnierzy, choć nie uśmiechało mu się podążać za Moniką z taką obstawą – w tłumie, gdyby ktoś chciał go zaatakować, i tak by go nie wypatrzyli. Zakładał właśnie napierśnik i dopinał płaszcz, kiedy nagle do komnaty przez okno wleciała biała kula światła. Stojący przy drzwiach żołnierze natychmiast doskoczyli do niego, mierząc włóczniami w dziwne zjawisko. Do sali weszła Monika, ubrana w powłóczystą szatę barwy kryształu górskiego. - Jestem gotowa, możemy… Och! – zasłoniła usta dłonią, kiedy i ona dostrzegła kulę światła. Wisiała ona w powietrzu na wysokości wzroku Łyskawki, drgając lekko w locie. A potem światło przygasło i Łyskawka zobaczył nietypowe stworzenie. Przez chwilę przemknęło mu przez głowę, że to wiwerna, tak jak przyjaciel Vita – Skogul – ale zaraz jednak dostrzegł różnice w budowie. Skogul przypominał chińskiego smoka, natomiast to coś nie przypominało mu żadnego znanego mu stworzenia. Było wielkości dwóch dużych pięści. Miało białe ciało i wijące się na nim złote symbole, dwie nogi i dwie ręce, zaopatrzone w maleńkie dłonie ze złotymi pazurkami. To, co Łyskawkę najbardziej zaskoczyło, to sześć białych skrzydeł pokrytych piórami – dwie pary unosiły go, a środkowa zasłaniała ciało, jak groteskowy płaszcz - i brak twarzy. Kiedy stworzenie przemówiło, jego głos zadźwięczał metalicznie i rycerz zorientował się, że srebrny owal ze złotym krzyżem, który stworzenie miało na głowie, to hełm. - Pozdrowienia dla ciebie, dobry i miłosierny władco Kalisii, królu Łyskawko. Przynoszę ci wieści od Vito Zmierzcha. Serce Łyskawki przyśpieszyło o dwa uderzenia, podobnie jak i Moniki. - Wiesz, gdzie on teraz jest? – podeszła do stworzenia tak gorączkowo, że potknęła się o swoją szatę i poleciała naprzód; jeden ze strażników podtrzymał ją. - Mój pan chce was zaprosić do swojej nowej siedziby, mieszczącej się w Dołach, trzynaście mil na południowy wschód stąd. Możecie przybyć, kiedy tylko zechcecie. Będzie bardzo zadowolony, jeśli przybędziecie już dziś. - Zrobimy to – powiedziała Monika, a Łyskawka pokiwał głową. – Przekaż mu, że będziemy tam jeszcze po południu. - Z przyjemnością – stworzenie skłoniło się w powietrzu, znów zmieniło w kulę światła i odleciało. Łyskawka spojrzał na Monikę. - Zmień szatę na podróżną, będziemy czekać na placu zamkowym. Albo lepiej załóż swoją zbroję.

Dziesięć minut później grupa wyjechała na koniach z bramy zamkowej, kierując się z drogi głównej w stronę wskazaną przez stworzenie. Ludzie z zainteresowaniem i czcią spoglądali na swojego władcę, ustępując z drogi jego orszakowi. Kiedy tylko znaleźli się poza zasięgiem ich wzroku, Monika i Łyskawka przyspieszyli gwałtownie. Lekko zaskoczona gwardia ruszyła za nimi.

Droga dłużyła się niemiłosiernie. Pomimo pięknej pogody – nie było śladu chmur, świeciło słońce, wiatr ustał – galopowali tak szybko jak się dało, nieczuli na okoliczności przyrody. Oboje chcieli jak najszybciej zobaczyć Vita, dowiedzieć się, dlaczego nie było go od ponad roku. Droga zajęła im kilkadziesiąt minut. Wreszcie znaleźli się w lesie, niedaleko miejsca o którym powiedział im stwór. Tylko że to bynajmniej nie wyglądało na kotlinę i bynajmniej nie wyglądało na to, aby Vito mógł tu na nich czekać. - Rozdzielcie się i przeszukajcie okolicę – polecił Łyskawka. Sam zsiadł z konia i z Ostrzem w dłoni zaczął iść przed siebie. Monika, również w lekkiej, wykutej specjalnie dla niej zbroi, szła krok za nim. - Myślisz, że to oszustwo? – zapytała. - Albo pułapka – odparł Łyskawka. Żołnierze przetrząsali wszystko, w czym można się było ukryć, ale bez skutku. Naraz Łyskawka i Monika wyszli z lasu. Przez chwilę oślepił ich błysk słońca, a potem… - Jasny gwint! – tchnęli oboje, spoglądając na to, co znajdowało się poniżej. Była to głęboka kotlina, przypominająca rozległy krater po bombie, a u podnóża ściany naprzeciwko lasku stał zamek, zbudowany z czarnej skały. Takiej formy Łyskawka ani Monika jeszcze nie widzieli; wyglądał jak wyciosany, a nie zbudowany. Miał liczne wieże o spiczastych dachach i słychać z niego było odgłosy intensywnej pracy. Łyskawka obejrzał się, cofnął o krok i spojrzał jeszcze raz. Kotlina była na miejscu, ale zamek już nie. - Iluzja? – zapytał Moniki. - Chyba. Kontrolując Światło, można tworzyć iluzje obiektów, a dzięki powietrzu można zagłuszyć pewne dźwięki – zawahała się. – Schodzimy na dół? - Musimy – powiedział Łyskawka. Grupa pozostawiła konie w lesie i zaczęła schodzić w dół po ścieżce na zboczu. W kotlinie rosło kilkanaście drzew, większość – przy ścieżce prowadzącej do zamku. Kiedy podeszli bliżej, zobaczyli sześcioro strażników, pilnujących wejścia – potężnej, żelaznej bramy zasłoniętej kratą. Na ich widok strażnicy przesunęli się na skraje ścieżki i zastąpili im dalszą drogę włóczniami. Jeden z ludzi stojących na blance pobiegł w głąb zamku. - Wstrzymajcie się – powiedział Łyskawka, widząc że jego ludzie kładą dłonie na mieczach. Potem zwrócił się do strażnika. – Jesteśmy tu na polecenie Vita. Strażnik skinął głową, ale nie opuścił włóczni. Jednak chwilę potem brama się otworzyła i wyszedł człowiek, stojący wcześniej na blance. Miał na sobie bardzo ozdobny płaszcz w ciemnobrązowym kolorze, białą koszulę, czarne spodnie i buty z cholewą; miał krótkie, ciemne włosy, trójkątną brodę i szare oczy. Do pasa miał przytroczoną szablę. - Witam was – uśmiechnął się na ich widok. – Pan Vito już oczekuje. Proszę za mną. Strażnicy przepuścili ich bez problemu, nawet nie poprosili ich o oddanie broni. Kiedy brama się otworzyła, zobaczyli otwarty plac wewnątrzamkowy, z krużgankami i fontanną pośrodku. Podłoże było brukowane, ściany bogato zdobione. Po placu kręcili się ludzie, głównie żołnierze. Czasem jednak zauważali ludzi odzianych w srebrne szaty, które wydawały się błyszczeć w promieniach słońca. Prowadzący ich człowiek czasem przystawał, aby wydać komuś polecenie. Łyskawce wydawało się, że skądś go zna, że znajome wydają mu się jego ruchy i ton głosu. Nie mógł sobie jednak go przypomnieć. Wówczas to zobaczył. Wysokie na dziesięć stóp stworzenie, wyglądające jak zbudowane z metalu. W pierwszym odruchu uznał, że jest odziane w zbroję; srebrne płyty z żółtymi insygniami na ramieniu osłaniały ciało tak szczelnie, że Łyskawka nie widział niczego spod szpar. Nie widział też dłoni, tylko dwa ostrza podobne do kosy, ani twarzy – tylko owalną osłonę. Stworzenie spojrzało na niego (w każdym razie skierowało głowę w jego stronę) i zniknęło za rogiem. Patrzał za nim jeszcze przez chwilę, a potem otrząsnął się i poszedł dalej. W pewnym momencie zobaczył, że wejdą na wąskie schody. - Zostańcie tutaj – polecił strażnikom. Człowiek prowadził ich w górę, po schodach na szczyt wieży. Było ciemno, schody były wąskie – Łyskawka i Monika co chwilę potykali się na starym drewnie schodów. Wreszcie dotarli na szczyt, wychodząc przez drzwi umieszczone w kamiennej budce. Wieża miała może trzy, cztery metry średnicy; znajdowały się tam trzy czerwono-czarne flagi. Przed nimi znajdował się tron, a na tronie siedział Vito. Zrezygnował ze swojego płaszcza ze skóry zwierzęcej, zamiast tego nosił srebrną zbroję, do której przyczepiony był ten sam czerwony płaszcz, który zabrał ze skarbca Ithrany. Z tyłu tronu, w oparciu znajdowała się jego tarcza z czterema ostrzami. Vito odwrócił się i na jego twarzy wykwitł uśmiech. - No proszę! Łysek, Monika, miło was widzieć. - Vito… niech mnie… co…? – zająknął się Łyskawka, widząc jego twarz. Vito miał kilka blizn na twarzy, największa szła od wargi przez lewe oko i brew, a oczy zrobiły się jaśniejsze.. Podszedł do niego i podał mu rękę; Łyskawka potrząsnął nią i zapytał jeszcze raz: - Co ci się…? - Aaa… Nic – machnął lekceważąco ręką Vito. – Natknęliśmy się na parę wściekłych wiwern podczas jednej z podróży i trochę mnie pokąsały. Bez problemu, to można wyleczyć. Ale na razie – co tam u was? Zamek już wyremontowany? Nikt was nie niepokoi? Zabrał ich na dół, wraz ze swoją służbą; człowiekiem, który ich przyprowadził (skręcił on kilka chwil później) i kilkoma żołnierzami (którym w końcu dał rozkaz odejścia). Po drodze wymieniali wspomnienia z okresu, kiedy Vito opuścił Kalisię. Wreszcie, Monika nie mogąc wytrzymać, zapytała: - Dlaczego właściwie odszedłeś? - Zdradzenie Łyskawki położyło się długim cieniem na mojej reputacji – odparł Vito. – Postanowiłem, ze lepiej zejść Kalisianom z oczu na jakiś czas. - Przecież ci ludzie byli ci wdzięczni za uratowanie ich – powiedział Łyskawka. – Mogłeś zostać władcą zamiast mnie. - Wkrótce emocje by opadły i ludzie spojrzeliby trzeźwym okiem na to, co się stało. A władza nad miastem nigdy mnie nie pociągała. Zawsze wolałem grać drugie skrzypce – dawało mi to większą swobodę. Ale teraz… zresztą, zatrzymajmy się na chwilę, to wszystko wam dokładnie opowiem. Skręcił w lewo i pchnął potężne, dębowe drzwi, otwierając drogę do potężnej sali tronowej. Dzieliły ją kamienne kolumny, tworzące łukowate sklepienie. Przed nimi, na czymś w rodzaju potężnego podestu ze schodków, znajdował się kamienny tron, podobny do tego z wieży. W sali znajdowały się już dwie osoby; wysoki mężczyzna, ubrany w czarny płaszcz; jego krucze włosy sięgały ramion, ale miał też dłuższe pasma, sięgające aż do pasa. Pasma te połączone były supłami z nietypową ozdobą; dziesiątkami małych, srebrnych kółeczek z trójkątnymi wypustkami. Rozmawiał z atletycznie zbudowanym, młodym mężczyzną. W przeciwieństwie do niego, on miał blond włosy sięgające ramion i niebieskie oczy, błyszczące w świetle z wysokich okien w sali. Z jego srebrnej zbroi, którą nosił, wystawało sześć skrzydeł. - Ty nam przyniosłeś wiadomość od Vita! – tchnął Łyskawka, rozpoznając go. - Zgadza się – uśmiechnął się młodzieniec. Łyskawka zauważył trzymany przez niego pod pachą hełm ze złotym krzyżem. – Nazywam się Angelo Seraphine. Pracuję dla pana Vita jako posłaniec. - Pańskie skrzydła… - zaczęła Monika. – One są prawdziwe? - Magiczne – odparł Seraphine, machając demonstracyjnie skrzydłami. – Złączone z moją zbroją. Dzięki nim mogę szybko się przemieszczać, ale wolę korzystać z projekcji mojej postaci – wyczarował w dłoni kulę światła. – Są jak moje oczy, uszy i usta. Dlatego pan Vito postanowił mnie przyjąć do grona swoich ludzi. Mężczyzna o czarnych włosach wystąpił naprzód, aby uścisnąć dłoń Łyskawki. Miał ostre rysy twarzy, szare oczy i sprawiał wrażenie człowieka nieznoszącego sprzeciwu. - Jasper Ignotus – przedstawił się. – Osobisty asystent i dowódca gwardii przybocznej pana Vita. Wyrok śmierci w trzech grodach za podpalenia. - Ignotus pasjonuje się ogniem i wcale mu się nie dziwię – mrugnął do nich Vito. – Ogień to najmniej poznany z żywiołów. Trudno jest przewidzieć jego zachowanie. Łyskawka spojrzał gdzieś ponad głową i zobaczył wiszące na ścianie trzy sztandary; długie pasy materiału, czarne na krawędziach i czerwone pośrodku. Znajdowały się na nim trzy symbole; po lewej na górze klucz założony na nakrętkę, po prawej trzy zębatki różnej wielkości, na dole pod nimi – symbol zębatki, od której biły promienie słoneczne. - Vito, co to jest? – zapytał. Ale zanim nadeszła odpowiedź, drzwi skrzypnęły i weszła kolejna osoba – dziewczyna o czarnych, krzaczastych włosach i oczach jak szmaragdy. Nosiła podłużną szatę, zieloną na dole i przechodzącą w biel na górze, wyszywaną ozdobnymi wzorami. - A, i oto pierwsza po mnie osoba na tym zamku – uśmiechnął się Vito, podchodząc do niej. – Przedstawiam wam Amaję Szept, znakomitą strateg i generał moich wojsk. - Wojsk? – zapytał Łyskawka. – Myślałem, że masz oddział swoich żołnierzy, ale wojska? - I to jest właśnie najlepsze – uśmiech Vita rozjaśniłby najciemniejszą noc. – Przejdźmy może do jadalni? Cała szóstka wyszła z sali i skierowała się na najwyższe piętro zamku. Skręcili do kolejnej wieży i weszli do komnaty Vita. Czekał tam już nakryty stół, przy którym oczekiwał człowiek, który przyprowadził Monikę i Łyskawkę. - Ooo, właśnie, zapomniałem! – Vito klepnął się dłonią w czoło. – Poznajecie naszego starego znajomego, Sangvine’a? Łyskawka i Monika wytrzeszczyli oczy na człowieka. Teraz, kiedy już wiedzieli, kim on jest, łatwiej było im rozpoznać dawnego potwora służącego Seledine’owi. Kiedy spotkali go pierwszy raz, miał krwawobrązową skórę i cztery owadzie nogi; potem Seledine przywrócił mu dwie nogi, w zamian dając skrzydła. Teraz najwyraźniej światło Ostrza, które cofnęło działanie Robaków, przywróciło mu też ludzką postać. Uśmiechając się, strzelił palcami i krzesła odsunęły się łagodnie, kiedy do nich podeszli; wszyscy usiedli przy stole. Sangvine strzelił palcami drugi raz i pokrywy tac uniosły się, ukazując zawartość. Jedzenie wyglądało wyśmienicie; było tu między innymi parę gatunków mięsa, owoców i warzyw, które nie występowały w okolicach Kalisii. Wzięli sztućce do rąk i zaczęli jeść. Przez chwilę słychać było tylko szczęk metalu i odgłosy przełykania. W pewnym momencie Łyskawka, przecinając kawałek bażanta, zobaczył na nożu odbłysk czegoś czerwonego za swoimi plecami. Odwrócił się i zobaczył trójkę sztandarów, niemal identycznych co ten wiszący w sali tronowej; jedyną zmianą było to, że widniały na nich pojedyncze emblematy zamiast grupy trzech. Łyskawka zwrócił się do Vita: - Co oznaczają te symbole? Vito, który akurat podniósł do ust kielich z wodą, spojrzał w stronę wskazywaną przez palec Łyskawki i odstawił naczynie. - No tak – wstał i zaczął krążyć po komnacie. – Chyba czas, aby wam wyjaśnić, jak doszedłem do… tego wszystkiego. W jego żółtych oczach pojawiła się mgiełka, towarzysząca podróżom po wspomnieniach. - Kiedy przemyślałem sobie to wszystko, uznałem, że nie wystarczy mi tylko zniknąć z oczu mieszkańców. To nie pójdzie tak prosto. Musiałem zrobić coś, co na zawsze zapisałoby mnie w historii. Ale co? Seledine został zabity, ale zasługa przypadła tobie, w sumie słusznie. Ostrze Świtu zostało odnalezione, ale gdyby nie twój upór, do dziś leżałoby w skarbcu Ithrany. Nie było już nic, co mogłem zrobić dla Kalisii. Musiałem więc drążyć głębiej. - I zajęło ci to cały rok? – zapytała Monika. - Co? - Zjednoczenie? - Skądże – Vito uśmiechnął się. – Do tego doszedłem w cztery miesiące. - Skąd ten pośpiech? – Łyskawka uniósł brew. - Szczerze mówiąc, dzień przed atakiem Seledine’a byłem w podróży. Wiesz, gdzie? Na wschód od Kalisii. Byłem u przyjaciela z Azji na przyjęciu i tam zagadałem do pewnego starca, który opowiedział mi o swoich przodkach. Jego praprapradziadek wraz z przyjaciółmi wykuli przedmiot o potężnej mocy… Stworzyli Włócznię Wiedzy. - Słucham? - Nasi historycy do dziś nie wiedzą, jak im się to udało. Musieli być bardzo potężnymi czarownikami. Jeden z nich pochodził ze wschodu, drugi z północy, a trzeci z południa. - Brakuje zachodu – zauważył Łyskawka. - No właśnie. Jakie to symboliczne – Zmierzch i zachód, nie? - No więc, co z tą Włócznią? - Włócznia była bardzo silnym narzędziem… Każdy, kto jej użył, uzyskiwał nieograniczoną wiedzę technologiczną. Wiedział, jak działa każda maszyna i jak ją zbudować. I jeszcze coś – potrafiła naprawiać zniszczone przedmioty. Wystarczył maleńki kawałek, nawet spopielony czy zmiażdżony, a to coś zostałoby odtworzone. Wyobraź sobie takie coś w rękach wojownika… Nawet, gdyby setki jego uzbrojenia zostały zniszczone, Włócznia naprawiłaby je! Gdyby zatem wojsko polegało głównie na uzbrojeniu… byłoby niepokonane. - Jak wygląda? - Widziałeś ją, nie pamiętasz? - Że co? - Ithrana. Skarbiec. Szukając Ostrza, widzieliśmy włócznię o dwóch ostrzach, pamiętasz ją? Łyskawka nie pamiętał, ale Monika nagle sobie przypomniała. Tak, kiedy Vito otworzył jakąś szkatułkę, obok niego leżała włócznia na półtorametrowym drzewcu, z jednym ostrzem długim na cztery, a drugim na dwie stopy. Wówczas odrzucili ją na bok, nie znając jej prawdziwej wartości. - Jest w Ithranie? - Nie. Nie, już jej tam nie ma. Po naszym… hm… wejściu Włócznię przeniesiono gdzie indziej. - Dokąd? - Jest dokładnie pod nami. - Znalazłeś ją?! - Niezupełnie. Pod zamkiem ciągną się kilometry jaskiń i tuneli, a jedno z wejść prowadzi do nich z Ithrany. Otwiera się na pierwszy dzień jesieni. Ithranczycy ukryli Włócznię w najniższej komorze jaskiń. Wyciągnęliśmy to od jednego z nich. - Wróćmy do tematu tych symboli – powiedział Łyskawka. – Co one symbolizują? - Aa, właśnie – Vito znowu się uśmiechnął. – Magowie, którzy stworzyli Włócznię, założyli z jej pomocą trzy grupy: Zakon Technologii, Bractwo Mechaników i Federację Przemysłu. Wiecie, oni bardzo się różnili. Mag z Północy cenił sobie narzędzia, które usprawniały pracę Zakonu. Mag Południa był żądny władzy i dlatego Bractwo skupiało się na rozwoju broni. Mag Wschodu, który założył Federację, chciał dobra ludu, którym władał, więc Federacja skupiała się na ułatwianiu ludziom życia. - Gdzie żyli? – zapytała Monika. - Tego nikt nie wie. Krążą legendy, że założyli miasto, nazywane Technokracją, ale nikt tego nie potwierdził. Zresztą, takie potężne osiedle chyba zostawiłoby jakiś ślad w kronikach? - Technokracja – powtórzyła Monika. – Śmieszna nazwa. - Ale logiczna – odparł Vito. – Władza Techniki. Nikt się nie odezwał. - Powstał jednak problem: wprawdzie dzielili się zgodnie Włócznią, zamkniętą w ich twierdzy, ale co zrobić, gdyby została skradziona? Wszelka wiedza zostałaby stracona! Więc postanowili ją spisać. - Księgi Mądrości – rzucił Ignotus. - Tak – Vito wskazał na emblematy grup. – Zakon, Bractwo i Federacja spisały wszystkie swoje tajniki w trzech Księgach Mądrości. Mamy te księgi i stąd wzięły się wszystkie nasze wynalazki. - Wynalazki? – zapytał Łyskawka. - Z niektórymi było bardzo trudno, ale część okazała się łatwa do zbudowania. Trzymamy je w Galerii, naszej, można to tak nazwać, sali trofeów. Chcecie zobaczyć? Wstali od stołu i poszli za Vitem w towarzystwie Sangvine’a i Ignotusa; Seraphine i Amaja gdzieś odeszli. Kiedy dotarli do drzwi, Vito uprzedził ich: - Ostrożnie, w środku jest gorąco. Dobrze, że tylko przechodzimy. Otworzył drzwi. Za nimi znajdowała się ogromna komnata, wypełniona przez grupy ludzi i kanały pełne rozżarzonego metalu, zajmujące połowę posadzki. Na ich końcu znajdowały się ogromne piece. - Tutaj topimy metale na nasze produkty – powiedział Vito, kiedy przechodzili przez kładkę ciągnącą się od ściany do ściany. Kanały kończyły się dokładnie pod nimi. – Potem wypełniamy nimi formy z gliny ze wzgórz na południe stąd i tworzymy odpowiednie części, które potem trzeba poskładać. No, moi drodzy - powiedział, stając przed potężnymi drzwiami z żelaza. - Witam... w Galerii. Drzwi otworzyły się, kiedy musnął je palcem. Wewnątrz znajdowała się długa komnata. Na kolumnach płonęły pochodnie, oświetlające pomieszczenie. Między nimi znajdowały się różne wynalazki, które ludzie Vita wyprodukowali od Zjednoczenia. Było ich całkiem sporo, może nawet ze dwa tuziny. Na końcu kamiennej sali znajdowały się drzwi z drewna, zabezpieczone solidnym zamkiem. Vito przeprowadził ich przez Galerię, pokazując zamknięte za szkłem, oświetlone dzięki magicznym kulom światła wynalazki. Jeden z nich zainteresował Łyskawkę. - Vito, co to jest? - zapytał, wskazując na szafkę między naramiennikiem z wysuwanymi ostrzami a mechanicznym modelem ręki. Była to długa tuba srebrnej barwy, szersza na końcach, zaopatrzona w dwie czerwone końcówki; jedna miała coś w rodzaju wystających płytek, druga - linkę błyszczącą w świetle. - To... hm, jakby ci to powiedzieć... Wiesz, w zasadzie to nam nie wyszło - powiedział Vito, podchodząc i muskając osłonę palcem; to, co wydawało się szkłem, a tak naprawdę było skrystalizowanym powietrzem, zniknęło. - Nie wyszło? To czemu tutaj jest? - zapytał Łyskawka, kiedy Vito wyjął urządzenie. - Bo, widzisz, to w zasadzie miała być broń rzucana - złapał za dolną część przedmiotu i zrobił ruch, jakby nim rzucał. - Tutaj - wskazał na szerszą końcówkę z lotkami - znajdował się ładunek prochu. Wewnątrz - wskazał na wystającą linkę i puknął w rurę; dźwięk wskazywał na to, że była pusta w środku. - szedł lont. W zamyśle chodziło o to, by podpalić lont i cisnąć tym we wroga. Wybuch byłby tak silny, że połamałby każdą zbroję. Ale kiedy to testowaliśmy, proch nie wybuchł - po prostu wyrwał dziurę w tylnej części i nasza broń wystrzeliła w górę. Dopiero kiedy spadła na ziemię, reszta prochu wybuchła tak, jak tego oczekiwaliśmy. Chyba pamiętacie ten wybuch na polu? Łyskawka skinął głową. - Bardzo się wtedy wystraszyłem. Wysłałem nawet szpiega, żeby się dowiedzieć, czy ktoś nie został ranny. Ale potem pomyślałem, że odpowiedni przygotowana, taka maszynka mogłaby wyrządzić duże szkody odległej armii. No więc dodaliśmy to - wskazał na lotki, - bo według Księgi Bractwa, gdzie znaleźliśmy odpowiedni szkic, to miało ustabilizować lot i zmontowaliśmy nowe urządzenie - wskazał na sześć połączonych ze sobą, kwadratowych rur, które leżały razem z pociskiem. - Ustawia się to pod kątem - wyjął spod rury składane nóżki i ustawił je na podłodze, - wsuwa pocisk tak, aby zahaczył lotkami o te kanały - wsunął pocisk do środka - i podpala lont z drugiej strony. W ten sposób pocisk wylatuje i może trafić wroga w odległości mili. - Imponujące - przyznał Łyskawka. - Choć wcale nie nowe - przyznał Vito. - Znają to już Tatarzy i Chińczycy, ale oni robią to z bambusa. A teraz - powiedział, wskazując na drzwi z drewna, - nasza duma i chluba, szczytowe osiągnięcie Sojuszu. Podszedł do drzwi, oparł na nich dłonie i pchnął, wypuszczając ciężko powietrze. Łyskawka niemal poczuł ciężar drzwi. - Są zaczarowane - rzucił Vito, wchodząc. - Dla każdego oprócz mnie są nie do otwarcia, choć i tak są diabelnie ciężkie.

Kiedy weszli do środka, było całkiem ciemno. Jednak Vito znowu strzelił palcami i otworzyły się cztery pary okiennic, wpuszczając do środka światło dzienne. Komnata była okrągła i podobnie jak Galeria, miała kolumny przy kamiennych ścianach, jednak na posadzce znajdowała się płaskorzeźba, przedstawiający misterne formy roślinne, zamiast zwyczajnych kamieni z komnaty obok. Po prawej znajdował się stolik, a pośrodku... Na samym środku stało stworzenie, które widział Łyskawka - tyle że teraz, patrząc na nie z bliska, będąc uzbrojonym w wiedzę od Vita, rozpoznał już maszynę. Ciało miał potężnie zbudowane; gdyby było żywe, uginałoby się od ciężaru mięśni. Głowa nie wystawała z samego czubka ciała, tylko lekko z przodu, sprawiając wrażenie, że machina jest garbata. Miała dwie długie ręce, na końcu których znajdowały się ostrza. Nogi zginały się w dwóch miejscach, jak u kota. Łyskawka patrzył na to w zdumieniu. Najbardziej niesamowita była twarz maszyny - nie było oczu, ust, nosa, po prostu pusty, wypolerowany owal. Ramiona maszyny zdobiły insygnia, złote linie tworzące wzór. - To, moi drodzy, jest mechaniczny żołnierz naszej armii – powiedział Vito. – W pełni mechaniczny twór, oparty na dziesiątkach układów zębatek i przekładni. Spójrzcie tutaj – wskazał na udo maszyny i odciągnął kawałek pancerza. – Księga Federacji opisuje to jako „tłok” – wskazał na srebrną rurę w sprężynie ulokowaną wewnątrz nogi, za stelażem ze stali. – Działa jak mięsień. Kiedy noga stawia krok – pokazał to na własnej nodze, - sprężyna otaczająca tłok kurczy się. Kiedy ciężar ciała zostanie przeniesiony na drugą nogę, sprężyna wraca do normy. Stopy – wskazał na odpowiednią część, – uda i ręce są umocowane na stawach kulkowych. Dzięki temu mogą wychylać się dowolnie. Wskazał teraz na ręce maszyny. - W Księdze jest opisana budowa sztucznej dłoni, ale produkcja odpowiednich, małych części byłaby bardzo trudna. Zbudowaliśmy tylko trzy sztuki z dłońmi. Spójrz tu – wskazał na ostrza zastępujące dłonie. – Wewnątrz znajduje się żyroskopowy mechanizm obracający ostrzem. Dzięki połączeniu z tą zębatką – wskazał na koło zaopatrzone w ząbki po wewnętrznej stronie, podłączone do zębatek z lewej i prawej, - mamy pewność, że nie wyleci ani nie wsunie się za bardzo. A tu, spójrz na szyję – wziął krzesło stojące przy stoliku, wszedł na nie, wskazał na wydłużoną szyję i odpiął pancerz, - szyja jest złożona z segmentów połączonych wewnątrz rdzeniem. Dzięki temu może się wyginać we wszystkie strony – pokazał to, przesuwając głowę maszyny w prawo. Zszedł z krzesła i odstawił je. - To wszystko było opisane w Księgach? – zapytała Monika. - Och, ależ skąd – zaśmiał się Vito. – Doszliśmy do tego kroczek po kroczku. Masowe budowanie tych zbroi zaczęło się miesiąc temu. - Miesiąc? Ile ich macie? - Zaraz… Pięćdziesiąt oddziałów po 200 sztuk, to będzie… no, z dziesięć tysięcy będzie. Zimny pot oblał Łyskawkę. W Kalisii nawet armia Seledine’a nie liczyła tyle. - Wcześniej zbudowaliśmy zbroje dla żołnierzy. Spójrz tu – pokazał mu kilka połączonych metalowymi obręczami arkuszy pergaminu. Łyskawka spojrzał na nie o zobaczył ryciny przedstawiające człowieka w potężnej zbroi. Była ona o wiele większa niż osoba ją nosząca i również była zaopatrzona w różne mechanizmy. - Tłoki, zębatki i przekładnie – powiedział Vito, przewracając kartkę; był tam drugi szkic, zaznaczający umieszczenie mechanizmów – wspomagają noszącego zbroję. Jest w niej znacznie silniejszy, ale trochę gorzej się rusza. Ale gdy zrobiliśmy setną sztukę, pomyślałem sobie: a może gdyby stworzyć samodzielną zbroję? Taką, która nie potrzebowałaby człowieka, który by ją nosił? To była kusząca perspektywa. Utrata zbroi boli mniej, niż człowieka. W końcu można ją odbudować. No, ale przecież zbudowanie samodzielnej zbroi to technologiczne wyzwanie. Cóż… podjęliśmy je. - Jak ją zbudowaliście? – zapytała Monika. - W Księdze Federacji są ryciny pokazujące, jak można budować sztuczne ręce dla tych, którzy je stracili. Wprawdzie nie są tak doskonałe, jak normalne, ale można z nich korzystać. Mogą, na przykład, samodzielnie się na czymś zacisnąć, ale zbyt mocny uścisk zniszczy przedmiot. Były też instrukcje do nóg. Po kilku tygodniach badań… voila. Mamy sztuczną zbroję. - Jak ona może działać? – zapytał Łyskawka. - No i tu dochodzimy do sedna sprawy - Vito się uśmiechnął. Łyskawka całą siłą woli powstrzymał się od wzdrygnięcia na widok jego kłów, zwłaszcza że jeden był ubzdryngolony czymś czerwonym. – Zbroje są bezużyteczne bez magii. Sięgnęliśmy… Monika, wstrzymaj się z krzykami, aż mu wszystko powiem… do nekromancji. Monika wydała z siebie krótki, wzburzony okrzyk. - Nekromancji?! Przecież to najniebezpieczniejsza z gałęzi magii! Jak mogłeś kiedykolwiek… - Prosiłem, żebyś zaczekała z krzykami – uspokoił ją Vito. – Dla twojej informacji, Łysek: nekromancja to szereg nauk magicznych dotyczących życia i śmierci. Rozumiesz chyba, po co była nam potrzebna. - Rozumiem – Łyskawka skinął głową. – A więc zbudowaliście ciało, ale bez duszy. - Ładnie powiedziane. Wielu wierzy, że nekromancja ogranicza się do ożywiania umarłych, ale ja wiem… i moi towarzysze wiedzą… że z jej pomocą można ożywić praktycznie wszystko. Jest tylko jedno „ale”. - Hm? - Jeśli ożywimy, dajmy na to, kamień, będzie miał sztuczne życie… ale nie będzie mógł się poruszać, komunikować. Będzie mógł tylko myśleć. I dlatego musieliśmy zbudować ciało tak, aby mogło się poruszać, działać, walczyć. Gdybyśmy tylko zbudowali zbroję, byłaby bezużyteczna. Podszedł znowu bliżej zbroi. Uniósł rękę i rozwarł palce. - Zaraz zobaczycie, jak ożywia się takiego żołnierza – powiedział, po czym tchnął na swoją dłoń. Zajaśniało na niej światło koloru błękitnego, formując powoli kulę otoczoną przez łuki energii. Kula wniknęła w miejsce, gdzie u człowieka byłoby czoło i przez chwilę nic się nie działo. Wówczas zbroja drgnęła i na twarzy zaświeciły się oczy – skośne, świecące na błękitno. Światło zapaliło się także wewnątrz zbroi, przenikając przez szpary przy zgięciach kończyn i szyi. Zbroja cofnęła się o krok, po czym ukłoniła się Vitowi. - Tak to działa – Vito uśmiechnął się, kiedy zbroja wyszła. Każdy jej krok odbijał się metalicznym echem po korytarzach. – Wprost nie żałuję tych stosów złota, którymi płacę rzemieślnikom. - Złota? – Łyskawka zmarszczył brew. – Skąd je masz? - Po części mam mały majątek, który gromadziłem przez lata. Takie drobiazgi od wdzięcznych ludzi, którym w czymś pomogłem, tu puchar, tam sztylet, takie rzeczy. Ale dzięki magii ziemi mogę mieć tyle złota, ile chcę. - Nie rozumiem. - Złoto jest w ziemi, ale w takich malutkich ilościach – tu prawie zetknął kciuk i palec wskazujący dla zobrazowania, - że go nie widzimy. Dzięki magii ziemi mogę je przywołać, zmieniać jego kształt, manipulować nim. Jak każdym zresztą minerałem. Robię z niego sztabki i płacę uczciwie. - To dopiero było imponujące – Monika uniosła brew. - Nie uczyli nas tego w gildii właśnie po to, żebyśmy za szybko nie ogołocili ziemi z jej skarbów. - I żeby jakiś nie do końca godny zaufania czarownik nie zdobył środków na budowę armii? – znów ta uniesiona brew, jakże rozpoznawalny znak Moniki. - Ranisz mnie. - Spójrz na to z naszej perspektywy. Znikasz na rok. Bawisz się w nekromancję. Jednoczysz trzy grupy, które, według twoich słów, były rozdzielone od wieków. Tworzysz armię. Aaa, właśnie – po co ci ona? Vito spojrzał jej prosto w oczy. - Będzie stała na straży pokoju. Jeśli ktoś spróbuje powtórzyć zamiary Seledine’a… będzie głęboko spoczywał. Spojrzał za okno. - Ale się późno zrobiło – zauważył niespodziewanie. Łyskawka wyjrzał przez okno: faktycznie, słońce chyliło się ku horyzontowi. – Może lepiej już jedźcie. Okolica nie jest zbyt bezpieczna po zmroku. Sangvine podszedł do nich i zaproponował, że zaprowadzi ich na dół. Podziękowali i poszli za nimi, kiedy wyszli na korytarz. Vito poszedł z drugą stronę wraz z Ignotusem. Sangvine prowadził ich na dół, w kierunku placu, kiedy nagle Monika położyła koniuszki palców na ścianie i przed Sangvine’em ze skał ją tworzących buchnął jakiś gaz. Sangvine zachybotał się i już by upadł z hałasem, gdyby Monika go nie złapała. Łyskawka patrzył na to zdumiony. - Co ty wyprawiasz? – zapytał cicho, gdy zaciągnęła go w jakąś niszę, kryjąc go za zbroją. - Nie ufasz Vitowi tak samo jak ja, więc mi pomóż. Zaraz znajdę Księgi. Idź i zobacz, co tak naprawdę w nich jest. - Niby jak chcesz to zrobić? Monika nie odpowiedziała, tylko tupnęła lekko nogą. Łyskawka poczuł leciutkie drżenie idące poprzez podłogę. Chwilę potem Monika podniosła wzrok z podłogi i spojrzała na niego. - Są na trzecim piętrze. Idź do Galerii i skręć przed nią w lewo. Potem wejdź na wieżę i idź prosto… Opisała mu całą drogę do komnaty z Księgami, nie tłumacząc ani słowa, jak je wykryła. Ruszył więc naprzód. - Poczekaj – powiedziała i przesunęła dłonią z góry do dołu i z powrotem. Kiedy Łyskawka spojrzał na swoje ciało – już go nie widział. Był jak chodząca kropla wody. - Bardziej już nie umiem – przyznała. – Ale powinno częściowo osłonić cię przed żołnierzami. Po prostu trzymaj się z dala od czegokolwiek ze wzorem. No, ruszaj. - A ty? - Ja spróbuję odwrócić ich uwagę. Pobiegła w głąb korytarza, kiedy Łyskawka poszedł zgodnie z jej instrukcjami. Kiedy dotarł z powrotem do hali przetopów, poczuł, że z czoła skapuje mu pot. Jakby był widoczny? Jako krople spadające nagle z powietrza? Minął Galerię i skierował się w lewo. Tam zniknął w drzwiach na piętro, mijając o włos strażników. Znalazł się na mrocznej klatce schodowej, kierując się w górę po schodach. Przez okna widział różne fragmenty kotliny. Kiedy wreszcie dotarł na trzecie piętro zamku, był skrajnie podenerwowany. Pot skapywał mu do oczu, więc zamrugał gwałtownie, aby się go pozbyć. Wreszcie przeszedł ostatni korytarz, o którym mówiła Monika i znalazł potężne drzwi z drewna z bogatym wzorem. Otworzył je i wszedł. Znalazł się w wielkiej bibliotece. W porównaniu z tym, biblioteka Ramulusa Horna, przyjaciela Vita, wydawała się małym regałem. Książki grube, książki cienkie, książki z twardymi oprawami lub bez, we wszystkich kolorach. Wszystko znajdowało się na eleganckich, wysokich regałach. Podłoga była złożona z kafli w różnych odcieniach szarości, tworzących podobny wzór roślinny co w komnacie ze zbroją. Biblioteka znajdowała się w kompletnej ciemności: widział tylko kilka pierwszych stóp, oświetlonych światłem z zewnątrz. W ogóle światło padało nienaturalnie krótko w głąb pomieszczenia: pełen złych przeczuć, zdjął z pleców i rozpalił Ostrze. Biblioteka rozświetliła się blaskiem poranka. To trochę uspokoiło Łyskawkę. Ruszył w głąb, idąc wzdłuż ściany. Dotarł do kolejnych drzwi. Te jednak były zamknięte; zrozumiał, czemu Monika o nich nie wspomniała. Znajdowały się na wprost szerokiej alejki prowadzącej do okrągłej przestrzeni na środku biblioteki. Poszedł tamtą drogą, czując, że to jest to. Kiedy dotarł do końca, zobaczył, że regały są ustawione tak, aby utworzyć koło. Tutaj na posadzce widniało misternie wykonane drzewo. Układanie poszczególnych kafli, nie większych od dwóch dłoni, musiało zająć tygodnie. Na trzech piedestałach znajdowały się Księgi Mądrości. Były bardzo grube: Łyskawka na oko ocenił ich zawartość na co najmniej tysiąc, może półtora tysiąca stron. Podszedł do nich. Wszystkie miały czerwono-czarne okładki z emblematami ze sztandarów. Podniósł leżącą na środku, z trzema zębatkami. Otworzył na chybił trafił i zobaczył projekt czegoś, co wyglądało jak rękawica z wysuwanymi ostrzami. Na innej – coś jakby schemat wzmacniania ostrza. Przejrzawszy jeszcze parę stron zorientował się, że wszystkie kartki zajmują opisy i ryciny broni; a zatem to była Księga Bractwa Mechaników. W Księdze z kluczem i zębatką były różne narzędzia – to była Księga Zakonu. Zatem trzecia, z zębatką-słońcem, musiała być Księgą Federacji. Odłożył je na miejsce. Zastanowił się. Co może właściwie zrobić? Skupił się na dotarciu tutaj, a nie pomyślał, co będzie, jak już wejdzie do środka. Zabrać Księgi? Nie da rady, nie miał jak. Zniszczyć je? Ale jak? Czary na pewno nie pomogą; rok wcześniej dowiedział się, że księgozbiór Ramulusa chroniły zaklęcia, a zatem mógł iść o zakład, że tak samo jest z tymi. Kiedy tak rozmyślał nad dalszym działaniem, nagle zauważył coś jeszcze. Postumenty stały ustawione w łuk, zaś za nimi znajdował się jeszcze jeden. Leżała na nim mała książka, może tak duża jak mały kafel z podłogi, czerwono-czarna z trzema emblematami. Dopiero teraz zauważył coś jeszcze: wszystkie były ustawione tak, że tworzyły wielkie „V”. Znak Vita. Kiedy już miał sięgnąć po nią, nagle ściana na wprost zrobiła się czarna. Owionął ją dym, jakiego Łyskawka w życiu nie widział – rzadki i wąski, jak rozwiany jedwab – i wyszedł z niej Vito. Strzelił palcami i Łyskawka przestał być niewidoczny. - Pożyteczne, prawda? – zapytał, podchodząc do postumentu i porywając z niego książeczkę. Obszedł Łyskawkę i zatrzymał się. – Niektórzy nie sądzili, że sam na to wpadniesz. Chyba, że to Monika ci pomogła. - Szczerze mówiąc, to owszem. - Niech to zostanie między nami – Vito ściszył głos. – Założyłem się z Amają o pewną sumę, że dojdziesz do tego samodzielnie. Po czym wrócił do normalnego tonu, pokazując mu książeczkę. - Ale idę o zakład, że już się domyśliłeś, co zawiera ta książka. To czwarta Księga, Księga Sojuszu, Księga Wiedzy Zakazanej. Spisałem w niej tajniki nekromancji i najczarniejszej magii. Każdy, kto tknie ją bez mojego pozwolenia, zostanie natychmiast ubezwłasnowolniony, zmuszony do zrobienia, co mu każę. Vito podchodził coraz bliżej Łyskawki, który w końcu zaczął się cofać. Mag wyglądał naprawdę groźnie. Jak obłąkany. Nawet gorzej. Oczy błyszczały nienaturalną pustką, a uśmiech odsłaniał wszystkie zęby – w tym naprawdę długie kły. - Skoro już tu jesteś, to powiem ci prawdę. Nie buduję swojej armii, żeby zająć się obroną Kalisii. Wkrótce przyjdę po Ostrze. - Ostrze? Po co ci ono? - W skarbcu znalazłem nie tylko to i Włócznię. Wiesz, co to za płaszcz? To Płaszcz Nietykalności, o którym krążą legendy, że został utkany z nienawiści człowieka skrzywdzonego przez Bractwo. Nie przebije go żadna broń, może go zniszczyć tylko zaklęcie. Legendy mówią, że wraz z Włócznią i jednym ze Skarbów Światła tworzy Talizmany Władzy… ale bez Skarbu Włócznia i Płaszcz dają Insygnia Korupcji. - Nie rozumiem. - Pomyśl! – żachnął się Vito. – Pomyśl, pogrzeb w swojej głowie, zajmie ci to raptem parę sekund. Płaszcz Nietykalności sprawia, że jesteś odporny na wszelką broń! Włócznia Wiedzy daje ci cuda, o jakich nie śniło się filozofom! I taka władza… może łatwo skorumpować człowieka… - A, już rozumiem – Łyskawka starał się ukryć fakt, że serce mu wali. – Skarb Światła… dowolny, prawda?... nie pozwala, aby człowiek zszedł na złą drogę. Łyskawka cofnął się o krok, rzucając krótkie spojrzenie w stronę drzwi. Widząc to, Vito zaśmiał się, jego śmiech potoczył się echem po sali. - Powiedz mi, po co ci to wszystko? - Nie będę czekał do następnego Seledine’a. Moi żołnierze będą gotowi do jutra rana. Do tego czasu odnajdę Włócznię Wiedzy i będę miał wszystkich w garści. Będziemy lepsi niż Nieśmiertelni, bo my pozostaniemy w liczbie dziesięciu tysięcy bez rzucania w bój kolejnych ludzi czy maszyn. Włócznia to nasz klucz do władzy. Wiesz, co zrobimy? - Nie. Wzrok Vita był jak pochodnia paląca człowieka na wskroś. - Wytępimy magię. Usuniemy wszystkich magów na świecie i zniszczymy wszelką wiedzę, jak magii nauczać. Och, proszę bardzo. Uciekaj. Powiadom innych. Zabrzmiało to prawie jak polecenie i dopiero po chwili Łyskawka zorientował się, że to nie kpina. Vito był coraz bliżej. Łyskawka potknął się i lecąc do tyłu, odruchowo machnął Ostrzem. Światło sięgnęło Vita.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych